70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jakub Kornhauser / Fot. Edyta Dufaj dla KBF

Gdzie nogi poniosą

Bycie traperem w realiach miasta czy dzielnicy nie wymaga szczególnie zaawansowanych sił ani środków. Zamiast pendolinem podjedźmy parę przystanków lokalnym szynobusem, zamiast trzymać się chodników, zapuśćmy się na podwórza i dachy. Pod blokiem, za sklepem, parę metrów od targu czają się umykające większości zachwycające drobiazgi.

W dobie pandemii zostaliśmy zmuszeni do zmiany przyzwyczajeń. Rozbestwieni ofertą tanich linii lotniczych, dzięki którym świat skarlał do rozmiarów pudełka od zapałek, zbyt łatwo zapomnieliśmy, że prawdziwa przygoda czai się tuż za winklem, że wystarczy rozejrzeć się po okolicy, by poczuć w sobie pasję odkrywcy. Dziwna sytuacja, gdy spacer do warzywniaka stał się substytutem przemierzania koła podbiegunowego, a kolejka do apteki upodobniła się do sznurka wspinaczy uwięzionych w korku pod Mount Everest, spowodowała, że, chcąc nie chcąc, przyjęliśmy nowe reguły gry, raz-dwa przedzierzgnąwszy się w nieustraszonych eksploratorów przysiółków osiedli i dzielnic.

Oczywiście wszyscy znamy filmiki i rysunki używające sobie na pokraczności okolic i okoliczności, w jakich przyszło nam żyć. Ich symbolem jest autobus, który dociera na rozwidlenie dróg i mając do wyboru kierunki „Radom” oraz „Sosnowiec”, zawraca w te pędy, aż się za nim kurzy. Czarna legenda towarzysząca wielu polskim miastom i miasteczkom sprawiła, że wolimy utwierdzać się w przekonaniu o ich rzekomej brzydocie i niedomaganiach, niż próbować naprawdę je poznać i – dlaczego nie? – polubić. Regularnie uprawiany przez nas sport, a więc licytowanie się na najnudniejsze i najszpetniejsze miejsca w Polsce oraz na niedolę tkwienia w szczękach ich blokowisk, choć sam w sobie potrafi być nawet zabawny, świadczy o całkowitym braku wrażliwości na otaczającą nas rzeczywistość. Dopóki to narzekanie odbywa się za pośrednictwem internetowych memów, nie jest źle. Gorzej, jeśli przenosi się w sferę naszych przyzwyczajeń i zaczyna wpływać na sposób postrzegania tego, co nas otacza.

Uczymy się tym samym, że najbliższa okolica jest mniej ważna i zdecydowanie mniej atrakcyjna niż taka sama okolica „gdzieś indziej”, najchętniej w ciepłych krajach, bo tam jest megakolorowo i wszędzie roznosi się aromat kwiatów i ciasta z truskawkami.

Albo po prostu w Najpiękniejszych Miejscach Na Ziemi, które – jak piszą na blogach i forach – są najpiękniejsze z definicji. A skoro tak, to chcemy choć przez jeden weekend w roku do nich przynależeć, choć na chwilkę znaleźć się w ich granicach, byle tylko uszczknąć kropelkę doskonałości, byle móc się poprzeglądać w lustrze naszych pragnień. Niemal odruchowo skreślamy wszystko, co mało egzotyczne i inne od naszych wyobrażeń atrakcyjności, po czym próbujemy przeszczepić owe wyobrażenia na przaśny grunt lokalności, gdzie wciąż królują pawilony z blachy falistej, kwitnie pasteloza i – ogólnie rzecz biorąc – pokutuje syndrom „nocy na dworcu w Kutnie” z klasycznej piosenki Kultu. Pal licho, że dzisiaj ów dworzec ma się nijak do siebie samego sprzed trzech czy czterech dekad, ważny jest symbol. Szarościom i geometrycznemu prostactwu mówimy kategoryczne „nie” i zamiast tego stawiamy sobie różowo-błękitny pałac z wieżyczkami, by uczynić zadość naszej tęsknocie za pięknem. Taka budowla z pewnością ochroni nas przed całym złem, jakie niesie z sobą okolica, odgrodzi od krzywych chodników i psich kup, tak jak palisada z żywopłotu daje nam schronienie przed normalnym rytmem życia miasta.

