Jerzy Pilch. Fot. Michał Mutor / Agencja Gazeta
Andrzej Franaszek maj 2020

Jerzy Pilch (1952-2020). Czas teraźniejszy przestał istnieć

Po śmierci pisarza pozostaje świat, który stworzył. Może szczególnie wtedy gdy mówimy o pisarzu takim, jakim był Jerzy Pilch – po wielekroć powracający do tych samych doświadczeń, przenoszący je w krainę mitu.

Artykuł z numeru

Ostatni tacy papieże

Ostatni tacy papieże

Jak Pilch opisałby własny pogrzeb? Bo przecież najlepszy felietonista III Rzeczypospolitej z pewnością doceniłby narracyjny potencjał tej sytuacji, niepewną i nie wolną od potknięć brawurę prowadzącego ceremonię pastora, tych żałobników, którzy z trudem rozpoznawali swoje twarze, ukryte pod antywirusowymi maskami, czy koszulkę Cracovii ułożoną na marmurowej urnie z prochami. A wreszcie i fakt, że gwizdek Najwyższego Sędziego zakończył życiowy mecz nie w Wiśle, Krakowie czy Warszawie, nie w chłodnym rodzinnym domu zaludnionym duchami, nie w redakcji „Tygodnika Powszechnego” i nie w drobnym kwartale stolicy, z antykwariatem przy Hożej oraz kawiarnią podającą poczwórne espresso, ale w tak bardzo niespodziewanych Kielcach, do których autor Miasta utrapienia może ledwo co zdążył się przyzwyczaić.

Czy byłby do bólu sarkastyczny, czy raczej – tak sądzę – najpierw wprawiłby nas w konwulsyjny rechot, by później, zmierzając do ostatniej kropki, wstrząsnąć naszymi sercami?

Oddał wzruszenie, jakie czuliśmy, gdy słowa psalmu mówiące o stopach pobożnego, stopach opartych mocno na ścieżce Pana, splotły się z opowieścią o pisarzu o chorym na parkinsona, który po miesiącach rekonwalescencji mógł w marcu wstać z inwalidzkiego wózka. I przyjąć niespodziewaną, przedwczesną śmierć – na stojąco.

*

Pozwalam sobie na takie pytanie, bo piszę o kimś mi bliskim. Nie miałbym prawa nazwać się jego przyjacielem, przemycić do grona tych, którzy zwracali się doń per „Pilchu”, jak weterani – Marian Stala, Bronisław Maj, Zbigniew Mentzel czy Tomasz Fiałkowski – lub ci z nieco mniejszym stażem – Jerzy Baczyński lub Krzysztof Varga. Był przecież Pilch dla mnie „Jerzym”, z czasem również – „Jurkiem”, najpierw podziwianym w „Tygodniku” przy krakowskiej Wiślnej, gdzie królował, zniewalał inteligencją, dosadnym językiem i poczuciem humoru, trudną do pochwycenia jakością i intensywnością swej osoby. Później, po paru obrotach życiowej sceny, odwiedzanym w Warszawie, w hotelu Polonia, do którego lubił zapraszać – może nie bez satysfakcji z osiągniętego statusu gwiazdy, jak plotkowano: za kolejne książki inkasującej niebotyczne zaliczki. I w dziupli przy Hożej, której ciemna boazeria kojarzyła mi się z plebanią, choć niezliczone ilości piór, długopisów i ołówków, zapasy „kosztownych notesów w linie” jednoznacznie przypominały, że znajdujemy się w gabinecie pisarza.

Pamiętam, jak kiedyś, gdy był już chory, znajoma poprosiła mnie, bym przywiózł od Jerzego dedykację. Wpisywał ją długie minuty, walcząc z coraz większym dygotem dłoni, chciałem mu wyrwać książkę, przeprosić za prośbę. Gdy jednak dobrnął do końca, zebrał się w sobie i całkiem raźno dopisał numer swojej komórki: oczywiście SMS został następnie wysłany… I pamiętam też, jak innym razem zastanawialiśmy się nad kupieniem mu specjalnej komputerowej klawiatury, w której wielkie klawisze mogłyby trafiać jego palce. „Póty życia, póki pisania” – mówił. Pozostawał zresztą jeszcze jeden człon tej maksymy, który Pilch określał nad wyraz bezpretensjonalnie, a który ja nazwę tutaj nigdy niegasnącym miłosnym zachwyceniem.

*

Był Jerzy Pilch felietonistą „Tygodnika Powszechnego”, „Polityki”, „Dziennika” czy „Przekroju” – najczęściej porywająco błyskotliwy, nieraz morderczy, chętnie dziś wspominany, widać, że jego frazy i riposty zapadły czytelnikom w pamięć. Budzą chichot, a może nadal ulgę: że wtedy, przed laty, to nie ja stałem się ofiarą Pilchowego szyderstwa. Dodajmy, by nie było tu wątpliwości: felietonista mądry, może nie zawsze w pełni sprawiedliwy czy wyważony, ale formułujący myśli na poziomie wykraczającym poza jakąkolwiek „żurnalistykę”

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Był Pilch aktor – a w dużej części i świadomy autor własnych losów – biografii, która została już nie raz opowiedziana, także przez niego samego, ale która będzie dalej przykuwać uwagę. Bo choć nie wykracza ona poza polski skrawek globu, nie jest – jak choćby niedościgła biografia Czesława Miłosza – zapisem XX-­wiecznego doświadczenia, to może poszczycić się bohaterem pełnokrwistym, zdolnym i do troski, współczucia, i do bezwzględnej walki o samego siebie. Opowiadać ją będą ci, którzy go kochali, kobiety i mężczyźni, których uwodził skalą talentu. Ale też ci, których porzucał, szukając – jak sam mówił – lepszych podań, muraw, na jakich mógł popisać się dryblingiem przed większą publicznością. Te kobiety, które zachowały dlań czułość, i te, które ścigał jedynie przez chwilę, kierowany niedającym się okiełznać pożądaniem, niczym bohater Miłoszowego właśnie wiersza Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky…, człowiek, który ostatecznie godzi się z sobą, usprawiedliwiając: „Nie moja wina, że jesteśmy tak ulepieni, w połowie z bezinteresownej kontemplacji, i w połowie z apetytu”. Myślę zresztą, że Pilch zmieniłby proporcje tej definicji.

I jest wreszcie w tej kameralnej biografii moment zwrotny, wzięty wprost z tragedii. Bo oto bohater wspinający się coraz wyżej, pisarz wybitny, a zarazem poczytny, po którego autograf trzeba było na targach książki czekać w długiej kolejce, człowiek sukcesu, uczestnik kolejnych romansów, podglądanych przez tabloidy, a i przez niego samego nieukrywanych. Mężczyzna w sile wieku, obdarowany, o którego nagle upomnieli się, jeśli nie zazdrośni bogowie, to w każdym razie sęp nieszczęścia, choroba, której nigdy w pełni nie udało się pokonać, która przeorała go, zmieniła fizycznie, zaciążyła nad jego duszą.

Dla mnie jednak najważniejszy był Jerzy Pilch – prozaik. Czytany systematycznie, z nieodmienną pewnością, że tak czynić należy. Z początku uwodzący głównie poczuciem humoru, perypetiami szukającego dawnych cudzołożnic krakowskiego polonisty czy przerażeniem podrzędnego donżuana, do którego nagle wprowadza się „aktualna kobieta”. Kolejnymi, z jawy czy z marzenia utkanymi anielicami miłości, dzięki którym można – lubił tu Pilch cytować Leszka Kołakowskiego – „zażegnywać fenomen obojętności świata”.

Stopniowo czar tych opowieści stawał się przecież coraz bardziej gorzki, spowijał go „przejrzysty obłok jałowcówki”, widmowe światło kieliszków, płonących w zawsze otwartej knajpie Pod Mocnym Aniołem.

Tłoczyły się w nim upiory – te najbardziej prywatne, wysnuwane z wciąż na nowo podejmowanych powrotów do spędzonego w Wiśle dzieciństwa, powrotów będących – jak u Schulza – snem wyższym od realności. I te dotyczące nas wszystkich, mieszkańców kraju nad Wisłą, mamroczących pod nosem „taką przebodli nas ojczyzną”: szaleństwa, fantazmaty, obsesje, które Pilch wypowiedział najpełniej w książce Marsz Polonia, jeszcze jednym polskim Weselu. Coraz też częściej słychać tu było zadawane z luterańską powagą pytania o Boga i mocne poświadczenie obecności diabła. Coraz więcej mówił ból – ból choroby i ból samotności. Coraz głośniej – jak w powieści Wiele demonów, Jurkowym opus magnum – grzechotało słowo „trup”.

A przy tym trwała uroda języka, maestria pozwalająca mu zapisać takie choćby zdanie, piękne niczym arie Haendla, pojawiające się czasem w jego książkach: „Pergaminowa mapa nieba z wolna nabierała życia, płynęły przez nią strumienie granatowego powietrza, z planet sypał się żółty piasek, wewnątrz wielkich gwiazdozbiorów słychać było muzykę, budziłem się w środku nocy i po ciemku, i po omacku zapisywałem w zeszycie słowo »okupacja«, które za chwilę ktoś wyszepce w głębi uśpionego domu”. Opowiadał Pilch, że codziennie przez kilka godzin siedzi przy biurku. Jeśli pod koniec tej dniówki w pamięci komputera osadza się kolejne pół strony, godziny nie idą na marne.

