Arkadiusz Szaraniec / Fot. Katarzyna Szaraniec
Arkadiusz Szaraniec lipiec-sierpień 2020

Dzikie miasta

Im większe miasta, tym więcej w nich dzikich gatunków. Labirynt Londynu jest domem dla tysięcy lisów. Nasze miasta roją się od ptaków, i nie tylko.

Artykuł z numeru

Przystanek: miasto

Przystanek: miasto

Było to wiosną tego roku:

– A co pan tu robi?

– Jestem w pracy.

Patrol (policjant i dwóch żołnierzy z WOT) nieufnie patrzy na mój strój i główny rekwizyt – dużą podziurawioną reklamówkę, z której ciurka woda, mocząc wymięte spodnie i gołe stopy w mocno rozdeptanych tenisówkach.

– Prowadzę badania terenowe, jak w okresie suszy hydrogeologicznej można zazielenić obszar obecnie pokryty głównie piaskiem. Które gatunki roślin, nie tylko typowe dla murawy kserotermicznej, najlepiej znoszą długotrwały brak opadów i silne słońce, które najszybciej kiełkują, rosną i zwiększają biomasę, zwłaszcza powierzchnię liści po regularnym podlewaniu minimalną ilością wody.

Marzec 2020 r. Szczyt epidemii i zakaz opuszczania mieszkania z wyjątkiem „zaspokajania niezbędnych potrzeb życiowych”. Czas: godz. 8–9 rano. Miejsce: pobocze ścieżki spacerowo-rowerowej na terenie parku przy zalewie na rzeczce Silnica w Kielcach. Przed mandatem uratowała mnie legitymacja prasowa i fakt, że poprzedni patrol też zadowolił się spisaniem i sprawdzeniem danych w centralnym rejestrze (włącznie z nazwiskiem panieńskim matki).

Misja: podlewanie

Wychodziłem tam codziennie rano i o zmierzchu od początku marca do końca maja. Nagrzaną zieloną od wodorostów wodę z zalewu nosiłem niedaleko od brzegu. Głównym celem był pagórek w kształcie cypla, wystawiony na słońce i wiatr od świtu do zachodu słońca. Ścieżka była wąska i stroma, wspinając się, machałem przeciekającą torbą i zwilżałem dziewanny, krzewy głogu i placki piachu. Na „plaży” podlewałem pojedynczymi kroplami samotne kępki skąpej trawy, rozdzielone ziemią ubitą i spaloną na twarde klepisko. Już na drugi, trzeci dzień wypuszczały nowe źdźbła. Po kilku dniach pojawiały się ptaki – kosy, paszkoty, drozdy, kwiczoły, gołębie grzywacze i te miejskie, a także podobne do nich synogarlice tureckie. Zainteresowaniem białkożernych o tej porze roku kosów i ich kuzynów cieszyły się „spiżarnie” – dołki wyścielone zeszłorocznymi liśćmi. Dłużej trzymały wilgoć, wkrótce pojawiły się tam dżdżownice. Szybciej od trawy i perzu rosły mniszki lekarskie, wypuszczały liczne pąki. Kiedy zakwitły pierwsze, sypnęły się następne, pojawiły się przy nich trzmiele, pszczoły i motyle oraz chmary maleńkich czarnych „cosiów”. Wieczorem śmigały nietoperze, ich głównym celem były leje światła przy latarniach, gdzie roiło się od owadziego drobiazgu. Czasem mieszały się z jaskółkami i jerzykami, choć one wolały przestrzeń nad samą taflą wody.

Torbę niedługo zamieniłem na konewkę, by szybciej nabierać wodę, zwiększyłem też liczbę kursów i miejsc do podlewania. Do strefy zraszania dodałem parów zarośnięty tylko drzewami, bo jesienią został wykoszony do gołej ziemi. Ofiarą padły wtedy wszystkie rośliny runa, krzewinki, krzewy, liczne samosiejki dębów i grabów. Wodę wlewałem w znacznie większe i głębsze „spiżarnie” z kożuchem liści, pod korzenie małych drzewek, w skąpe trawy i pierwsze niezapominajki (szybko utworzyły kępy). Gołe gałęzie drzew przepuszczały słońce i wiatr, a różnice temperatur też przyczyniały się do wysuszenia ziemi na szary popiół. Każda kropla i pokropek z konewki dawały widoczny rezultat. Ptasie czereśnie zaczynały kwitnąć, ale miały wiotkie wierzchołki. Wodę lałem tuż przy pniu, najpierw wsiąkała bez śladu, ale po dwóch dniach czubki drzewek podniosły się i wyprężyły. Nieliczne kwiatki zamieniły się w białe chmurki, przy nich zawirowały trzmiele. Po dwóch miesiącach zamieniły się w zielone kuleczki owoców, przyszłą (latem na drzewie, jesienią na ziemi) wyżerkę dla ptaków.

