Tadeusz Zatorski marzec 2021

Pochwała arcydzielności

Maria Konopnicka z Jobsjady, podrzędnej satyry K.A. Kortuma, uczyniła prawdziwy majstersztyk translacji.

Artykuł z numeru

Michał Heller. Pytanie o Boga i ateizm

Jedną z nauk najprężniej się dziś rozwijających jest zapewne translatologia, teoria przekładu. Współczesny tłumacz, spoglądając w księgarni na wielkie regały wypełnione dziełami translatologicznymi, odczuwa osobliwy niepokój, graniczący z wyrzutami sumienia: właściwie powinien rzetelnie zapoznać się z nimi wszystkimi, ale nawet pobieżny rachunek prowadzi go do paradoksalnego wniosku, że gdyby chciał zgłębić choć dziesiątą część tej produkcji, to niewiele by mu zostało czasu na cokolwiek innego. Innymi słowy: byłby świetnie przygotowany do pracy, której nie zdążyłby już wykonać. Wzdycha tedy głęboko, parafrazując sobie na pocieszenie weimarskiego Księcia Poetów: „Przekładu łatwo sens przejrzycie: / Jego teorię zgłębiajcie do woli, / Lecz i tak wszystko przełożycie, / Jak Bóg pozwoli”.

Nie zwalnia go to oczywiście z obowiązku doskonalenia swojego warsztatu, a nic takiemu doskonaleniu nie służy lepiej niż lektura przekładów najznamienitszych. Choć czasem niesprawiedliwie zapomnianych.

A do takich należy tłumaczenie Jobsjady Carla Arnolda Kortuma pióra Marii Konopnickiej. Jeśli, Czytelniku, nie słyszałeś nigdy o Karlu Arnoldzie Kortumie (1745–1824), nie wpadaj w popłoch ani w kompleksy – parającego się przygodnie pisarstwem lekarza z Bochum trudno byłoby – choć za życia zyskał niemałą popularność – zaliczyć do grona klasyków literatury. Tę popularność zapewniło mu właśnie omawiane tu dzieło, zatytułowane z iście barokowym rozmachem: Żywot i myśli, postępki i fata Hieronima Jobsa kandydata i jaką sławę zdobył on i jaki miał w Schildburgu zgon. Rodzice pragną, by ów tytułowy Hieronim został księdzem, i nie szczędzą kosztów na jego studia. On sam jednak nie ma za bardzo głowy do nauki, zdradza za to notoryczną słabość do napojów wyskokowych. Ani jedno, ani drugie nie jest wielką przeszkodą w karierze duchownej, problem w tym, że Hieronim mało dba przy tym o zachowanie stosownych pozorów, co sprawia, że plebanem jednak nie zostaje i po wielu dramatycznych przygodach osiada jako stróż nocny w rodzinnym Schildburgu.

Nie sam ów poemat jest tu jednak najważniejszy, lecz jego polski przekład, kunsztem formy górujący zresztą nad oryginałem. Kortum w Jobsjadzie posłużył się Knittelversem, mającym w piśmiennictwie niemieckim długą tradycję, sięgającą „śpiewaków norymberskich.

Ten nieskomplikowany system wersyfikacyjny, czasem porównywany z polskim „rymem częstochowskim”, doczekał się poetyckiej nobilitacji w Fauście Goethego, który dowiódł, że da się nim wyrazić nawet najsubtelniejsze idee filozoficzne. Kortum aż takich ambicji nie miał, Jobsjada, wydana po raz pierwszy w 1784 r. – a więc przed publikacją pierwszych fragmentów Fausta w 1790 r. – miała być raczej satyrą na autorów posługujących się tą pseudoludową manierą.

Maria Konopnicka z tej podrzędnej satyry uczyniła prawdziwy majstersztyk translacji. Właściwie postąpiła zgodnie z zaleceniem danym tłumaczom poezji przez Novalisa: stała się „poetą poety”, tzn. de facto napisała rzecz na nowo, podążając niejako tropem bohatera i śledząc jego losy, ale przecież nadając swojej Jobsjadzie brzmienie takie, że czytelnik ani przez moment nie ma wrażenia, iż obcuje z przekładem. Korzystała przy tym co prawda nierzadko z przywilejów, jakie daje licentia poetica. Pisze Kortum: „Man brauchet gar nicht darob zu spotten, / Die Verse meines Vetters, des Wandsbecker Boten, / Bleiben gewiß noch weit zurück / Hinter den Versen aus meiner Fabrik“. No właśnie. Jak tu tłumaczyć czytelnikowi polskiemu, co to takiego „Wandsbecker Bote”, i analizować zamieszczane tam przez Matthiasa Claudiusa pouczające wierszowanki?

Konopnicka nie traci czasu ani nie zanudza czytelnika uczonymi przypisami: „Więc śmiać się wcale z czego tutaj nie ma, / Ksiądz Baka przecież pisał też poema, / W którym tak forma, jak i treść / Nie warte za mną butów nieść”. A jeszcze ciężkawą „fabryczną” metaforę oryginału zastępuje obrazkiem cudownie lekkim i dowcipnym, choć oczywiście czytelnik bardziej dociekliwy zapyta może nieśmiało, skąd u lekarza z Bochum wiedza o twórczości ks. Baki. Tu otwiera się zresztą pole do nader ciekawych dywagacji: czy tłumacz powinien „importować” pewne skojarzenia, pojęcia, nazwiska, składniki codzienności ze środowiska oryginału czy raczej wręcz przeciwnie: zastępować je swojskimi, lepiej znanymi rodzimemu czytelnikowi. Brak tu dobrej odpowiedzi, ale ta, której udziela Konopnicka, broni się skutecznie właśnie dzięki zgrabności rymu i łobuzerskiemu mrugnięciu okiem. Na dodatek udaje się jej sztuka nie byle jaka: poetka powtarza w przekładzie oryginalny układ rymów żeńskich i męskich, co w polszczyźnie nie jest takie proste, bo rymów męskich jest w niej jak na lekarstwo – w niemczyźnie znacznie więcej, gdyż więcej w niej słów jednosylabowych. A wszystko to z wdziękiem i swobodą, z polotem i bez odrobiny wysiłku, przynajmniej takiego, który by czytelnik zauważył. Dokładnie tak: „A kiedy piszę, to jak w dym / Do pióra mego leci rym”.

Arcydzieła sztuki rodzą się często w bólach i udręce. Ale przekład nie jest sztuką, tłumacz nie tworzy, lecz odtwarza – przekład jest rzemiosłem. Zdarza się jednak, że to rzemiosło artystyczne. Owocujące jeśli nie arcydziełami, to przecież arcydziełkami, bo na arcydzielność miejsce jest nie tylko w sztuce „wysokiej”. Pestki wiśni z wyrzeźbionymi kilkudziesięcioma główkami nie nazwiemy może „arcydziełem” rzeźby, ale o twórcy takiego klejnotu pomyślimy z bezbrzeżnym szacunkiem i zachwytem. A tego naszego zachwytu wcale nie umniejszy podejrzenie, że ów twórca przy swej robocie być może świetnie się bawił. Tak jak zapewne świetnie się bawiła Konopnicka, tłumacząc Kortuma – rękopis przekładu znaleziono po jej śmierci w papierach przez nią pozostawionych, możliwe więc, że nie była to praca na zlecenie wydawcy, lecz wyłącznie, jak by powiedział Fredro, „dla zabawki”.

Nie wiem, czy Maria Konopnicka studiowała jakieś dzieła z teorii przekładu. Pewne jest jednak, że Bóg, i to, co ciekawe, nie zastanawiając się wcale nad tym, czy jest, czy Go nie ma, pozwolił jej przełożyć Kortuma w sposób, no właśnie: arcydzielny. Dlatego do Jobsjady warto i dziś jeszcze zajrzeć, by tej arcydzielności pokosztować. Nie zestarzała się ani trochę.

Karl Arnold Kortum

Jobsjada

tłum. Maria Konopnicka, il. Jan Młodożeniec

Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1964, s. 232

Kup numer