Tenisówki i najczulsza kamera: oko
Tak, w skrócie, przedstawia się nasz stosunek do najbliższego otoczenia. Jeśli je w ogóle zauważamy, to jedynie jako bezimienną przestrzeń znad kierownicy szybko mknącego pojazdu lub jako zło konieczne, gdy musimy wyprowadzić naszego czworonożnego pupila na spacer, a on zamiast pójść grzecznie na skwerek pod blokiem, rad byłby wałęsać się po jakichś niesprecyzowanych wertepach. Gdzie nam w głowie zwiedzanie, kiedy targamy pod pachą siaty z zakupami, pilnujemy dzieci albo kłócimy się z sąsiadem o to, że źle wkopał tuję w ogródku? Pójście na spacer wydaje się jakąś aberracją – wystarczy spojrzeć na szpalery aut wiozące rowery na dachach, żeby dojść do wniosku, że pedałować wolno wyłącznie „na łonie natury”, „w pięknych okolicznościach przyrody”, tak jak zachęcają bogato ilustrowane foldery wakacyjnych miejscówek. Z niechęcią przebija się do głowy myśl, że i w mieście można znaleźć warte naszej uwagi przestrzenie, że i parę metrów od domu wcale nie musi być tak piekielnie nijako, jak zawsze nam się wydawało lub jak nam wmawiali ziomale, że i w okolicznych dzielnicach znajdziemy coś godnego rzucenia okiem. Otóż poznawanie własnej dzielnicy nie jest równoznaczne z wystawianiem na szwank zmysłu estetyki, nawet jeśli jest on nadszarpnięty przez codzienne obcowanie z czymś, co rozmija się z wizjami lepszego, a przynajmniej porządniejszego, bardziej schludnego świata.

Zatem – od czego zacząć, skąd wziąć w sobie siłę do przełamywania stereotypów, dokąd się udać w pierwszy spacer po okolicy, niekoniecznie, żeby zaraz poczuć się pionierem, lecz, po prostu, by spędzić miło godzinę czy dwie? Sprawa podstawowa: musimy zapomnieć o uległości wobec komfortów eleganckiego życia. Bez sensu jest wychodzić po to, żeby pokazywać innym, że wprawdzie szwendamy się bez celu po osiedlu, ale za to w markowych szortach. Skwer to nie wybieg dla modelek i modeli, tylko miejsce pełne niedopowiedzeń, które czeka na uruchomienie naszej inwencji. Jeśli chcesz zamienić się w eksploratora dzielnicy, musisz bardziej niż na sobie skupić się na obserwacji, wyostrzyć wzrok i słuch, zwracać uwagę na drobne zdarzenia: a to komuś wypadł bakłażan z neseseru, a to mewa wyrwała jakiejś kobiecie lody z ręki, a to w księgarni sprzedają znicze i rowery. Nagle okazuje się, że na pozór najbanalniejsza pod słońcem uliczka skrywa milion spraw, które może nie emanują wielowiekową tradycją i nie znajdziemy ich w katalogach tegorocznego must-see, lecz oferują autentyczność, od której odwykliśmy.

Kiedy bohater Żołnierzyka, filmu Jean-Luca Godarda z 1963 r., rzuca do kamery słynne zdanie: „Fotografia jest prawdą. A film to prawda 24 razy na sekundę”, nie chodzi mu wcale o jakąś szczególną zdolność kamery filmowej do lepszego uchwycenia autentycznego życia, tylko o samą obserwację jako środek ekspresji twórczej. Obserwację – to bardzo istotne – przefiltrowaną następnie przez subiektywną wrażliwość twórcy, a więc każdego z nas, bo, jak wiadomo przynajmniej od czasów Josepha Beuysa, każdy może być artystą. A najczulszą kamerę, ludzkie oko, posiadamy na wyłączność i w dodatku uwiarygodniamy jej działanie swoim doświadczeniem. Innymi słowy: właśnie dzięki prywatnej aktywności, którą daje nam przechadzanie się, zaglądanie tu i tam czy flâneurowanie w duchu paryżanina sprzed półtora stulecia, mamy czas, żeby doświadczyć świata w skondensowanej formie i odpowiedzieć sobie na nurtujące nas pytania. Brzmi to nieco wyniośle, lecz niech nas to nie zmyli. To tylko inna forma wyrażenia satysfakcji ze strumienia endorfin, który rozlewa się w naszym organizmie dzięki beztroskiemu, spontanicznemu spacerowi po opuszczonych hangarach lub lekkiej przebieżce po zapomnianym zaułku.

Właśnie – spontaniczność. Oto kolejny walor takiej mikroaktywności. Nie musimy się martwić bukowaniem biletów lotniczych do Nepalu czy innego Lesotho na kilka lat przed podróżą, byle zaoszczędzić euraka czy dwa.

Nie musimy zastawiać mieszkania, by wybrać się do Tanzanii na złość szefowi-kapitaliście. Wystarczy, że wzujemy tenisówki, wyjdziemy na ulicę i możemy poczuć się wolni. Chcemy iść w lewo? Proszę bardzo. W prawo? Nic prostszego. Przed oczami mamy cały świat – ludzie gadają o totolotku, sztycach podsiodłowych i turkuciach podjadkach, kosy upychają do dziobków dziesiątki owadów na raz, znaki drogowe pokładają się w rowach, domy zarastają bluszczem, a na boisko piłkarskie ochroniarze wpuszczają wyłącznie w zatwierdzonym przez zarząd dzielnicy stroju sportowym.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter