Janusz Poniewierski lipiec-sierpień 2013

Majster

mowa o filarach dawnej redakcji „Tygodnika Powszechnego”, padają najczęściej nazwiska tych najważniejszych: Jerzego Turowicza i Krzysztofa Kozłowskiego. Nikt w tym kontekście nie wspomina natomiast o Jerzym Kołątaju, który w kamienicy przy ul. Wiślnej 12 ćwierć wieku przepracował jako sekretarz redakcji.

Artykuł z numeru

Aubrey de Grey: Możemy zatrzymać śmierć

Aubrey de Grey: Możemy zatrzymać śmierć

Ja tę okrywającą go zasłonę zapomnienia trochę nawet rozumiem. Sięgając do terminologii budowlanej (porównanie to ma sens, bo przecież „Tygodnik” w czasach PRL-u coś ważnego w ludziach „budował”), powiedziałbym tak: Turowicz i Kozłowski pełnili w piśmie i skupionym wokół niego środowisku funkcje architektów i/lub kierujących budową inżynierów, Kołątaj zaś był wykonawcą, majstrem pilnującym, żeby „Tygodnik” regularnie się ukazywał. A majstrowie (i w ogóle murarze) – inaczej niż architekci – najczęściej pozostają bezimienni.

Z „Tygodnikiem” współpracowało wielu świetnych publicystów; jako autor dobrze zapowiadał się również Jerzy Kołątaj, absolwent polonistyki na KUL-u, rodem ze Szczebrzeszyna. Starsi czytelnicy „TP” mogą pamiętać niektóre jego reportaże (np. z Egiptu, gdzie pracował jego brat – archeolog), wywiady, recenzje książkowe… Mógł (i być może powinien) więcej pisać. Ale redakcja miała dla niego inne zadanie: ktoś przecież musiał zająć się planowaniem numeru, skracaniem tekstów, przygotowaniem kolumn do druku. W tej roli Kołątaj przez wiele lat okazywał się niezastąpiony.

„Był redaktorem technicznym, graficznym, plastykiem – z zamiłowania i wiedzy. Kiedy planował, to każda kolumna miała swoje zasady graficzne, reguły, konsekwentne założenia. A potem, kiedy złośliwa rzeczywistość wywracała mu plany do góry nogami, każąc w ostatniej chwili improwizować albo łatać dziury spowodowane ingerencjami [cenzury] czy zawodem sprawionym przez autora, który się nie wywiązał na czas, cierpiał naprawdę” − pisała we wspomnieniu o nim Józefa Hennelowa.

Cierpiał, bo i on chciał być artystą. Narzędziem jego twórczości był ostro zatemperowany ołówek i linijka typograficzna. Pamiętam − byłem wówczas w „Tygodniku” korektorem − z jaką pieczołowitością instruował, co powinno zostać złożone kolonelem, a co petitem. Jaką on do tego przywiązywał wagę! I jak bezbłędnie „operował światłem” – tym drukarskim, wyznaczającym odległość pomiędzy wierszami. A widział już wówczas słabo, chorował bowiem na oczy – miał jaskrę.

Redaktor Jerzy Kołątaj, kiedy dziś o nim myślę, jawi mi się jako człowiek ciężkiej pracy. Także tej wewnętrznej, polegającej na gruntownym przemyśleniu swoich dotychczasowych poglądów. Warto wiedzieć, że Kołątaj był synem właściciela jednego z niewielu, a może nawet jedynego w Szczebrzeszynie nieżydowskiego sklepu − i już jako dzieciak „wywieszał w oknie wystawowym hasła, żeby kupowano u katolika, a nie u Żyda”. Trudno zatem się dziwić – powie po latach Krzysztof Kozłowski – że „wyniósł z domu głęboką niechęć do Żydów. I oto przyszło mu pracować w piśmie, które od początku założyło sobie, że będzie próbowało uładzić stosunki polsko-żydowskie”. To samo dotyczyło zresztą relacji polsko-ukraińskich.

Wspaniały portret Jerzego Kołątaja zawdzięczamy Romanowi Graczykowi, który przebadał archiwa IPN i dowiedział się z nich, że ówczesny sekretarz redakcji „TP” – pomimo prób podejmowanych przez Służbę Bezpieczeństwa – zwerbować się nie dał. „Był w »Tygodniku« człowiekiem drugiego szeregu – napisał Graczyk – i, jak wielu tych z drugiego szeregu, okazał się wierny”.

W „Tygodniku” Kołątaj całkiem dosłownie pracował do końca życia. 30 maja 1988 − jak zawsze w poniedziałek − stanął przy tablicy wiszącej w gabinecie Turowicza, żeby rozrysować najbliższy numer „TP”. Pracy tej już nie dokończył. Upadł i kreda wypadła mu z palców. Umarł dwie godziny później. W chwili śmierci miał 58 lat. Przyczyną zgonu okazał się tętniak aorty.

Kup numer