70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bądźmy Europejczykami

Wiesenstein Hansa Pleschinskiego to trochę powieść, trochę esej historycznoliteracki, a chwilami także fabularyzowana biografia – gatunek nie przez wszystkich lubiany. Mimo to książka zasługuje na szczególną uwagę właśnie w Polsce, bo stawia kilka pytań ważniejszych dziś może dla nas niż dla czytelników niemieckich.

Nic nie przeraża bardziej niż potęga głupoty w ludziach mądrych.

Gerhart Hauptmann

Hans Pleschinski (ur. 1956) to niewątpliwie jedno z ważniejszych nazwisk we współczesnej prozie niemieckiej. Ma na koncie kilka powieści historycznych i psychologicznych, a kilka lat temu głośno było o podobnie jak Wiesenstein pomyślanej powieści Königsallee, poświęconej Tomaszowi Mannowi. Znany jest także jako tłumacz i wydawca (m.in. korespondencji Voltaire’a i Fryderyka II).

 

Łąkowy Kamień
Wiesenstein to opowieść o ostatnich miesiącach życia Gerharta Hauptmanna[1] (1862–1946), niemieckiego dramaturga i prozaika, laureata Nagrody Nobla z 1912 r. Dzięki światowej popularności Hauptmann był człowiekiem majętnym – Tomasz Mann dobrze wiedział, co robi, gdy jednej z bohaterek Czarodziejskiej góry kazał się „przejęzyczyć” i nazwać mynheera Peeperkorna – postać wzorowaną na Hauptmannie – „magnesem finansowym” (zamiast „magnatem finansowym”). Stać go było na wzniesienie dwóch bajkowych niemal rezydencji, jednej na wyspie Hiddensee, drugiej w okolicach dzisiejszej Jeleniej Góry, w Jagniątkowie. Ta druga to właśnie tytułowy Wiesenstein, czyli Łąkowy Kamień, willa zaprojektowana przez Hansa Grisebacha w stylu modnego wówczas historyzmu. Pisarz wprowadził się do niej w 1901 r. i spędził w niej niemal pół wieku. Tu też umarł 6 czerwca 1946 r. Wiesenstein był czymś więcej niż tylko miejscem zamieszkania: służył – zauważa biograf Hauptmanna Peter Sprengel – wystudiowanej „autoinscenizacji” pisarza, który w miarę jak stawał się znakomitością literacką, coraz bardziej pozował na Goethego XX w., poetę narodowego, sprawującego niepodzielną władzę w Królestwie Ducha.

Akcja powieści rozpoczyna się jednak w Dreźnie, tuż po straszliwym bombardowaniu miasta przez aliantów 13–14 lutego 1945 r. Hauptmann i kilka towarzyszących mu osób próbują przedostać się przez prąd uciekinierów ze wschodu na Dolny Śląsk do Jagniątkowa.

Wiesenstein opowiada o powojennych losach ważnego skrawka „Ziem Odzyskanych” z perspektywy zamieszkującej go wówczas ludności niemieckiej, która teraz sama przechodzi gehennę okupacji. Ludzie, którzy mieszkali na tych ziemiach od pokoleń, wyganiani są brutalnie ze swych domostw w nieznane, niektórzy giną brutalnie mordowani przez bezlitosnych zwycięzców. Trzeba wyraźnie odnotować, że Pleschinski mocno podkreśla kontekst historyczny: „Jest rzeczą najwyższej wagi, nie tylko w mojej powieści – mówi w rozmowie z lektorem wydawnictwa C.H. Beck Martinem Hielscherem – by wciąż wskazywać na fakt, że ta piękna, bogata kraina, Karkonosze, której ludowym poetą był Gerhart Hauptmann, polska stała się nie z polskiej winy. Ów koniec Śląska, Pomorza, Prus Wschodnich rozpoczął się wraz z przejęciem władzy przez Hitlera w 1933 r. To, co nastąpiło potem, było rachunkiem za zbrodnie niemieckie. Długi się płaci i płaci się za winy”.

Nie wszyscy są tego świadomi; właścicielka kawiarni w Cieplicach nie traci nadziei: „Będę przyjazna i gościnna. Nie popełniłam żadnej zbrodni. Cóż, głosowało się raz czy drugi, no, jak wypadało Niemcom, no tak” (s. 199). Okazuje się, że odpowiedzialność historyczna wcale nie jest niczym abstrakcyjnym ani nie ciąży wyłącznie na mężach stanu.

 

Czy Goethe by wyemigrował?
Ważniejsze wydaje się jednak inne pytanie postawione przez Pleschinskiego: co sprawia, że intelektualiści skłonni są niekiedy poprzeć rządy autorytarne? Przypadkowi Hauptmanna warto się przyjrzeć, bo choć opiera się próbom najprostszego wyjaśnienia, to przecież jest na swój sposób wręcz typowy – mynheer Peeperkorn nie był zdaniem Tomasza Manna „człowiekiem zdolnym do wywoływania logicznych zaburzeń”[2]. Ale właśnie ta typowość nadaje mu wymiar uniwersalny.

Do reżimów autorytarnych chętnie kleją się, jak wiadomo, początkujący i podrzędni literaci, słusznie podejrzewając, że na Parnas, przynajmniej ten lokalny, może ich wprowadzić jedynie przychylność zarządzających nim władców. Te reżimy z kolei, choć zwykle za jajogłowymi nie przepadają, to przecież ich potrzebują, choćby po to, by mieć kogo pokazać światu na dowód rozkwitu kultury pod nowymi rządami. Mają też fundusz, by móc ich sobie kupić. Ale Hauptmann nie był debiutantem. Był laureatem Nagrody Nobla, najbardziej chyba znanym w świecie pisarzem niemieckojęzycznym. Cóż mógł mu jeszcze zaoferować dr Goebbels?

Co ciekawe, sami naziści wcale nie zabiegali o jego życzliwość zbyt energicznie. Można mieć nawet wrażenie, że autora Tkaczy traktowali z pewną nieufnością. Ciągnęła się za nim wciąż jeszcze aura lewicującego skandalisty, „Goethego związków zawodowych”, jak go nazwał sam minister propagandy, na dodatek przyjaźniącego się dość ostentacyjnie z intelektualistami i wydawcami pochodzenia żydowskiego. Oczywiście nowi władcy ani myśleli poddawać go jakimkolwiek szykanom – Goebbels dozwalał, by jego twórczość „tolerować”, jednak wcale nie zalecał, by ją „wspierać”. To raczej Hauptmann wykazał tu więcej inicjatywy. Bo czy ktoś oczekiwał odeń, że już w kwietniu 1933 r. nakaże, by przed jego willą na Hiddensee zawisła trzymetrowa flaga ze swastyką?

Zastanawiająca jest przy tym nieodporność pisarza na specyficzny urok nowego kanclerza Rzeszy. W czerwcu 1933 r. oddaje się lekturze „biblii Hitlera”, jak nazywa Mein Kampf, książki „w rzeczy samej o wielkim znaczeniu”. Zachował się jej egzemplarz z odręcznymi uwagami Hauptmanna, a  Pleschinski z uwagą im się przygląda. Odnotowuje krytyczne dopiski czytelnika, jak choćby wymowne „a dziś?” przy wywodach autora, poświęconych rzekomemu „tłumieniu wolności” obywatelskich w  Republice Weimarskiej. Do myślenia daje jednak podkreślenie zdania, że w każdym „takim wrzodzie” „niczym robaka w gnijącym ciele” można było znaleźć „Żydka” (s. 180 n.). Czyżby odlegle wspomnienie jakiejś nie dość życzliwej recenzji, opublikowanej przez któregoś z krytyków żydowskiego pochodzenia? Antysemityzmu w klasycznym, rasowym, sensie nie sposób jednak zarzucić komuś, kto już w latach 80. XIX w. wyrażał pogląd, że „zmieszanie z Żydami może być dla Niemców pożytecznym odświeżeniem krwi”, a w III Rzeszy napisze – choć, rzecz jasna, tylko do szuflady – jawnie przyjazną Żydom sztukę Ciemności.

Hauptmann jest autentycznie zafascynowany Führerem. W maju 1933 r. notuje z zachwytem: „Mowy wygłoszonej wczoraj przez (…) Kanclerza Rzeszy będzie się słuchać jeszcze za kilkaset lat”. A w listopadzie 1941 r. (!) zapisuje: „On [Hitler] jest, jak daleko sięga ludzka pamięć, największym wydarzeniem politycznym Niemiec”. Wcześniej, w czerwcu 1940 r., pisze zaś o „światowej rangi geniuszu Adolfa Hitlera”

„Przewodnicy”, „wodzowie”, „conducatorzy”, samozwańczy „naczelnicy” to zwykle „mali ludzie do wielkich interesów”, o ograniczonych umysłach i ciasnych horyzontach. W gruncie rzeczy głupcy, ale głupcy tego szczególnego gatunku, który Arthur Conan Doyle uznawał za najbardziej niebezpieczny: „głupcy sprytni”. Posiadający jeden szczególny dar – wyzwalania w ludziach ich najgorszych, ukrytych energii. I to ta zła energia, niczym brudna piana, wynosi ich do władzy. Co więcej, to zwykle postacie, gdy przyjrzeć im się bliżej, raczej rodem z burleski, w najlepszym razie z operetki, nie z tragedii Szekspirowskiej. A mimo to właśnie intelektualiści skłonni są dostrzec w nich herosów i mężów opatrznościowych. Gdy 15 listopada 1933 r. w Filharmonii Berlińskiej Hitler „zaszczyca” noblistę uściskiem dłoni, Margarete Hauptmann notuje skwapliwie pierwsze wrażenie męża. „Osobliwe i piękne oko”.

W zachwyt wprawia Hauptmanna także włoski duce, który udziela pisarzowi audiencji w kwietniu 1929 r. „Mussolini zaprowadził porządek – notuje Hauptmann. – (…) Przypisałbym mu najwyższej miary kwalifikacje wodzowskie. (…) Kocham grecką młodzieńczość Mussoliniego. (…) Zastosowałbym jego metodę, po pewnych modyfikacjach, do Niemiec”.

Jak to możliwe, że koryfeusze literatury i filozofii dają się – na równi z „ciemnym ludem” – zaczarować takim indywiduom? Że noblista w żałosnym pozerze, tak wiernie odegranym przez Chaplina w Dyktatorze, dostrzega „światowej rangi geniusza”, a Heidegger „nadzwyczajny i pewny instynkt polityczny”? Czy to kompleks intelektualistów, świadomych swej bezsilności, wobec ludzi czynu? Hauptmann zdradza skądinąd niejaką słabość do samorodnych „apostołów” czy „szaleńców bożych”, odkrywających w sobie – jak bohater jednej z jego powieści Emanuel Quint – powołanie „Mesjasza”.

Ta niezdrowa fascynacja „geniuszami politycznymi” nie jest wśród intelektualistów regułą.

Tomasz Mann, wielki rywal Hauptmanna, w sławnym Bracie Hitlerze bardzo wnikliwie i wedle trafnych miar zdiagnozował „demoniczny” fenomen Hitlera, nazywając go „niewydarzonym, wielokrotnie zawiedzionym beztalenciem”, „leniwym, niezdatnym do żadnej pracy”, „facetem, któremu nic się nie udawało”.

Tu zdaje się przebiegać dość klasyczna granica, a Pleschinski wyznacza bardzo precyzyjnie jej przebieg między obu pisarzami, „między reprezentantem czynnego humanizmu” Tomaszem Mannem „a (…) mistykiem”, czyli Gerhartem Hauptmannem, który lubił ponoć „medytować” w nabytym kiedyś we Włoszech habicie franciszkańskim i kazał się w nim pochować: „Z jednej strony opowieści, mające wieść ku światłu, z drugiej, rozmyślania o praprzyczynach i celu bytu” (s. 499–500). A od takich rozmyślań już niedaleko do nacjonalistycznego mistycyzmu „wspólnoty” czy „krwi i ziemi”: podczas gdy Tomasz Mann bez ogródek mówił przez ocean „słuchaczom niemieckim”, co myśli o swoich oszalałych rodakach, Hauptmann gotów był, jak pisał, „na dobre i złe utożsamić się z[e swoim] narodem”.

Może to właśnie te mistyczne ciągoty sprawiły, że Hauptmann z taką łatwością przejmował argumentację nacjonalistycznej propagandy. „Nasze działanie, świadome czy nieświadome, dokonuje się dla ojczyzny”, zapisuje na początku września 1939 r., a 7. dnia tego samego miesiąca dodaje: „Nasza wojna to straszliwe następstwo dyktatu wersalskiego. To on zasiał smocze zęby”. Czasem jednak ogarniają go wątpliwości. 30 grudnia 1939 r. notuje zaskakująco przenikliwie: „Gdy się obudziłem, poczułem na piersi ciężar okropieństw wojny: Polska! Ileż nienawiści ta wojna tam wyzwoliła. Jak strasznie nienawidzi się tam Niemca. Zniszczyliśmy Polskę, w połowie wydaliśmy ją Rosji, wywołaliśmy w niej przeciwko sobie na całe stulecie wszelkie demony zemsty. Dlaczego wszędzie na świecie obudził się ten bezlitosny nacjonalizm?”.

Ale i on nie jest przecież od niego wolny. Latem 1940 r. pisze wiersz, wyrażając w nim radość, że „teraz to my jesteśmy tymi, którzy zwyciężają”, podczas gdy wcześniej widział swoje Niemcy „leżące na ziemi i rozdeptywane przez hołotę niegodziwych zwycięzców”. A w 1941 r. rozmarza się: „Głód ziemi. Wspaniałe okolice na Kaukazie: szczęście nowego niemieckiego osadnictwa. (…) Ukraina”.

Kto wie: może jednak wolelibyśmy „zwykłego” konformistę? Widok intelektualisty składającego z nieprzymuszonej woli hołd Mrożkowskiemu „Edkowi” wprawia w przygnębienie chyba większe niż poczynania klerka, który po prostu nie sprostał swojej epoce i zadaniom, jakie ta epoka postawiła jemu podobnym. Pleschinski dostarcza nam takiego pocieszenia: „W życiu (…) – mówi jego Hauptmann – jestem człowiekiem kompromisu, (…) bo potrzebuję zewnętrznej wygody, by móc się poświęcić moim wewnętrznym sprzecznościom” (s. 321). Jaka byłaby alternatywa? Emigracja? Wyjechać, jak tego oczekiwali od niego niemieccy wygnańcy, zostawić baśniowe rezydencje? „Czy Goethe by wyemigrował?” (s. 167).

Gdzie lisy mówią sobie „dobranoc”
Jest i o nas. Ironia losu sprawiła bowiem, że ostatnie miesiące przed śmiercią Hauptmann, choć ani myślał emigrować, przeżył jednak za granicą Niemiec: w Polsce. Czyli w kraju, który na pewno nie był jego wymarzonym miejscem pobytu. W drugim akcie dramatu Przed zachodem słońca ogrodnik Ebisch, który ma być przeniesiony do jakiegoś majątku w Polsce, skarży się: „I co mam robić u tych Polaczków [Polacken], gdzie lisy mówią sobie dobranoc?”. Zresztą postacie o polskich nazwiskach to u Hauptmanna rzadko osoby budzące sympatię, choć z całą pewnością nie wolno go określać, jak to uczynił swego czasu Leopold Staff w liście do Juliana Tuwima z lipca 1946 r., mianem „polakożercy”.

11 lipca 1946 r. sędziwego pisarza odwiedza przedstawiciel polskiego Ministerstwa Kultury dr Stanisław Lorentz w towarzystwie Zdzisława Straszaka, urzędnika starostwa w Jeleniej Górze. Ta wizyta zajmuje w książce prawie cały rozdział i akurat tu kronika znów nieoczekiwanie staje się powieścią, a fikcja wyraźnie dominuje nad dość obszernym w tym wypadku materiałem źródłowym (co Pleschinski uwyraźnia, zastępując Straszaka wymyśloną postacią Jana Nowaka).

