PD
z Damianem K. Markowskim rozmawia Andrzej Brzeziecki maj 2020

Wszystkie nasze wojny o pamięć

Polska uważa, że na szachownicy, na której toczy się bitwa o pamięć, nie potrzebuje mocnych figur. Nie ma więc polskiego instytutu historycznego w Kijowie czy we Lwowie, a książki naszych historyków rzadko są wydawane w zachodnich językach.

Artykuł z numeru

Ostatni tacy papieże

Ostatni tacy papieże

W ostatnich miesiącach Władimir Putin kilkukrotnie powtarzał słowa o współpracy przedwojennej Polski z Hitlerem. Choć temat przykrył obecnie koronawirus, to spory o przeszłość z naszymi sąsiadami pojawiają się regularnie. Co jest przyczyną polskich wojen historycznych z Rosją?

Spór trwa, odkąd zaczęła się w Polsce dekomunizacja i desowietyzacja przestrzeni publicznej. Rosji trudno się z tym pogodzić, przy czym gra tu nieczysto. Polska w narracji rosyjskiej jest przedstawiana niczym tzw. Państwo Islamskie. To nie jest mój wymysł: rosyjski minister kultury na spotkaniu ministrów państw europejskich stwierdził, że Polska niszczy pomniki i – co było już kłamstwem – sowieckie cmentarze, tak jak Państwo Islamskie niszczy światowej klasy zabytki na swoim terytorium. Minister Małgorzata Omilanowska głośno protestowała. Warto przypomnieć, że w latach 2002–2015 Polska, bez pomocy Rosji, przeprowadziła remonty 400 rosyjskich i sowieckich cmentarzy na naszym terytorium. Kosztowało to budżet państwa niemal 14 mln zł. Tymczasem polskie miejsca pamięci w Rosji są utrzymywane wyłącznie ze środków naszego państwa.

Jak skuteczna jest rosyjska propaganda historyczna w świecie?

Odnoszę wrażenie, że rosyjskiemu przekazowi coraz trudniej będzie się przebić w tak agresywnej formie, jaką możemy ostatnio obserwować. Warto zwrócić uwagę na to, jak media europejskie zareagowały na wspomniane oskarżenie Polski o wywołanie, wraz z Niemcami, II wojny światowej – otóż zignorowały to. Wydaje mi się, że czasem zbycie ataków milczeniem to najlepsze zachowanie. Moskwie zależy, aby wciągać nas w spory, abyśmy się tłumaczyli, bo, jak wiadomo, tłumaczą się tylko winni.

Podczas jerozolimskich obchodów 75. rocznicy wyzwolenia obozu w Oświęcimu Putin nie wspomniał o Polsce. Komentatorzy nie byli pewni, czy to dobrze, czy źle.

Rosjanie są graczem wytrawnym i doświadczonym, jeśli chodzi o rozgrywanie spraw związanych z historią. Wiedzieli więc, że byłoby czymś niewłaściwym, gdyby Putin otwarcie zaatakował Polskę. Napomknął za to, że są różne państwa, które współpracowały z nazistami – zauważmy: nie z Niemcami, tylko z nazistami – i teraz chcą przekonać świat, iż było inaczej. Prawdopodobnie pił również do Republiki Czeskiej. Znajdujący się w Pradze pomnik radzieckiego marszałka Iwana Koniewa, „wyzwoliciela” stolicy Czech, ma bowiem zostać zastąpiony monumentem upamiętniającym wszystkie zaangażowane w pokonanie nazistów formacje, w tym źle zasłużoną Rosyjską Armię Wyzwoleńczą (ROA). Walczyła ona po stronie Niemców, ale w ostatniej chwili przeszła na drugą stronę i wspomogła powstańców

Z pewnością jednak Putin nie myślał o Węgrzech, które – rządzone przez adm. Miklósa Horthyego – jawnie z III Rzeszą kolaborowały.

Bo Węgry bardzo sprytnie grają pamięcią na użytek wewnętrzny i zewnętrzny. Polityka historyczna jest tam podporządkowana wielkim interesom Budapesztu, który dąży nie tyle do odbudowy Wielkich Węgier sprzed traktatu w Trianon, ile do bycia graczem między Wschodem a Zachodem, czyli między Federacją Rosyjską a Unią Europejską. Węgry chcą być hubem dla rosyjskiego gazu w Europie Centralnej i na Bałkanach, dzięki czemu miałyby uzyskać dogodne warunki do zarabiania na tranzycie.

Jak kwestie gazu wpływają na węgierską politykę historyczną?

Niemalże bezpośrednio. W 2006 r. lider opozycyjnego wówczas Fideszu Viktor Orbán przemawiał pod pomnikiem Imrego Nagya, odwołując się do idei wolności, równości i praw człowieka oraz nawiązując do rewolucji 1956 r. Było to kilka tygodni po ujawnieniu kompromitujących ówczesny rząd nagrań. Nie minęło 10 lat od tamtego wystąpienia Orbána, a na jego zaproszenie przyjechał do Budapesztu Władimir Putin i udał się na cmentarz wojskowy, gdzie złożył kwiaty nie tylko na mogile żołnierzy sowieckich zabitych w walkach w latach 1944–1945, ale również wieniec na grobie żołnierzy, którzy zginęli, tłumiąc węgierską rewolucję w 1956 r.

Orbán potrafi więc przypomnieć ofiary ówczesnej rewolucji, a kiedy indziej jakoś o nich zapominać. Zresztą kolejne rocznice walk w Budapeszcie są coraz mniej akcentowane przez władze Węgier. W ubiegłym roku nikt z rządu nie brał udziału w obchodach ani nie pojawił się z kwiatami na słynnej kwaterze 301, gdzie leżą zamordowani wtedy Węgrzy. Rocznicę obchodziły właściwie tylko władze Budapesztu – od niedawna opozycyjne wobec rządu.

Polityka historyczna to zdolność do pamiętania, ale też do zapominania. My, w Polsce, jednak głównie pamiętamy.

Czymś innym jest polityka historyczna, a czymś innym polityka pamięci. Ta druga odzwierciedla to, jak naród pamięta dane wydarzenie, i jest skierowana do wewnątrz.

Pewnego rodzaju pamięć pozwala wyleczyć traumy. W przypadku polityki historycznej historia zawsze będzie ofiarą polityki, która zakłada sporą wybiórczość. Rosja nie jest wyjątkiem.

W Belgii do dziś nie odbyła się uczciwa dyskusja o ludobójstwie w koloniach, a pomnik króla Leopolda nadal stanowi jeden z centralnych elementów Brukseli. Amerykanie także niechętnie rozmawiają o wymordowaniu rdzennych mieszkańców kontynentu. Do pewnego stopnia historia zawsze będzie uderzać o szklany sufit polityki i nie przebije się, jeśli nie będą stały za nią względy polityczne.

Czy w Polsce istnieje konflikt pomiędzy polityką pamięci a polityką historyczną?

Polska chciałaby ze swojej polityki pamięci uczynić skuteczne narzędzie polityki historycznej. To oznacza starania o to, aby inne narody patrzyły na przeszłość z naszej perspektywy. Niestety, istnieje duży rozdźwięk między naszymi ambicjami a możliwościami. One jeszcze zmalały po likwidacji Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. W efekcie pojawiają się ostre hasła, ale brak działania. Mówiono np. o reparacjach, które powinni nam zapłacić Niemcy, ale nie zrobiono nic w tej sprawie na arenie międzynarodowej, a to tam znajdują się odpowiednie narzędzia.

W efekcie prymatu polityki pamięci nad polityką historyczną Polska toczy spory o przeszłość właściwie ze wszystkimi sąsiadami. Czy to jest nasza specyfika czy też coś normalnego?

Nie jesteśmy jedyni. Każde państwo, które miało trudną historię, toczy w konsekwencji podobne spory z sąsiadami. Węgrzy kłócą się ze Słowakami, Rumunami i oczywiście z Ukraińcami, gdzie punktem zapalnym jest Zakarpacie.

Mimo wspomnianej kwestii reparacji chyba najbardziej zaawansowane rozmowy o historii toczą się z Niemcami.

Zdecydowanie tak. Na ukończeniu są prace komisji podręcznikowej nad czwartym tomem wspólnego podręcznika Europa. Nasza historia / Europa – Unsere Geschichte, który może być kamieniem milowym w wychowaniu młodych pokoleń. Ten tom bowiem ma być poświęcony historii XX w., która budzi największe emocje.

Spór o reparacje wojenne właściwie przycicha. Niemcy dążą do ograniczenia czynnika historycznego w relacjach z Polską i mocno akcentują swoją odpowiedzialność za zbrodnie. Dowodem tego było przemówienie szefa niemieckiego MSZ w ostatnią rocznicę powstania warszawskiego oraz udział prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera w uroczystościach 80. rocznicy wybuchu wojny obchodzonych w Wieluniu i na Westerplatte. Sam byłem świadkiem kilku uroczystości lokalnych, w których brał udział ambasador Niemiec. Chociażby pod Łodzią, gdzie wymordowano polską inteligencję. Jego obecność nie była konieczna, ale pojawiał się, aby pokazać, że Niemcy chcą wraz z Polakami przerzucić tę trudną kartę historii.

Chyba powinniśmy się spieszyć, bo nie wiadomo, jak będzie wyglądał następny Bundestag.

Istnieje realne zagrożenie, że w razie zdobycia rządu dusz przez niemieckich populistów (AfD) obecne podejście Niemiec do relacji z Polską i budowania swego rodzaju pomostu historycznego odnośnie do najtragiczniejszych kart najnowszej historii ulegnie znaczącej zmianie. Postawy zbliżone do rewizjonistycznych nie są tym środowiskom obce. A to, jak łatwo się domyślić, może szybko pogrzebać dobre rzeczy, które już zostały uczynione dużym wysiłkiem i pracą wielu ludzi po obu stronach granicy. Oby tak się nie stało. Przejście do porządku dziennego nad niemieckimi winami za zbrodnie przeciwko ludzkości może być dla tych grup dużą pokusą. Byłby to cios dla relacji polsko-niemieckich.

Z naszymi południowymi sąsiadami ranga i temperatura sporów wydają się najniższe.

Wciąż aktualny jest spór o udział Polski w rozbiorze Czechosłowacji w 1938 r. Obie strony mają swoje racje. Czesi uważają, że było to podanie ręki Hitlerowi, a może nawet wstęp do II wojny światowej. Polacy przypominają, że to Czesi wbili nam nóż plecy, kiedy Polska była zajęta wojną z bolszewikami, i zajęli obszary, na których większość stanowili Polacy. Te kwestie rzeczywiście jednak schodzą na dalszy plan wobec większych sporów z innymi sąsiadami.

Czesi i Słowacy wybaczyli nam udział w inwazji wojsk Układu Warszawskiego w 1968 r.?

Myślę, że są w większości świadomi, w jakim stopniu „suwerenna” była decyzja o udziale wojsk komunistycznej Polski w tej zbrodniczej inwazji i na ile były to działania niepopularne wśród samych Polaków. Jednocześnie pojawienie się czołgów z polskimi znakami na czeskich drogach musiało wzbudzić skojarzenia z rokiem 1938 i niezbyt chlubnym zajęciem Zaolzia.

Dla Słowaków wciąż drażliwa jest kwestia działalności Józefa Kurasia „Ognia” na Podhalu. Słowacy ostro reagują, gdy w Polsce odbywa się jakaś uroczystość poświęcona „Ogniowi” lub kiedy powstaje jakieś jego upamiętnienie. Pamiętają rekwizycje jego ludzi w podtatrzańskich miejscowościach zamieszkanych przez Słowaków, a szczególnie zabójstwo czterech mieszkańców Nowej Białej na Spiszu.

Ukraina, obok Rosji, w kwestii polityki historycznej stanowi dla Polski największe wyzwanie. Jesienią ubiegłego roku prezydent Wołodymyr Zełenski obiecał przełom w dialogu historycznym – sprawy dziś mają się lepiej?

O przełomie będzie można mówić dopiero wtedy, gdy podpisane zostaną projekty robocze między instytucjami polskimi i ukraińskimi, które doprecyzują działania zgodne z umową z 1994 r. o ochronie miejsc pamięci i pochówku. Na razie strona polska przeprowadziła prace sondażowe w jednej miejscowości pod Lwowem. Jestem, szczerze mówiąc, sceptyczny, jeśli idzie o możliwość szybkiego rozwiązania konfliktu pamięci.

Do czasu uhonorowania wszystkich ofiar, których ciała wciąż spoczywają po obu stronach granicy, rozmowa polsko-ukraińska odbywać się będzie w języku emocji. Dopiero ustanowienie miejsc pamięci, które będą akceptowalne dla obu stron, sprawi, że zaczniemy rozmawiać bardziej racjonalnie.

To rzeczywiście odległy cel. Jak do niego można dążyć?

