Janusz Poniewierski
Janusz Poniewierski, zdj. Michał Lichtański
Janusz Poniewierski grudzień 2025

Cuda, cuda ogłaszają

Jan był człowiekiem mądrym i dobrym. Lubił ludzi. Wierzył w cuda, jakimi są spotkania z drugim, „innym”.

Artykuł z numeru

Ile nas dzieli od szczęścia

Ile nas dzieli od szczęścia

Kiedy słyszę kolędę Dzisiaj w Betlejem, myślę nie tylko o Bożym Narodzeniu, lecz i o żydowskiej Chanuce, również obchodzonej w grudniu. Przypominają mi ją  słowa o cudach ogłaszanych przez cały stworzony wszechświat: aniołów, królów, pasterzy, a nawet bydlęta. Bo oba te święta, choć tak różne, są wielką proklamacją cudu. Dla chrześcijan jest to – mający wymiar wyraźnie metafizyczny („moc truchleje, ogień krzepnie, blask ciemnieje…”) – cud Wcielenia. Dla Żydów: zwycięstwo nad okupantem, odzyskana wolność i niepodległość, ale i bardzo konkretny cud pomnożenia oliwy, potrzebnej do oddania czci Bogu oraz oczyszczenia sprofanowanego sacrum. Jak widać, w obu przypadkach to, co niemożliwe, staje się rzeczywistością.

Cudu potrzebuje dziś Ziemia Izraela i Strefa Gazy. I Zachodni Brzeg…

Myślę tu, rzecz jasna, o cudzie pokoju, trwalszego niż samo „tylko” zawieszenie broni, choć trudno mi nie doceniać tego, co udało się już dokonać prezydentowi Trumpowi.

Kiedyś, w II poł. XX w., dzieło głębokiej – będącej według mnie prawdziwym cudem – zmiany myślenia o drugim („innym”) prowadził w Izraelu o. Bruno Hussar, dominikanin, twórca żydowsko-arabskiej wioski Newe Szalom / Wahat as-Salam („Oaza pokoju”). W projekcie tym chodziło o wspólne życie, o sąsiedztwo, edukację, wykorzenianie nienawiści i rezygnację z fanatyzmu. Laureat Pokojowej Nagrody Nobla Elie Wiesel nazywał to cudem.

Dziś jest o to wszystko o wiele trudniej niż kiedyś…

Z nadzieją (która – wierzę w to – nie musi być wcale „matką głupich”) patrzę na listopadowe rzymskie spotkanie młodzieży z Izraela i Palestyny. Może tak właśnie – poprzez warsztaty edukacyjno-artystyczne, wzajemne wysłuchiwanie swych racji i próbę zrozumienia lęków – możliwy jest pierwszy maleńki krok z ciemności ku światłu.

Powiedział o tym jeden z uczestników tego spotkania (pomijam jego narodowość i religię, bo moim zdaniem jego słowa mają wymiar uniwersalny): „Nie wierzę, że świat zmieni się po tym tygodniu, ale coś zmieniło się we mnie”.

I o to chyba właśnie chodzi. Dostrzegają to nawet tacy polityczni realiści jak była amerykańska sekretarz stanu i kandydatka na prezydenta USA Hillary Clinton: „W rzeczywistości pokój zaczyna się w naszych domach, w społecznościach takich jak Newe Szalom i w naszych sercach. Tego trzeba się nauczyć, a następnie przekazać naszym dzieciom”.

*

Budowniczym tak pojętego pokoju – rodzącego się w ludzkich głowach i sercach – był zmarły 31 października Jan Turnau, dziennikarz, przyjaciel ludzi, uważny czytelnik Ewangelii. Człowiek, który uczył ją rozumieć i zgodnie z nią żyć.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się