Rozmowa ma trudny przebieg. Goście przypominają gospodarzowi, że opłakiwał jedynie zburzone Drezno, mało zaś wzruszał go los Rotterdamu czy Warszawy, a gdy Margarete Hauptmann skarży się na rabunki w okolicy, Nowak opowiada o cierpieniach Polaków pod okupacją niemiecką, kończąc swój wywód mało eleganckim „a teraz, kobieto, niech się pani zamknie”. Lorentz nie ukrywa też, że „w zasadzie nie chcemy tu żadnych Niemców, ani żywych, ani martwych. A już w żadnym razie sławnych. Jesteśmy w Polsce”. Polacy wymownym milczeniem zbywają też retoryczne pytanie autora Tkaczy, czy powinien „pośpieszyć się z umieraniem”. I z niesmakiem przyjmują propozycję starego pisarza, w tamtych czasach rzeczywiście mocno przedwczesną: „Chodźcie, bądźmy razem Europejczykami”. Wreszcie Stanisław Lorentz składa małżonkom propozycję nie do odrzucenia, że „zaopiekuje się” ich stradivariusem. Oczywiście „za pokwitowaniem”.

Zamiar autora jest tu dość czytelny: skonfrontować Hauptmanna z  równorzędnym mu partnerem intelektualnym, który uświadomiłby mu skalę tragedii, jakie przyniosła wywołana przez jego rodaków wojna. A choć polscy goście w końcu docenią potajemnie napisaną przezeń sztukę Ciemności, dokumentującą jego współczucie i solidarność z prześladowanymi w Niemczech Żydami, i pozostawią sędziwemu pisarzowi pisemne gwarancje bezpieczeństwa, to całość nie brzmi zbyt dobrze, zwłaszcza w zestawieniu z przyjacielskimi pogawędkami, jakie odbywa w Wiesenstein radziecki pułkownik Sokołow. Pewien niepokój pozostawia też sprawa stradivariusa: Margarete Hauptmann rzeczywiście posiadała ów cenny instrument, który po wojnie nigdy się nie odnalazł, co na polskiego uczonego rzuca światło nieco dwuznaczne.

W rzeczywistości zarówno wspomnienia Lorentza, jak i zapiski sekretarza Hauptmanna Gerharta Pohla, zazwyczaj dość krytycznie przedstawiające relacje Polaków z Niemcami w tamtym czasie, dają zupełnie inny obraz tego spotkania, przebiegającego w niemal serdecznej atmosferze wzajemnego szacunku i życzliwości. O stradivariusie nie ma w nich ani słowa.

 

Kłopoty z Gerhartem Hauptmannem

Tak już w 1963 r. zatytułował swój esej o Hauptmannie Jan Koprowski. A kłopoty to niemałe, bo trzeba uporać się nie tylko ze spuścizną duchową po nobliście mocno z naszej perspektywy kontrowersyjnym, ale i z jego dziedzictwem materialnym. Te kłopoty dotyczą poniekąd całego niemieckiego dziedzictwa kulturowego na Dolnym Śląsku, które przez dziesięciolecia zazwyczaj ukrywano i ignorowano, czasem niszczono i próbowano wymazywać z pamięci, a które teraz wypada nam, obywatelom także zjednoczonej Europy, jakoś zagospodarować, otoczyć opieką i – co najtrudniejsze – przyswoić. Trzeba więc w tym dziedzictwie szukać „punktów zaczepienia”, które by ułatwiły jego asymilację. W wypadku Josepha von Eichendorffa takim punktem okazał się jego żarliwy katolicyzm, przymiot w Polsce „poczerwcowej” ceniony bardzo wysoko, przynajmniej w oficjalnym obrocie intelektualnym (bo już na „czarnym rynku” idei nie zawsze). Wedle tej samej recepty Polska Ludowa doceniła w Hauptmannie „pisarza postępowego”, autora Tkaczy, i mianowała go takowym nawet na tablicy pamiątkowej, zdobiącej przez lata Łąkowy Kamień. Ta „postępowość” dziś już przestała być okolicznością łagodzącą, trzeba szukać nowych. Czas więc chyba poważnie potraktować wezwanie Hauptmanna z powieściowej rozmowy ze Stanisławem Lorentzem, by „być razem Europejczykami”. Nawiązujące zresztą do prawdziwej wypowiedzi Hauptmanna z wydanych w 1932 r. rozmów z Josephem Chapiro: „Byłem Europejczykiem w sposób równie oczywisty, jak byłem Niemcem, a być może prawdziwym Niemcem nie był ten, kto nie czuł się równocześnie Europejczykiem”. Ta myśl, zdobiąca jedną z sal muzeum Hauptmanna w Jagniątkowie, może dziś istotnie być pewnym drogowskazem.

