Fot. Z archiwum P. Sztompki
z Piotrem Sztompką rozmawia Andrzej Brzeziecki luty 2020

Sześć niezbędnych słów

Jest kilka wartości, bez których demokracja nie będzie nigdy dobrze działać. Dziś obserwujemy w Polsce, jak wobec naruszeń konstytucji i arbitralnych zmian prawa szybko kruszeje pierwsza i najważniejsza z nich: zaufanie do państwa i jego instytucji.

Artykuł z numeru

My, rodzice osób LGBT+

My, rodzice osób LGBT+

W ubiegłym roku, z okazji 30. rocznicy odzyskania suwerenności, ale także z powodu bieżących wydarzeń politycznych sporo debatowano nad stanem polskiej demokracji, mniej jednak mówiono o samym demosie – jakie on przeszedł przeobrażenia po 1989 r.?

Jako teoretyk nie obserwuję Polaków z perspektywy własnych badań empirycznych, natomiast przyglądam się im za pośrednictwem analiz innych socjologów, mediów, a także poprzez socjologię wizualną, która, tak jak socjologia codzienności, stanowi mój najnowszy obszar poszukiwań.

Wybitny niemiecki socjolog Erwin Scheuch powiedział mi kiedyś, że choć całe życie robił badania, to jeśli jednak chciał naprawdę zrozumieć społeczeństwo włoskie, szedł we włoskim miasteczku do kawiarni, zamawiał espresso i patrzył na mijających go ludzi.

Przyjąłem tę lekcję i sam praktykuję takie obserwacje. Nawet patrząc z okna mojej pracowni na Rynku w Krakowie, można dostrzec coś ciekawego.

Na przykład?

Z moich obserwacji wynika, że mamy więcej pieniędzy i wolnego czasu – i to mimo trwającego wyścigu szczurów. Transformacja zmieniła nasz styl życia. Naśladujemy zachodnie wzorce konsumpcyjne, choć czasem tylko powierzchownie: coraz częściej wychodzimy do restauracji, spędzamy dużo czasu w galeriach handlowych. Gwałtownym przemianom uległ teatr ulicy, kiedyś strach było nocą przejść przez krakowski Rynek, jednak po 1989 r. odżyła tu kultura kawiarniana – krakowski Rynek tętni życiem niemal przez całą dobę. Są puby i kluby. Gdy wracam z Warszawy w pendolino, słyszę, jak młodzi biznesmeni umawiają się na clubbing. Rewolucję internetową widać w tysiącach codziennych sytuacji, gdy oczy przechodniów – zamiast na pięknym kolorowym świecie – skupione są na ekranikach smartfonów podnoszonych co jakiś czas, by zrobić sobie selfie.

Żeby to wszystko dostrzec, wystarczy obserwacja. Ale są zmiany, które odkrywają dopiero badania, np. zanik rzeczywistych wspólnot zastąpiony płytkimi i powierzchownymi kontaktami w sieci, utrata poczucia dobra wspólnego, egoizm i indywidualizm, gotowość przehandlowania wartości za doraźne interesy, kult cwaniactwa.

Nasz świat zmienił się radykalnie, na lepsze, ale i na gorsze.

Mówiąc o biznesmenach w pociągu, mówi Pan jednak o elicie finansowej jadącej do jednego z większych miast Polski.

To, co mówię, dotyczy nie tylko elity czy metropolii. Proszę pojechać w niedzielę na wieś, a zobaczy Pan parkingi przed kościołem pełne najlepszych aut. Albo w handlowy dzień do supermarketów w małych miasteczkach. Albo do ogromnych dyskotek, które powstają w szczerym polu. Wszystko i wszędzie uległo umasowieniu, to, co było przywilejem elity, stało się powszechnie dostępne. I to jest wspaniała strona tej zmiany. Jednak jest też druga – wszechobecny tłum: na szosach, na parkingach, na lotniskach, na plażach, na szlakach górskich. I pojawia się paradoks: te dostępne powszechnie satysfakcje życiowe tracą swoją pierwotną wartość, często stają się utrapieniem.

Zostańmy jednak przy pozytywach. Na prowincji też zmienił się styl życia. Małe miejscowości przybrały inny wygląd. Ludzie inwestują w swoje domy. Może gospodarstwa w niedalekiej Austrii wciąż wyglądają lepiej niż u nas, ale widać wielką różnicę z czasami PRL. Z pewnością ważnym bodźcem w ostatnich latach było wprowadzenie programu 500+ – uboższe rodziny poczuły pewien luz finansowy, mogły chociażby po raz pierwszy wyjechać na wakacje. O ogólnym wzroście zamożności wystarczy się przekonać, patrząc, ile i jakich aut jeździ po naszych szosach. Od syrenki i warszawy skok nieprawdopodobny.

Czyli budujemy z sukcesem społeczeństwo konsumpcyjne, ale czy Polacy są przywiązani do demokracji?

Z tym rzeczywiście jest gorzej. Pojęcia demokracji nie wiążę tylko z polityką i prawem, ale przede wszystkim właśnie z kondycją moralną społeczeństwa. By demokracja nie ograniczała się jedynie do wrzucania kartki wyborczej do urny raz na cztery lata, potrzebne jest społeczeństwo jako przestrzeń dobrych relacji międzyludzkich. Demokracja bowiem to nie tylko więź pionowa: władza–obywatel, ale też więzi poziome, czyli to, co jest między nami i co wypełnia przestrzeń relacji międzyludzkich. Krótko mówiąc: wartości, które te relacje regulują.

O jakie wartości chodzi?

Wyróżniam sześć wartości i sześć odpowiednich relacji, bez których ani demokracja, ani instytucje państwa i społeczeństwa nie będą działać.

Po pierwsze: zaufanie, czyli zdolność do zawierzenia komuś. Na przykład: rozmawiam z Panem, ufając, że nie zrobi Pan z tej rozmowy złego użytku. Chodzi też o powierzenie własnej tajemnicy albo części majątku. Z tym jest kiepsko, bo według jednego z badań tylko 23% Polaków byłoby gotowe zaufać nieznajomemu.

Druga kwestia to lojalność wobec innych ludzi, czyli nieszkodzenie tym, którzy mają do nas zaufanie i coś nam powierzyli – właśnie wspomniane tajemnice albo pieniądze – lub obdarzyli nas przyjaźnią czy bezinteresownie wsparli w chorobie.

Trzecią ważną wartością jest wzajemność, czyli zasada, że jeśli spotkało mnie coś dobrego od kogoś innego, powinienem się odwzajemnić. Czwarta wartość to solidarność, a więc gotowość poświęcenia czegoś własnego na rzecz wspólnoty, do której się poczuwamy – tą wspólnotą może być rodzina, redakcja czasopisma, uniwersytet, a na końcu państwo. Piątą wartością jest szacunek, jakim darzymy innych ze względu na podstawową godność ludzką, ale także ze względu na to, co dana osoba daje społeczeństwu. I wreszcie sprawiedliwość – proporcja między tym, co dajemy innym, a tym, co otrzymujemy w zamian. Na przykład sprawiedliwa płaca za uczciwą pracę, sprawiedliwa ocena za wyniki ucznia, ale też sprawiedliwa, adekwatna kara za winę.

Czy pod wpływem mowy noblowskiej Olgi Tokarczuk nie dorzuciłby Pan współodczuwania?

Tak, owa „czułość” to szalenie ważna sprawa, ale oznaczałaby już bardzo duże oczekiwania wobec społeczeństwa. Nie od każdego możemy wymagać heroicznej postawy: miłuj bliźniego swego. Moich sześć punktów to minimum potrzebne społeczeństwu i dotyczy jego codziennego funkcjonowania. A i tak uważam, że w Polsce nawet to minimum nie jest wypełniane.

Czy nie jest to częściowo wina państwa, które na każdym kroku daje do zrozumienia obywatelom, że im nie ufa?

Owszem, państwo swoją postawą generuje wiele problemów. Obywatel w Polsce nie ma poczucia, że jest wiarygodny dla państwa oraz reprezentujących je urzędów i odwzajemnia się podobnie niskim poziomem zaufania do elity politycznej. Na przykład zaufanie do partii politycznych pozostaje na poziomie kilkunastu zaledwie procent. W wielu krajach jest znacznie lepiej. Wykładałem często w Stanach Zjednoczonych i musiałem wypełniać tamtejsze formularze podatkowe, które są duże i skomplikowane. W tych formularzach znajdowała się m.in. pozycja napiwki. Także w Szwecji ludzie różnych profesji deklarują, ile zarobili na napiwkach. Przyznają się do tych dochodów, bo wierzą, że państwo w zamian im się odwdzięcza. Uważają to więc za dobry układ. Szwedzi argumentują tak: płacimy straszne podatki, ale ufamy, że państwo da nam za to dobrą służbę zdrowia, bezpieczeństwo, opiekę społeczną i autostrady.

Moi znajomi w USA mówili mi, że ufają państwu, bo ono w zamian daje paszport, który jest wartością w świecie, a instytucje państwa pilnują wartości dolara, dzięki czemu jest on wszędzie wymienialny. Mało tego, jeśli znajdą na strychu dolary z czasów I wojny światowej po pradziadkach, to bez problemu wymienią je w banku na nowe.

Amerykanie wierzą w instytucje państwa i w konstytucję. To są niewzruszalne ramy, które zapewniają ciągłość i pewność funkcjonowania. I nawet kiedy Donald Trump tweetuje nonsensy, to wierzą, że mechanizm prawny państwa ich obroni.

Przenieśmy się do Polski.

Z naszej perspektywy powyższa opowieść jest oczywiście egzotyczna. W ostatnich latach załamało się poczucie, że prawo i polska konstytucja, uchwalona po długim namyśle, osiem lat od przełomu, są niewzruszonymi ramami naszego funkcjonowania. Konstytucja nie jest przestrzegana przez tych, którzy na nią przysięgali, a do zmiany prawa dochodzi w arbitralny sposób. To podważa zaufanie wobec państwa, ale też innych instytucji. Gdy oddaję pieniądze do banku, to tym działaniem wyrażam zaufanie dla tej instytucji, a gdy je inwestuję w swoją firmę, daję dowód, że ufam państwu, które pozwoli mojemu przedsiębiorstwu się rozwijać. Trudno jednak mówić o zaufaniu, gdy nie można być pewnym, czy ktoś arbitralnie nie zmieni prawa i nie nałoży na mnie nowych podatków lub innych obciążeń, nie dając wiele w zamian. Państwo ma coraz więcej wymyślnych możliwości kontroli obywatela, a jednocześnie samo nie chce być kontrolowane.

Czym na dłuższą metę w życiu społecznym skutkuje spadek zaufania?

Powstaje amoralny familizm, który jest efektem niskiej kondycji moralnej społeczeństwa i którego przyczyną jest postępowanie elity władzy. Otóż wszyscy doznajemy czasem dysonansu moralnego. Pojawia się on, kiedy czujemy, że coś wokół nas lub z naszym udziałem dzieje się wbrew regułom. Właściwie każdy ma – wrodzony albo wpojony poprzez wychowanie – impuls moralny i jeśli dzieje się coś „nie tak”, doznaje dysonansu. Tymczasem gdy strażnik konstytucji narusza ją, gdy nadzorca finansowy proponuje wielką łapówkę, a inny wysoki urzędnik kręci we własnych podatkach, gdy podsłuchani politycy zdradzają cynizm i pogardę dla społeczeństwa, któremu mieli służyć, część ludzi może dojść do przekonania, że skoro elity wzorcotwórcze tak postępują, to tak można, a może nawet trzeba. Ten dysonans zanika, ale wraz z tym poczucie szerszej wspólnoty.

Wtedy zaufanie ogranicza się tylko do swoich najbliższych, np. do rodziny, a wszyscy inni stają się obcymi, których można wykiwać. Tkanka moralna społeczeństwa ulega wówczas destrukcji, zaczynają dominować cwaniactwo i nepotyzm.

Właśnie społeczeństwo obywatelskie powinno być tamą dla takiej destrukcji, ale chyba w Polsce nie mamy społeczeństwa prawdziwie obywatelskiego?

Po 1989 r. zbudowaliśmy demokratyczne państwo i demokratyczne instytucje, ale potrzebowaliśmy jeszcze stworzyć demokratów, którzy będą respektowali demokratyczne wartości i którzy w oparciu o nie będą oddolnie podejmować działania, kultywując relacje moralne. Pierwszy etap budowania tego społeczeństwa moim zdaniem się udał, tzn. powstało sporo stowarzyszeń, instytucji pozarządowych, rodziły się ruchy społeczne. Teraz jednak, mam wrażenie, że aktywność społeczna trochę osłabła.

Angażujemy się od święta – od smutnego święta, kiedy trzeba wyjść na ulice. Wychodzi nas jednak garstka.

Większość obywateli zostaje w domach. Myślę, że mamy do czynienia z różnymi rodzajami postaw. Niektórzy kibicują demokratycznej opozycji, ale z oddali – patrzą i czekają, co z tego będzie. To tacy „pasażerowie na gapę”. Inni trywializują i mówią: a co nas obchodzą sądy, to nie nasza sprawa, ważne, że gospodarka się rozwija, a my możemy spokojnie oglądać seriale na Netflixie.

