Ilustracja: Ewelina Karpowiak
Małgorzata Szczurek luty 2020

Zawód osobistego zaufania

Życie redaktorki – moje życie – pełne jest wahań, błędnych decyzji i błędów takich jak ten na, powiedzmy, 312 stronie.

Artykuł z numeru

My, rodzice osób LGBT+

My, rodzice osób LGBT+

Towarzyszka, akuszerka, sparing partnerka, coach, terapeutka, mediatorka, powierniczka, doradczyni podatkowa – tym wszystkim jest albo przynajmniej bywa redaktorka (rodzaju żeńskiego używam tu generycznie i odnoszę go także do redaktorów). To zawód, który pozwala spróbować sił w różnych warunkach: raz jest to szybka jazda po wertepach, innym razem miła przebieżka po lesie. W każdej z tych sytuacji redaktorka powinna zachować względną jasność umysłu.

Najpierw przechodzi jednak trening trudnej sztuki rezygnacji. Im dłużej pracuje, tym więcej na jej koncie książek niewydanych – tych, które jej się podobały, ale były zbyt drogie albo do których nie zdołała przekonać innych osób w redakcji: książki okazały się zbyt grube, zbyt cienkie, zbyt smutne, zbyt okrutne, zbyt egzotyczne, zbyt swojskie, zbyt wyrafinowane. Co przecież nie znaczy, że były zbyteczne. Redaktorka nosi w sobie żal po niewydanych tekstach, zawiedzionych odmową autorkach i tłumaczkach. Te ostatnie spotyka potem czasem na targach książki, wernisażu, w kolejce po pieczywo.

Czy tego chce, czy nie, dokonuje rozmaitych ocen i porównań, bezustannie feruje wyroki. Ciągle coś akceptuje, proponuje lub odrzuca. Niestety, musi pogodzić się z tym, że w większości dziedzin nigdy nie osiągnie satysfakcjonującej ją kompetencji i że jedyne, co jej zostaje, to pielęgnowanie własnej ciekawości.

Niby siedzi w tekstach. W blasku ekranu stuka w klawiaturę. Przestawia i przycina. Wygładza, plisuje i zszywa: rozdziały, zdania, słowa, przecinki. W rzeczywistości jednak pracuje na myślach i emocjach twórcy. Dotyka intymności kogoś innego niż ona sama. Meandruje między tym, co ogólnie przyjęte, a tym, co swoiste, osobne, odmienne. Między normą a wyjątkiem. Musi wyczulić ucho, ale nie uniknie wątpliwości. Tekst ma brzmieć czysto czy lepiej zachować niepokojące dysonanse? Gdzie kończy się licentia poetica i czy w ogóle należy stawiać jej granice? Gdyby odrzucić sztancę, gdzie szukać wzorca, jeśli szanuje się indywidualność każdego twórcy? W praktyce przybiera to postać pozornie prostych decyzji: zostawić jakiś fragment czy go wyrzucić, zachować zmianę czy jednak z niej zrezygnować? Czy „tak się mówi” po polsku, czy się nie mówi, a skoro się nie mówi, to czy to znaczy, że pisarka lub tłumacz nie mogą przetrzeć w języku nowego szlaku?

Życie redaktorki – moje życie – pełne jest wahań, błędnych decyzji i błędów takich jak ten na, powiedzmy, 312 stronie. Utkane jest z tego, co się nie udało. Nie odpowiedziałam na czas, nie zdążyłam przeczytać ważnej książki, nie dostrzegłam braku istotnego argumentu, nie byłam dość asertywna lub wystarczająco uprzejma. Na zewnątrz widać głównie to, czego nie zdołałam zrobić. To, co zrobiłam, pozostanie na zawsze między mną a autorem tekstu lub przekładu. Redaktorka to zawód osobistego zaufania.

Każda książka to inna historia, każda autorka i każda tłumaczka to nowe spotkanie. Niepowtarzalne, nieporównywalne. Dlatego tak trudno ująć to w kilku obrazach, sprowadzić do jakichś reguł. Znajomość z autorką czy autorem kończy się niekiedy wraz z wydaniem książki lub ostatnim spotkaniem promocyjnym. Długoletnia współpraca często jednak przeradza się w głębszą więź. Bywa, że zalążkiem przyjaźni staje się jakaś niewydana książka. Zdarzają się też momenty niezwykłego zagęszczenia materii, kiedy, dajmy na to, siedzimy z autorem nad zdaniem o burzy, a za oknem znienacka uderza piorun. Albo gdy przeglądając pocztę literacką, trafiamy na maszynopis przyjaciółki z dawnych lat. Tekst i życie splatają się tak mocno, że trudno odróżnić to, co przeczytane, od tego, co nam się przydarza. Te chwile są najpiękniejsze.

Kup numer