Potrzebne są spotkania robocze, także na szczeblu najwyższym, aby omówić kwestie ekshumacji obywateli Polski na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. W Polsce dużo mówi się o Wołyniu, ale w Galicji Wschodniej miały miejsce mordy o podobnej skali i o podobnym charakterze. Ciała polskich ofiar leżą pod Lwowem, Iwano-Frankiwskiem (dawnym Stanisławowem) czy Tarnopolem. Otwarte jest pytanie, do jakiego stopnia Ukraina może ekshumacje umożliwić. Może będzie to zaskoczenie, ale teraz w kwestiach miejsc pamięci łatwiej jest Polakom działać na Białorusi niż na Ukrainie. Nowy szef ukraińskiego IPN Anton Drobowycz daje na razie nadzieję. Na owoce przyjdzie poczekać.

Z pewnością nie należy natomiast oczekiwać, że Ukraina szybko uzna za ludobójstwo zbrodnie na Polakach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Nasz sąsiad zmaga się z przeszłością. Dla Ukraińców ponadto ludobójstwo oznacza takie gigantyczne zbrodnie jak Hołodomor czy Holokaust. Trudno im będzie przyjąć do wiadomości, że ich przodkowie dokonali czegoś podobnego, dlatego wolą mówić o ofiarach wojny polsko-ukraińskiej.

Co innego nie chcieć przyznać się do zbrodni, a co innego gloryfikować jej sprawców.

To prawda. Z tym jednak Ukraina będzie miała coraz większy problem. Rzecz w tym, że udział nacjonalistów ukraińskich w rzezi wołyńskiej i w zbrodniach Holokaustu jest niepodważalny. Gloryfikując ich, Ukraińcy narażają się na spór z Izraelem, a wiemy sami po niedawnych doświadczeniach, że jest to przeciwnik wagi ciężkiej w kwestiach historycznych. Dobrze, że polski ambasador na Ukrainie wydaje wspólne oświadczenia ze swoim izraelskim kolegą.

W sporach historycznych Ukraińcy też mają „mocne karty” – akcję „Wisła”. 

Wcześniej jeszcze była deportacja Ukraińców do Związku Sowieckiego. Są po ukraińskiej stronie środowiska – powiedzmy: odpowiednik naszych środowisk kresowych – które chcą domagać się odszkodowań od Polski. Ci ludzie zapominają jednak, że Polacy też nie wyjechali ze Lwowa i innych miast Galicji dobrowolnie.

Ukraińcy uważają, że winna tych deportacji jest narodowościowa polityka Stalina. 

Nawet nie – oni uważają, że Polacy po prostu wyjechali. To wygodny eufemizm. „Łatwo” bowiem podejmuje się decyzję o wyjeździe, kiedy nad rodziną stoi funkcjonariusz NKWD i wyrzuca rzeczy za drzwi domu. Domaganie się odszkodowań to broń obosieczna i może podnieść temperaturę sporu na niespotykany poziom.

Czy nowy prezes ukraińskiego IPN naprawdę chce dialogu z Polską?

Część polskich mediów zaatakowała go, bo wzdragał się przed określeniem zbrodni na Wołyniu i w Galicji Wschodniej mianem ludobójstwa. O psychologicznych oporach już mówiłem. Natomiast podkreśliłbym, że Anton Drobowycz zapewnił, iż będzie dążył do tego, aby wszystkie miejsca pochówku zostały otoczone opieką, a ofiary godnie pochowane. Tego się trzymajmy i dążmy do ekshumacji. Jestem przekonany, że ekshumacje unaocznią Ukraińcom skalę zbrodni OUN–UPA. Pokazały to już prace w Ostrówkach i w Woli Ostrowieckiej, które dowiodły, że polskie relacje nie były bynajmniej przesadzone.

Wspomniał Pan już Białoruś – o sporach historycznych z tym sąsiadem raczej nie słychać.

Jest kwestia Kuropat, lasku pod Mińskiem, gdzie od lat 30. XX w. Sowieci dokonywali masowych mordów. Prawdopodobnie tam leży część ofiar zbrodni katyńskiej. Wszystko wskazuje też na to, że na terenie Białorusi leżą ofiary obławy augustowskiej.

To wszystko są zbrodnie stalinizmu, nie obciążają konta Białorusinów.

Ale od postawy obecnych władz w Mińsku zależy, czy uda się te zbrodnie naświetlić do końca. Kuropaty są zagrożone unicestwieniem, władze chcą ten teren zabudować. Już powstała tam obwodnica, a w bezpośredniej bliskości supermarket. To może sprawić, że przeprowadzenie badań, ekshumacje i urządzenia miejsca pamięci będą niemożliwe. Bez zgody władz Białorusi nie da się prowadzić prac poszukiwawczych, jeśli chodzi o obławę augustowską.

Warto wspomnieć za to, że Polska otrzymała pomoc Mińska w poszukiwaniu miejsc pochówku polskich żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza, którzy zginęli we wrześniu 1939 r., próbując zatrzymać falę sowieckiej agresji.

Jeśli chodzi o spory polsko-białoruskie, to na pierwszym planie mamy działalność Romualda Rajsa „Burego”, który odpowiedzialny jest za zamordowanie kilkudziesięciu osób, w tym kobiet i dzieci, narodowości białoruskiej. Gloryfikowanie „Burego” może negatywnie wpływać na szanse zachowania polskich miejsc pamięci na Białorusi, a jest ich nieporównywalnie więcej niż białoruskich w Polsce.

Spory z Litwinami straciły chyba już swoją temperaturę?

Jeśli chodzi o pamięć, w stosunkach z Litwą jest dobrze, a wręcz coraz lepiej. Trudno nie odnieść takiego wrażenia, będąc na litewskiej prowincji, gdzie w wielu miejscach są obecne upamiętnienia Polaków. To oczywiście zasługa prężnej polskiej mniejszości w tym kraju. Są też momenty historyczne, które Polacy, Litwini, Białorusini, a nawet Ukraińcy przeżywają wspólnie – mam na myśli powstanie styczniowe. Groby przywódców powstania styczniowego, a więc nieistniejącego państwa trojga, a nawet czworga narodów, łączą nas dziś ze wschodnimi sąsiadami.

A akcja Lucjana Żeligowskiego?

Nie zmienimy postrzegania przez oba narody spraw najtrudniejszych, z czym trzeba się pogodzić. „Bunt” gen. Żeligowskiego, skutkujący faktycznym przyłączeniem do II Rzeczypospolitej Wileńszczyzny, jest i nadal będzie postrzegany jako polska okupacja Wilna. Polskie czynniki wojskowe i polityczne tamtego czasu nie wyobrażały sobie Polski bez tego miasta, tym bardziej że miało ono wybitnie polski charakter. Ale to nie jedyna karta sporna, tych jest więcej.

Nadal będzie trwał spór o akcje odwetowe Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Przy czym w przeciwieństwie do wielu innych zagadnień to była mikroskala. Historia „Łupaszki” została dobrze naświetlona. Przez Polaków, ale też przez Litwinów.

Litwini coraz szczerzej rozmawiają o Holokauście. Na Litwie ukazują się wartościowe prace.

Dlatego kwestia kolaboracji Litwinów z Niemcami przy mordowaniu ludności żydowskiej, ale też polskiej, jak choćby w Ponarach, gdzie zabito niemalże 100 tys. ludzi, może szybciej znaleźć rozwiązanie niż problem współpracy OUN–UPA z Niemcami.

Ostatni kraj, który co prawda nie jest naszym sąsiadem, ale jego najnowsza historia wywodzi się z tej części Europy, i z którym toczymy dyskusje, to Izrael.

Przekonaliśmy się o tym podczas sporu o nowelizację ustawy o IPN w 2018 r. Widać, że lepiej nie mieć Izraela przeciwko sobie. Dyskusje zaś będą trwać, bo nadal otwarta pozostaje kwestia tego, do jakiego stopnia izraelska ustawa o zwrocie mienia żydowskiego może dotknąć Polskę. Na pewno narracja o Polsce jako współpracowniku Hitlera wspomaga politykę Izraela w tej kwestii. Dlatego powinniśmy unikać gloryfikacji jakichkolwiek formacji, które weszły w konszachty z Niemcami.

Czy nie ma korelacji między naszymi pretensjami wobec Niemców a żydowskimi wobec Polski?

Są o tyle, że Izrael nerwowo reaguje, gdy jakiś inny naród chce podkreślić własne cierpienia w II wojnie światowej. Żydzi dbają, by Holokaust był przedstawiany społeczności międzynarodowej jako największa tragedia II wojny światowej. Dlatego środowiska żydowskie zareagowały głośnym protestem, gdy parlamentarzyści niemieccy postanowili wznieść w centrum Berlina pomnik polskich ofiar nazizmu. Żydzi argumentowali, że tego rodzaju upamiętnienia powinny mieć co najwyżej formę dopełnienia pomnika Pomordowanych Żydów Europy w pobliżu Bramy Brandenburskiej. Dosyć jasno dano do zrozumienia, że historia mordowanych Polaków i męczeństwo innych narodów są podrzędne w stosunku do Shoah.

Polityka historyczna to oczywiście promowanie własnej wizji historii poprzez filmy i publikacje. Wydaje się, że to w Polsce wciąż kuleje.

O tym, jak wielką rolę ma soft power, można się przekonać, odwiedzając przy dowolnej okazji Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie. Organizuje on wydarzenia, na które chodzi się z przyjemnością, bo prezentowane są tam prace na wysokim poziomie. Niemcy rozmawiają o historii rzetelnie i prezentują się w roli kogoś, kto umie się zmierzyć z własną trudną przeszłością. Polsce takie działania przychodziłyby łatwiej, bo naprawdę byliśmy ofiarą wojny rozpętanej przez III Rzeszę. Tymczasem poza pojedynczymi placówkami takich instytucji w Europie nie ma.

Mam wrażenie, że Polska uważa, iż na szachownicy, na której toczy się bitwa o pamięć, nie potrzebujemy mocnych figur. Nie ma polskiego instytutu historycznego w Kijowie czy we Lwowie, także archiwa na Wschodzie są wciąż słabo zbadane pod kątem historii Polski. Tymczasem w Yad Vashem można znaleźć całe komplety niemieckich dokumentów wytworzonych na Ukrainie, Litwie czy Białorusi i dotyczących Zagłady. Izrael po prostu wykonał tę pracę i za ciężkie pieniądze skopiował te papiery. U nas to kwestia starań pojedynczych historyków, którzy, jeśli dostaną grant, przejrzą wycinek dokumentów.

Problemem jest też to, że prace polskich historyków rzadko ukazują się w językach zachodnich. Trudno liczyć na to, że międzynarodowa opinia publiczna zacznie uczyć się naszego języka, by przeczytać coś więcej, niż piszą Norman Davies czy Timothy Snyder.

W kwestiach historycznych często padał argument, że na pojednanie trzeba poczekać, aż odejdą ostatni świadkowie. Tymczasem im więcej czasu upływa od II wojny światowej, tym spory są bardziej zaciekłe. Kilkanaście lat temu przynajmniej weterani z tamtych czasów mogli wezwać do pojednania – jak to robili dawni polscy i niemieccy żołnierze. Teraz takich głosów brak.

Coraz częściej brakuje rozmowy o faktach, co do których zainteresowane strony mogłyby się zgodzić.

Nie liczyłbym na to, że wraz z odejściem ostatnich świadków II wojny światowej o pojednanie będzie łatwiej. W 1918 r., gdy Polacy i Ukraińcy toczyli zacięte walki o Lwów, obie strony wypominały sobie krzywdy z XVII i XVIII w.

Nadzieją przestały być też wspólne podręczniki, których właściwie nie ma.

Poza wspomnianym podręcznikiem polsko-niemieckim faktycznie prace się ślimaczą zarówno z Litwinami, jak i z Ukraińcami. Dodam tylko, że komisja polsko-niemiecka pracuje od 1972 r., z tego powodu może te prace są najbardziej zaawansowane. Na wspólny podręcznik polsko-ukraiński na pewno przyjdzie nam długo czekać.

Jak się zatem przygotować do kolejnych zarzutów formułowanych przez rządzących Rosją?

Trzeba próbować rozmawiać i przebijać się nie tyle z własną wersją historii, ile z tym, co nas boli. Czy rosyjscy partnerzy będą chcieli nas zrozumieć – nie wiem. To zależy od tego, czy będą gotowi porzucić mentalną strefę swoich wpływów, która sięga zachodniej granicy Polski i Czech.

Należy, prowadząc własne działania, ukazywać historię rzetelnie i nie bać się wspominać o trudniejszych kartach własnej przeszłości. Jest oczywiste, że Armia Czerwona nie przyniosła nam wolności, ale przestały dymić krematoria, nie było już masowych egzekucji ani groźby fizycznej likwidacji narodu.

Zawsze można, podobnie jak Grzegorz Schetyna swego czasu, twierdzić, że wyzwalały nas fronty ukraińskie i białoruskie, a więc nie Rosjanie…

Takie sformułowania mają podłoże stricte polityczne. Starałbym się takich wypowiedzi unikać.


Damian K. Markowski

Dr, historyk, pracownik Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa IPN. Wydał: Dwa powstania. Bitwa o Lwów 1918 (2019), Anatomia strachu. Sowietyzacja obwodu lwowskiego 1944–1953. Studium zmian polityczno-gospodarczych (2018) oraz Płonące Kresy. Operacja „Burza” na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej (2011)

Kup numer