Owszem, ostatnio mieliśmy wysoką frekwencję na wyborach, niemniej prawie 40% Polaków zostało w domach.

Może wysoka frekwencja pokazała, iż Polacy poczuli – m.in. dzięki programowi 500+ – że polityka ma znaczenie? Tym się chwalą przedstawiciele rządzącej partii.

Myślę, że jedni zrozumieli, iż można poprzez działania polityczne coś poprawić, ale inni zobaczyli, ile polityka może popsuć. To nie tylko zwolennicy partii rządzącej poszli gromadniej na wybory, ale zmobilizowali się także przeciwnicy obecnej władzy.

Społeczeństwo obywatelskie, jak sam Pan powiedział, to nie tylko udział w wyborach czy w protestach, ale tworzenie i codzienne wspieranie instytucji społecznych.

I, jak wspominałem już, z tym nie jest, mimo wszystko, tak źle. Mało jest na świecie krajów, w których działa taka instytucja jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Owszem, gra ona raz na rok, a więc też od święta, jednak skala masowej hojności jest niebywała. Są i inne fundacje, które codziennie korzystają ze wsparcia aktywnej części społeczeństwa. Także ludzie bogaci w Polsce zaczynają sponsorować różne inicjatywy. Kłopot w tym, że ta aktywność i zaangażowanie są udziałem niewielu jeszcze zamożnych Polaków. Być może tak musi być. Aktywność społeczna i filantropijna wszędzie rodziła się powoli. Także w Stanach Zjednoczonych, gdzie biznesmeni fundują uniwersytety, muzea, filharmonie.

W Polsce jednak skutecznie działa crowdfunding w internecie – wiele ważnych społecznie projektów zostało dzięki niemu zrealizowanych.

Mówi Pan o więzach łączących obywateli, ale może nie będą one istotne, gdy, zamiast o społeczeństwie zaczniemy mówić o narodzie połączonym więzami krwi i jedną wiarą.

Hasło „Polak-katolik” rozbija społeczeństwo obywatelskie. Wytwarza bowiem szowinizm, prowincjonalny patriotyzm, patrzenie na świat z perspektywy: my–oni. Jako socjolog uważam, że zarówno wiara, jak i instytucje Kościołów mają ogromne znaczenie. Nie popieram walczącego ateizmu, ale w Polsce prymitywnie rozumiany patriotyzm w połączeniu z dominacją wykluczającego katolicyzmu skutkuje właśnie amoralnym familizmem.

A przecież kiedyś było inaczej. Opowiadam nieraz studentom o „cudzie socjologicznym”, jakiego byłem wraz z milionami innych Polaków świadkiem podczas pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1979 r. Byłem wówczas na Błoniach i widziałem pozytywne połączenie religijności i patriotyzmu. Ludzie byli dla siebie uprzejmi, uśmiechali się, pomagali sobie. Gdy trwała msza, skoncentrowali się na modlitwie, gdy jednak dobiegła końca, pojawiło się tysiące flag narodowych – biało-czerwonych transparentów.

Rozmawiając o społeczeństwie obywatelskim, mamy na myśli raczej tych, którzy wychodzą na ulice w obronie sądów albo biorą udział w marszach równości – tymczasem ci, którzy chodzą w marszach niepodległości, też przejawiają społeczne zaangażowanie. Może nie doceniamy drugiej strony?

Wszystkie rzeczy, zjawiska czy ludzkie działania mogą mieć dwie strony. Siekiera może służyć w gospodarstwie, ale może też być narzędziem zbrodni. Wzloty nastrojów społecznych i marsze na ulicach również mają różne twarze. Kibole też lubią być razem i urządzać ustawki…

Może istnieje jednak inne – słabo rozpoznane w powszechnym obiegu – społeczeństwo obywatelskie: konserwatywne czy tradycjonalistyczne, ale wolne od pokusy szukania wroga, np. Koła Gospodyń Wiejskich albo kościelne organizacje charytatywne.

Dodałbym lokalne inicjatywy kulturalne. Myślę, że rezerwy takiego spontanicznego, oddolnego, autentycznego obywatelstwa są w Polsce znaczne. Byle je wesprzeć i zmobilizować. To duża szansa na przyszłość.

Tam gdzie jednak mamy do czynienia z wrogością, szowinizmem i złym językiem, trudno mówić o społeczeństwie obywatelskim. Nieraz wzdragam się, z obrzydzeniem patrząc na to, co się dzieje na polskich ulicach, ale także w sali sejmowej.

Niektórzy mówią, że żyjemy niemal w warunkach wojny domowej, choć jeszcze bez użycia oręża.

To na szczęście przesada. Sporo jeszcze musiałoby się wydarzyć w polityce, by mówić o wojnie. Mamy do czynienia co najwyżej z zimną wojną. Jako społeczeństwo popełniamy jednak kolosalny błąd. Z obu stron występujemy przeciw podstawowej zasadzie, jaką jest tolerancja i próba rozumienia poglądów odmiennych od moich. Mam wśród znajomych zwolenników obecnej władzy – musieliśmy sobie powiedzieć, że rozmawiamy o wszystkim, tylko nie o tym, co oni przeczytali w prawicowej prasie, a ja w „Gazecie Wyborczej”. Inaczej zupełnie zniszczymy znajomość. Tak jednak zamiera debata.

Jak wyjść z tego klinczu?

Nie mam pojęcia. Gdybym wiedział, startowałbym na prezydenta… Wydaje mi się, że trzeba robić swoje, jak śpiewał Wojciech Młynarski. W końcu ten zły czas się skończy, a to, co zrobimy, przetrwa. Rzadko się wypowiadam politycznie, staram się pisać książki, wykładać. To na dłuższą metę po mnie zostanie.

Zabezpieczeniem przed radykalizmem społecznym miała być budowana po 1989 r. klasa średnia – ludzie, którzy coś osiągnęli i mają coś do stracenia, dlatego nie chcą się angażować w ryzykowne inicjatywy i popierać skrajnych ideologii. Tymczasem po kryzysie 2008 r. okazało się, że model życia: uczę się, pracuję, spłacam kredyt, już nie działa tak efektywnie. To pcha sfrustrowanych kandydatów do klasy średniej w objęcia radykałów.

Załamanie się takiego modelu życia ma chyba większe przyczyny niż tylko kryzys finansowy.

W społeczeństwach o długiej tradycji wolnego rynku wciąż gwarancją sukcesu jest wysiłek – edukacja, wytężona praca. Niemniej zawsze pojawiały się inne sposoby na osiągnięcie zamożności i prestiżu. Próbowano je osiągać „na skróty” – tak np. w Ameryce robili najpierw dilerzy narkotyków, profesjonalni baseballiści, sztucznie kreowani celebryci, a potem i politycy. Oni omijali tradycyjną hierarchię społeczną, wedle której wykształcenie dawało satysfakcjonujące zarobki i prestiż. Dzisiejsze społeczeństwa, także dzięki nowym technologiom, wyznają już inne kryteria społecznego sukcesu.

O ile dawniej decydowała podaż, czyli to, co mieliśmy do zaoferowania społeczeństwu, o tyle teraz decyduje popyt, czyli to, czego społeczeństwo pragnie i chce obejrzeć w smartfonie. A, niestety, ono pragnie meczu bokserskiego, a nie przedstawienia w teatrze czy wykładu z filozofii.

Współczesne media tylko multiplikują to zjawisko. W efekcie miliony ludzi chętnie będą płacić za oglądanie w telewizji Roberta Lewandowskiego, a wybitny aktor w teatrze zgromadzi może 300 widzów. W społecznym odczuciu to człowiek kopiący piłkę jest symbolem sukcesu i prestiżu, a nie wykładowca uniwersytecki.

Może zresztą tak musi być, problemem jest jednak coraz większy rozziew między zarobkami ludzi, którzy aspirowali kiedyś do klasy średniej, a celebrytami i milionerami. Przynależność do klasy średniej powinna sprawiać, że wdrapanie się jeszcze kilka szczebli wyżej w drabinie społecznej będzie w naszym zasięgu. Tymczasem z tym rzeczywiście może być trudniej.

Czy to zachwianie się hierarchii społecznej będzie mieć negatywne skutki?

Już ma. Dziś opłaca się być wyjątkowym niezależnie od tradycyjnych kryteriów społecznych. Media społecznościowe gwarantują nam widownię, nawet jeśli robimy coś głupiego czy niedobrego – byle to było wyjątkowe. W efekcie wręcz zanika w społeczeństwie odruch odróżniania dobra i zła. W polityce poklask zdobywają ludzie, którzy mówią rzeczy okropne, obrażają innych, poniżają przeciwników – byle byli głośni i na swój sposób oryginalni. Wtedy darzy się ich respektem. To zatarcie się kryteriów społecznego prestiżu uderza bezpośrednio w wymienionych przeze mnie sześć punktów. Populiście, politykowi, który kłamie, ufa się dokładnie tak samo jak np. papieżowi, a osiłek z tatuażami i z łańcuchami na szyi w sportowym aucie jest wzorem dla nastolatków.

Socjologowie często badają zamknięte subkultury przestępcze, w których prestiż zdobywa się innymi drogami niż w tradycyjnym społeczeństwie. Otóż wydaje się, że za sprawą internetu te kryteria z subkultur przenikają do szerszych grup społecznych.

Wróćmy jeszcze do wpływu konsumpcji na kondycję społeczeństwa. Ostatnio za sprawą pewnego młodego rapera karierę zrobiło pojęcie patointeligencji – młodzieży z bogatych domów i z dobrych szkół, która niewybrednie bawi się na koszt rodziców.

Z racji wieku, ale także tego, że właściwie do wszystkiego doszedłem sam, nie jestem chyba w stanie wczuć się w skórę tego młodego artysty. Słyszałem, owszem, o tym zjawisku i jeśli młodzież szuka czegoś więcej niż tylko konsumpcji na pokaz, to mogę temu tylko przyklasnąć. Jako społeczeństwo konsumpcyjne Polacy są jeszcze młodzi, niektóre negatywne zjawiska to więc, być może, kwestie przejściowe. W końcu mamy dopiero do czynienia z ludźmi bogatymi w pierwszym, najwyżej drugim pokoleniu. Młodzi bogaci Polacy być może nie radzą sobie z tym ciężarem, jakim bywa majątek.

W Ameryce, do której często się odwołuję, bo podoba mi się tamtejsze społeczeństwo, dziedziczenie obarczone jest warunkiem – nie dostaniesz tej fortuny, jak sam się do tego nie przyczynisz. Jeśli będziesz obibokiem i jedynie będziesz czekał na spadek – nic nie dostaniesz. Mam znajomego profesora w Nowym Jorku, który mieszkał we wspaniałym apartamencie na Manhattanie. Jeździłem do niego co roku, więc obserwowałem, jak wychowywał syna – musiał on sam zarobić połowę kwoty potrzebnej na wakacje. Chłopak pracował na stacji benzynowej, potem w sklepie. Z czasem skończył studia, zaczął pracować na giełdzie i sam dorobił się wielkiego majątku.

Mam wrażenie, że w Polsce takie podejście bogatych ludzi do wychowania jest jeszcze wyjątkiem, dlatego dzieci biznesmenów biegają po najdroższych klubach. Dobrze, jeśli są ludzie, którzy czują, że to nie wszystko, że można coś osiągnąć samemu.

Pan jednak patointeligencji nie wpisałby jeszcze do swojego Słownika socjologicznego: 1000 pojęć, który niedługo się ukaże? Nie ma tam wszak innych głośnych medialnie haseł, jak np. milenialsi.

To słownik pisany z mojej autorskiej perspektywy. Uważam, że socjologia jako nauka wciąż dobrze żyje w „długim wieku XIX”, piszę więc bez współczesnego żargonu. Nie wstydzę się tej tradycjonalności i uważam wymyślanie chwytliwych medialnie pojęć w oparciu o chwilowe zjawiska za tworzenie bajek.

Z pewnością kiedyś powstanie nowy słownik socjologiczny uwzględniający epokę internetu, ale napisze go już ktoś inny. Relacje międzyludzkie w sieci mają zupełnie odmienny charakter od tych w tradycyjnym świecie. Sześć relacji i wartości, o których mówiłem i które są konieczne do prawidłowego funkcjonowania społeczności, trudno wpisać w świat internetu. Na razie socjologia pozwala rozpoznać w internecie wyborcze nastroje i konsumpcyjne trendy, ale to jeszcze nie jest moment, by móc opisać całe zjawisko z jego zaletami i zagrożeniami. Nauka zawsze kroczy trochę z tyłu za realiami

Piotr Sztompka

Prof., socjolog, wykładowca UJ i Wyższej Szkoły Europejskiej im. J. Tischnera. W latach 2002– 2006 był przewodniczącym Międzynarodowego Stowarzyszenia Socjologicznego. Wydał m.in.: Socjologia. Analiza społeczeństwa, (Kraków 2002 i 2012), Zaufanie. Fundament społeczeństwa, (Kraków 2007), Kapitał społeczny: teoria przestrzeni międzyludzkiej (Kraków 2016)

Kup numer