Spotkania pod blokiem

Pod swoim blokiem wystawiłem kilka płaskich pojemników z wodą, szybko znikała wypijana i wychlapywana przez ptaki. Okupowały je wróble, sikorki modre i bogatki, szpaki, gołębie, synogarlice, ale regularnie zalatywały też kawki, gawrony, sójki, pliszki szare i kopciuszki. – Dziś w nocy przyszedł tam jeż i pił, pił i piiił… – relacjonowała sąsiadka.

Na „półwyspie” pojawił się jego kuzyn. Przy pierwszym spotkaniu fuknął i skurczył się w kulę. Ostatnią kroplę z konewki spuściłem na jego kolczasty grzbiet – podskoczył i zwinął się jeszcze mocniej.

Następnego wieczoru jeż znowu przytuptał. Przy drugiej „kroplówce” już się nie zwijał do końca, przy kolejnej popatrzył na mnie – z dołu, ale tak jakoś z góry. Odpuściłem mu głupie kawały.

Nie płoszył się już na dźwięk moich kroków i nie zmieniał stałej trasy od dołka do dołka z dżdżownicami „na tacy”.

Prysznic z trzepoczących skrzydeł kąpiących się ptaków podlewał krzewy pod blokiem. Jaśmin i głóg zazieleniły się najszybciej, spod ubitej ziemi zaczęły wychodzić inne kiełki i pędy. W okresie ponad dwóch miesięcy – od marca do maja – było tylko kilka opadów, ale każdy zadziałał jak zielony dynamit. Z pewną zazdrością patrzyłem na efekt, który wywoływał drobny deszczyk czy mżawka. Skarpa pagórka była najpierw naga i szara w wielu miejscach, każda kropla dawała obłoczek drobnego kurzu, potem powstała stała, chociaż cienka warstwa. Zraszana wieczorem, wydawała ożywczy zapach „petrichor”, straciła pierwotną zakurzoną martwotę. Zwiadowcy roślin wychodzili z podziemia i kolonizowali nowe obszary.

Ptaki nad zalewem zaczęły żerować coraz bliżej mnie i konewki. Najbardziej mnie zaskoczył kos, stały bywalec podblokowy. Chlusnąłem wodą na „klepisko”, rozlała się cienką warstwą – podbiegł charakterystycznym kosim truchcikiem, pochylił się i napił raz, drugi i trzeci z samego brzegu kałuży, choć tuż obok miał napełnione pojniki. Codziennie się w nich kąpał i skrupulatnie badał wyraźnie już ciemniejsze, stale wilgotne okolice. Fachura. Dobrze wiedział, co robi – czatował na świeże białko, które tutaj samo wychodziło spod ziemi.

Synogarlice są mniejsze i delikatniejsze od gołębi – dawały się im więc odpychać od ziarna, które sypałem w chłodne poranki. Wbrew zakazom ornitologów wiosną i latem trochę dokarmiam ptaki – zwłaszcza po zimnych, wilgotnych nocach i porannych przymrozkach, których nie brakowało jeszcze w maju. Wróble pojawiły się z tegorocznym przychówkiem – mimo iż potomstwo było już wielkości rodziców, to trzepotało skrzydełkami i wymuszało dokarmianie prosto do dzioba. Synogarlice w konspiracji przed gołębiami zwabiłem raz i drugi na parapet na trzecim piętrze. Wystarczyło potem, że o tej samej porze, ok. godz. 17 uchylałem okno, a już słyszałem wysokie „phu-phuuu…!” i spadała mi na głowę beżowa sierpówka vel cukrówka. Przysiadała przy dłoni i zerkała to jednym, to drugim ciemnym paciorkiem, zanim zaczynała wyjadać ziarno wysypane pod dziób. Idylla trwała krótko, już po chwili przylatywała reszta rodziny – dwie pozostałe synogarliczki. Zwykle od razu wynikał spór o miejsce dziobania, zaczynały się przepychanka i tuptanko. To było jeszcze nic. Prawdziwa rozróba następowała, kiedy pojawiał się ciężki kaliber – zwaliste gołębie. Każdy symbol pokoju po chamsku rozpychał się, wszczynał burdy, bez pardonu dawał jeden drugiemu w dziób, wodził się za łby i na pożegnanie walił obfite kupy.

Gołąb, czyli nasz King Kong

Każdy z tych niegdyś dzikich gatunków ma inny miejski życiorys. Niektóre długi, liczący wiele wieków, inne to świeża fala imigrantów, sprzed zaledwie kilku dekad. Wszystkie korzystają z naturalnych pradawnych instynktów, uczą się też nowych zachowań. Każdy gatunek i osobnik robi to na swój własny sposób. W azjatyckich miastach sępy korzystają z prądów powietrznych, które są większe i silniejsze pomiędzy betonowymi urwiskami niż na otwartych naturalnych przestrzeniach, a i padliny też tam nigdy nie brakuje. Europejskie aglomeracje – „asfaltowe dżungle” – też mają wielu dzikich lokatorów. To ogólnoświatowy (naturalny?) trend. Czyżby ewolucja trwała w najlepsze?

Gołąb jest jak King Kong. Kiedy patrzy na wysokie betonowe wieżowce, oczami genów widzi wysokie skaliste ściany, na jakich przez tysiąclecia gnieździli się jego praprzodkowie. Dlatego okupuje miasta – bloki, ich balkony i gzymsy.

Czasem przysiada, ale nigdy się nie gnieździ na drzewach i krzewach. Podobnie postępują jerzyki – tak jak gołębie są to teraz miejskie ptaki. Obydwa gatunki już nie występują w pierwotnych, wydawałoby się, że naturalnych, a więc (niby) najlepszych dla nich warunkach. Maleńka populacyjka jerzyków z Puszczy Białowieskiej, która gnieździ się w szerokich dziuplach drzew, wysokich na kilkadziesiąt metrów, to unikat potwierdzający regułę.

Miasta jako „wyspy ciepła” dają więcej pokarmu (i miejsc na gniazda) niż naturalne biotopy. Ile mamy skalistych gór w nizinnej Polsce? Jerzyki jedzą tylko białko w powietrzu – drobne latające owady, tych w mieście nie brakuje. Nie umieją wić gniazd, wystarczy im mały dołek, płytkie zagłębienie w suchym i równym podłożu. Musi ono jednak spełniać dwa warunki. Po pierwsze, powinno znajdować się gdzieś na wysokiej ścianie; a po drugie, mieć dobry korytarz powietrzny na dolot i start. Kiedyś korzystały ze skalnych występów, teraz też wykorzystują „gotowce” – zakamarki wysokich budowli, zwłaszcza szczeliny pod dachami, nigdy blisko parteru. Są tradycjonalistami do szpiku kostek i od czubka dzióbka aż po koniuszki długich skrzydeł, dzięki którym należą do najszybszych gatunków w świecie ptaków. Nigdy nie zmieniają perfekcyjnych nawyków, odruchów i metod. Inaczej postępują liczne miejskie nietoperze, które szybciej dostosowują się do nowych sytuacji. Przez wieki nauczyły się żyć w pobliżu ludzi, zasiedlać ich budynki, strychy, wieże (zimą piwnice i schrony), a od niedawna potrafią też żerować na ścianach blokowisk. Chropawa, nierówna powierzchnia i faktura betonowych elewacji to idealna wylęgarnia, kryjówka i miejsce do zimowania miliardów owadów. Dobrze o tym wiedzą także sikorki bogatki i modraszki. Spiżarnia jest otwarta i dobrze zaopatrzona również zimą. W okresie lęgów każda z sikorek zjada codziennie tyle, ile sama waży – posila się przeróżnymi mikroskopijnymi owadami oraz ich jajkami i larwami. Jedna para – karmiąc siebie i pisklęta – eksterminuje kilka kilogramów komarów, much, meszek. Ile waży jeden komar? Ile komarów składa się na jeden gram i kilogram? Musi z tego wyjść astronomiczny wynik. O tyle mniej też śladów na naszej skórze.

Większym rekordzistą w połykaniu komarów i meszek jest tylko jerzyk – on, jak dokładnie policzono, zjada ich 20 tys. na dobę.

Warto o tym pomyśleć, kiedy letnią porą popatrzy się na Wawel, a czarne skwirzące masy jerzyków śmigają na jego tle. Wieki i ułamki sekund w jednym kadrze.

Wróbel, cwany ulicznik

Sprawnym pożeraczem insektów jest wróbel. Okruchy z ludzkiego stołu to tylko jedna z pozycji jego elastycznego i długiego jadłospisu. Woli nasiona traw, ale kiedy karmi pisklęta, sięga po czyste, świeże i kaloryczne białko – owady. To ich szukają te tabuny ruchliwych szarych kuleczek, kiedy tak skwapliwie buszują wśród traw. Dwie rodziny wróbli (lub kilka gołębi) oczyszczą wnet największy trawnik z meszek czy kleszczy.

Wróbel, obok bociana uważany za najbardziej polski gatunek, w rzeczywistości jest pochodzenia azjatyckiego (jego pisklęta przychodzą na świat kompletnie nagie, co jest cechą egzotycznych ptaków, nasi skrzydlaci autochtoni wykluwają się pokryci gęstym puchem). Od wielu stuleci towarzyszy ludzkim zbiorowiskom. Europejskie miasta od zarania dziejów wypełniał jego zawadiacki świergot, podobnie jak gwar kawek na kościelnej lub zamkowej wieży. Wróbel mazurek to uparty wieśniak, nie zapuści się dalej niż na przedmieścia, woli miedze i zapuszczone ugory od wypieszczonych ogrodów. Jego kuzyn, wróbel domowy, jest mieszczuchem, który nigdy nie stronił od ścisłego centrum. Woli stare miasto od starego ogrodu, ceglane zabytki, ciasne uliczki, podwórka „studnie” od zielonego łona natury. Chętnie okupuje miejskie parki i skwery, przesiaduje w gęstych żywopłotach, ale gnieździ się tylko przy ludzkich siedzibach. W ostateczności zasiedli budkę, ale z widokiem na bruk, asfalt i ciągi dla pieszych. Klasyczny ulicznik, cwany gawrosz.

Niestety, los wystrychnął wróbla na dudka – „jego” tak bezpieczny miejski biotop zamienił się w nieprzyjazną zasadzkę. W XX w. zniknęły konie, a z nimi stajnie, siano, rozsypywany obrok i świeże końskie „jabłka”. Zaciszne zakamarki ceglanych kamienic z rynnami, dachami z ceramicznych dachówek i ciepłymi kominami zastąpiły gładkie i wrogie wieżowce. Trawniki są koszone „na zero” – skąd wróbel ma wziąć długie źdźbła, których było pod dostatkiem przy końskich żłobach? Żadna szanująca się wróblica nie przyjmie oświadczyn, jeżeli epuzer nie obskakuje jej odpowiednio długo i energicznie z „kwiatkiem”, długą trawą w dziobie. Z czego zrobią gniazdo – „kopkę siana”, przetykaną puchem i wszystkim, co jest lekkie i suche? Azjatycki zmarzluch tylko w środku niby nieforemnej sterty ma szansę na lęg: złożenie nakrapianych jaj i spokojne wysiadywanie; tylko tam doczeka wyklucia i wychowa golutkie, bardzo wrażliwe na temperaturę (i hałas) pisklęta. W takim gnieździe przezimuje też razem z rodziną – wtuleni w siebie, ogrzewają się nawzajem ciałkami i oddechem, przygarniając każdego zbłąkanego wróblego wędrowca, i to na całą noc.

Wróbel to jedyny ptak, który traktuje gniazdo jako całoroczne schronienie (wszystkie inne ptaki opuszczają je zaraz po lęgu). Tylko on umie pielęgnować pierze poprzez kąpiel w piasku i wodzie. Być może ta ponadrodzinna solidarność i elastyczność nawyków pomogły mu uciec z krawędzi zagłady. Odbił się od niej, ale wciąż płaci wysoką cenę. Szybko wypatrzy każdą nową okazję, wkradnie się „mysią dziurką” do hali dworcowej lub supermarketu. Zwykle na pohybel sobie. W 2005 r. w Holandii młody wróbel pokonał dziesiątki barier i dotarł do wnętrza, gdzie trwały wielodniowe przygotowania do pobicia rekordu Guinnessa w ustawianiu kostek domina (ułożono ich 4 mln). W obawie, że ptak uruchomi wcześniej plastikową efemerydę, a event zawiedzie sponsorów, organizatorzy wydali polecenie odstrzału. Małe, żywe, ćwierkające „nic” kontra ludzkie przedsięwzięcia. Co ważniejsze? Odpowiedzi bywają różne. Krytyk literacki Jan Zbigniew Słojewski (ps. „Hamilton”) w socjalistycznych, niewyjazdowych czasach „zmarnował” wizę i bilet do USA, bo gdyby pojechał, skazałby na śmierć głodową wróbla, który wtargnął do jego mieszkania i nie dał się złapać, zwabić ani wypłoszyć.

