Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz / fot. Stanisław Kowalczuk / East News
z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz rozmawia Andrzej Brzeziecki grudzień 2019

System wymaga aktualizacji

Wizja Europy polskiej prawicy jest w moim przekonaniu niespójna. Mówi o silnych państwach, ale równocześnie o słabych Niemczech i Francji. Tego nie da się pogodzić. Jeśli stawia się na Europę ojczyzn, to nieuchronnie zmierza się w kierunku koncertu mocarstw.

Artykuł z numeru

Wierzę, wątpię, odchodzę

Wierzę, wątpię, odchodzę

Czy dzisiejsza Polska rozumie współczesny świat?

Trzeba by wyjaśnić, co rozumiemy pod pojęciem „dzisiejsza Polska”. Czy mówimy o rządzie, o MSZ, o ekspertach, o dziennikarzach czy o opinii publicznej. Najlepiej to wygląda w przypadku ekspertów – wielu z nich widzi nowy świat takim, jaki jest. W MSZ może widzą, ale nikt ich nie słucha. Gorzej jest w przypadku polityków oraz opinii publicznej – tu jesteśmy w tyle za rzeczywistością, co nawet zrozumiałe, bo rzeczywistość zmienia się tak szybko, że trudno za nią nadążyć. Przez ponad dwie dekady byliśmy przyzwyczajani do czegoś, co się właśnie skończyło.

Właściwie mamy dziś w Polsce dwie opinie publiczne oddzielone od siebie politycznym murem – czytające inne gazety, oglądające inne telewizje, obecne na innych portalach internetowych, a nawet – w przypadku wierzących – słuchające innych księży.

Wbrew pozorom obie te strony sporu trzymają się starego świata. Tylko inaczej – bo jedni chcą go bronić, a drudzy z nim walczą.

Co to jest – ten stary świat?

Cały czas mamy tendencję do myślenia przez pryzmat pojęcia Zachodu. Nie dociera do nas poziom rozjazdu, jaki nastąpił między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Nie dostrzegamy też innych pęknięć w ramach NATO – np. w Polsce mało kto przyjmuje do wiadomości, że Turcja posiada drugą co do wielkości armię w Sojuszu Północnoatlantyckim i właśnie z tą Turcją mamy problemy na wszystkich możliwych frontach.

Wciąż wydaje nam się, że główna oś podziału świata to Wschód–Zachód, a my jesteśmy w jego centrum, bo mamy na pieńku z Rosją. Tymczasem są konflikty znacznie ważniejsze. Jest ich wiele, ale główny rozgrywa się między Chinami i USA. Europa nie stoi jednoznacznie przy Ameryce i to dla Polski ma poważne konsekwencje.

Musimy zrozumieć, że nasz problem z Rosją jest teraz gdzieś na peryferiach myślenia o bezpieczeństwie w świecie. Nie doceniamy też rosnącej konkurencji technologicznej i tego, co się dzieje wokół kryzysu klimatycznego.

Tekst Henryka Woźniakowskiego, który publikujemy w tym numerze, pokazuje, jak w pierwszych latach niepodległości rząd Tadeusza Mazowieckiego próbował oddalić od nas przekleństwo geografii i zmienić geopolitykę. Długo wydawało się, że się to udało. Chyba jednak stare zmory znów nam grożą?

Uważam, że geopolityka się kończy. Zgadzam się z tekstem Woźniakowskiego – tak to wtedy wyglądało, ale dziś znaczenie geografii jest mniejsze niż w latach 1989–1990. Wtedy rzeczywiście problemem było, w jaki sposób wyrwać się z kleszczy geopolitycznych. Była kwestia zjednoczenia Niemiec, obecności wojsk radzieckich nad Wisłą i aspiracji Moskwy, która wcale nie chciała zrzec się kontroli nad regionem. Zachód też nie przyjmował nas tak otwarcie, jakby to mogło się wydawać po latach. Państwo polskie wykonało wielki wysiłek i chwała mu za to.

Dziś geopolityka ma jednak mniejsze znaczenie. Po pierwsze, kontrola czy oddziaływanie na inny kraj, dzięki nowym technologiom, może odbywać się niezależnie od tego, czy się jest jego sąsiadem. Mniejsze znaczenie przywiązuje się też do tradycyjnej kontroli terytorium. Z podbojem terytorialnym wiążą się gigantyczne koszty. Rosji, która co prawda zajęła Krym, nie zależy już na integracji innego kawałka Ukrainy, lecz na kontrolowaniu procesów politycznych i ekonomicznych w tym państwie.

Po drugie, przedmiot konkurencji mocarstw też jest już inny. Nie chodzi tylko o zasoby surowców i wielkość terytorium, lecz o przywództwo technologiczne, potencjał ekonomiczny.

Turcja jest ważna dla Waszyngtonu, bo stanowi klucz do operacji wojskowych na Bliskim Wschodzie. Polacy zaś martwią się rakietami rozmieszczonymi w Kaliningradzie, a nie, powiedzmy, za Uralem, martwi nas też wojna w bezpośrednim sąsiedztwie, czyli na Ukrainie. Wojna w dalekiej Czeczenii takich obaw nie budziła – więc może jednak geografia ma znaczenie?

Nie chcę powiedzieć, że wymiar tradycyjnie militarny należy zignorować. Niezależnie od tego, czy te rakiety w Kaliningradzie są, czy jest wojna na Ukrainie, niebezpieczeństwa militarne oceniam jednak jako mniejsze niż nowe zagrożenia, ulokowane w innych sferach. Nie namawiam do tego, żeby odchodzić od zbrojeń, ale żeby przyjąć odmienną hierarchę zagrożeń.

W dzisiejszej Rosji nie dostrzegam planu podbicia Polski nawet jako odległego celu, ale widzę próby wpływania na naszą politykę wewnętrzną, a przez to ingerowania w procesy polityczne w Europie. Rosja chce tworzyć ekonomiczne i polityczne bariery między UE a Ukrainą. Taki cel jest realizowany nie wojskami czy rakietami, ale polityczną korupcją i dezinformacją. Odpowiedzią na to nie może być wojsko, lecz silne instytucje, instrumenty służące do obrony przed cyberagresją, wreszcie spójność społeczna, która jest bardzo ważna – bo społeczeństwo podzielone łatwiej zmanipulować.

I Pani uważa, że w Polsce brak namysłu nad tym wszystkim?

Jesteśmy archaicznie skoncentrowani na tradycyjnym myśleniu o zagrożeniach w kategoriach militarnych. To nas prowadzi do nadmiernego przywiązania do parasola obronnego rozciągniętego przez Stany Zjednoczone.

Nikt nie pyta, ile naprawdę powinniśmy i jesteśmy gotowi płacić za ten parasol – finansowo i politycznie. Obóz „dobrej zmiany” w ogóle nie podejmuje nad tym refleksji, ale nawet po stronie opozycji wiara w moc Ameryki i jej wolę, by nas bronić, jest ogromna. To pewnie pokłosie sympatii, jaką darzyli Polskę prezydenci USA w latach 80. i 90. XX w. – niezależnie, czy republikańscy, czy demokratyczni. Przecież za komunizmu cała nasza demokratyczna opozycja wierzyła Ronaldowi Reaganowi i do dziś go dobrze wspomina.

Tymczasem my potrzebujemy nie tylko tego amerykańskiego parasola, lecz pozycji i prestiżu, tak abyśmy mogli liczyć na inne kraje w sytuacjach, gdy zagrożone jest nasze państwo nie militarnie, ale pod innym względem. Przykład: kilka lat temu rosyjskie służby porwały w Estonii z terytorium przygranicznego funkcjonariusza tamtejszych służb specjalnych. Oburzające, ale Estonia, niestety, okazała się za małym państwem, by mogła zmobilizować opinię międzynarodową do podjęcia zdecydowanych kroków. Wielka Brytania po zamachu na Skripalów takie wsparcie otrzymała.

Mam wrażenie, że po ostatnich kilku kryzysach w najważniejszych stolicach Unii rodzą się teraz pomysły, jak UE wymyślić na nowo.

To chyba za mocno powiedziane. Na pewno następuje przesunięcie celów i priorytetów Unii. Wcześniej dominowało nastawienie na koherencję wewnętrzną, czyli podciąganie słabszych i uboższych państw członkowskich. Chodziło o to, by wyrównywać poziom życia Niemca, Portugalczyka, Słowaka, Polaka itd. Polska, jako kraj uboższy, korzystała na tym. To się faktycznie kończy. UE przestawia się na efektywność w globalnej konkurencji z Chinami i USA.

Ponadto innym wielkim celem jest przeciwdziałanie zmianie klimatycznej – tu łączy się zarówno interes, jak i etos Unii. Troska o środowisko to wręcz emanacja wspólnych europejskich wartości.

Unia będzie też bardziej zdecydowana, broniąc własnych standardów.

Niech zgadnę – Pani uważa, że tego też nie dostrzegamy.

Bo nasze myślenie o Europie opiera się na jej starych priorytetach. Chcemy dalej pozyskiwać środki z Brukseli, by móc gonić stare kraje Unii. Liczymy, że wciąż dzięki unijnym pieniądzom będziemy mogli rozwijać naszą infrastrukturę oraz wspierać drobny i średni biznes.

Tymczasem przygotowywanie się Unii do konkurencji globalnej będzie m.in. oznaczało wzmacnianie dużych europejskich korporacji, by były zdolne do walki na wielkiej światowej arenie. Mniej zaś będzie troski o mały biznes i wyrównywanie dla niego szans. To jest potencjalna linia konfliktu między nami a Unią, bo my firm o globalnym potencjale nie mamy.

Inna kwestia to transformacja energetyczna, której Polska w ogóle nie przyjmuje do wiadomości i nie ma nawet strategii w tym zakresie. Pieniądze unijne będą w mniejszym stopniu rozdawane biedniejszym, a w coraz większym tym, którzy inwestują w zieloną energię i w technologie. Jeśli będziemy trzymać się węgla, okażemy się niekonkurencyjni. To naprawdę może spowodować marginalizację Polski w UE.

Liberalne media twierdzą, że najbardziej marginalizuje nas kwestia praworządności.

Praworządność należy jedynie do szerszej kwestii poszanowania fundamentalnych wartości europejskich. Ma ona znaczenie, podobnie jak prawa mniejszości, walka z korupcją i transparentność wymiaru sprawiedliwości oraz postawa państwa na arenie międzynarodowej – z kim wchodzi się w alianse. Tak się składa, że kraje słabiej utożsamiające się z fundamentalnymi wartościami europejskimi są bardziej skłonne do współpracy z Rosją, Turcją czy Donaldem Trumpem.

Warszawa przyjaźni się z Trumpem, choć do końca nie wiadomo, czy Trump przyjaźni się z Warszawą. Czy to już klientelizm?

Mamy problem podwójnej lojalności. Coraz trudniej jest mieć dobre relacje i z USA, i z państwami UE. To się rozchodzi. Manewrowanie wciąż jest możliwe, choć wymaga finezji. I tej finezji nam dziś brak – niezdolne do niego jest nasze MSZ, bo samo ma trzeciorzędną pozycję w strukturze polskiej władzy.

Moglibyśmy się ustawić w pozycji bardzo proeuropejskiego kraju, który jednocześnie dba o amerykański komponent na kontynencie. My zaś faktycznie prezentujemy się jako osobiści klienci Trumpa, bo nawet nie USA. Uwieszamy się na tym jednym dość nieobliczalnym człowieku. To jest kontrproduktywne, bowiem gdy wszystko stawiamy na współpracę tylko z jednym partnerem, to on przestaje o nas zabiegać. Nasze zaangażowanie uznaje się bowiem za oczywiste.

Musimy zrozumieć, że świat nie jest zerojedynkowy. Jest coraz mniej jednoznacznych i trwałych sojuszy. Świat zdominowany jest przez frienemies – przyjaciół w jednym aspekcie, wrogów w innym.

Był już moment, kiedy „stara Europa” i USA stanęły naprzeciw siebie – to była wojna w Iraku w 2003 r. Polska i inne kraje „nowej Europy” poparły wówczas George’a W. Busha. Nazywano nas „koniem trojańskim Ameryki”, a potem to się jakoś uspokoiło.

Wówczas to był konflikt istotny, ale jednak punktowy. Teraz konflikt ma dużo bardziej systemowy charakter. USA odchodzą od polityki „światowego policjanta”, utożsamiania swojego interesu narodowego z pilnowaniem porządku w świecie. „America first” – nie jest pustym sloganem. Mamy do czynienia z przestawianiem polityki amerykańskiej na wąsko rozumiane interesy partykularne. To odpowiedź na zmęczenie społeczeństwa nadmiernymi inwestycjami w odpowiedzialność międzynarodową. Dużo w tym jest osobistego wkładu Trumpa, ale ta zmiana znacznie wykracza poza tego konkretnego prezydenta.

Zwykło się wieszać psy na Węgrzech Orbana za jego przyjaźń z Moskwą i wskazywać na polski klientelizm wobec Trumpa – ale stare „praworządne” demokracje też zerkają życzliwie na Rosję, choćby Włochy czy Austria. Tylko nikt ani Włochom, ani Austriakom nie mówi, że nie są dość europejscy. Czy to nie hipokryzja?

W społeczeństwach europejskich, zwłaszcza zachodnich, narasta antyamerykański sentyment. W efekcie niejako automatycznie na Rosję patrzy się z większą tolerancją i akceptacją. Nikt w Europie nie ma złudzeń co do charakteru reżimu Putina. Zmiana globalnych priorytetów powoduje jednak, że Rosja coraz częściej jest postrzegana jako mniejsze zło.

Wróćmy do Polski – czy uruchomienie procedury art. 7. traktatu o UE wyklucza nas z grona ważnych państw Unii?

To akurat najmniej efektywny z mechanizmów dyscyplinujących, jakie ma Unia, i opiera się jeszcze na starym trybie funkcjonowania Wspólnoty, który zakłada dobrą wolę po wszystkich stronach. To było do tej pory skuteczne, ale takiej woli brakuje, a rozmowa nie przynosi rezultatów. Dlatego pojawia się presja finansowa, działają też skargi do Trybunału Sprawiedliwości UE, które już wstrzymały kilka posunięć rządu w Polsce.

Oczywiście nikt w reakcji na to, co się dzieje w Polsce, nie powie nam, że nie nadajemy się do Europy. Odradzają się już jednak na Zachodzie stereotypy na temat Europy Wschodniej, którym dajemy pożywkę. Cały wysiłek Warszawy w ostatnich dekadach polegał na tym, by zamazać podział Wschód–Zachód. Obecnie on wraca, i to w szybkim tempie. Dowodem tego jest rozdanie najważniejszych stanowisk w UE po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nastąpiła bezprecedensowa marginalizacja naszego regionu.

Wymieńmy: przewodniczącą Komisji Europejskiej została Niemka, przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Włoch, szefem dyplomacji UE – Hiszpan, Centralnym Bankiem Europejskim pokieruje Francuzka, Donalda Tuska zastępuje zaś Belg – można by długo wymieniać i zawsze będą to ludzie z krajów „starej Unii”. Czy taką marginalizacją zostaliśmy słusznie ukarani, czy to może ślepota Zachodu?

I jedno, i drugie. Dokonaliśmy samoizolacji, ale stara Unia, wbrew etosowi, który nakazywał pilnować równowagi dla dobra wspólnego, wykorzystała naszą słabość i pokazała nam nasze miejsce w szeregu.

To jest nowe zjawisko w UE. Brutalizacja następuje więc też w dotychczas nastawionym na konsensus środowisku. Lekcja z tego jest niestety taka, że jak ktoś się sam osłabia, to już nikt na niego się nie ogląda i nie wyciąga doń ręki.

Za to zablokowaliśmy wybór Fransa Timmermansa…

To szerszy problem naszej obecności w Unii: potrafimy negować, ale nie budować. Nie umiemy powiedzieć, czego chcemy, pokazać tego w sposób atrakcyjny i przekonać do swoich pomysłów innych. Czytałam niedawno analizę Klubu Jagiellońskiego Dostateczna zmiana, w której znalazło się m.in. podsumowanie trzech głównych sukcesów czteroletnich rządów PiS na arenie europejskiej. Oto one: zablokowanie Timmermansa, zablokowanie kwot dla uchodźców i spowolnienie działań stałej współpracy strukturalnej (ang. permanent structured cooperation – PESCO).

Osobiście uważam akurat, że to żadne sukcesy, ale mniejsza z tym. Główny kłopot polega na tym, że wszystkie te „osiągnięcia” polegają na mówieniu „nie”. A jeszcze zapłaciliśmy za to niewspółmiernie wysoką cenę. Bo zablokowanie Timmermansa przypłaciliśmy marginalizacją. Co do uchodźców – nie twierdzę, że kwoty były najlepszym rozwiązaniem, ale mogliśmy tych parę tysięcy uchodźców przyjąć bez kłopotu i potem powiedzieć, co jest nie tak, i zaproponować własne rozwiązanie. Tego znów nie było.

Trójmorze miało być dowodem na to, że umiemy budować, skupiać wokół siebie inne kraje, robić coś konstruktywnego.

Współpraca w tym regionie nie jest niczym rewolucyjnym, ale kontynuacją polityki, którą zakładał już rząd Mazowieckiego, by znowu sięgnąć do tekstu Henryka Woźniakowskiego. Nowością było to, że poza polityką dostrzeżono także kwestię infrastruktury, ale to też nie jest patent rządów PiS. Jedyne, co PiS zmienił, to zaczął mówić o Trójmorzu jako o przeciwwadze dla Brukseli czy Berlina. To był absurd.

Czy Polska ma jeszcze szansę na bycie kiedyś w jądrze UE?

Wiele by się musiało zdarzyć. Polska ma spory potencjał ekonomiczny i rosnącą gospodarkę, podczas gdy inne kraje zaczynają borykać się ze stagnacją, jak choćby Niemcy. To jest coś, co mogłoby nam umożliwiać udział w szerszej debacie unijnej. Ale my sami nie moglibyśmy się dystansować od wartości UE i jej funkcjonowania, musielibyśmy przemyśleć naszą politykę wobec USA. Polityczna monokultura i ignorowanie antyeuropejskich wycieczek Donalda Trumpa, wygłaszanych w naszej obecności, kosztuje nas zbyt wiele.

W Unii działa się poprzez networking, czyli budowanie sieci powiązań na bardzo różnych poziomach: dyplomatycznym, eksperckim, biznesowym czy naukowym. To przynosi efekty, a nie krzyczenie czy radykalne wetowanie.

Zawsze byliśmy do tyłu w unijnych kompetencjach, ale jednak sporo się od 2004 r. nauczyliśmy. Teraz przeżywamy regres, który wynika z ogólnego regresu państwa polskiego.

Z jednej strony nie podoba nam się rosnąca rola Komisji Europejskiej, z drugiej – mamy pretensje, gdy Bruksela nie broni nas np. przed Nord Stream 2. Czy to się da jakoś pogodzić?

PiS-owska wizja Europy jest w moim przekonaniu niespójna. Mówi o silnych państwach, ale równocześnie o słabych Niemczech i Francji. Tego nie da się pogodzić. Jeśli stawia się na Europę ojczyzn, to nieuchronnie zmierza się w kierunku cywilizowanego, ale jednak koncertu mocarstw. Jeśli zaś stawiamy na Wspólnotę, co według mnie jest w interesie Polski, to siłą rzeczy trzeba się pogodzić z większym wpływem instytucji ponadnarodowych takich jak KE.

Może gdybyśmy w czasach Tuska przyjęli euro, to dziś łatwiej byłoby znaleźć się w gronach, które decydują o przyszłości UE.

Decyzja, by nie starać się o przyjęcie euro, była podyktowana względami nie tylko politycznymi, ale ekonomicznymi, i to w czasach poważnego kryzysu. Nie umiem powiedzieć, czy ekonomicznie była ona uzasadniona – być może tak. Niewątpliwie jednak strefa euro – mimo że nie spełniły się radykalne scenariusze powołania dla niej oddzielnego budżetu – to miejsce, gdzie wiele decyzji się dziś wykuwa.

Naszym najważniejszym partnerem w UE są Niemcy. Za dwa lata wybory do Bundestagu – być może będziemy mieli do czynienia z zupełnie innym, mniej przyjaznym, sąsiadem.

