Magdalena Grochowska / fot. A. Stępień / Agencja Gazeta
z Magdaleną Grochowską rozmawia Andrzej Brzeziecki lipiec-sierpień 2020

Chęć humanizowania świata

Czapski mówił, że ludzkie życie to mysia bieganina, przecięta niekiedy olśnieniem. Mnie zajmują takie momenty, sytuacje graniczne, w których maski spadają i objawia się prawda o bohaterze.

Artykuł z numeru

Przystanek: miasto

Przystanek: miasto

Andrzej Brzeziecki: Co mają nam dziś do powiedzenia intelektualiści z XX w.? Co z ich doświadczenia może być dla nas ważne?

Magdalena Grochowska: Historia się nie powtarza, ale – jak pisał Jerzy Stempowski – zmienność świata jest złudzeniem optycznym. Wszystko już było, a pewne zjawiska powracają w nowych kostiumach. W czasie wojny Stempowski odnotował w Zapiskach dla zjawy, że świat robaczywieje cyklicznie. Pisał o II RP i o robakach, drążących państwo. Potem przyleciały faszystowskie muchy plujki, które – parafrazując jego wizję – obgryzły ciało Europy. Stempowski mówi nam, że bakcyle niszczycielskich ideologii przybierają formę przetrwalnikową. Ciągle żyjemy w cieniu podobnych zagrożeń.

Wydawało mi się, że czasy szaleństwa były kiedyś i minęły, że obdarowani przywilejem późnego urodzenia, odrobiliśmy lekcję z historii i odtąd będzie już z naszym człowieczeństwem coraz lepiej. Teraz jednak podzielam pesymizm Stempowskiego z lat 30. – żyjemy w zapaści duchowej, w chwili „przed katastrofą”.

Miłosz wspominał, że mówienie w latach 30. XX w. o demokracji przypominało mamlanie bezzębnego starca.

I dziś słyszymy, że liberalna demokracja się skończyła. Widzimy przejawy pogardy dla jej wartości i dla pojedynczego człowieka. Atmosfera psychologiczna przypomina tę, którą opisuje Miłosz: towarzyszy nam poczucie kresu znanego świata. Gdy człowieka opanowuje lęk przed nieznanym, jest gotowy wymienić trudną wolność na łatwą pewność.

Już krążą fałszywi prorocy i składają hojne obietnice i, jak w wierszu Miłosza, „Flet szczurołapa wygrywa piękne melodie”.

A ludzie, chcąc zaspokajać potrzeby bezpieczeństwa i więzi, kierują się instynktami. Słowo „wojna” znów weszło do języka. Nasza sytuacja wydaje mi się więc podobna do egzystencjalnego położenia bohaterów, o których piszę. Możemy na nich patrzeć i czerpać naukę z ich postaw.

Każdy z bohaterów Pani książek udziela innej odpowiedzi.

I żadna nie jest ani lepsza, ani gorsza. Opresje, jakim poddał ich XX w., wymuszały na nich różne reakcje. Bolszewizm, nazizm, stalinizm, PRL… Odpowiadali ucieczką z Rosji Sowieckiej, oporem wobec hitleryzmu, drążeniem korytarzy wolności w magmie „realnego socjalizmu”… Każdy z nich miał odwagę powiedzieć „nie”, choć skala i skutki sprzeciwu były różne. Helmuth James von Moltke to przykład graniczny, bo jego antynazizm oznaczał ofiarę z życia, ale inni również dokonywali dramatycznych wyborów. Dymitr Fiłosofow, uchodźca rosyjski w międzywojennej Warszawie, nie tylko stracił ojczyznę, lecz także został wypluty ze środowiska „białej” emigracji, gdyż zaprzeczał idei wielkiej i niepodzielnej Rosji. Wszyscy dzielili się wolną myślą, co w pewnych warunkach wymaga heroizmu.

W Pani ostatniej książce mamy portrety Pawła Hertza, Jerzego Stempowskiego, Dymitra Fiłosofowa i Helmutha von Moltkego – co ich łączy?

Doświadczenie utraty świata, w którym wyrośli. Głębokie zakorzenienie w kulturze. Czujność i uważność wobec spraw ludzkich i kondycji Europy. I łączy ich wizja Europy: otwartej, demokratycznej i bez egoizmów narodowych, choć późny Hertz – z jego lękiem przed rozmyciem pierwiastka polskiego – inaczej rozkładał akcenty. Ich wizja jest w pewnym stopniu pokrewna do koncepcji ULB (skrót od inicjałów Ukrainy, Litwy i Białorusi – przyp. red.) Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego, którzy dopominali się o podmiotowość krajów Europy Wschodniej.

Tego samego chciał von Moltke?

W projektach politycznych Kręgu z Krzyżowej, którego był współtwórcą, duch otwartości mieszał się z duchem kulturowej i cywilizacyjnej wyższości wobec naszej części kontynentu. Jednak pluralizm światopoglądowy tej grupy, skupiającej arystokratów, przywódców robotniczych i związkowych, konserwatystów i socjaldemokratów, sprawiał, że ich wizja Europy po Hitlerze była wspólnotowa. Przecież von Moltke inspirował się pacyfistyczną ideą Paneuropy i dopuszczał przyłączenie Śląska, z jego ukochaną Krzyżową, do Polski. Sądzę, że gdyby członkowie Kręgu przeżyli wojnę, ich myśl ewoluowałaby i spotkałaby się z myślą kręgu „Kultury” paryskiej.

Wcześniej myślałem, że chce Pani pisać przede wszystkim o Polsce i polskiej inteligencji.

Moi bohaterowie uosabiają los intelektualisty europejskiego, pędzonego przez historyczne wypadki ze Wschodu na Zachód, a czasem odwrotnie, z przystankiem w Warszawie. Fiłosofow ucieka z Petersburga, jego najbliżsi – Zinaida Gippius i Dymitr Mereżkowski – jadą z Warszawy dalej do Paryża. Wszyscy troje są ważni dla Józefa Czapskiego, który utracił dom pod Mińskiem Litewskim. Stamtąd też pochodzi Giedroyc, którego droga zawiodła do Maisons-Laffitte przez Bliski Wschód. Z Podola przybył Stempowski, jego stacją końcową była Szwajcaria. Hertz, bywalec w Paryżu, rąbie las na Uralu. Między Berlinem i Krzyżową rozgrywa się historia von Moltków, Helmutha ukształtował liberalny krąg Eugenii Schwarzwald w Wiedniu. Mieroszewski dotarł do Anglii, Gustaw Herling-Grudziński do Włoch.

Mimo tych odległości więzi intelektualne między nimi wszystkimi były mocne.

Mocny jest rdzeń wspólnych wartości. Wszystkich cechuje odwaga myślenia. Mieroszewski pisał w latach 60. w tekście Religia a polityka, że „wolny jest tylko ten, kto nie wie na pewno”. Czyli ten, kto podejmuje wysiłek kwestionowania dogmatów i dociekania prawdy. Wolność Stempowskiego wyrażała się w odmowie zaangażowania w politykę II RP po zamachu majowym, choć stała przed nim wielka kariera. Helmuth von Moltke, skłaniając się ku socjalizmowi, „zdradził” swoją klasę i tradycję rodziny – jego stryjeczny dziad to słynny feldmarszałek, symbol imperializmu pruskiego. Hertz w stalinizmie nie przyłączył się do chóru służalców, zamilkł jako poeta. Jeśli więc coś jeszcze łączy moich bohaterów, to także wybór trudniejszej drogi.

Wszyscy uznawali jedność kultury europejskiej. Ale duchowo sytuują się w jej różnych przestrzeniach. W Boga wierzą Helmuth von Moltke i jego żona Freya, Czapski i Fiłosofow. Stempowski to ateista i wolterianista, jak mówił o sobie, po prostu laicki humanista. Ciekawa jest droga Pawła Hertza – od libertyna do chrześcijańskiego konserwatysty lub nawet – jak niektórzy twierdzą – do Okopów Świętej Trójcy polskości i katolicyzmu.

Jak Pani wybiera bohaterów do swoich książek?

Temat Giedroycia zaproponowało mi wydawnictwo. Ale w pewnym sensie ta książka „była mi pisana” jako spłata długu wobec Instytutu Literackiego. W latach 80. znalazłam się w Hamburgu – w tamtym czasie brało się urlop dziekański i wyjeżdżało na Zachód do nielegalnej pracy. W kościele św. Józefa, tzw. polskim, przy ulicy Große Freiheit, zaopatrywałam się w kieszonkowe wydawnictwa z Maisons -Laffitte. Miłosz, Czapski, Herling-Grudziński, Sołżenicyn… Łapczywie nadrabiałam braki w lekturach, bo wcześniej studiowałam pięć lat w Bułgarii, bez dostępu do literatury drugiego obiegu. Te książki mnie formowały. Przedziwne zbiegi okoliczności sprawiły, że po latach, już jako autorka, weszłam głęboko w kręgi „Kultury”.

Stempowski i Fiłosofow są oczywiście obecni w mojej opowieści o Giedroyciu. Pierwszy był filarem Instytutu Literackiego, a od drugiego Giedroyc zapożyczył koncepcję emigracji, rozumianej jako zadanie ocalenia kultury. Kilka lat po ukazaniu się mojej książki prof. Piotr Mitzner wydał pisma Fiłosofowa. Miałam je zrecenzować. Usiłowałam odpowiedzieć sobie na pytanie, co dziś mówi nam ten polonofil, a zarazem krytyk polskości. Tak powstał obszerny esej. A portret Stempowskiego zrodził się z poczucia niedosytu. Za mało miejsca poświęciłam mu w biografii Giedroycia, chciałam wrócić do jego eseistyki. Z kolei bodźcem do pracy nad sylwetką Hertza była lektura jego korespondencji z Iwaszkiewiczem.

Dlaczego wśród Pani bohaterów nie ma kobiet?

Sama sobie to wyrzucam. W książce W czasach szaleństwa one są tylko drugoplanowe. Maria Dąbrowska, Zinaida Gippius, Freya i Dorothy von Moltke, Ludwika Rettingerowa – ukochana Stempowskiego, Anna Iwaszkiewiczowa, Maria Czapska… Każda zasługuje na osobny portret.

Jak długo pracuje Pani nad książką?

Trzy, cztery lata. Coraz dłużej, bo mam coraz więcej wątpliwości.

Konstrukcja Pani książek opiera się na stałym łamaniu chronologii – skąd ten zabieg?

Rzeczywiście, nie rozwijam biografii linearnie, tylko szukam miejsc, w których istnienie się zagęszcza. Czapski mówił, że ludzkie życie to mysia bieganina, przecięta niekiedy olśnieniem. Mnie zajmują takie momenty, sytuacje graniczne, w których maski spadają i objawia się prawda o bohaterze. Chronologia wydaje mi się nużąca.

Odrzuca Pani w ten sposób prezentację ewolucji poglądów, co u intelektualistów jest ważne.

Przyjmuję zarzut. Ale czy „mój” Giedroyc nie ewoluuje? Czy proces – używając sformułowania Wata – „endeczenia” nie jest czytelny w portrecie „mojego” Hertza?

Gatunek literacki, który uprawiam – hybryda reportażu i eseju historycznego albo esej biograficzny – daje mi swobodę w sposobie prowadzenia narracji. Michel de Montaigne uczył, że esej to domena wątpiących, taki sposób opowiadania, który nie rozstrzyga, lecz szuka. W tej formie, w opowieści kolistej, meandrycznej, w powtórzeniach i przenikaniu się czasów, w niedopowiedzeniach, moi bohaterowie czują się najlepiej. I ja się w niej dobrze czuję, siebie w niej wyrażam, to jest mój sposób mówienia nie tylko o nich, także o mnie i o współczesności.

Co Pani dała przygoda z „Kulturą” Jerzego Giedroycia?

Wyraziście zobaczyłam szczelinę mentalną, dzielącą pokolenia Polaków na dwa ciągi kulturowe, jak powiedział Czapski. Zrozumiałam zgrozę Dąbrowskiej, która na wieść o pielgrzymkach do grobu zabójcy prezydenta Narutowicza napisała: „Polacy język ust mają wspólny, ale nie język ducha”.

Odkryłam – za Stempowskim – że w rzeczach przeszłych kryją się wzory rzeczy przyszłych. Utwierdziłam się w moim wstręcie do instrumentalizacji religii, do sakralizacji narodu. Jeśli myślę o „substancji polskości”, to przez pryzmat eseistyki Miłosza, Stempowskiego, Jeleńskiego, Mieroszewskiego, Gombrowicza. Dużo do myślenia dał mi Czapski… Przywłaszczyłam sobie to ważne dla niego zdanie, które zaczerpnął od Stanisława Brzozowskiego: „Skakanie przez kij. Skacz. Nie rezonuj!”.

Jak Pani rozumie te słowa?

Jako wymóg nieustannej czujności etycznej wobec siebie i świata. Chciałabym być dobrze zrozumiana: obcowanie z tym kręgiem nie czyni człowieka lepszym, ale wyposaża w narzędzia do oceny rzeczywistości i własnej roli w świecie.

Jak się ma legenda „Kultury” do rzeczywistości? Niby była to mała, ale zgrana załoga w łódeczce na pełnym morzu, a jednocześnie pełno jest tam konfliktów i napięć. Choćby między Czapskim a Giedroyciem.

Konflikty są wpisane w relacje międzyludzkie. „Kultura” nie była zwyczajną redakcją, tylko wspólnotą w pracy i życiu, w wizji Polski i sposobie pojmowania etosu inteligenckiego. Dla „sprawy” masz dać z siebie wszystko, tak uważał Giedroyc. Bywał apodyktyczny i bezwzględny. Słusznie porównywał siebie do pająka, który wysysa ze swych żołnierzy to, co najlepsze. Lecz nie dla siebie wysysał, tylko dla polskiej kultury. Pokazuje to świetnie historia Czesława Straszewicza, zamilkłego pisarza mieszkajacego w Montevideo. Giedroyc tak długo bombardował go listami, aż go wybudził i odzyskał dla literatury. Dzięki determinacji Redaktora możemy też cieszyć się eseistyką Miłosza, a także Dziennikiem Gombrowicza.

W Maisons-Laffitte po pracy nie szło się do domu, tylko co najwyżej do swojego pokoju. Zresztą nie istniał stan „po pracy”, sfera prywatna mieszała się z życiem falansteru. Nic dziwnego, że między jego członkami były napięcia. Ale wobec tego, co – przepraszam za patos – zrobili dla Polski, one są bez znaczenia.

Kto zawinił w pęknięciu między Czapskim a Giedroyciem?

Nikt! Sztuka zawiniła. Czapski był artystą i po latach wojennej zawieruchy pragnął wrócić do malowania. Był zarazem ważnym piórem „Kultury”, więc czuł się rozdarty między dwiema powinnościami: wobec „sprawy polskiej” i oczekiwań Giedroycia oraz wobec własnej sztuki.

Skalę tej przyjaźni widać w ich niepublikowanej korespondencji, z którą zetknęłam się już po napisaniu książki. Nie powinniśmy postrzegać ludzi „Kultury” przez pryzmat ostatnich lat ich życia, które mamy w pamięci. W ich losach mieści się o wiele więcej niż starość, która ma zresztą prawo do goryczy. Ich wciąż bolała Polska.

Rozumiem rozczarowanie Giedroycia Polską po wojnie, ale jego ocenę III RP uważałem za krzywdzącą.

Ktoś powiedział, że atakował III RP, bo ujrzał w niej zalążki IV RP. Jego obawy z lat 90. dotyczące klerykalizacji życia publicznego, przebudzenia demona nacjonalizmu i jakości stosunków Polski z sąsiadami okazały się profetyczne. Błyskawicznie przejrzał zachłanność Kościoła. Zapytano go przy okazji kolejnej pielgrzymki Jana Pawła II do kraju o jej skutki. Odparł, że w miejscowości odwiedzanej przez papieża wybudują drogę. Jego racjonalny język szokował. Mówiono, że stetryczał. Czy nie miał racji, gdy piętnował partykularyzmy partyjne, demoralizację w polityce? Ale gdyby dziś się obudził i zobaczył ten nihilizm partyjno-religijny, Polska z tamtej dekady wydałaby mu się pewnie realizacją jego marzeń.

Nie przyjechał nigdy do Polski po 1989 r., co też było jakąś oceną.

Oceną własnego stanu zdrowia, pozbawioną złudzeń. Obawiał się też, chyba słusznie, że zostanie zmanipulowany i wykorzystany. To dobrze, że nie dał nam okazji do tego, byśmy go ujrzeli zdezorientowanego, w kompletnie obcym mu otoczeniu. Ja lubię jego mityczny wizerunek dumnego Księcia z Maisons-Laffitte.

Pani lubi Giedroycia?

Uwielbiam go… i nie znoszę. Gdy domaga się od Polaków krwi – np. po wprowadzeniu stanu wojennego – jest mi obcy, gwałtownie protestuję. Lecz im dłużej przyglądam się współczesnej Polsce, tym większy jest mój podziw dla niego. Ustanowił dla życia publicznego wysokie standardy i sam je spełniał. Mam nadzieję, że kiedyś staną się punktem odniesienia

Bolesnym rozdziałem był konflikt z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim.

Herling-Grudziński popadł w zapiekłość polityczną, atakował „grubą kreskę” Mazowieckiego i dopatrywał się wszędzie przyczajonego smoka komunizmu. Giedroyc był pragmatyczny: zbrodniarzy osądzić, szeregowych partyjnych zostawić w spokoju – niech służą nowej Polsce. A teczki Służby Bezpieczeństwa spalić. Przyjął w Maisons-Laffitte prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, co nie mogło się podobać Herlingowi-Grudzińskiemu.

Herling-Grudziński został wzięty na sztandary przez prawicę, mam wrażenie, że Pani w biografii Giedroycia próbuje go odbić.

Nie, nie kieruję się w pisaniu żadną z góry postawioną tezą. Pokazałam po prostu ewolucję jego postawy i przypomniałam socjalistyczne zaangażowania, których jego prawicowi adoratorzy zdawali się nie dostrzegać. Te same lewicowe sympatie wykazałam w przypadku Giedroycia, co spotkało się z zarzutem, że zawłaszczam go dla lewicy. Jest jednak w jego listach mnóstwo dowodów na to, że serce miał po lewej stronie.

Ile listów przeczytała Pani w Maisons-Laffitte?

Spośród korespondencji niepublikowanej, a wówczas dostępnej w Instytucie Literackim, przeczytałam ok. 25 bloków – blokiem nazywam wymianę listów Giedroycia z jednym adresatem, zwykle w obie strony, bo Redaktor pisał przez kalkę. Pewną część z tego zbioru stanowiły listy w formie elektronicznej, o objętości ok. 18 mln znaków. Trudno mi powiedzieć, ile znaków liczyła korespondencja, którą przeczytałam w archiwalnej wersji papierowej, a także już wydanej, książkowej. Moja książka liczy 1,3 mln znaków. Bywa tak, że z długiego listu cytuje się pół zdania.

Dlaczego napisała Pani książkę o Janie Strzeleckim? On jest zupełnie z boku kręgu „Kultury”.

Zdecydował przypadek, który pokazuje, że dziwnymi ścieżkami przychodzą bohaterowie do autorki. Gdy pracowałam nad biografią Giedroycia, przeczytałam list Jana Józefa Lipskiego do Redaktora z 1958 r. Lipski opisywał sytuację lewicy socjalistycznej po Październiku w Polsce, odpowiadając na pytanie Giedroycia, jak pobudzić to środowisko. Szef Klubu Krzywego Koła pisał, że Strzelecki byłby osobą predestynowaną do bycia liderem, ale niestety, antyszambruje w korytarzach Komitetu Centralnego partii. Zazgrzytało mi to. Strzelecki, bohater w powstaniu warszawskim, ideowy socjalista, miałby wisieć u klamek w „Białym Domu”? Postanowiłam to zweryfikować i tak zajęłam się tą postacią.

Byłam do podjęcia tego tematu wstępnie przygotowana, bo publikowałam w „Gazecie Wyborczej” reportaże o intelektualistach z nurtu lewicy socjalistycznej: Tadeuszu Kotarbińskim, Marii i Stanisławie Ossowskich, Klemensie Szaniawskim, Witoldzie Kuli i Ninie Assorodobraj, także o Lipskim. Z tej formacji wywodził się Strzelecki.

Nad poświęconą mu książką pracowałam w trzeciej dekadzie wolnej Polski, kiedy było już jasne, że drapieżny kapitalizm wyrzuca ludzi za burtę, że nastroje się radykalizują i scena polityczna skręca na prawo, zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej. Atmosfera stawała się nieznośna. Chciałam schronić się w utopii lewicowo-humanistycznej mojego bohatera.

Ludzie słysząc „lewica”, myślą: PRL, komunizm. Kiedyś na spotkaniu autorskim pewna dziewczyna zapytała mnie, jak się czuję z tym, że zaczynałam pracę w PRL. Jestem najwyraźniej skażona, bo oddychałam tamtym powietrzem.