Patron Ursynowa Julian Ursyn Niemcewicz znał po imieniu prawie 200 wróbli (potomstwo jednej pary), które mu stale dotrzymywały towarzystwa. Wolał ich ćwierkanie od paplania w salonach Warszawy.

Mozart z honorami pochował ulubionego szpaka, który „podpowiedział” mu najważniejsze takty jego symfonii.

Latający gangsterzy i podziemne imperia

W polskich miastach niedawno pojawiły się wrony siwe, sroki i sójki. Typowo leśne i polne ptaki, przez wieki skrajnie nieufne wobec człowieka. Teraz żyją pod jego bokiem, w najbliższym sąsiedztwie, odwiedzają balkony i podwórka, towarzyszą na ulicy, obserwują przystanki i parkingi, bebeszą kosze na śmieci. Potrafią wypatrzeć i wykorzystać każdą nową okazję do zdobycia jedzenia. Bystre, mądre, silne drapieżniki jak wszystkie krukowate, najmądrzejsze stworzenia w przyrodzie. Ciekawe, że jednak kruki – największe i najmądrzejsze z nich – wciąż unikają miast.

W macierzystym biotopie wrony i sroki operowały parami, teraz w razie potrzeby działają indywidualnie lub grupują się w stada. Zgrany wroni gang opanował warszawskie Łazienki. Wytępił miejscowe słowiki (te otwarte gniazda i głośny śpiew gospodarza…), ograniczył pogłowie wiewiórek. Latający gangsterzy kradną im orzechy wyżebrane od ludzi i zakopywane „na potem”. Każda pora lęgów to obfite żniwa – najpierw smakowite jajobranie, potem krwawe jatki wśród piskląt i podlotów. Wrony, sroki i sójki łączy pakt o nieagresji, nie wlatują sobie w drogę, bo to się nie opłaca. Wolą słabszego przeciwnika. Nie polują na dorosłe wróble, ale nigdy nie przepuszczą okazji, jeśli napatoczy się młodzik. Wypatrzą i wyciągną nietoperza z ciasnej szpary, niedostępnej nawet dla miejskiej sowy, kuny i kota. Wiedzą, po co mają silny i ostry dziób, sprawne i chwytne łapy, szybko się uczą i nie mają żadnych naturalnych wrogów. Skoro w naturze potrafią we dwójkę przegonić bielika, poradzą sobie z kotem i psem. Umieją rozwiązywać nowe problemy – rozłupać orzech włoski o asfalt albo twardą muszlę rzecznego małża o beton pobliskiej drogi, otworzyć i splądrować wystawioną na parapet klatkę z kanarkiem.

Wśród odbiorców Facebooka furorę zrobił filmik pt. Jak wrona uratowała jeża. Skulił się na środku jezdni, ale ona uparcie skubała go w zadek, aż opuścił miejsce, gdzie zostałby rozjechany jak wielu jego kuzynów. Ona sprawdzała, czy to mięso pod kolcami da się zjeść, on stosował „niezawodną strategię”, skuteczną od tysięcy lat, ale nie na asfalcie. Każdy dziki instynkt może przerodzić się w schemat. To stały dylemat: wprawa czy już zabójcza rutyna? Sójka w lesie wszczyna alarm na widok każdego intruza, w mieście odrzuciła ten zbędny aksjomat. Zmieniła listę ofiar-składników codziennej diety, ale pozostała na szczycie łańcucha pokarmowego. Tak samo działają wrony i sroki. Zero przypadku, jeśli się połączą wszystkożerna siła, inteligencja, spryt i refleks. Szczur dzięki tym cechom powtórzył drogę wróbla – z Azji do Europy, a potem ekspansja na cały świat. Ciekawe, czy wkradł się już na pokład rakiety kosmicznej, skoro podróżuje statkami i samolotami na inne kontynenty?

Szczur, maleńki ssak z azjatyckiej dżungli, gdzie żył w oddzielnych niedużych norkach i nielicznych rodzinach, tworzy dziś podziemne imperia we wszystkich miastach świata.

Już w XIX w. Anglicy wyhodowali specjalną rasę psów, gdy koty przestały sobie radzić z londyńskimi szczurami. Na hiszpańskich śmietniskach polują na nie bociany, które mają tak obfitą wyżerkę, że porzucają trudną i niebezpieczną migrację na afrykański kontynent. W indyjskich i afrykańskich miastach robią to lamparty – od dawna penetrują przedmieścia, zupełnie jak kojoty w Ameryce Północnej. W Warszawie na myszy i szczury polują „latające koty” – pustułki, wrony i sowy. Sokoły wędrowne mają w miastach w bród małego ptactwa – para z Pałacu Kultury w Warszawie została zakwaterowana przez ludzi, inna na dziko zajęła balkon wieżowca na Bielanach i też ma się dobrze.

Dzikie miasta

Im większe miasta, tym więcej w nich dzikich gatunków. Im bardziej nowoczesne, zurbanizowane i rozległe aglomeracje, tym więcej w nich leśnych stworzeń. Labirynt Londynu jest domem dla tysięcy lisów. Nie tylko dlatego, że na terenie miasta nie dałoby się zorganizować tradycyjnego angielskiego konnego polowania ze sforą psów. Bazą mieszkaniową są przydomowe ogródki, pokarmową – śmietniki, szachownica przedmieść, ale też estakady autostrad i zatłoczone ulice. Dodatkowym atutem są sznury zaparkowanych aut. Tworzą bezpieczne trasy dla wypraw we wszystkie strony wielkiego habitatu (kuny też z nich korzystają, zimą ogrzewają się pod maską). Kiedy lis przemyka pod samochodami, jest niewidzialny i niesłyszalny, a sam widzi i słyszy wszystko dookoła – wzrok ma równie dobry jak pamięć. Komfortowa sytuacja w porównaniu z losem młodego aligatora rodem z Missisipi. Trafił on niegdyś do berlińskiego ZOO, przeżył jego bombardowania w 1943 r., wydostał się na wolność (?) i aż trzy lata przetrwał na terenie gruzowiska wielkiego miasta. Czym się żywił, gdzie się chronił, jakie naturalne kwalifikacje i zdolności zadecydowały, że przeżył w tak obcym środowisku i klimacie? Nie wiadomo. Schwytali go żołnierze z angielskiej strefy okupacyjnej i przekazali Rosjanom. Saturn, bo tak się zwał rzeczony aligator, dokonał żywota w maju 2020 r., w moskiewskim ZOO, w szacownym wieku ok. 84 lat.

Pies, genetyczny wilk, uznawany za najbardziej domowe zwierzę, symbol oswajania dzikiej natury przez człowieka, stał się jego najwierniejszym przyjacielem, bo stale korzysta z najbardziej wilczych cech, które są podstawą założenia i funkcjonowania każdej watahy. To oczywisty fakt dla każdego behawiorysty, ale wielkomiejska dzika natura wciąż dostarcza powodów do zaskoczenia i zadumy.

Na koniec prawdziwa (nie)bajka o kopciuszku. Taką nazwę nosi ptak, który gnieździ się w pobliżu ludzkich siedzib, często przy kominach (wygląda jak wysmarowany kopciem i stąd jego imię). Dobrze znosi wielkomiejskie odgłosy, ale w typowej gamie hałasów i drgań. Pewna para kopciuszków założyła rodzinę na nabrzeżu szczecińskiego portu, w wielkim bloku kamienia (trafiają tam transporty z całego świata). Otwór po wiertle nadawał się na gniazdo. Pisklęta się wykluły i wyleciały w świat. Pozostał jeszcze jeden, ostatni. Wtedy dźwig załadował blok na ciężarówkę, która przewiozła go kilkaset kilometrów w głąb Polski, do warsztatu kamieniarskiego pod Warszawą. Tam się okazało, że wielogodzinną podróż maluch odbył nie sam, lecz razem z matką, która natychmiast przystąpiła do poszukiwania pokarmu i karmienia piszczącego dziecka. Pracownicy zawiadomili szefa, a ten zadecydował, że blok ma pozostać nietykalny na miejscu wyładowania, aż do czasu osiągnięcia pełnolotności przez młodego ptaka. I tym razem historia kopciuszka skończyła się dobrze.

Kup numer