Andrzej Brzeziecki wrzesień 2020

Sokrates III RP

Romanowski każe świadomym obywatelom III RP spojrzeć w głąb siebie i odpowiedzieć – czy i oni nie przyłożyli ręki do psucia państwa, czasem choćby przez zaniechanie, niekiedy przez przyzwolenie, innym razem „dla świętego spokoju”.

Artykuł z numeru

Gdy choruje nasza psychika

Gdy choruje nasza psychika

Czytaj także

z Damianem K. Markowskim rozmawia Andrzej Brzeziecki

Wszystkie nasze wojny o pamięć

Najnowsza praca Andrzeja Romanowskiego, będąca zbiorem jego publicystyki z ostatnich dwóch dekad, jest lekturą trudną – nie jest to wina autora, który świetnie operuje piórem i czyta się go doskonale, lecz tematyki, jaką podejmował i podejmuje w swych tekstach. Albowiem z takim nagromadzeniem absurdu i politycznej niegodziwości, o których pisze Romanowski trudno sobie poradzić. A pisze m.in. o praktyce lustracji i innych działaniach IPN, relacjach państwo–Kościół, maniakalnym stawianiu pomników Janowi Pawłowi II, promowaniu kultu żołnierzy wyklętych, zakłamywaniu różnych epizodów polskiej historii, pogardzie dla architektów Okrągłego Stołu, prawnym nihilizmie, braku miłosierdzia polskich katolików.

Nie są to sprawy nieznane, często trafiały na czołówki gazet, ale podawane codziennie w mniejszych dawkach, mogły być jakoś przyswajalne. W ten sposób zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego, że słowo nie znaczy tego, co znaczyć powinno. Prawda, historia, niezłomność, katolicyzm – wszystkie one zatraciły swoje znaczenie, a my, już otępieni i znieczuleni kolejnymi absurdami, nie zwracaliśmy na to uwagi. Książka Romanowskiego wybudza nas z tego otępienia. To potrawa świetna, jednak ciężkostrawna.

Ostrze polemicznej szabli autora skierowane jest przeciwko obozowi IV RP czy, jak się teraz mówi, „dobrej zmiany”. To oczywiste, ale ponieważ zwolennicy „dobrej zmiany” zbyt często dogmatycznie trzymają się swojej narracji o Polsce, wątpliwe więc, by sięgnęli po książkę Romanowskiego i przejęli się jego argumentami.

Praca jest niewygodna także dla przeciwników populistycznej prawicy. Pierwszy odruch jest, co prawda, banalny – ucieszy się taki zwolennik sił III RP, że Romanowski przywalił „dobrej zmianie”, następująca później refleksja jest już mniej radosna – bo gdy wczytać się uważniej w artykuły, widać, że ta druga, „nasza”, strona brała czynny udział w budowie takiej Polski, jaką mamy dzisiaj.

Wszystko zaczęło się od ustawy lustracyjnej i utworzenia IPN-u – w obu przypadkach zaangażowała się w to Unia Wolności, partia polskiej niepodległości i reprezentant inteligencji. Ludzie tacy jak Jan Lityński czy Bogdan Borusewicz parli do lustracji bez opamiętania. Prawnik Andrzej Rzepliński, tak hołubiony przez liberalne media w ostatnich latach, brał udział w pisaniu ustawy lustracyjnej godzącej, wedle Romanowskiego, w prawa człowieka (na marginesie dodajmy, że Romanowski nie neguje słusznej potrzeby badania esbeckich dokumentów jako źródeł historycznych, chodzi mu o polityczny użytek, jaki się z nich robi).

Inni, jak prezydent Bronisław Komorowski, ustanawiali święto żołnierzy wyklętych. To liberalni i lewicowi politycy zapewne dla świętego spokoju albo z przekonania, że tak wypada, nie potrafili sprzeciwić się Kościołowi, gdy było trzeba. Tak wyglądała sprawa choćby z nauczaniem religii w szkołach czy – w skali mikro – pomnikiem Jana Pawła II na Wawelu. Wszystko, na co stać było urzędników miejskich, to odwlekanie decyzji w sprawie budowy pomnika… aż pomnik postawiono z ominięciem prawa. Przykłady można mnożyć, ale ich sens jest jeden – karpie ochoczo pomagały w szykowaniu wigilii.

Romanowski dobrze pokazuje proces, gdy od zmiany języka, zatarcia znaczenia pewnych słów dochodzi się do konkretnych rozwiązań ustawowych, które organizują nasze życie. Dlatego Lech Kaczyński nie zginął, ale „poległ”, dlatego w Polsce aż roi się od „oprawców komunistycznych”, dlatego patriotami mogą być tylko „niezłomni”, którzy nie podporządkowali się rozkazom legalnych władz, dlatego biskup Rzymu jest zawsze „Ojcem Świętym”. Archiwa Służby Bezpieczeństwa stają się pamięcią narodową, a lustracyjny prokurator rzecznikiem interesu publicznego. A gdy – nawet bezrefleksyjnie – mówimy „obóz posierpniowy”, to tak naprawdę wykluczamy część rodaków z narodowej wspólnoty.

Romanowski, niczym Sokrates Ateńczykom, każe świadomym obywatelom III RP spojrzeć w głąb siebie i odpowiedzieć na kilka pytań – czy i oni nie przyłożyli ręki do psucia państwa, czasem choćby przez zaniechanie, niekiedy przez przyzwolenie, innym razem „dla świętego spokoju”. Otóż tacy ludzie jak Borusewicz (który w 2005 r. poparł Lecha Kaczyńskiego) czy Rzepliński rękę do psucia prawa, a przez to państwa, przyłożyli.

Tezy Romanowskiego brzmią odważnie, radykalnie i odkrywczo – nie tyle jest to zasługą autora, ile pokazuje stopień naszego zaczadzenia językiem prawicy. Bo Romanowski tylko upomina się o prawdy i prawa podstawowe, a to my już nauczyliśmy się przechodzić do porządku dziennego nad wieloma sprawami. Swoją drogą – niemal wszystko, co dziś widzimy w ramach „dobrej zmiany”, miało swoje początki w rządach AWS. Wtedy to jednak były dziecinne igraszki.

Lecz sam publicysta także nie jest zupełnie „czysty”. W rozdziale o pochówku gen. Wojciecha Jaruzelskiego nie potrafi dojść do konstatacji, że być może najlepiej byłoby, gdyby pogrzeb generała był świecki. I, chyba na serio, autor pisze, że spór o pogrzeb pierwszego prezydenta III RP powinien dotyczyć kwestii: „W archikatedrze św. Jana, w Świątyni Opatrzności Bożej czy na Wawelu?”. Romanowski zwalcza, i słusznie, obecność Kościoła w polityce, ale chciałby, aby biskupi zabierali jednak głos – tyle że po jego stronie. Być może to kwestia innej formacji, ale trzeba zapytać autora: po co mu stanowisko Kościoła? Czy wyobraża sobie sytuację, w której nie pyta się go o zdanie i w której jest mu wszystko jedno, czy Kościół mówi językiem o. Tadeusza Rydzyka czy o. Ludwika Wiśniewskiego?

Wydaje się, że Romanowski, jednak anima naturaliter christiana, nie potrafi sobie takiej sytuacji wyobrazić. Jednocześnie jest on autorem świetnego eseju zamieszczonego zresztą w tym zbiorze – Dziedzictwo świętego – pokazującego ciemniejsze oblicze Jana Pawła II.

Książka ma też kilka wad. W kwestii formy jest to uporczywa powtarzalność tych samych argumentów. Ileż razy można czytać o Jerzym Giedroyciu, który mawiał, że historia Polaków jest jedną z najbardziej zakłamanych? Albo o Adamie Mickiewiczu, który podpisał lojalkę i dziś nie przeszedłby przez sito lustracji? Czy autor, ten wyjątkowej klasy erudyta, nie mógł znaleźć innych argumentów i przykładów? W efekcie, gdy czyta się kolejny tekst o lustracji, ma się wrażenie, że to jeden i ten sam esej na okrągło.

Innym problemem jest częste myślenie anachroniczne – być może w publicystyce uprawnione. Romanowski zna historię swojego kraju oraz narodu na wyrywki i swobodnie łączy różne wydarzenia i zjawiska. Czasem zbyt swobodnie. Nie da się jednak pewnych wydarzeń przenosić z epoki w epokę, zwłaszcza wstecz. Jakkolwiek bardzo by się autor starał, XVIi-wieczna unia hadziacka – porozumienie Rzeczypospolitej z zaporoskimi Kozakami – nie może być polsko-ukraińskim Okrągłym Stołem z końca XX w. Są też drobne błędy – jak choćby twierdzenie, że pojęcie III RP jest w nazwie konstytucji z 1997 r., gdy tymczasem pojawia się ono tylko w preambule.

Niezależnie od powyższych uwag trzeba przyznać, że książka Romanowskiego każdego czytelnika wytrącić może z komfortu myślowego automatyzmu. A to przecież cecha dobrej publicystyki.

Andrzej Romanowski

Antykomunizm, czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998–2019

Wydawnictwo Universitas, Kraków 2019, s. 428

Kup numer