*

„Nie miałeś pojęcia o samotności i z uporem godnym lepszej sprawy pisałeś o samotności. To samo z bólem, strachem, milczeniem, nieobecnością. Teraz masz pojęcie? Teraz wiesz?” – zapisał wiosną roku 2017. Niejeden raz słuchałem fragmentu sztuki Narty Ojca Świętego, monologu, który wypowiadał, wykrzykiwał, wypłakiwał – także już nieżyjący – Władysław Kowalski. I za każdym razem myślałem: to mógł napisać tylko Pilch, tylko jemu mogło przyjść do głowy, by dzieje polskiego myślenia o Janie Pawle II, dzieje polskiej miłości do Papieża ukazać w metaforze futbolowej, w opowieści o Bogu piłkarstwa, który zdobywa gole z każdej pozycji i odległości, który na największych stadionach wyrywa z milionów gardeł okrzyk uwielbienia, wraz z mijającymi latami stopniowo przecież słabnie, coraz częściej remisuje, każdy mecz kosztuje go coraz więcej, coraz chętniej jest zapominany. Zdarza się, że gra przy pustych trybunach. I tylko Pilch mógł ten koncept unieść, nie zmienić go w płaski żart, zapisać zdania tyleż trafne, co prowadzące nas na granicę łez.

Teraz nagle przyszło mi do głowy, że przed laty przeczuł może coś z własnej przyszłości. Jego ostatnie książki, te pisane w chorobie, już po Wielu demonach, nie trzymały dawnego mistrzowskiego poziomu, życzliwi mu czytelnicy pomijali je raczej milczeniem. Wydawcy dochodzili do wniosku, że nie jest już ich autorem najważniejszym, najbardziej wartym „promowania”. Redaktorzy naczelni tygodników decydowali, że na okładkę kolejnego numeru powinna raczej trafić inna, dziś lepiej znana i bardziej „optymistyczna” twarz. Irytowało go to, a może raczej: bolało. Tak jak bolałoby każdego. Planował jeszcze jedną zmianę, jeszcze jedną ucieczkę. Nie zdążył. Z pewnością pisał do końca, już dawno stwierdził, iż życie „możliwe jest tylko przez to, że przed jego udręką bronię się pisaniem”.

*

Po śmierci pisarza pozostaje świat, który stworzył. Może szczególnie wtedy gdy mówimy o pisarzu takim, jakim był Jerzy Pilch – po wielekroć powracający do tych samych doświadczeń, przenoszący je w krainę mitu. Owszem, do świata tego nie dołoży on już żadnej nuty, żadnego słowa. Pozostaną niezmienni – pan Naczelnik, babka Czyżowa, biskup Wantuła, wielki stół w wiślańskiej kuchni, podwórze wyłożone rzecznymi kamieniami, wiatr nad masywem Partecznika. Widok z redakcyjnego boksu i mecz zawsze walczącej o przetrwanie Cracovii. Półki z Płatonowem, Bablem, Mannem, Józefem Rothem. Błysk słońca na dziewczęcym opalonym ramieniu, przeciętym wąskim paskiem żółtej sukienki. Płonąca plandeka ciężarówki, pod którą ktoś rozgrywa partię szachów z szatanem. Masy upalnego powietrza. Szum azjatyckich traw. A przecież czytając raz jeszcze te książki, nadamy im dalsze, coraz to inne życie. Pomiędzy ich linijki wsuniemy nasze tęsknoty, nasz ból, pożądanie, samotność. Rzadsze chwile ukojenia. Pewność, iż „zaraz po pięćdziesiątce czas teraźniejszy przestał istnieć, miesiące, które dawniej składały się z czterech tygodni – teraz trwały kilka godzin. Zaczął się pęd niewiarygodny, w listopadzie czerwiec był za pasem, w czerwcu – grudzień. Ledwo przechodził Nowy Rok, była Wielkanoc; lipcowe upały zwiastowały lutowe śniegi; wodór nie nadążał za węglem, węgiel za azotem, azot za tlenem; każdego ranka budziłem się ze ściśniętym sercem i absolutną pewnością, że obojętnie, ile jeszcze będę żył: rok, dwa, dziesięć, czterdzieści, sześćdziesiąt, sto, sto pięćdziesiąt pięć – obojętne ile – śmierć i tak jest tuż­tuż”.

Kup numer