Strzelecki uosabia lewicową wrażliwość, typ reakcji na niesprawiedliwe urządzenie świata, który Zygmunt Bauman określał genialnym skrótem: cierń w ciele. Był też człowiekiem dialogu, zafascynowanym chrześcijańskim personalizmem Jacques’a Maritaina i Emmanuela Mouniera. I nie antyszambrował, tylko rozmawiał z każdym. Przypłacił to tragiczną śmiercią, gdy w imię braterstwa chciał pewnej nocy wskazać drogę człowiekowi, złoczyńcy.

Czy nie boi się Pani, że pisząc biografię, może stać się ofiarą swoistego „syndromu sztokholmskiego” – tzn., że odczuwając sympatię wobec bohatera, zacznie go Pani nadmiernie usprawiedliwiać?

Nieprzypadkowo hasło „Biografie” w swym Abecadle Miłosz zaczyna od słów: oczywiście wszystkie są fałszywe… Nie sądzę, że fałszywe, ale są tylko przybliżeniem postaci, mniej lub bardziej udaną rekonstrukcją.

Mam obowiązek, jako autorka, próbować bohatera zrozumieć. To nie znaczy, że mam z nim się utożsamić. Chyba też nie chodzi o sympatię, tylko empatię.

Biograf nie jest od usprawiedliwiania, nie jest sędzią, choć jest bogiem, bo stwarza postać. Łatwo w takiej relacji popaść w pychę, ulec pokusie osądzania. Pan mówi, że bohater może uwieść autora, ale bywa i tak, że autor może skrzywdzić bohatera, jeśli nie narzuci sobie samodyscypliny, rygorów ostrożności i rzetelności, a także pokory. A kiedy opisywana postać nie może odpowiedzieć na pytania, bo nie żyje, otwiera się pole do spekulacji i manipulacji. To naprawdę trudna sytuacja dla obydwu stron.

Jest jeszcze rodzina bohatera…

… która bywa bezcennym źródłem informacji, ale potrafi też swymi roszczeniami zatruć życie autorowi. Nie miałam na szczęście takich doświadczeń. Moje dylematy dotyczą najczęściej kwestii granicy pomiędzy tym, co wolno mi ujawnić, a tym, co powinno pozostać zakryte. Przecież rozporządzam cudzym życiem.

Zadaję sobie pytania: do czego miałby mi służyć w tekście drastyczny detal fizjologii starości albo miłości, albo choroby? Może epatowaniu czytelnika? Czy nie ulegam łatwiźnie efekciarstwa, a może jestem podglądaczem?

Przed laty zdarzyło mi się zrezygnować z publikacji reportażu o Julii Hartwig, na jej prośbę. Uznała chyba, że w naszej rozmowie nazbyt się odsłoniła – tak czasem się dzieje, gdy jakieś słowo klucz nieoczekiwanie otwiera rozmówcę. Może uznała potem, że nie chce się wystawiać na widok publiczny, a ja to uszanowałam. Nie żałuję decyzji. Dostałam od poetki bukiet róż z bilecikiem, który przechowuję do dziś.

Biograf powinien oczywiście szukać wielu perspektyw, nawet kuchni czy sypialni, by obraz był najpełniejszy. Ale zawsze trzeba ważyć racje.

Czytając esej o Hertzu, miałem poczucie, że jego postać przysłaniają kwestie troski o meble, picie wódki i zabiegi służące zdobyciu importowanej wody kolońskiej.

Jeśli tylko tyle Pan wyczytał, to jestem zdruzgotana… Moim zamysłem było pokazanie jego kolejnych wcieleń: od pięknego uwodziciela Iwaszkiewicza i młodzieńca swobodnych obyczajów, obojętnego religijnie i politycznie, obywatela świata, do sympatyzującego z endecją konserwatysty, wyznającego katolicyzm w „swojskim”, polskim wydaniu. Miałam trudności ze zrozumieniem tej ewolucji i byłam rozdwojona. Ten „grzeszny” bardzo mnie pociąga, ten „nawrócony” na polskość i wierność Kościołowi jest ciekawszy. Pamiętajmy też, że „pomiędzy” odbył zsyłkę na Syberię, która uratowała go od Zagłady.

Lecz brak w tym portrecie dramatu, jest przaśna codzienność PRL. Syberia jest na marginesie.

Bo nie chodziło mi o opisanie krzyczącego dramatu Hertza w gułagu, tylko cichego dramatu zamilknięcia w nim poety, co dokonało się w przaśnej codzienności PRL. Decyzja o chrzcie, wybór pewnego modelu polskości… takie sprawy odbywały się w nim po cichu.

Prawdę mówiąc, nie potrafię polubić Hertza z Pani książki. Nie akceptuję jego postawy i wyborów. W moich oczach usprawiedliwia go właśnie jedynie Syberia.

Ja też mam z nim kłopot. Pisząc ten esej, pilnowałam się, by moja „stronniczość” – bo przecież obiektywizm autora jest iluzją – nie wykrzywiła obrazu Hertza. Choć pewnie i tak przeniknęła do tekstu. Nie zgadzam się z Panem jednak w tym, że martyrologia miałaby bohatera usprawiedliwiać. Nie możemy też lubić kogoś jedynie dlatego, że cierpiał.

Choć możemy zrozumieć, dlaczego np. nie angażował się w pewne rzeczy.

Więzienia sowieckie go przeorały, dlatego w PRL stronił od opozycji i uważał, że jej działania grożą inwazją czołgów, jak w Budapeszcie 1956 r. Myślę, że jednym z kluczy do zrozumienia Hertza jest też jego żydowskość. Zofia Hertz powiedziała kiedyś, że Polska to taki kraj, w którym lepiej być ochrzczonym. W okresie pogromu kieleckiego Hertz napisał do Iwaszkiewicza przejmujący list, który zdradza, jak newralgiczna była dla niego „kwestia żydowska”. Ale wkrótce zaczął się jego odwrót od pozycji „wyznania bezwyznaniowego, narodowości międzynarodowej”. Przywdział płaszcz arcypolskości, jakby się chciał w nim schronić. Czy to był kostium? Kokon? Nie wiem.

Denerwuje mnie też, że na starość stał się taki pruderyjny. Wtedy nie kosztowało go to już żadnych wyrzeczeń. Wcześniej „kuszował”, ile się dało.

A mnie zirytowało jego zażenowanie wywołane tym, że partner Jerzego Zawieyskiego urządził po jego śmierci przyjęcie pożegnalne. Hertz uważał, że sprawy intymne mają być zasłonięte. Swą przedwojenną postawę w tej sferze określał ironicznie i pogardliwie, jako fizjologię młodych piesków. Może to jednak nie pruderia nim kierowała, tylko arystokratyczna powściągliwość?

Czy intelektualista ma prawo obojętnie patrzeć na świat? Hertz w pewnym momencie próbuje takiej postawy.

Jednemu ze swych esejów nadał tytuł: Guarda e passa, „Popatrz i pójdź dalej”.

Po krótkotrwałym zaangażowaniu w marksizm rzeczywiście wycofał się do zacisza biblioteki, do gabinetu eseisty, tłumacza i wydawcy. To unik, ale też pragmatyczny wybór w stalinizmie, pozwalający mu zachować przyzwoitość. Nie zapominajmy o realiach, gdy mówimy o powinnościach intelektualisty. A kiedy pojawiła się opozycja, czy Hertz miał nosić ulotki, głosić manifesty polityczne? Owszem, inni pisarze to robili, a on ślęczał nad poezją polską XIX w. Jeśli nawet jest to postawa obojętności, to monumentalne siedem tomów tej poezji, które wtedy zebrał, zostanie już na zawsze w kulturze. I jeśli nawet u źródeł jego wyborów był konformizm, to w ostatecznym rachunku liczy się jego gigantyczna praca „ogrodnika kultury”, jak niektórzy go nazywają.

Obojętność intelektualisty może być twórcza. A jego zaangażowanie, jak pamiętamy z historii, bywało zabarwione krwią.

Nad czym Pani pracuje teraz?

Nad biografią Tadeusza Różewicza. Spośród wielu wątków jego życia chyba najbardziej porusza mnie jego los artysty-racjonalisty w kraju narodowego katolicyzmu.

Magdalena Grochowska

Pisarka i dziennikarka, pracuje w „Gazecie Wyborczej”. Autorka książek poświęconych losom XX-wiecznych intelektualistów: Wytrąceni z milczenia (2005), Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu (2009), Strzelecki. Śladem nadziei (2014). Jej ostatnia książka W czasach szaleństwa (2019), nominowana do nagród Nike, Angelus i Juliusz przedstawia sylwetki Pawła Hertza, Dymitra Fiłosofowa, Jerzego Stempowskiego oraz Helmutha i Frei von Moltków

Kup numer