Piotr Napiwodzki lipiec-sierpień 2020

Jean Delumeau. O lękach, które zostają

Lektura książek Jeana Delumeau niesie z sobą ryzyko dostrzeżenia, że było i jest inaczej, niż do tej pory przypuszczaliśmy. Średniowieczny „złoty wiek wiary” okazuje się legendą, a współczesne czasy sekularyzacji – okresem dynamicznej odnowy duchowej.

Artykuł z numeru

Przystanek: miasto

Przystanek: miasto

W styczniu 2020 r. zmarł Jean Delumeau, który jako historyk religii znany jest m.in. z prac dotyczących różnych wymiarów strachu, jego źródeł i konsekwencji, oraz wielu pokrewnych, a przez wieki religijnie nabrzmiałych tematów, jak grzech i kara, poczucie winy i poczucie wstydu, przebacze nie i pokuta, pragnienie bezpieczeństwa i obawa przed potępieniem. Pierwsza z książek poświęconych tej tematyce ukazała się w roku 1978 (wyd. pol.: Strach w kulturze Zachodu XIV–XVIII wieku, tłum. A. Szymanowski, Warszawa 1986). Konfrontacja z lękami kształtującymi przez wieki cywilizację Zachodu pozwala na nabranie do nich dystansu, ale i dostrzeżenie, jak wiele z owych lęków pozostało ukrytych w podświadomości indywidualnej i społecznej. Zdanie sobie z tego sprawy to doświadczenie wyzwalające z „cywilizacji strachu”, o ile oczywiście uznamy, że trwa ona jeszcze ciągle w niektórych przejawach życia religijnego. Przewrotnie można powiedzieć jednak, że także i książki Delumeau konserwują lub nawet wzmagają pewne lęki i obawy, które, chociaż mają różną rangę i wagę, trudno lekceważyć.

Złoty wiek wiary nigdy nie istniał

Jeden z tych „strachów” pojawia się na poziomie poznawczym: lektura książek Delumeau niesie z sobą ryzyko dostrzeżenia, że było i jest inaczej, niż do tej pory myśleliśmy. Chociażby przekonanie o schrystianizowanej przedreformacyjnej Europie okazuje się całkowicie nie do utrzymania w perspektywie świadectw z epoki.

Starając się badać, przy wszystkich metodologicznych ograniczeniach, pobożność ludności wiejskiej (a więc ogromnej większości ówczesnych Europejczyków), Delumeau wykazuje, jak bardzo powierzchowna i pasująca wyłącznie do elit jest legenda o wszechpotężnym średniowiecznym Kościele przenikającym w niemalże doskonały sposób całe ówczesne społeczeństwo.

Nie było tak ani w „ciemnym” wieku X, ani w „złotym” wieku XII, ani w „dekadenckim” wieku XIV. Wszystkie te uogólniające określenia w niewielkim stopniu odpowiadają prawdziwym warunkom panującym w ówczesnym świecie. Średniowieczna christianitas nie tylko zachowała wiele z pogańskich obyczajów i wyobrażeń (co oczywiste i zasadniczo w obrębie katolicyzmu niewzbudzające specjalnych kontrowersji), ale trwały w niej w najlepsze procesy poganizacji chrześcijańskich dogmatów1.