I jest. Willa Wiesenstein to dziś świetne muzeum, dokumentujące także starannie związki Hauptmanna z Polską, zwłaszcza ostatni okres jego życia (np. bardzo ciekawa wystawa poświęcona wyjazdowi pociągu specjalnego z trumną Hauptmanna i wyposażeniem willi czy wydany ostatnio zbiór tekstów o związkach Gerharta Hauptmanna z Polakami). Dyrektor muzeum Janusz Skowroński jest autorem obszernej książki o ostatnich miesiącach życia pisarza, Zapomniane tajemnice Karkonoszy. Ta publikacja oparta na wnikliwych badaniach archiwalnych samego autora, a przy tym świetnie napisana, przynosi wiele nieznanego wcześniej materiału, zdjęć, relacji świadków i dokumentów, prostujących wiele mitów i nieścisłości. Świetnym pomysłem było także opublikowanie w przekładzie polskim wspomnień Gerharta Pohla, skądinąd nie zawsze nam zbyt życzliwych, które Skowroński opatrzył doskonałym komentarzem krytycznym. Nakładem wydawnictwa Europa ukazała się z kolei kilkutomowa edycja Dzieł Hauptmanna, częściowo wznowień, częściowo nowych przekładów, a zasłużona wrocławska oficyna Atut wydała m.in. (niestety, tylko po niemiecku) bardzo interesujący zbiór przyczynków o niejednoznacznej postawie pisarza wobec Żydów, a nadto przypomniała jego brata, Carla, również parającego się pisarstwem, przyjaźniącego się z wieloma Polakami i zaangażowanego czynnie w przekład i wydanie w Niemczech Chłopów Reymonta, publikując wybór jego pism w świetnym opracowaniu Mirosławy Czarneckiej. Dzieło samego Gerharta Hauptmanna próbę czasu przetrwało znacznie gorzej niż pisma jego wielkiego rywala Tomasza Manna. Ale i wiele z tego, co pozostawił po sobie autor Bobrowego futra, warte jest pamięci i namysłu.

Tak jak namysłu warta jest i jego późna biografia, przypomniana przez Pleschinskiego. Będąca ostrzeżeniem dla intelektualistów, w których „potęga smaku” okazuje się jednak – wbrew nadmiernie optymistycznej diagnozie Zbigniewa Herberta – bezsilna wobec fascynacji „geniuszami politycznymi” i „Historią” pisaną wielką literą. Czyli zwykle wobec potęgi zwykłej głupoty. Drobne grzeszki literackich muszek jednodniówek pójdą w zapomnienie wraz z nimi samymi (i ich fortunkami uciułanymi na usługach świadczonych władzy). Pamięć o grzechach wielkich pozostanie wraz z pamięcią o ich dziele. A czasem nawet lekko ją przyćmi.


Hans Pleschinski

Wiesenstein. Roman

C.H. Beck Verlag, München 2018

 

Korzystałem z:
Gerhart Hauptmann w krytyce polskiej 1945–1990, red. N. Honsza, K.A. Kuczyński, A. Stroka, Wrocław 1992.
• Gerhart Hauptmann „und die Juden”, red. H.-J. Hahn, Wrocław–Görlitz 2005 (materiały z konferencji zorganizowanej w czerwcu 2004 w Domu Gerharta Hauptmanna w Jagniątkowie).
• C. Hauptmann, Lot sowy, tłum. U. Bonter, A. Kiejna, A. Nadkiernicza-Stasik i in., Wrocław 2003.
• G. Pohl., Czy jestem jeszcze w swoim domu? Ostatnie dni Gerharta Hauptmanna (posłowie J. Skowroński), Warszawa 2010.
• J. Skowroński, Zapomniane tajemnice Karkonoszy, Warszawa 2019.
• P. Sprengel, Der Dichter stand auf hoher Küste. Gerhart Hauptmann im Dritten Reich, Berlin 2009.

 

[1] Warto tu odnotować, że ten sam temat podjął jakiś czas temu także polski dramaturg Jerzy Łukosz w sztuce Hauptmann wystawionej w 2001 r. przez Teatr im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze (tekst: „Dialog”, 2001, nr 9).

[2] Tłum. Jan Łukowski (Władysław Tatarkiewicz).

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter