70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il. P. Podkościelny

Jean V. i kwestia władzy

Kościół musi dziś dogłębnie i na nowo przemyśleć problem wykorzystywania Boga i religii do rozciągania władzy nad drugim człowiekiem i jego sumieniem

Szczerze mówiąc, jestem zdumiony, że o sprawie Jeana Vaniera jak dotąd piszą w Polsce jedynie publicyści. Że milczą na jej temat teologowie. Że nabrali wody w usta biskupi. A przecież raport ogłoszony przez liderów L’Arche wstrząsnął wiarą wielu chrześcijan na całym świecie, wywołał szok, stał się dla ludzi przyczyną zwątpienia i utraty zaufania do autorytetów. Trudno się temu dziwić. Wszak dotyczy on człowieka do tej pory przez niemal wszystkich uważanego za „jednego z najważniejszych proroków współczesności” i (być może ostatniego?) „sprawiedliwego w Sodomie”. Za wiarygodnego świadka Ewangelii, przypominającego światu, że ubodzy i zranieni są – powinni być! – w samym sercu Kościoła.

Cóż, jeszcze za jego życia uważaliśmy go za świętego, „sól ziemi”, „dobre drzewo”, które rozpoznawaliśmy po owocach, a on tymczasem…

I nie chodzi tylko o to, że Vanier został zdemaskowany jako kłamca prowadzący podwójne życie. Sprawa jest dużo poważniejsza. Jak bowiem w liście do członków „Arki” napisał bp Gérard Daucourt, Vanier „naruszył wolność i integralność wielu kobiet. Wykorzystał je w ramach towarzyszenia duchowego”. To oznacza, że ludzie, którzy mu zaufali, stali się dlań przedmiotem manipulacji. A Bóg, o którym potrafił tak pięknie mówić, w tych konkretnych sytuacjach stał się dla niego pretekstem do zaspokojenia pożądań.

Moim zdaniem ma rację Tomasz Terlikowski, kiedy pisze, że „istotą problemu z Jeanem Vanierem (…) wcale nie jest seks ani nadużycia seksualne, ale władza, i to władza duchowa”. I tę właśnie kwestię – wykorzystywania Boga i religii do rozciągania władzy nad drugim człowiekiem i jego sumieniem – musi dziś dogłębnie i na nowo przemyśleć Kościół.

To dotyczy zresztą nie tylko sprawy Vaniera, ale także relacji Kościoła do polityki oraz jego stosunku do wszelkiej inności. Przypomniał o tym niedawno abp Grzegorz Ryś, cytując słowa byłego generała dominikanów o. Timothy’ego Radcliffe’a: „Walka z różnorodnością nigdy nie jest walką o prawdę, jest zawsze walką o władzę”.

Przeciwstawianie się bezczeszczeniu Boga poprzez łączenie Go z władzą, jaką niektórzy chcieliby sprawować nad ludźmi, wymaga, w moim przekonaniu, powrotu do podstaw. Do Dekalogu. A zwłaszcza do II przykazania, które zabrania nadużywania imienia Boga „do czczych rzeczy”.

Od czasu przygotowania do I komunii wielu katolików sądzi, że przykazanie to niesie ze sobą zakaz wykrzyknień takich jak: „rany boskie”. I spowiadają się z tego, zapominając jednocześnie, jak „bluźniercze jest (…) nadużywanie imienia Bożego w celu zatajenia zbrodniczych praktyk [czy] zniewalania” nie tylko narodów, o czym wspominają autorzy Katechizmu…, ale i pojedynczych osób.

To nie odnosi się jedynie do fundamentalistów religijnych. Klasycznym przykładem zniewolenia drugiego człowieka i jednoczesnego nadużycia imienia Boga jest molestowanie seksualne, którego sprawcami są ludzie Kościoła. Biskupi i księża próbują nieraz bagatelizować te przypadki, wskazując, że z molestowaniem mamy do czynienia również w innych środowiskach zawodowych i w rodzinach. Tak jakby nie widzieli, że osoby duchowne oraz świeccy przewodnicy duchowi przez sam swój status (może nawet nie zawsze świadomie?) odwołują się do tego, co nadprzyrodzone. Na przykład do wzmacnianego przez klerykalizm autorytetu kapłana (który jest postrzegany jako alter Christus); do duchowej więzi łączącej penitenta z kierownikiem duchowym lub spowiednikiem (i wynikającego stąd nakazu milczenia); czy wreszcie do pseudomistyki i rzekomych prywatnych objawień, na które powoływał się często mistrz Vaniera o. Thomas Philippe. A wszystko to bywa podlewane sosem tajemnicy. I poczuciem (uzurpacją) szczególnego wybrania.

„Pomyliliśmy się, stawiając Jeana na piedestale” – przyznaje dziś abp Pierre d’Ornellas. Słowa te domagają się komentarza. Bo tu nie idzie wyłącznie o Vaniera. Idzie o nas.

Pamiętam awanturę, jaką po śmierci Jana Pawła II wywołało zdanie pewnego księdza, który nazwał papieża „złotym cielcem”. Nie przypominam sobie, żeby któryś z hierarchów wziął wówczas tego księdza w obronę. A przecież określenie „złoty cielec” godziło nie tyle w zmarłego, ile w nas, tak łatwo popadających w różne (czasem nawet bardzo „pobożne”) rodzaje bałwochwalstwa.

Tamta sytuacja sprzed lat powinna być dla nas dzwonkiem alarmowym. Obecna jest już dzwonem na trwogę.

„Nikogo na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem, jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie” – mówi Pismo. Warto się tego trzymać, choć w naszej wierze tak bardzo potrzebujemy ojców, nauczycieli i świadków.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter