Tadeusz Zatorski listopad 2020

Niebo już nie płonie

„Dlaczego dziś Kościół nie zajmuje się wypędzaniem demonów z ludzi? Chyba nie dlatego, że przestał w nie wierzyć, tylko że ta wiara jest tak okropnie niepopularna”. Dla tego jednego zdania warto wziąć ponownie do ręki Niebo w płomieniach Jana Parandowskiego.

Artykuł z numeru

Kościół bez Jezusa?

Czytaj także

Tadeusz Zatorski

„… skąd nasz ród”

Choćby po to, by zadumać się nad pytaniem, gdzie jesteśmy 84 lata od pierwszego wydania powieści – z  miesięcznikiem „Egzorcysta”, ponad setką mianowanych oficjalnie poskramiaczy diabła i uczonym jezuitą, dr. hab. psychologii (!), pocieszającym nas, że „opętania” wprawdzie się zdarzają, ale na szczęście rzadko.

Być adwokatem Nieba… jednak niełatwo. Niełatwo też je czytać: nawet dorośli noszą tam „buciki”, a  tory komet giną „w  śreżodze mgławic”, co sprawia, że „znów straszliwa pustosz mroku” sklepia się „ponad nieubłaganym pędem”.

Niebo… jednak powieść zwykle tylko udaje, w rzeczywistości, jak zauważył Czesław Miłosz, „ma w sobie coś z teologicznego traktatu”. Gdy zaś upiera się, by mimo wszystko być powieścią, wpada często w tonację prozy oświeceniowej, która za wszelką cenę chce czytelnika pouczyć i ulepszyć, nawet jeśli go przy okazji trochę znudzi. Ale i jako traktat mocno już zwietrzało, bo i kogo jeszcze może wprawić w ekscytację Życie Jezusa Renana? To od tego dzieła zaczyna się wędrówka Teofila, lwowskiego gimnazjalisty, krętymi ścieżkami filozofii i teologii. Odkrycia, których z zapartym tchem na nich dokonuje, już w jego czasach były zresztą tylko „myślami, co nienowe”. Śmierć teizmu „w królestwie rozumu spekulatywnego” ogłaszał Heine w latach 30. XIX w. – ale dodawał przecież natychmiast: „Potrzeba być może paru stuleci, by ta zasmucająca wieść dotarła do wszystkich zakątków świata”.

Parandowski na szczęście przypomina sobie od czasu do czasu, że winien czytelnikowi coś więcej niż tylko oświecenie. I wtedy zdumiewa subtelnością obserwacji psychologicznych: „Straciłem wiarę”, oświadcza Teofil matce. Nie mówi „uwolniłem się”, „pozbyłem”. „Strata” to przecież zawsze coś bolesnego. Tak podsumowuje swoją drogę również Stephen Dedalus w Portrecie artysty w czasach młodości Joyce’a: „I had lost the faith”. Bo też odrzucenie religii, w której nas wychowywano, nie odbywa się tylko „w królestwie rozumu spekulatywnego”. Wraz z nią odrzucamy tkankę obyczaju, „zapach wzruszającej dawności”, otaczający sielską plebanię ks. Prussoty, w którą Teofil wciąż wpatruje się z zachwytem, doznając „rozkosznej zgrozy na myśl, że może w istocie Bóg jest tu gdzieś obecny”.

Może nie zgroza, ale co najmniej niepokój ogarnia Czytelnika z innego powodu: gdy ojciec Teofila spotyka się z ks. Grozdem, by uchronić syna przed relegacją z gimnazjum, grożącą mu za ową „utratę wiary”, zastrzega się skwapliwie: „Sam jestem katolikiem wierzącym i chociaż to mój syn, nie miałbym odwagi za nim prosić, gdybym nie był pewny, że to się więcej nie powtórzy” – wyznanie jakże bliskie ewangelicznym zaleceniom Łk 14, 26. Zatem choć rozstanie z „zapachami wzruszającej dawności” jest dla Teofila niełatwe, od tej pory kibicujemy mu bez wahania. Bo jak Stephen Dedalus walczy o self-respect i o coś więcej: „Nie mógł się nadziwić wolności, która z szumem wpadła weń jak wiatr”.

Niebo w  płomieniach było jedną z ważniejszych książek międzywojnia. „Moje zeświecczenie – wspominał Jerzy Jedlicki – to był autonomiczny proces myślowy okresu dojrzewania. Zacząłem zdawać sobie sprawę, że twierdzenia nauki nie dają się logicznie pogodzić z  dogmatami, z  credo, z katechizmem. Pewną rolę w tym procesie odegrała powieść Jana Parandowskiego Niebo w płomieniach”. Po wojnie wyświadczono jej niedźwiedzią przysługę, czyniąc ją lekturą szkolną – pomysł równie nonsensowny jak w przypadku Ferdydurke. Bo Niebo… to jedna z tych książek, które można czytać wyłącznie pod ławką, wbrew zakazom szkoły, a nie z jej nakazu. Czy ktoś jeszcze tak ją czytuje?

Wątpliwe, choć czas byłby jak najbardziej po temu. Spełniły się oto bowiem obawy profesora Kaliny: „Ludzkość rozwija się skokami, między jednym a drugim okresem fanatyzmu i  ciemnoty. (…) Może pokolenie, które teraz się rodzi, odwoła z  wygnania wszystkie gusła i  przesądy, i z powrotem odda im się w niewolę”. A następcy ks. Grozda znów odbierają spowiedzi w  budynkach szkolnych, jak on z nadzieją poznania „szczegółów z  życia uczniów i szkoły”. Wraca maksyma Goethego: „Życia w wolności wart tylko, kto sobie / Wywalczyć musi je na każdy dzień”.

A  jednak niebo nie płonie. Raczej ocieka szarą mżawką, tworzącą wraz z ziemskimi wyziewami smog, który dusi i dławi. Czy „nowe, bardziej płoche pokolenie” nie ma ochoty wybijać się na duchową niepodległość? Ale czy miały taką ochotę poprzednie? „Dziewięciu chłopców na dziesięciu przechodzi podobny kryzys – diagnozuje profesor Kalina – lecz iluż jest takich, którzy to biorą na serio? Trochę się tam w nich zagotuje, trochę zakłębi, potem wszystko ostygnie i ani się spostrzeżesz, a oni znów siedzą w starym rodzinnym domu i opowiadają stare brednie małym smykom, którzy znów kiedyś powtórzą ich gnuśny bunt i  tak samo jak oni skończą na różańcu” (Notabene Kazimierz Wierzyński namawiał Parandowskiego do „nawrócenia” Teofila.) A zdarza się to i postaciom z pierwszych stron gazet, ba, nawet książętom filozofii, którzy  – jak choćby Schelling – zaczynają jako spinozyści, a kończą jako przyjaciele Kościoła.

Może więc lepiej, że dzisiejsi licealiści nie podkładają już ognia pod niebo. Zresztą po co mieliby to robić? Wiadomość o  śmierci teizmu nie wszędzie dotarła, ale i tak powszechne stało się, nie zawsze głośno wyrażane, podejrzenie, że nie ma tam już co podpalać. Duchowi potomkowie Teofila nie tracą czasu na lekturę Renana i  Dawkinsa, przeczekują lekko znudzeni ową mżawkę, a gdy już mogą sami o sobie stanowić, ze wzruszeniem ramion ruszają własną drogą. I to w nich nadzieja na „świeckie państwo”, którego pragnienie wszyscy tak gorąco deklarują, nie w tych, którzy nimi będą rządzić – nie ma bowiem świeckiego państwa bez świeckiego społeczeństwa.

Tak jest lepiej. I normalniej. Bo kto wie: może rację miał także drugi z mentorów Teofila, dr Kos: „Czas wiary minął”. A wraz z nim czas podpalaczy nieba.

Kup numer