Zresztą świat pełen magii i pogańskich rytuałów wcale nie zniknął wraz z nastaniem epoki nowożytnej, ale chociażby w czasach renesansu trwał, kształtując mniej lub bardziej jawnie również i współczesne oblicze chrześcijaństwa: żarliwy politeizm kontynuowany w wielości postaci świętych, kult źródeł charakterystyczny dla wielu rejonów Francji przekształcony w cześć dla świętych źródełek w miejscach maryjnych objawień, archaiczna mentalność wyrażająca się w kulcie przodków i obłaskawianiu świata upiorów trwająca równolegle z chrześcijańskimi dogmatami – to tylko nieliczne z wielu przykładów. Tak, przesłanie chrześcijańskie niekoniecznie musiało sprzeciwiać się praktykom religijności ludowej, ale trudno mówić tu o zrealizowaniu w konkretnym historycznym momencie jakiejś wyidealizowanej formy czystości wiary i pobożności. Trzeba raczej podążać za pytaniami, które w tym kontekście zadaje francuski historyk: czy Europa była kiedykolwiek skutecznie zewangelizowana? Jak w ogóle miałoby to się przejawiać? Jak rozumieć rozprawy o dechrystianizacji i sekularyzacji, skoro w gruncie rzeczy nie było od czego odchodzić ani w epoce reformacji, ani w dobie oświecenia i rewolucji? A może wprost przeciwnie: może to współczesne czasy tzw. odejścia od religijności i wiary należy postrzegać jako okres wyjątkowo dynamicznej odnowy duchowej?

Żadne utarte schematy nie mogą się ostać po lekturze książek Delumeau. Oto mit wyjątkowego zepsucia hierarchii kościelnej w przeddzień rewolucji francuskiej absolutnie nie znajduje potwierdzenia w dokumentach z epoki: rejestrach powizytacyjnych, spisach zawartości prywatnych bibliotek kleru, pamiętnikach i listach. Nie ma mowy o „moralnym zgorszeniu”, które miałoby być główną przyczyną antyreligijnych i antykościelnych nastrojów. Jako historyk Delumeau bierze pod uwagę bardziej tajemnicze i często nieuchwytne prądy, które kształtują nasze wybory i postawy na poziomie duchowości i wiary: mentalność, emocje, założenia teologicznie i filozoficzne, wpływ bieżących wydarzeń.

Delumeau właściwie na każdy temat odpowiada w podobny sposób: tak, tradycyjnie przyjmowany i nauczany obraz nie jest do końca fałszywy, ale należy go wycieniować, uzupełnić, zreinterpretować2. Po „wycieniowaniu, uzupełnieniu i zreinterpretowaniu” otwiera się z kolei wiele nowych perspektyw, w których każda domaga się rewizji dotychczasowych pojęć. To wizja imponująca swoim rozmachem i, co najważniejsze, wykraczająca poza badania historyczne.

Nie żyjemy u kresu historii

Skoro dowiedzieliśmy się już, że w historii wcale nie było tak, jak nam się dotychczas zdawało, czy oznacza to, że wiemy więcej? Niekoniecznie. Okazuje się, że wiele z tych historycznych analiz dzisiaj nie wydaje się aż tak odkrywczych. Na różne sposoby zresztą krytykowano już książki Delumeau, i najczęściej była to krytyka bardzo dobrze uzasadniona. Nie w analizie jednak tkwi siła refleksji Delumeau, nie w doborze źródeł i w szczegółach argumentacji, lecz w syntezach, które odważnie szkicował w swoich książkach, a które czynią z ich lektury niezwykłą intelektualną przygodę. Szczególną cechą tych dzieł jest właśnie śmiałość w tworzeniu wizji dotyczących przyszłości. Pierwsza książka, dzięki której Delumeau dał się poznać szerszej publiczności, ukazała się w roku 1977 i nosiła znamienny tytuł: Le Christianisme va-t-il mourir? (Czy chrześcijaństwo musi umrzeć?). Już samo tak postawione pytanie wskazuje, że pozostając historykiem idei, religii i mentalności, Delumeau nie rezygnuje z refleksji nad tym, co ma dopiero nadejść. Widać wówczas, że badania historyczne potrafią weryfikować założenia wielkich historiozoficznych wizji, które często naznaczone są ścisłym dziejowym determinizmem czy prawdziwie manichejskim wyobrażeniem o walce dobra ze złem rozgrywającej się w dziejach ludzkości, krajów, narodów czy wspólnot.

Ma to ogromne znaczenie dla właściwego odnalezienia się we współczesności. Dzięki uważnemu spojrzeniu na historię jako całkowicie złudne, a nawet wprost śmieszne jawi się upatrywanie w konkretnych postaciach, partiach politycznych czy większych, międzynarodowych strukturach np. figur antychrystów bądź czterech jeźdźców apokalipsy. W naszej konkretnej dziejowej sytuacji trudno uznać się za upoważnionych do jednoznacznych ocen. W dziedzinie religii i wiary oznacza to konieczność wstrzymania się od generalizującego osądzania takich czy innych epok, prądów, tendencji. Każde myślenie o dziejach, zwłaszcza myślenie teologiczne czy filozoficzne, chętnie za swoją perspektywę i punkt odniesienia bierze hipotetyczny koniec historii. Tylko tak bowiem można bezpiecznie i jasno wskazać, w którym miejscu coś się rozpoczęło, jak się rozwijało, jak się skończyło lub właśnie, na naszych oczach, się kończy. Co więcej, łatwo można wykazać, gdzie były chwile odejścia i sprzeniewierzenia się jednemu, właściwemu lub po prostu nieuniknionemu kierunkowi. Niezależnie od tego, czy kresu upatrujemy w Królestwie Niebieskim czy też w napędzanej ideą postępu współczesnej cywilizacji, to myśląc o historii, mamy pokusę, aby uznać się za tych, który już są u końca i są w stanie ogarnąć swoim myśleniem całość, a w każdym razie na tyle dużą jej część, aby o całości można było odpowiedzialnie wnioskować. A przecież – jak wynika z lektury książek Delumeau – wszystko jest dopiero na początku, niewiele udało się zrealizować, a także garść zaledwie z tego, co jednak zrealizowano, ma walor trwałości, chociażby względnej. Ludzkość dopiero zaczęła „gaworzyć”3 i takie ujęcie musi powściągać wszelkie zbyt śmiałe „historiozbawcze” koncepcje.

Ułomność struktur

Kolejną konsekwencją lektury książek Delumeau jest nabranie koniecznego dystansu do struktur i instytucji oraz wytwarzanych przez nie praw.

Można nawet stwierdzić, że takie nabieranie dystansu jest nie tylko metodologicznie uczciwe, ale też ważne egzystencjalnie. Jeśli rzeczywiście przesłanie ewangeliczne trwa w tym świecie, to dzieje się tak raczej wbrew temu, co na zewnątrz samo przedstawia się jako jego manifestacja. Ewangelia nie urzeczywistnia się w strukturach. Być może dzięki nim Ewangelia w świecie trwa, ale raczej jako ich zaprzeczenie, na zasadzie antynomii. Wszelkie struktury, a zwłaszcza te nadmiernie rozrośnięte, zaciemniają Ewangelię. Jednocześnie tak dawniej, jak i dziś jesteśmy na struktury skazani – czy to je, jako historycy, badając, czy to w nich, mniej lub bardziej aktywnie, uczestnicząc. Próby odrzucenia struktur prowadzą do stworzenia nowych konstrukcji, często jeszcze bardziej opresyjnych, jeszcze bardziej zaciemniających. Historia protestanckiej i katolickiej reformacji dobrze ilustruje ten proces. W takiej perspektywie to zresztą właśnie ekumenizm jest największym wygranym. Ani katolicy, ani protestanci, aby ograniczyć się tutaj do szczególnie dogłębnie analizowanych przez Delumeau chrześcijańskich denominacji, nie są w sytuacji uprzywilejowanej. Zresztą pomimo rozejścia się ich dróg w wieku XVI niezachwiana pozostała „wspólnota cywilizacyjna” 4, do której Delumeau chętnie się odwołuje. W każdym razie żadna z instytucjonalnych ścieżek wypracowanych przez wieki nie zapewnia ostatecznego sukcesu. Nabranie dystansu do religijnych instytucji może budzić niepokój lub nawet lęk, gdyż niesie ze sobą sytuację osamotnienia i konieczność brania nowej indywidualnej odpowiedzialności za wszelkie, także ostateczne, wybory. To jednak lęk relatywny, niekoniecznie paraliżujący, lecz często przecież pomagający w procesie dojrzewania w rozumieniu religii i wiary.

Instytucje wspierają się na skrajnościach, poszukują tego, co wyraźnie podkreśli ich struktury, oddzieli je ostrym konturem od tła. Nic dziwnego więc, że Kościoły czy wszelkie wspólnoty wyznaniowe wcale nie ułatwiają poruszania się na gruncie wiary. Dzieje się tak nie dlatego, że jest to grunt niepewny sam z siebie, gdyż jego gwarantem jest przecież sam Bóg. Jednak z perspektywy instytucji czy struktur wrażenie niepewności jest czymś korzystnym i mniej lub bardziej świadomie podtrzymywanym: wtedy to instytucje przejmują rolę konstrukcji zabezpieczających. Historyczne realizacje takich konstrukcji dobrze pokazują, jak bardzo jest to rozwiązanie niedoskonałe, choć utopią jest też świat pozbawiony konstrukcji zapośredniczających doświadczenia religijne, do których należą m.in. rytuały od wieków pomagające uporać się z lękami, uwalniać od poczucia winy, prowadzić do pojednania, pocieszać i uzdrawiać. Nie są pozbawione wartości, chociaż trudno nie dostrzec, że są często lekiem na problemy, które same tworzą.

Najbardziej charakterystycznym przykładem może być tu forma, jaką u progu nowożytności przybrał sakrament pojednania. Indywidualna spowiedź w konfesjonale jako zwykła forma sprawowania tego sakramentu, chociaż niewątpliwie dla wielu była (i jest) drogą dochodzenia do chrześcijańskiej dojrzałości, dla innych stała się źródłem skrupułów, nakręcając spiralę nadmiernego poczucia winy i paraliżującego strachu przed karą. Pozostaje więc ciągłe uświadamianie sobie i innym, jak bardzo konstrukcje te są relatywne, jak bardzo ułomne, jak wiele w nich pierwiastków magii i form uwarunkowanych przez daną epokę i kulturę, jak dalekie i problematyczne są w nich często nawiązania do Ewangelii.

Wizje piekła i nieba

Skrajności przynoszą zachwianie równowagi w często niespodziewanych obszarach. Na przykład na płaszczyźnie eschatologicznej z obszernych opisów raju „zrodził się mroczny wizerunek człowieka i Boga”5. Ta korelacja jest niepokojąca – oto kolejny nieprzezwyciężony lęk płynący właśnie z lektury książek Delumeau. Wszystko, co straszne i przerażające, zostało w epoce pooświeceniowej mniej lub bardziej skutecznie wygnane z religijności Zachodu, ale zarazem swój niezaprzeczalny urok utraciły eschatologiczne obietnice. Po wyrównaniu skrajności pozostał obraz być może zbyt płaski, aby mógł być atrakcyjny. Wyzbycie się lęków przed czymś na nas czekającym okazuje się pozbawiać radości oczekiwania na coś. Ponadto lęki wygnane z płaszczyzny religijnej nie zniknęły przecież całkowicie, ale zadomowiły się w innych wymiarach ludzkiego życia. Kto wie, czy nie są w nich jeszcze bardziej niepokojące, uciążliwe, a nawet groźne. Dawne opisy raju z kolei, jakkolwiek naiwne wydają się nam dzisiaj, w gruncie rzeczy zwykle niewiele się różnią od całkowicie już areligijnych idei konsumpcyjnego stylu życia funkcjonujących w zbiorowej wyobraźni.

Tak fascynujące książki o strachu, jak i niemniej erudycyjne pozycje dotyczące raju są w pewien sposób równie problematyczne. Zadają pytanie o to, co w nas generowało takie, a nie inne obrazy i co wciąż, na inny sposób, obrazy te wytwarza. Na ile wyobrażenia te należą po prostu do natury ludzkiej, a na ile są pochodną przesłania chrześcijańskiego? Czy jesteśmy na nie wrażliwi zawsze, czy raczej ta wrażliwość jest uzależniona od epoki, w której żyjemy? Czym jest to tajemnicze miejsce w nas, które takie wyobrażenia tworzyło i ciągle przecież, chociaż już inaczej, tworzy? To kwestie trudne o tyle, że pozostajemy z nimi w dużej mierze i w ostatecznym rozrachunku samotni.

Kolejny lęk rodzi się ze zdania sobie sprawy, jak bardzo zubożona jest współczesna religijna wyobraźnia eschatologiczna.

Można stwierdzić z poczuciem wyższości, że nasza aktualna oschłość jest oznaką dojrzałości: wiara w opowieści o piekle i raju jest raczej postrzegana jako coś wstydliwego. Pełne barwnych szczegółów opisy rzeczywistości ostatecznych wydają się czymś mocno anachronicznym. Zarazem jednak współczesne ubóstwo eschatologicznych wyobrażeń niekoniecznie oznacza przecież większą umiejętność odnalezienia się w świecie, większą mądrość radzenia sobie z tajemnicą własnego istnienia. To, że o raju nie myślimy już jako o miejscu, w którym „matki karmiłyby dzieci co najmniej do ich dwunastego roku życia”6, to, że o raju przeszłym czy przyszłym nie wiemy prawie nic i z tej niewiedzy zdajemy sobie sprawę, wcale nie oznacza większej mądrości w dążeniu do niego, jakkolwiek go rozumiemy (lub może właśnie raczej jakkolwiek go nie rozumiemy, gdyż kapitulujemy przed wszelką próbą zrozumienia).

Analogicznie: to, że nie boimy się już piekła tak, jak kilkaset lat temu, nie oznacza, że nie boimy się piekła w ogóle. Wprost przeciwnie: lęk przed nieznanym bywa gorszy od strachu generowanego przez najbardziej krwawą indywidualną czy zbiorową wyobraźnię. Współczesna rezygnacja z refleksji nad rzeczywistościami eschatologicznymi niesie ze sobą jeszcze inny skutek: jesteśmy bardziej podatni na przyjęcie tezy, że piekło czy niebo są tym, co gdzieś się już zrealizowało lub realizuje, a w każdym razie jest możliwe do zrealizowania. W tym sensie jak najbardziej aktualne jest ostrzeżenie: „Powiedzą wam: »Oto tam« lub: »Oto tu«. Nie chodźcie tam i nie biegnijcie za nimi!” (Łk 17, 22). Krótko mówiąc: wyzbywając się naiwności przedstawień o rzeczach ostatecznych, wcale nie nabywamy umiejętności lepszego obchodzenia się z nimi. Wynika to tak z historii, jak i z aktualnego egzystencjalnego zagubienia konkretnych osób.

Krótka refleksja inspirowana książkami Delumeau mogłaby pójść w zupełnie innym kierunku. Jednak przy wszystkich zastrzeżeniach, to w dużej mierze właśnie dzięki Delumeau strach i lęk zyskały na atrakcyjności jako tematy dotyczące religii i wiary. Wyjęte ze ściśle historycznego kontekstu, pozostają ważne nie tylko na płaszczyźnie psychologicznej i egzystencjalnej. Ciągle są mniej lub bardziej uświadomionym motywem rozważań teologicznych i filozoficznych, które mogą otworzyć jeszcze zupełnie niespodziewane perspektywy. Warto wyzbyć się lęku przed obszernością dzieł Delumeau, aby nieco z tych przeróżnych inspiracji zaczerpnąć.

1  Por. J. Delumeau, Reformy chrześcijaństwa w XVI i XVII wieku, tłum. P. Kłoczowski, Warszawa 1986, t. 2, s. 198–224.

2 Tamże, s. 267.

3  Por. tenże, Historia raju, tłum. E. Bąkowska, Warszawa 2017, s. 301.

4  Por. tenże, Reformy chrześcijaństwa w XVI i XVII wieku, tłum. J. M. Kłoczowski, Warszawa 1986, t. 1, s. 314–317.

5  Tenże, Historia raju, dz. cyt., s. 300.

6  Tamże, s. 268.

Kup numer