70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„… skąd nasz ród”

Nie jest wcale oczywiste, że to książka „zapomniana”. W końcu jej tytuł stał się w polszczyźnie synonimem ciemnoty i zapyziałości połączonych z groteskową „dumą narodową”.

Wojciech Młynarski zdefiniował „Ciemnogród” jako „swojskiej głupoty balon kretyński”. Cóż więc dziwnego, że obecną polską Downing Street lud nazwał „ulicą Ciemnogrodzką”? Ale kto czytał samą powieść Stanisława Kostki Potockiego, proszę podnieść rękę. Otóż to: nie widzę.

I trudno się temu dziwić. Wydana w 1820 r. Podróż do Ciemnogrodu to lektura mało porywająca. Bo też nie wątła akcja, kończąca się – jakżeby inaczej? – zwycięstwem dobra nad złem, mądrości nad głupstwem i szczęśliwym małżeństwem dwojga bohaterów, jest w niej najistotniejsza. Ta akcja oparta jest zresztą na dobrze znanym i sprawdzonym modelu wypracowanym przez Sebastiana Branta w Statku głupców czy Jonathana Swifta w Podróżach Guliwera. Do Ciemnogrodu, osobliwego królestwa położonego chyba gdzieś w Azji, którego mieszkańcy mówią jednak językiem dziwnie zbliżonym do polskiego i ubierają się nawet podobnie jak polscy „Sarmaci”, peregrynują niczym do Rzymu przedstawiciele wszystkich nacji. Narrator wraz ze swym młodym przyjacielem Wacławem przyłącza się do wyruszającej tam właśnie narodowej pielgrzymki polskiej i w czterech częściach opisuje swoje wrażenia z wyprawy. I to ów „opis obyczajów” ciemnogrodzkich, tzn. rzeczywistości społecznej w Polsce przełomu XVIII i XIX w., opis skądinąd dość rozwlekły, jest sednem opowieści.

W Ciemnogrodzie panuje monarcha tytułowany „Najciemniejszym Panem”, ale władcę interesują głównie polowania i uczty. Tematem plotek są też jego nieco końskie i mało skuteczne zaloty do lokalnych piękności. Nic więc dziwnego, że „Najciemniejszy Pan wszystko podpisuje na oślep, najczęściej, jak mówią, ziewając”, a prawdziwe rządy sprawuje zza jego pleców córka imieniem Pięknosława, źle starzejąca się singielka, rozkochana w zwierzętach futerkowych. Nie, nie – nie w kotach, w małpkach, więc kto chce zyskać dostęp do jej ucha, ofiarowuje jej takie właśnie stworzonko. Ale i ona może jedynie marzyć o dyktaturze. W rzeczywistości swoją władzę musi dzielić z miejscowymi duchownymi, „bonzami”, jak ich nazywa Potocki, przejmując to określenie ze współczesnych relacji o religiach Wschodu. Bonzowie nadają ton życiu kraju, budowle świątynne i klasztorne dominują w krajobrazie nędznych ciemnogrodzkich miast, i to oni sprawują nadzór nad oświatą oraz jedyną w państwie drukarnią. Mimo to owi święci i zwykle dobrze odżywieni mężowie bezustannie narzekają na upadek obyczajów oraz ograniczenie swych praw, bo „zaledwie raz lub dwa razy w rok święta Inkwizycja pali heretyków, kiedy dawniejszymi czasy odnawiało się co miesiąc to zbawienne widowisko”, a ostatnio niższemu duchowieństwu nakazano płacić jakieś groszowe daniny.

Bonzowie trudnią się też wyganianiem szatana z opętanych, posługując się w tych egzorcyzmach „sierścią białą z końca ogona kota czarnego wyrwaną” – równie skutecznie jak ich dzisiejsi polscy następcy salcesonem.

Profetyczny dar Potockiego wprawia niekiedy w zdumienie. „Jest to Ciemnogrodzian maksymą, że ludźmi strachem i musem rządzić tylko można”. Stąd zapewne znaczenie policji i jej metody: „Sposób działania policji jest azjatycki”. A na pokładzie statku płynącego do Ciemnogrodu „znajdowało się także starych bab kilka, które powiodły do tej podróży osobliwsze, a po większej części mistyczne lub iluminackie marzenia. Na ich czele był szarlatan, co w najściślejszym żył z duchami związku i za ich pomocą kieszenie iluminatek wypróżniał”. Chwilami Podróż… czyta się jak dziennik kupiony przed godziną w kiosku za rogiem.

Nie brak w Ciemnogrodzie ludzi, których myśl podąża nieco innymi drogami. Takimi światłymi wśród ciemnoty są „rządca” oraz „książę Bojosław”. Ale i oni przecież muszą się dostosować do miejscowych obyczajów: pierwszy dopełnia „powierzchownie wszystkich bałwochwalczych obrządków” i opłaca się „uboższym bonzom”, dzięki czemu on i jego rodzina żyją „dość spokojnie”, marząc po cichu o powrocie do ojczyzny przodków Anglii. Drugi to również niewierzący praktykujący: uczestniczy „przykładnie” w nabożeństwach „krajowej religii”, uważa jednak „wieloliczne bóstwa, wymyślone od ludzi jako wyobrażenia atrybutów dobroci i potęgi jedynego Boga” i najwyraźniej – jak pewien współczesny polski „laicki racjonalista zafascynowany chrześcijaństwem”, który wyobrażając sobie „Polskę bez Kościoła”, widzi „czarny obraz” – godzi się z wszechwładzą bonzów jako niezbędną dla dzikiego ciemnogrodzkiego ludu, niezdolnego bez nich rozróżnić dobro i zło.

Wcale przy tym nie jest tak, że ów lud jest przez tychże bonzów bezlitośnie ciemiężony i wyzyskiwany. Potocki trafnie opisuje błędne koło napędzające życie społeczne Ciemnogrodu: „bonzowie” są emanacją ludu, który wychowują, a który potem, stosownie przez nich „wyedukowany”, sam już domaga się od „Inkwizycji” palenia nieprawomyślnych książek i niszczenia wszelkich przejawów nowoczesności. Mało tego: powszechne jest dumne przekonanie, że to Ciemnogród ma być zaczynem swoistej „nowej ewangelizacji” zdemoralizowanego bezbożną filozofią świata: „Kiedyż przykład ciemnogrodzkiej ziemi stanie się dla niego opiekuńczą gwiazdą w głębokiej oświecenia nocy!”.

Zuchwałego autora Podróży do Ciemnogrodu szybko dosięga zasłużona kara: polscy „bonzowie” bez wielkiego trudu znajdują porozumienie z carem, a biskup Jan Paweł Woronicz podczas audiencji, której udziela mu Aleksander I, uzyskuje obietnicę dymisji Potockiego ze stanowiska ministra oświecenia publicznego. Rok później, 14 września 1821 r., Stanisław Kostka Potocki umiera w Wilanowie, ale nienawiść „bonzów” ściga go do dziś: w Lublinie, gdzie przyszedł na świat, próżno szukać ulicy noszącej jego imię. Może przypadająca za rok 200. rocznica śmierci byłaby dobrą okazją do przypomnienia tego niezwykłego człowieka: archeologa, podróżnika, tłumacza Dziejów sztuki Winckelmanna, wreszcie generała artylerii i polityka, który wciąż nie doczekał się w swej ojczyźnie wyczerpującej biografii? My zaś moglibyśmy zająć się tymczasem roztrząsaniem ważkiego problemu, postawionego przez jednego z najwybitniejszych uczonych ciemnogrodzkich: czy „Ciemnogrodzianie są ojcami” Polaków czy też raczej ich „synami”. Może się jednak zdarzyć, że dojdziemy ostatecznie do tego samego wniosku co autor Podróży…: „zostawujemy (…) uczonym starożytnikom naszym do rozwikłania tę równie głęboką jak pożyteczną materię ich badań, które wyznajemy, że zdolność naszą przechodzą”.

Stanisław Kostka Potocki
Podróż do Ciemnogrodu


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter