70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Janusz Poniewierski, zdj. Michał Lichtański

Czy to naprawdę ty?

Rośnie dziś w Polsce liczba osób, które uważają, że Kościół może i jest zwiastunem jakiejś nowiny, ale na pewno nie jest to nowina dobra dla wszystkich. Wzrasta też liczba tych, którzy – stając wobec instytucji Kościoła – czują się „ubodzy” i w jakimś sensie bezbronni.

Duże wrażenie zrobił na mnie fragment listu abp. Grzegorza Rysia, w którym ten niedawno mianowany administrator diecezji kaliskiej zwrócił się do wiernych czasowo powierzonych jego pieczy, przytaczając dramatyczne słowa Jana Chrzciciela: „Czy Ty jesteś tym, który miał przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”.

Pytanie uwięzionego proroka było skierowane do Jezusa. Jan zadał je, bo najprawdopodobniej przestał Chrystusa rozumieć. Jego oczekiwania i wyobrażenia dotyczące roli Mesjasza rozminęły się jakoś z rzeczywistością. „Możemy [tu] wyczuć dramat człowieka, który w życiu postawił wszystko na Jezusa (…) – pisze autor listu – a teraz (…) zaczynają nim targać wątpliwości!”.

Grzegorz Ryś – z właściwą sobie (a rzadką w Kościele w Polsce) umiejętnością odczytywania Pisma Świętego przez pryzmat tego, co „tu i teraz” – odnosi to Janowe pytanie do nas, polskich katolików A.D. 2020. Jego zdaniem to my – w pewnym sensie, rzecz jasna – znaleźliśmy się dziś w sytuacji św. Jana Chrzciciela.

Wielu z nas przecież całkiem dosłownie „postawiło w życiu wszystko na Kościół”. A teraz cierpimy, czujemy się rozczarowani i przeżywamy rozterki. „Konfrontowani raz po raz z czynami ludzi Kościoła, musimy się zmagać z narastającymi w nas wątpliwościami, a na usta ciśnie się Janowe pytanie: »Czy to naprawdę ty? Czy nie innego mamy prawo oczekiwać?!«”.

To „nasze pytanie – kontynuuje arcybiskup – jest pewnie nawet boleśniejsze: Jan zmagał się [bowiem] z niezrozumieniem jakoś kontrowersyjnych, ale DOBRYCH czynów Jezusa. My zderzamy się z GRZECHEM – ciężkim i skrywanym, dramatycznie uderzającym w dzieci i młodzież, gorszącym i deprawującym Kościół »od środka«”.

Może się mylę, trudno mi jednak oprzeć się wrażeniu, że łódzki metropolita – pisząc o cierpieniu, wynikającym ze zderzenia z grzechem ludzi Kościoła – dzieli się z nami także i swoim bólem. I za tę szczerość (oraz najgłębiej pojęte współ-czucie, solidarność pasterza z jego owczarnią) jestem mu bardzo wdzięczny.

Muszę jednak do tego porównania z Janem Chrzcicielem coś dodać. Otóż nasza sytuacja jest „pewnie nawet boleśniejsza” może i dlatego, że zwracamy się z tym pytaniem do Kościoła (choć niektórzy zapewne zadają je także i samemu Bogu: czy rzeczywiście mieszka On w tym Kościele?). I tu właśnie tkwi zasadnicza różnica. Bo Chrzciciel, słysząc odpowiedź Jezusa, zyskał pokrzepienie i pokój serca, my zaś… Szkoda gadać!

Abp Grzegorz Ryś pięknie mówi o tym, by – ilekroć mamy z Kościołem problem – wracać do Chrystusa i Jego Ewangelii. Święte słowa. Nam, ludziom dobrej woli (nie tylko wierzącym), trudno się wszak nie zgodzić z postulatem „przyznania pierwszeństwa osobie przed przepisem, prawem i instytucją”. To przecież ewangeliczne abecadło (i swoisty fundament praw człowieka, a także szczepionka przeciwko wszelkim zagrażającym jednostce totalizmom). Zdumiewające tylko, że – po 1050 latach chrześcijaństwa – część hierarchii kościelnej w Polsce zachowuje się tak, jakby usłyszała o tym po raz pierwszy w życiu.

„Kościele święty, czy to naprawdę ty?” Czy nie innego nauczyciela mamy prawo oczekiwać?!

Wiemy, co odpowiedział Jezus z Nazaretu, gdy przyszli do Niego uczniowie Jana. „Idźcie i oznajmijcie (…): ubogim zwiastowana jest dobra nowina”. Trzeba w tym miejscu dodać, że kiedy ewangelista mówi o „ubogich”, nie chodzi mu jedynie o ludzi biednych, ale i o tych (a może przede wszystkim o tych), którzy są / czują się bezbronni. I nie mają (albo też nie widzą) możliwości dochodzenia i ochrony swoich praw.

Rośnie dziś w Polsce liczba osób, które uważają, że Kościół może i jest zwiastunem jakiejś nowiny, ale na pewno nie jest to nowina dobra dla wszystkich. Wzrasta też liczba tych, którzy – stając wobec instytucji Kościoła – czują się „ubodzy” i w jakimś sensie bezbronni. Nieraz już odbili się od ściany, na własnej skórze przekonali się, że „nie da się nic zrobić”, zrozumieli, iż Kościół chyba ich sobie odpuścił, kierując się logiką Kajfasza: „Lepiej, aby jeden człowiek zginął za lud, niżby miał zginąć cały naród”.

I ten Człowiek rzeczywiście, wciąż na nowo (również w środku Kościoła i z jego wyroku), ginie „za lud”. A Kościół-instytucja chyba już nawet tego nie dostrzega, zbytnio bowiem zajęty jest rzucaniem losów o suknię (władzę, pieniądze i szacunek okazywany temu, co ważne w oczach świata).


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter