70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. HBO

Wyznania Eleny Ferrante

Pisanie może stać się „sposobem bycia” także we własnej, przypadkowej w końcu tradycji kulturowej i narodowej. Ferrante źle trawi pizzę, nie jada zbyt często spaghetti, nie mówi podniesionym głosem, nie gestykuluje, nienawidzi wszelkich mafii i nie wykrzykuje „mamma mia”. „Bycie Włoszką wyczerpuje się w moim wypadku w okoliczności, że mówię i piszę w języku włoskim”.

Sformułowanie „nieznany artysta” zawsze bardzo mi się podobało, od młodości. Oznacza, że wszystko, co mogę wiedzieć o osobie będącej twórcą tego obrazu, to dzieło, które mam przed oczyma. Uważam, że to szczęśliwa okoliczność.

Elena Ferrante

 

Elena Ferrante to jedno z najbardziej intrygujących zjawisk współczesnej literatury, nie tylko włoskiej. Zainteresowanie jej prozą i samą pisarką pobudza zapewne również tajemnica otaczająca autorkę bestsellerowej Genialnej przyjaciółki: w czasach powszechnego „parcia na szkło”, „ścianek”, na których tle z taką lubością fotografują się celebryci, wola zachowania anonimowości intryguje. Rusza błędne koło. Im bardziej ktoś stara się wycofać w prywatność, tym bardziej wścibscy dziennikarze i publiczność starają się otaczające go zasłony zedrzeć. A tu i ówdzie pojawia się podejrzenie, że to jeszcze jedna „ściema” PR, służąca zwiększeniu zainteresowania mediów i odbiorców. Mało kto skory jest uwierzyć, że są po prostu ludzie, którym naprawdę zależy na zachowaniu swojej prywatności i „świętego spokoju” – dóbr wciąż jeszcze cennych. Przynajmniej dla niektórych.

Oczywiście także Eleny Ferrante w spokoju nie zostawiono.

Zagadkę jej tożsamości próbowano rozwiązać wielokrotnie.

„W kręgu podejrzeń” na czołowym miejscu znalazło się małżeństwo Domenico Starnone i Anita Raja. Starnone to uznany włoski pisarz (autor wydanych także w Polsce SznurówekPsikusa), jego żona zaś jest tłumaczką literatury niemieckiej. Włoski dziennikarz Claudio Gatti odkrył bardzo wysokie przelewy, dokonane przez wydawnictwo E/O na konto Anity Rai, nieprawdopodobne w wypadku autorki wyłącznie przekładów. To poszlaka istotna – pomińmy tu jej mocno dwuznaczny prawnie i etycznie charakter – ale nietłumacząca wszystkich możliwych składowych zjawiska.

Zagadką jest już pseudonim pisarki. Czy to, jak chcą niektórzy, ukryty hołd dla jednej z ulubionych jej autorek, Elsy Morante? To nie jedyne możliwe wyjaśnienie. Pseudonimem „Don Ferrante” sygnował swego czasu swoje artykuły w „Napoli nobilissima” Benedetto Croce. Ów don Ferrante to jeden z drugoplanowych bohaterów sławnej powieści Alessandra Manzoniego Narzeczeni. Nad tym tropem warto by się może zastanowić i w przypadku autorki Genialnej przyjaciółki. Zwłaszcza gdyby przyjąć, że za pseudonimem kryje się nie jedna osoba, lecz pisarski duet.

Don Ferrante Manzoniego to postać komiczna, posiadacz wielkiej biblioteki, prywatny uczony gabinetowy, oddający się osobliwym studiom, jak choćby badaniom nad astrologią. Uczony ów mąż wspomaga czasem (uwaga, uwaga!) swoją małżonkę, donnę Prassede, w jej różnych drobnych przedsięwzięciach pisarskich, ich współpraca nie jest wszelako wolna od napięć: „Jeżeli na jej prośbę służył jej w potrzebie swoim piórem, to dlatego, że mu to sprawiało przyjemność; zresztą, i w tej dziedzinie potrafił powiedzieć: »Nie«, jeżeli to, co miałby napisać, nie trafiało mu do przekonania. »Wysil się, mościa dobrodziko – mawiał w takich wypadkach – zróbże po swojemu, skoro ci się to takie proste wydaje«” (tłum. Barbara Sieroszewska).

Udział Domenica Starnone w powstaniu Genialnej przyjaciółki nie jest nieprawdopodobny. Potwierdzałyby go przeprowadzone swego czasu poważne analizy językoznawcze. Starnone urodził się zresztą w okolicach Neapolu, i to w tym samym mniej więcej czasie co Elena Greco i Lina Cerullo. A choćby w Sznurówkach da się znaleźć detale przywodzące na pamięć bestseller Ferrante, jak choćby zdanie podkreślone przez bohatera w jednym z czytanych przezeń tekstów: „Pojawienie się miłości wprowadza inny ład w naszym życiu społecznym” (tłum. Stanisław Kasprzysiak), które wywołuje pewne skojarzenie z wypracowaniem Eleny i jego zasadniczą tezą, że „miasto bez miłości zmienia swą naturę z dobroczynnej w szkodliwą dla człowieka” (tłum. Alina Pawłowska-Zampino). Wspomnieć też można o fascynacji pisarza narracją z kobiecej perspektywy (jak właśnie w Sznurówkach), o której wspomniał kiedyś w rozmowie z Enricą Marią Ferrarą. Bo czyż jest dla autora mężczyzny wyzwanie większe niż spojrzenie na świat oczyma kobiety (vide słynne „Pani Bovary to ja” Flauberta)?

Zasadniczo trzeba się chyba jednak zgodzić z sugestią wydawcy Eleny Ferrante, by zaprzestać tropienia pisarki niczym groźnego gangstera. Być może prawdy dowiemy się dopiero wtedy, gdy Komitet Noblowski spojrzy na włoską autorkę okiem równie życzliwym co na Olgę Tokarczuk. Chociażby po to, by wreszcie wywabić ją z ukrycia. Jeśli oczywiście perspektywa kolacji na sztokholmskim dworze królewskim okazałaby się silniejsza niż jej niechęć do ujawniania swej tożsamości. Zanim to nastąpi, wypada posłuchać Suzanne Moore, która w „The Guardian” wszystkim pragnącym prześwietlić prywatność pisarki, radzi: „Jeśli chcesz się dowiedzieć, kim jest Elena Ferrante, po prostu przeczytaj jej książki”.

*

Czytajmy zatem. Notabene właśnie na łamach „The Guardian” miała swój początek przedostatnia z nich, L’invenzione occasionale (Pomysły przygodne). Złożyło się na nią mianowicie 51 miniesejów – bo tak chyba należałoby zakwalifikować te teksty o objętości ok. trzech stron maszynopisu każdy – publikowanych z inspiracji pisma przez cały rok 2018. Opatrzonych świetnymi, niepokojąco tajemniczymi ilustracjami Andrei Uciniego. Takie prace zlecone przez popularnych autorów nie zawsze kończą się powstaniem arcydzieł. Zwłaszcza „dzienniki” zamawiane przez łasych na grosz wydawców u pisarzy, wokół których w danym roku unosi się odor classicitatis, to niekiedy pańszczyzna i dla twórcy, i dla czytelnika. Elena Ferrante nie musiała na szczęście z mozołem lepić niczego w tym rodzaju. Nie mając doświadczenia w pisaniu na zamówienie, poprosiła o zadanie jej pytań pomocniczych i to wokół nich snuła swoje refleksje. „Pisałam te teksty, błądząc bezpośrednio wśród wspomnień w poszukiwaniu jakiegoś drobnego egzemplarycznego doświadczenia; czerpiąc spontanicznie z przemyśleń, jakie nasunęły mi książki czytane przed wielu laty, zagubionych i powracających dzięki innym lekturom; wykorzystując nieoczekiwane intui cje wywołane samą koniecznością pisania, dochodząc do gorzkich wniosków pod wpływem drogi już przebytej” (Zderzenia, s. 6 – jeśli nie podano inaczej, wszystkie cytaty w tłumaczeniu TZ).

Takie „przygodne pomysły” mają w literaturze długą tradycję, bo czymże innym były zapiski rozmaitych pisarzy i myślicieli, często prywatne, nieprzeznaczone do druku, mające charakter notatek i szkiców do późniejszego wykorzystania, które niekiedy, jak w wypadku Georga Christopha Lichtenberga czy Wilhelma Heinsego, okazywały się niespodziewanie najtrwalszym składnikiem ich spuścizny? Ale i dziś różnego rodzaju lapidaria nie tracą na popularności, tyle że pisze się je od razu z myślą o publikacji. Czy to Lec powiedział, że w czasach, gdy mało jest czasu na czytanie grubych ksiąg – czemu zresztą sukces Eleny Ferrante spektakularnie przeczy – lepiej od razu pisać aforyzmy? A jeśli nie aforyzmy, to krótkie eseje-felietony, które da się z pożytkiem przeczytać np. w tramwaju – czytelnik wysiada z niego nieco bogatszy duchem i z mocnym przekonaniem, że nie zmarnował czasu nolens volens spędzonego w podróży. I nie ma w tym opisie minieseju ani krzty ironii, bo najtrudniej zagospodarować sensownie właśnie takie okruchy czasu, które bezpowrotnie przeciekają nam przez życie. Wszystko, co pobudza w nich myśl i emocje, ma więc swoją wartość.

Rada Suzanne Moore okazuje się w przypadku Pomysłów szczególnie trafna, ponieważ to właśnie w tych tekstach pisarka daje nam niejaki wgląd w swoją prywatność, ale to oczywiście nie prywatność zewnętrzna, niejako materialna, rzeczywista, lecz raczej wewnętrzna, duchowa, wirtualna. Dowiemy się np., jak trudnym doświadczeniem stała się dla niej ciąża, zwłaszcza pierwsza: „Gdy zdarzyło mi się to po raz pierwszy, z trudem przyszło mi to zaakceptować. Ciąża była dla mnie przede wszystkim pełnym niepokoju balastem dla umysłu. Odczuwałam ją jako unicestwienie pewnej równowagi, samej w sobie chwiejnej, jako ujawnienie się natury zwierzęcej za kruchą maską tego, co ludzkie” (Ciąża, 23). Oraz że sprawia jej przyjemność, gdy rozpoznaje się w córkach, a zarazem słyszy, że „zrobią wszystko, by być inne niż ona”. Albowiem: „Bardzo się boję generacji, które nie dystansują się z wyniosłym zapałem od swoich rodziców. Więcej, boję się ich przede wszystkim, gdy w wieku dwudziestu lat, owszem, dystansują się od nich, ale tylko po to, by za swoje uznać postawy dziadków i pradziadków. Nie mam najmniejszego zrozumienia dla młodych przeciwstawiających współczesnemu światu złoty wiek, w którym wszyscy znali swoje miejsce, to znaczy miejsce w pewnym porządku ufundowanym na hierarchiach płciowych, rasowych i klasowych”. Niby to nic nowego, o takich młodziankach opowiedział nam już Mrożek w Tangu, ale gdy widzimy, jak w blasku rac obnoszą po Warszawie babciny różaniec przerobiony zgodnie z regułami swoiście rozumianego aggiornamento na kastet, wdzięczni jesteśmy za zdecydowane przypomnienie, że „marzenia o powrocie minionego są zaprzeczeniem młodości” (Córki, s. 28).

*

Ferrante nie tai przed nami innych swoich lęków, odkrywając, że tym, „czego może należy bać się najbardziej, jest furia ludzi przerażonych” (Lęki, s. 12). Ale to nie jedyny lęk, z jakim mierzy się człowiek współczesny. „Samo wyobrażenie śmierci wydaje mi się (…) coraz bardziej wyblakłe. Przeraża mnie natomiast kres życia, którym można się w pełni cieszyć. Wiąże się to z faktem, że co się mnie tyczy, bardzo we mnie osłabła – dawno temu – wiara w jakiś świat po tamtej stronie. (…) Życzymy sobie, by nasze życie było jak najdłuższe, ale by jednak dobiegło kresu, gdy ulegnie takiej degradacji, że żadna terapia nie zdoła go uczynić znośnym” (Koniec, s. 15).

Skądinąd religia nie jest tematem, któremu pisarka chciałaby poświęcić wiele uwagi (wyczuwa się już to zresztą w Genialnej przyjaciółce, gdzie właściwie jest niemal nieobecna w życiu bohaterów powieści). Ze swoim chrześcijaństwem rozlicza się dość krótko, ale znamiennie: około Wielkanocy (na 21 kwietnia 2018) datowany jest esej noszący tytuł Drżenie, którego punkt wyjścia stanowi groza, jaka ogarnia trzy Marie przed pustym grobem Jezusa. „Moje doświadczenie religijne zatrzymało się właśnie tu – wyznaje autorka. – A zdarzyło się to, gdy miałam około 17 lat” (s. 35). Nie chodzi tylko o to, że Zmartwychwstanie daje się też postrzegać jako „budząca przerażenie sztuka magiczna, która nie uporządkowała spraw ani na ziemi, ani może równie splątanych w niebie”. Także o to, że wiara w „odkupienie” prowadzi do wiary w posiadanie statusu „istoty wybranej”, do „antropocentryzmu”: „Zamek, w którym się zamknęliśmy, ogłaszając się dziećmi Boga, a zatem panami świata, wydaje mi się oznaką arogancji. (…) Prawdopodobnie ta nasza centralność skazana jest na unicestwienie właśnie przez zawziętość, z jaką zbroimy się technologicznie. (…) Zwierzę zwane człowiekiem musi dokonać samokrytyki, szukać nowych rodzajów równowagi. Przyszłość, która mnie interesuje, to przyszłość w pełni otwarta na wszystko, co inne, na wszelki byt żyjący, na wszystko, co jest przeniknięte oddechem życia” (s. 36).

Czytelnika powieści Ferrante zainteresuje zapewne także i to, co autorka opowiada o swoim warsztacie, swojej drodze do pisarstwa i literaturze w ogóle.

Rozpozna w niej też pewne rysy Eleny z Genialnej przyjaciółki: „Byłam nastolatką zalęknioną, mówiłam zawsze »tak«, najczęściej milczałam”. Ta zalękniona nastolatka prowadzi dziennik, w którym daje upust tłumionym namiętnościom, ale wciąż się boi, że ktoś go odkryje i przeczyta. Ucieka więc w fikcję: „Musiałam skończyć z pisaniem dziennika i realizować pragnienie mówienia prawdy – moich prawd najmniej nadających się do wypowiedzenia – w opowieściach będących owocem fantazji” (Prowadzenie dziennika, s. 13). Prawdziwe pisarstwo wyrasta bowiem z niedającego się stłumić wewnętrznego przymusu: „Kto czuje potrzebę pisania, winien bezwzględnie pisać”. Co nie znaczy, że musi napisane publikować. „Żądza nadania światu formy pisanej nie jest sama przez się gwarancją rezultatu”. Bo też pisanie jest czymś więcej niż tylko profesją, pomysłem na wybicie się z anonimowości, „zaistnienie”, dojście do majątku, jak o tym marzą Elena i Lina po przeczytaniu Małych kobietek. To coś więcej niż tworzenie tekstu, który będą czytać inni: to raczej „sposób bycia w świecie”. I tylko tak pojmowane pisarstwo jest fundamentem literatury prawdziwej.

*

Pisanie może stać się „sposobem bycia” także we własnej, przypadkowej w końcu tradycji kulturowej i narodowej. Ferrante źle trawi pizzę, nie jada zbyt często spaghetti, nie mówi podniesionym głosem, nie gestykuluje, nienawidzi wszelkich mafii i nie wykrzykuje „mamma mia”. „Bycie Włoszką wyczerpuje się w moim wypadku w okoliczności, że mówię i piszę w języku włoskim”. Taka „narodowość lingwistyczna” to poczucie przynależności do pewnej historii i tradycji, ale zarazem – właśnie dzięki swemu skupieniu na języku jako narzędziu dialogu – gotowość do rozmowy, a tym samym do przekraczania własnych granic. Dlatego za swoich „szczególnych bohaterów” Ferrante uznaje – czyżby echo własnych zawodowych doświadczeń Anity Rai? – tłumaczy, zwłaszcza tych, którzy są „namiętnymi czytelnikami i proponują przekłady”, bo to „dzięki nim włoskość kroczy przez świat, wzbogacając go, świat zaś ze swymi niezliczonymi językami przenika włoskość, zmieniając i ją” (Narodowość lingwistyczna, s. 19). Pojęcie narodowości lingwistycznej każe i nad Wisłą postawić pytanie, dlaczegóż to „prawdziwi Polacy” często tak mozolnie zmagają się z zawiłościami mowy ojczystej, a gdy otworzą usta, tak trudno uwierzyć, że przemawiają w tym samym języku, w którym napisano LalkęTrans-Atlantyk.

Miłośnicy metafizycznych głębi będą zapewne mało usatysfakcjonowani Pomysłami Eleny Ferrante. To raczej nie ich opowieść. Językiem tej książki jest klarowny, prosty, a przecież zarazem bogaty swoją precyzją wyrażania myśli język oświecenia. A często bywa tak, że akweny przejrzyste wydają się płytsze niż mętne. „Mało oryginalne”, skrzywią się też zapewne miłośnicy zawiłych spekulacji filozoficznych. Ale do Pomysłów przygodnych doskonale daje się zastosować to, co wspomniany wyżej Lichtenberg powiedział o epigramatach: „Najlepsze są te, na których widok złościmy się, że sami nie wpadliśmy na taki pomysł”. A Elena Ferrante wyznaje (i być może tu właśnie należy szukać jednej z przyczyn niebywałego sukcesu, jaki odniosła jej proza): „Nie interesuje mnie pisanie czegoś, czego jeszcze nie napisano. Interesuje mnie to, co zwykłe, albo lepiej: to, co dla świętego spokoju wcisnęliśmy w jakiś wyświechtany schemat” (Wykopaliska, s. 40). Inaczej mówiąc, coś, co „jest częścią powszechnego doświadczenia” (s. 39). Tyle że nie zawsze jesteśmy tego doświadczenia świadomi. A nawet jeśli jesteśmy, to nie zawsze umiemy je nazwać.

Elena Ferrante

L’invenzione occasionale

il. Andrea Ucini, Edizioni E/O 2019, s. 128


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter