Jakub Kornhauser / Fot. Edyta Dufaj dla KBF
Jakub Kornhauser lipiec-sierpień 2020

Gdzie nogi poniosą

Bycie traperem w realiach miasta czy dzielnicy nie wymaga szczególnie zaawansowanych sił ani środków. Zamiast pendolinem podjedźmy parę przystanków lokalnym szynobusem, zamiast trzymać się chodników, zapuśćmy się na podwórza i dachy. Pod blokiem, za sklepem, parę metrów od targu czają się umykające większości zachwycające drobiazgi.

Artykuł z numeru

Przystanek: miasto

Przystanek: miasto

W dobie pandemii zostaliśmy zmuszeni do zmiany przyzwyczajeń. Rozbestwieni ofertą tanich linii lotniczych, dzięki którym świat skarlał do rozmiarów pudełka od zapałek, zbyt łatwo zapomnieliśmy, że prawdziwa przygoda czai się tuż za winklem, że wystarczy rozejrzeć się po okolicy, by poczuć w sobie pasję odkrywcy. Dziwna sytuacja, gdy spacer do warzywniaka stał się substytutem przemierzania koła podbiegunowego, a kolejka do apteki upodobniła się do sznurka wspinaczy uwięzionych w korku pod Mount Everest, spowodowała, że, chcąc nie chcąc, przyjęliśmy nowe reguły gry, raz-dwa przedzierzgnąwszy się w nieustraszonych eksploratorów przysiółków osiedli i dzielnic.

Oczywiście wszyscy znamy filmiki i rysunki używające sobie na pokraczności okolic i okoliczności, w jakich przyszło nam żyć. Ich symbolem jest autobus, który dociera na rozwidlenie dróg i mając do wyboru kierunki „Radom” oraz „Sosnowiec”, zawraca w te pędy, aż się za nim kurzy. Czarna legenda towarzysząca wielu polskim miastom i miasteczkom sprawiła, że wolimy utwierdzać się w przekonaniu o ich rzekomej brzydocie i niedomaganiach, niż próbować naprawdę je poznać i – dlaczego nie? – polubić. Regularnie uprawiany przez nas sport, a więc licytowanie się na najnudniejsze i najszpetniejsze miejsca w Polsce oraz na niedolę tkwienia w szczękach ich blokowisk, choć sam w sobie potrafi być nawet zabawny, świadczy o całkowitym braku wrażliwości na otaczającą nas rzeczywistość. Dopóki to narzekanie odbywa się za pośrednictwem internetowych memów, nie jest źle. Gorzej, jeśli przenosi się w sferę naszych przyzwyczajeń i zaczyna wpływać na sposób postrzegania tego, co nas otacza.

Uczymy się tym samym, że najbliższa okolica jest mniej ważna i zdecydowanie mniej atrakcyjna niż taka sama okolica „gdzieś indziej”, najchętniej w ciepłych krajach, bo tam jest megakolorowo i wszędzie roznosi się aromat kwiatów i ciasta z truskawkami.

Albo po prostu w Najpiękniejszych Miejscach Na Ziemi, które – jak piszą na blogach i forach – są najpiękniejsze z definicji. A skoro tak, to chcemy choć przez jeden weekend w roku do nich przynależeć, choć na chwilkę znaleźć się w ich granicach, byle tylko uszczknąć kropelkę doskonałości, byle móc się poprzeglądać w lustrze naszych pragnień. Niemal odruchowo skreślamy wszystko, co mało egzotyczne i inne od naszych wyobrażeń atrakcyjności, po czym próbujemy przeszczepić owe wyobrażenia na przaśny grunt lokalności, gdzie wciąż królują pawilony z blachy falistej, kwitnie pasteloza i – ogólnie rzecz biorąc – pokutuje syndrom „nocy na dworcu w Kutnie” z klasycznej piosenki Kultu. Pal licho, że dzisiaj ów dworzec ma się nijak do siebie samego sprzed trzech czy czterech dekad, ważny jest symbol. Szarościom i geometrycznemu prostactwu mówimy kategoryczne „nie” i zamiast tego stawiamy sobie różowo-błękitny pałac z wieżyczkami, by uczynić zadość naszej tęsknocie za pięknem. Taka budowla z pewnością ochroni nas przed całym złem, jakie niesie z sobą okolica, odgrodzi od krzywych chodników i psich kup, tak jak palisada z żywopłotu daje nam schronienie przed normalnym rytmem życia miasta.