Niemcy rzeczywiście szukają własnej tożsamości, i to dotyczy wielu aspektów. Po pierwsze, roli ich państwa w UE. Po drugie, ich głowy zaprząta konkurencja z Chinami. Niemcy to jedyny kraj w Europie, który może w pojedynkę w paru sferach rozmawiać z Pekinem jak równy z równym. Ale wciąż zdają sobie sprawę, że Europa zwiększa ich możliwości. Po trzecie, jest kwestia bezpieczeństwa. Niemcy przez dekady nie przykładali do niej wystarczającej wagi – ktoś nawet powiedział, że „jechali na gapę”, zdając się zupełnie na Waszyngton. O ile my, jak mówiłam, może przeceniamy znaczenie spraw militarnych, o tyle Niemcy znów zupełnie je lekceważyli, licząc, że wszystko załatwią gospodarka i wzajemne powiązania. W tym sensie wojna na Ukrainie była dla nich szokiem. Teraz, będąc na kolizyjnym kursie z USA, muszą zacząć myśleć o modernizacji Bundeswehry.

Historia niby się nie powtarza, ale trudno nie poczuć ukłucia w sercu na wieść, że Niemcy znów mają się zbroić. Zwłaszcza gdy coraz bardziej popularne są tam ugrupowania skrajnie prawicowe, a niedawno premierzy kilku wschodnich landów wzywali do z niesienia sankcji wobec Rosji…

Dlatego dziwi mnie, że nasza władza z sympatią odnosi się do tych rosnących w siłę partii nacjonalistycznych. To kuriozum. Nic gorszego nie może się wydarzyć. Gest polityków ze wschodnich landów był groźnym sygnałem, nie dlatego że akurat wzywali do zniesienia sankcji, ale dlatego że to część większej całości, jaką jest zmieniający się stosunek do Rosji. To dotyczy także Francji, Włoch, no i wspomnianej Austrii. Symptomatyczne było ponowne wpuszczenie Rosji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy latem tego roku. Rosja się nie zmieniła, a jednak w Europie pojawia się gotowość do współpracy.

Dlaczego?

Ta wynika ze zmian globalnych. Powtórzę: dla Europy problemami są dziś Stany Zjednoczone ze swoimi wojnami celnymi, Chiny z rosnącą potęgą, już nie tylko ekonomiczną, oraz degenerujący się klimat. Przywódcy Unii intensywnie poszukują frontów do zamknięcia i partnerów do pozyskania. No a Rosja jest pod ręką.

Ale jak to się ma do fundamentalnych wartości?

Odpowiedź może być taka: planeta płonie i musimy przekraczać podziały. Owszem, pozostaje kwestia poszanowania dla prawa międzynarodowego, ale ona się niestety dewaluuje.

Dzisiaj łamią je nie tylko Rosja czy Chiny, ale także Ameryka. Posiadająca drugą co do wielkości armię w NATO Turcja jest oskarżona przez Kurdów o użycie broni chemicznej, badają to właśnie inspektorzy ONZ.

Zatem Niemcy znów szukają partnera w Rosji. Współpraca obu państw ma długą tradycję, ale może w Berlinie przeoczono pewien fakt – rozwój Europy Środkowo-Wschodniej jako samodzielnego bytu? Ten region, choćby gospodarczo, jest już potężniejszy od Rosji.

W Niemczech dyskusja na ten temat trwa. Może nie jest to główna oś sporu, ale nie jest też tak jak we Włoszech, gdzie współpraca z Rosją nie budzi żadnych kontrowersji. Tyle że wbrew sugestiom zawartym w Pana pytaniu, stawką nie jest tu polityka wobec Polski. Gorzej, że przymyka się oczy na podmiotowość Ukrainy.

Naszym zadaniem powinno być zrozumienie, że to nie jest kolejna fala iluzji głupiego Zachodu wobec Rosji, ale – powtórzę – przekonania, że są dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Dlatego też musimy argumentować w nowym stylu – nie krzyczeć, że jak ktoś „gada” z Putinem, to jest zdrajcą, ale wskazywać na europejskie wartości, tyle tylko że sami musimy je szanować.

Warto byłoby też wskazać sfery, w których można współpracować z Rosją – np. w wymiarze klimatycznym.

Pani w to wierzy?

To nie jest kwestia wiary, ale konieczności.

Władza w Rosji nie wydaje się zbytnio zatroskana dobrem przyrody.

I dlatego nakłonienie jej do współpracy jest tak ważne. Rosja jest w poważnym rozkroku – tak, smrodzi się w niej okropnie i na tym stoi jej gospodarka, ale ma też coraz poważniejsze z tego powodu kłopoty: powodzie, pożary. Katastrofy naturalne dotykają na razie nieeuropejskiej części Rosji, ale świadomość problemu w elitach władzy narasta

Dwa filary euroatlantyckiego porządku: UE i NATO, przeżywają kłopoty. Wielka Brytania wychodzi z Unii, Ameryka co jakiś czas podważa sens NATO. Co się z tego wszystkiego wyłoni i co to znaczy dla Polski?

Już wiemy, i to nie od wczoraj, że nie było żadnego końca historii. Ale to, że liberalny ład znalazł się w kryzysie, nie znaczy, że jest zły i zupełnie stracony. Jego zwolennicy, także w Polsce, czyli nasza liberalna inteligencja, przyzwyczaili się do monopolu na rację i oduczyli się bronić swych poglądów.

Według tych „nieomylnych” zwolenników liberalizmu Polska pod rządami PiS spycha się na margines. A może jest jednak na odwrót – biorąc pod uwagę wzrost autorytaryzmów i egoizmów narodowych na świecie – może Polska jest w awangardzie, a nie na marginesie? Może PiS tylko właściwie odczytuje znaki czasu?

Niektórzy nawet zaczęli się wstydzić sformułowania „liberalna demokracja”… To absurd, bo to wciąż najlepszy znany nam ustrój polityczny. To prawda, że liberałowie stracili umiejętność głoszenia swych racji w sposób atrakcyjny, zaś druga strona wyszła z krytyką w nowoczesnej formie.

Ale prawda jest banalna: ci krytycy nie wymyślili niczego nowego. To, że takich rządów jak w Polsce jest teraz więcej, nie znaczy jeszcze, że to coś nowatorskiego i dobrego. Łatwo jest mówić, że III RP jest zła, i niszczyć liberalny porządek, ale ja nie bardzo widzę budowę czegoś bardziej skutecznego. Weźmy choćby wymiar sprawiedliwości w Polsce. Czy sądy teraz pracują lepiej, szybciej, sprawniej? Nie. Gdzie więc jest ten lepszy statek, na który mamy się przesiąść?

Powtarzam, to wszystko już było. I na dodatek wiemy, jak to się skończyło w przypadku Polski. Powrót do relacji dwustronnych opartych na sile i odejście od rozwiązań wspólnotowych to regres, który zaprowadzi nas do większej liczby konfliktów.

Zatem „co robić”? – jak często pytają Rosjanie.

Budować skuteczne struktury, które będą dbały o to, by dominowała siła prawa, a nie prawo siły. Zwolennicy starego porządku muszą przyjąć do wiadomości, że choć dalej, jako idea, jest on dobry, to jest jednak cokolwiek nieaktualny – nie dlatego, że powróciły wspomniane trendy autorytarno-nacjonalistyczne, ale przez to, że świat się zmienił i pojawili się nowi aktorzy. Choćby globalny biznes i globalne społeczeństwo obywatelskie, które nie mieszczą się w starym ładzie liberalnym i trzeba dla nich znaleźć miejsce. Przecież – mówiąc wprost – wpływ szarego Europejczyka na wiele decyzji jest dziś znikomy. Nowy demos domaga się większego uczestnictwa. Wielu problemów starymi unijno-natowskimi metodami się nie rozwiąże.

Krótko mówiąc: zwolennicy liberalnej demokracji muszą przyjąć do wiadomości, że to nie jest model bezalternatywny, nieomylny i niezmienny. Jeśli ma przetrwać, to potrzebna jest aktualizacja systemu.

Byłoby wspaniale, gdyby pomysły na tę aktualizację wyszły także z Polski.

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz

Socjolożka i politolożka, od 2012 do 2014 podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, od 2014 do 2016 ambasador Polski w Rosji. Przez wiele lat związana z Ośrodkiem Studiów Wschodnich. Obecnie jest dyrektorką Forum Idei w Fundacji Batorego

Kup numer