Tenisówki i najczulsza kamera: oko

Tak, w skrócie, przedstawia się nasz stosunek do najbliższego otoczenia. Jeśli je w ogóle zauważamy, to jedynie jako bezimienną przestrzeń znad kierownicy szybko mknącego pojazdu lub jako zło konieczne, gdy musimy wyprowadzić naszego czworonożnego pupila na spacer, a on zamiast pójść grzecznie na skwerek pod blokiem, rad byłby wałęsać się po jakichś niesprecyzowanych wertepach. Gdzie nam w głowie zwiedzanie, kiedy targamy pod pachą siaty z zakupami, pilnujemy dzieci albo kłócimy się z sąsiadem o to, że źle wkopał tuję w ogródku? Pójście na spacer wydaje się jakąś aberracją – wystarczy spojrzeć na szpalery aut wiozące rowery na dachach, żeby dojść do wniosku, że pedałować wolno wyłącznie „na łonie natury”, „w pięknych okolicznościach przyrody”, tak jak zachęcają bogato ilustrowane foldery wakacyjnych miejscówek. Z niechęcią przebija się do głowy myśl, że i w mieście można znaleźć warte naszej uwagi przestrzenie, że i parę metrów od domu wcale nie musi być tak piekielnie nijako, jak zawsze nam się wydawało lub jak nam wmawiali ziomale, że i w okolicznych dzielnicach znajdziemy coś godnego rzucenia okiem. Otóż poznawanie własnej dzielnicy nie jest równoznaczne z wystawianiem na szwank zmysłu estetyki, nawet jeśli jest on nadszarpnięty przez codzienne obcowanie z czymś, co rozmija się z wizjami lepszego, a przynajmniej porządniejszego, bardziej schludnego świata.

Zatem – od czego zacząć, skąd wziąć w sobie siłę do przełamywania stereotypów, dokąd się udać w pierwszy spacer po okolicy, niekoniecznie, żeby zaraz poczuć się pionierem, lecz, po prostu, by spędzić miło godzinę czy dwie? Sprawa podstawowa: musimy zapomnieć o uległości wobec komfortów eleganckiego życia. Bez sensu jest wychodzić po to, żeby pokazywać innym, że wprawdzie szwendamy się bez celu po osiedlu, ale za to w markowych szortach. Skwer to nie wybieg dla modelek i modeli, tylko miejsce pełne niedopowiedzeń, które czeka na uruchomienie naszej inwencji. Jeśli chcesz zamienić się w eksploratora dzielnicy, musisz bardziej niż na sobie skupić się na obserwacji, wyostrzyć wzrok i słuch, zwracać uwagę na drobne zdarzenia: a to komuś wypadł bakłażan z neseseru, a to mewa wyrwała jakiejś kobiecie lody z ręki, a to w księgarni sprzedają znicze i rowery. Nagle okazuje się, że na pozór najbanalniejsza pod słońcem uliczka skrywa milion spraw, które może nie emanują wielowiekową tradycją i nie znajdziemy ich w katalogach tegorocznego must-see, lecz oferują autentyczność, od której odwykliśmy.

Kiedy bohater Żołnierzyka, filmu Jean-Luca Godarda z 1963 r., rzuca do kamery słynne zdanie: „Fotografia jest prawdą. A film to prawda 24 razy na sekundę”, nie chodzi mu wcale o jakąś szczególną zdolność kamery filmowej do lepszego uchwycenia autentycznego życia, tylko o samą obserwację jako środek ekspresji twórczej. Obserwację – to bardzo istotne – przefiltrowaną następnie przez subiektywną wrażliwość twórcy, a więc każdego z nas, bo, jak wiadomo przynajmniej od czasów Josepha Beuysa, każdy może być artystą. A najczulszą kamerę, ludzkie oko, posiadamy na wyłączność i w dodatku uwiarygodniamy jej działanie swoim doświadczeniem. Innymi słowy: właśnie dzięki prywatnej aktywności, którą daje nam przechadzanie się, zaglądanie tu i tam czy flâneurowanie w duchu paryżanina sprzed półtora stulecia, mamy czas, żeby doświadczyć świata w skondensowanej formie i odpowiedzieć sobie na nurtujące nas pytania. Brzmi to nieco wyniośle, lecz niech nas to nie zmyli. To tylko inna forma wyrażenia satysfakcji ze strumienia endorfin, który rozlewa się w naszym organizmie dzięki beztroskiemu, spontanicznemu spacerowi po opuszczonych hangarach lub lekkiej przebieżce po zapomnianym zaułku.

Właśnie – spontaniczność. Oto kolejny walor takiej mikroaktywności. Nie musimy się martwić bukowaniem biletów lotniczych do Nepalu czy innego Lesotho na kilka lat przed podróżą, byle zaoszczędzić euraka czy dwa.

Nie musimy zastawiać mieszkania, by wybrać się do Tanzanii na złość szefowi-kapitaliście. Wystarczy, że wzujemy tenisówki, wyjdziemy na ulicę i możemy poczuć się wolni. Chcemy iść w lewo? Proszę bardzo. W prawo? Nic prostszego. Przed oczami mamy cały świat – ludzie gadają o totolotku, sztycach podsiodłowych i turkuciach podjadkach, kosy upychają do dziobków dziesiątki owadów na raz, znaki drogowe pokładają się w rowach, domy zarastają bluszczem, a na boisko piłkarskie ochroniarze wpuszczają wyłącznie w zatwierdzonym przez zarząd dzielnicy stroju sportowym.

Idea chodzenia gdzie nogi poniosą jest stara jak świat i egalitarna jak żaden inny sposób spędzania wolnego czasu. Do tego daje więcej satysfakcji od niejednej wielkiej eskapady, bowiem nie ma w niej ryzyka niepowodzenia, niezrealizowania założonych planów, presji „zrobienia wyniku” lub choćby wbudowanego weń przymusu zdobycia określonego widoku, cyknięcia foty, by popisać się nią na Instagramie. Przeciwnie, dzięki niespiesznemu wędrowaniu po zakamarkach najbliższej okolicy zyskujemy spokój ducha i poczucie sprawczości. Świat należy do nas, rezygnujemy z wyścigu gapiów na rzecz bezinteresownego przemieszczania się, które wyposaża nas w ponadprzeciętną jasność umysłu, a przy okazji zapewnia trochę ruchu, co przecież jest nie bez znaczenia – do tego, że regularne spacerowanie lub uprawianie marszobiegów wpływa korzystnie na cały nasz organizm, nie trzeba chyba nikogo specjalnie przekonywać.

Antyturyzm: perłą są drobiazgi

Oczywiście, jak już się gdzieś człowiek zapędzi, to warto wrócić – choć nigdy tą samą drogą, to byłaby zbrodnia dla ciekawości osiedlowego świata. Każda ulica, każdy placyk i każda bezimienna ścieżka domagają się naszego zainteresowania, wszędzie czyha nieoczekiwana atrakcja. Zanim więc wyruszymy na podbój nieznanego, powinniśmy przyswoić kilka głównych przykazań, które w dużej mierze wpisują się w ideę odkrywania uroków dzielnicy, a które przed parunastu laty przytoczył w swoim gonzo-reportażu o Rosji Zagubiony kosmonauta. Zapiski antyturysty Daniel Kalder: „Jest powinnością podróżnika, wędrowca odkrywać nowe dziedziny doświadczenia. W naszym zdeptanym przez turystów świecie te nowe dziedziny to z konieczności śmietniska, rozmaite czarne dziury i obrzydliwe slumsy – to wszystko, czego normalną koleją rzeczy próbuje się unikać. Wynika stąd, że jedyni odkrywcy to antyturyści. Antyturysta unika miejsc uważanych za atrakcyjne. Antyurysta gardzi wygodami. Antyturysta wypatruje zamkniętych bram i zrujnowanych budowli. Antyturysta szuka piękna na zwykłej ulicy”.

Naturalnie, nie chodzi o to, by w całej rozciągłości utożsamiać się z doktryną antyturyzmu, natomiast warto zatrzymać się na kilku jej punktach. Kalder zaznacza, że jedną z cech „prawdziwego odkrywcy” jest awersja do komfortowych środków lokomocji. Bycie traperem w realiach dzielnicy nie wymaga bowiem szczególnie zaawansowanych sił ani środków. Zamiast pendolinem podjedźmy parę przystanków lokalnym szynobusem, w pogotowiu czekają tramwaje z chorzowskiego Konstalu lub autosany. Wprawdzie w pomroce dziejów zniknęły już przegubowe ikarusy wydające na zakrętach piekielne jęki, ale za to polskie koleje wciąż wysyłają na trasy ściągnięte z lamusowej emerytury składy z na wpół wyjedzoną gąbką z siedzeń. Nie ma prawa mienić się antyturystą, kto nigdy w życiu nie wyrwał dermy z oparcia, kto nie skakał z bólu podgrzany cichaczem przez grzejnik spod siedzenia, kto nie obejrzał kawału świata zza zaparowanych lub zeszronionych szyb podmiejskiej kolejki lub autobusu strefowego.

Z tymi zamkniętymi bramami sprawa jest jeszcze ciekawsza. Wynikałoby z tego, że nie wystarczy nam grzeczne trzymanie się chodników i ścieżek, że musimy porzucić wszelkie nadzieję i wejść w strefę cienia: sforsować piwnice i strychy, przeskoczyć niczym Fantomas z dachu na dach, wdrapywać się zewnętrznymi schodami na poddasza, jednym słowem – zmienić swoje nawyki i niczym baron drzewołaz z powieści Itala Calvina wytyczyć własny szlak, którym będziemy się poruszać po okolicy. W Krakowie nie przedstawia to wielu problemów, wystarczy szturm na byle kamienicę na Stradomiu, Kazimierzu czy Podgórzu i człowiek wsiąka na amen, przemykając między dziedzińcami chyżo jak żabka. Owszem, możemy sobie powyobrażać, jak na takich podworcach grywali akordeoniści, pobratymcy Stroszka z filmu Wernera Herzoga, jak zajeżdżały tam wozy z ziemniakami i march wią, jak grano tam w szmaciankę. Lecz także i teraz takie podwórza mają swój nieporównywalny z niczym urok panoptikum, także i teraz z dachów czynszowych kamienic widać okolicę jak na dłoni, podobnie jak z dachów bloków mieszkalnych. Chcesz pooglądać Tatry bez użycia lornetki? Daj się zaprosić na Prądnik Czerwony lub os. Piastów, gdzie kilkunastopiętrowe wieżowce tylko czekają, by się na coś przydać. Żal jedynie „Szkieletora”, który nabrał ciała, ozłocił się w trymiga i przestał odgrywać rolę potwora z Loch Ness na małopolską skalę, a czasy szkolnych wagarów, gdy chodziło się tam zdobywać alpinistyczne szlify, minęły bezpowrotnie.

Dla antyturysty, który przedkłada zgłębianie najbliższych ulic nad szermowanie egzotyką spod znaku all inclusive, prawdziwą perłą są drobiazgi umykające większości.

W Krakowie to choćby ptasie gniazda – zimorodka niedaleko stawu przy ul. Kaczeńcowej w Bieńczycach lub płomykówki w wojskowym budynku widocznym z trasy spacerowej na Sowińcu. Nie musisz dźwigać specjalnych teleskopów ani czaić się za drzewem – wszystko dostępne jak na plazmie. Lub ciekawostki nazewnicze – na domach przy ul. Balickiego do niedawna widniały tabliczki sprzed zmiany nazwy – z lat 60. (ul. Obrońców Pokoju) oraz jeszcze starsze, tużpowojenne (ul. Prezydenta Narutowicza), na jednym z bloków przy ul. Na Szaniec na Dąbiu tkwił zaś jak dzida w boku ogiera napis „ulica Nadieżdy Krupskiej”. Ciekawym przypadkiem są również ulice, które istnieją tylko na mapie. Jeśli marzy ci się przygoda prawdziwego trapera, chwytaj za maczetę i bież do Pleszowa na ul. Gwarecką, po której ślad zaginął w nieomal amazońskich chaszczach, a ślimaki demontują ostatnie tropy ludzkiej obecności. A może wolisz ul. Żniwną w Prokocimiu, która zubożała do rangi przecinki pośród starych magazynów i ogródków działkowych?

Są także ulice zwiastujące koniec świata, scalone z ledwo trzymających się chałupek, przytulonych do siebie niczym śpiące nietoperze. Żeby dotrzeć tam na piechotę, trzeba się nieźle nachodzić, ale z całą pewnością warto doświadczyć na własnej skórze oddechu przeszłości, krytych papą dachów i chat bielonych wapnem. Za ul. Dymarek na Kujawach rozciąga się wielka pustka i błotniste koleiny, ul. Kliniec na Piaskach Wielkich trzyma się jedynie reliktów tradycji, bo z roku na rok chałupki zapadają się jedna w drugą, a ul. Skręcona w Łęgu już teraz zagrożona jest wyginięciem – dobrze, że osłaniają ją potężne kominy elektrociepłowni, boby już całkiem podupadła. Tak czy siak, ma się wrażenie, że wszystkie te miejsca są „jakieś”, to znaczy nie są wytworem bezdusznych planistów, deweloperów z bożej łaski, ani „nie-miejscami” rozumianymi przez Marca Augégo jako przestrzenie i obiekty bez znaków szczególnych, stworzone po to, by stwarzać wrażenie neutralności i bezpieczeństwa – jak choćby lotniska, stacje benzynowe czy sieciowe restauracje. Wręcz przeciwnie, powolne czerpanie z uroków podrzędnych przecznic i opustoszałych hal nadaje im prywatnego, jednostkowego wymiaru i sprawia, że nawiązujemy z nimi nić relacji. Dzięki temu, że wiążą się z nimi rozmaite historie i sceny, tracą one anonimowość i wyodrębniają się spośród potencjalnie podobnych miejsc, tworząc pamiętne sekwencje – np. na ul. Ogórkowej w Bieżanowie dziesiątki wielokolorowych motyli pożywiały się rozgniecionymi na letnim asfalcie morelami, przy ul. Władysława Bełzy w Rajsku żaby truchtały gęsiego spod zagajnika do stawu i trzeba było im pomóc w tej ryzykownej przeprawie, po ul. Jaglanej w Wolicy spacerował zaś sobie gronostaj. Nie mówiąc o bobrach, które wyłażą wieczorami z Białuchy i Rudawy na chodniki i jak gdyby nigdy nic przesiadują tam bez końca, nie robiąc sobie wiele z towarzystwa spacerowiczów.

Liczą się chęci i wyobraźnia

No dobrze, powiecie, ale jak mieszka się choćby na jednym z tych wielkich osiedli mieszkaniowych, które z daleka przypominają gang przerośniętych Hatifnatów, to gdzie tu znaleźć choćby odrobinę przyjemności z poznawania najbliższej przestrzeni, skoro pawilony i budy na placu przestają wystarczać za obiekty spacerowych westchnień? Pierwsza rzecz to chcieć.

Wystarczy wyściubić nos poza drogę wewnętrzną i już za węgłem rozpoczyna się kompletnie inna rzeczywistość, znaczona dzikością i niespodziankami.

Obok Piasków Nowych macie przecież doskonale zachowane zaułki Piasków Wielkich z drewnianą zabudową, obok nowej Woli Duchackiej – starą Wolę, chełpiącą się urokliwymi zakamarkami i placykami. Tuż za Wzgórzami Krzesławickimi rozciągają się za to słynący szopkarzami Grębałów, Kantorowice z dzięciołami zielonymi hasającymi po mrowiskach i, nieco dalej, Łuczanowice ze wspaniale zachowanym cmentarzem ariańskim sprzed wieków oraz nietypowym dworem. Zresztą i same osiedla z wielkiej płyty bywają barwniejsze od swetrów Włodzimierza Czarzastego – bloki os. Na Kozłówce zdobią efektowne murale przedstawiające nadnaturalnych rozmiarów ptaki od zięby po sójkę i od dzięcioła po kraskę, natomiast jeden z wysokościowców na Azorach potraktowano jako nośnik reprodukcji jednego z obrazów Marii Jaremy. Można? Można.

Ale pamiętajmy, że antyturysta z chęcią penetruje przede wszystkim te fragmenty przestrzeni, które leżą odłogiem. Mniej interesują go, jak pisze Kalder, choćby Tadż Mahal czy piramidy egipskie, znacznie bardziej – nieużytki i efekty uboczne rozbuchanej urbanizacji. W głośnym Manifeście trzeciego krajobrazu Gilles Clément dowartościował „azyle różnorodności”, i utożsamił je z „nieokreślonymi, pozbawionymi funkcji przestrzeniami, które trudno nazwać”. Ich niełatwa do zdefiniowana struktura – mogą to być opuszczone relikty industrializacji, przestrzenie pomiędzy cywilizacją i przyrodą, terytoria przejściowe, które „mieszczą się na obrzeżach” – sprawia, że stają się atrakcyjne jako miejsca wyzute z odpowiedzialności za budowanie materialnego kapitału miasta lub państwa, a więc jako obszary bezinteresownych działań, takich właśnie jak spacerowanie, wędrowanie, kontemplacja tego, co tu i teraz. Możemy zatem założyć, że nawet jeśli brakuje ci wokół miejsc w jakiś wymierny sposób atrakcyjnych, choćby to był niedokończony dom, w którym straszy – jak ten przy Kosocickiej lub inny przy Tondosa – zawsze przecież znajdzie się jakiś kipiący bioróżnorodnością ugór, i to nie w rezerwacie przyrody, tylko pod blokiem, za sklepem, parę metrów od targu. Niewykluczone, że ledwo ciurkający potok okaże się potężną rzeką, a wyłysiały gaik zmieni się w nieprzebytą puszczę.

Wróćmy do początku naszych rozważań. Wszystko, o czym była do tej pory mowa, oczywiście pomoże ci w oswojeniu okolicy – czy to jako alternatywy wobec wojaży na koniec świata, czy po prostu jako uzupełnienia codziennego rytmu życia. W pierwszej kolejności jednak przyda ci się odświeżona wyobraźnia, dzięki której zwyczajny spacer nabierze charakteru i niezależnie od dystansu, formuły i innych aspektów spowoduje, że wcale nie będziesz traktować go jako zło konieczne w dobie koronawirusa, tylko jako świetną okazję do pooglądania sobie świata takim, jaki jest, a nie takim, jakim chcą nam go przedstawiać biura turystyczne czy fotografie przeładowane Photoshopem.

Kup numer