fot. Klaudyna Schubert
Małgorzata Szczurek październik 2020

Się śni

Myśliwski uruchamia głębokie pokłady zbiorowej nieświadomości, przywodzi nas do wstydliwie skrywanych źródeł, na wieś i do miasteczka, gdzie żyliśmy obok żydowskich sąsiadów.

Artykuł z numeru

Wiesław Myśliwski. Słuch absolutny

Czytaj także

Bill Johnston, Wioletta Grzegorzewska, Stanisław Baj, Jerzy Radziwiłowicz

Okiem artystów. Ankieta

Kilkuletni narrator Widnokręgu, wiedziony ciekawością, zakrada się pod zrujnowaną żydowską kamienicę na obrzeżach miasta. Zagląda do środka przez szparę i dostrzega obraz, któremu początkowo nie dowierza. Widzi mężczyznę w chałacie i mycce na głowie, który siedzi i kiwa się, „jakby do snu się usypiał”. „Gdyby nie ta biała broda jaśniejąca w półmroku, można by pomyśleć, że to tylko kłąb cieni zepchniętych przez sączące się ze szpar promienie w jedno miejsce”. Kiedy chłopiec przybiega do domu, wołając, że widział Kuferbluma, matka karci go, mówiąc, że nie mógł go widzieć, bo „Żydów nie ma już na świecie”. Wtedy wyrwany z zamyślenia ojciec orzeka: „Mógł widzieć”.

Postaciom z powieści Myśliwskiego się śni, nawiedzają ich wspomnienia, mają przywidzenia i wizje. Utrzymują kontakt z duchami.

Narrator Traktatu o łuskaniu fasoli odnawia nagrobki i rozmawia ze zmarłymi, a kim jest ten, do którego mówi, łuskając fasolę, nie wie – podobno – nawet autor. Bohater nie jest pewien, czy istnieje, czy się przypadkiem „nie prześnił z tego snu na ten świat”. Jakub, protagonista Pałacu, widzi siebie, jak wciela się w dawnego dziedzica, realizując przy tym najskrytsze fantazje. Narrator Ucha Igielnego na schodach, które choć są proste, zawijają czas we wstęgę Möbiusa, spotyka sam siebie, pozwalając przeszłości przepleść się w przyszłość. Wydaje się, że dla Myśliwskiego tryb snu, śnienia, nadwidzenia, w którym postaci i zjawiska nieoczekiwanie pojawiają się i znikają, wyłaniają się z niebytu, by za chwilę znów się w nim zanurzyć, jest niezbędny do tego, by uchwycić jakąś podstawową, choć być może ulotną, prawdę o nas. Równie znaczące jak to, co się śni, jest to, że w ogóle się śni.

W pułapce niepamięci

Wszystko zaczyna się wraz z wojną. Ludzie długo o niej mówili, długo jej wypatrywali, robiło się coraz bardziej gorąco i sennie, aż wreszcie huknęło i już było po wszystkim. „Gdyby nie ta dziwna pustka wokół, można by pomyśleć, że wojna przeszła bokiem”, mówi Jakub, bohater Pałacu, który jakby się właśnie obudził. Niewiele pamięta, ale za to wyobraża sobie, jak przechodzi przez kolejne komnaty pustego pałacu i syci zmysły, by w końcu dać upust najgłębiej skrywanym żądzom zemsty, gwałtu i zbrodni. Jest na przemian poddanym i panem, upokarzanym i upokarzającym, biorącym odwet i zwyciężonym. Wizje i przywidzenia piętrzą się w kaskady, wchodzą jedne w drugie, sny śnią się w snach. To sny po „prześnionej rewolucji”, w których, by zacytować Andrzeja Ledera, „spełniają się najskrytsze i najokropniejsze marzenia i lęki” związane z wiekami zniewolenia i całą ambiwalencją uczuć wobec „znikniętego” z pałacu dziedzica: „Zły byłeś, panie, piekło cię pewnie pochłonie, ale tęskno będzie po tobie”. Sen jest trybem, w którym bohater, uzyskując podmiotowość, może wypowiedzieć i przeżyć wszystkie stłumione pragnienia, nawet te najbardziej wstydliwe.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Po wojnie opustoszałe domy, ruiny browaru i mleczarni wciąż emanują obecnością swoich dawnych mieszkańców. Krajobraz nabrzmiał tym, czego był świadkiem. Mówi się, że miejsce nawiedza duch Kuferbluma, dobiegają stamtąd krzyki i jęki, raz nawet w kamienicy znaleziono trupa, choć wejście było zabite deskami. Duch zmarłego Żyda i niedawne morderstwo tworzą sytuację, w której „byłość” tworzy konstelację z „teraz”, odsłaniając coś, co pozostawało dotąd niewypowiedziane: widmo przeszłości – jeśli nie zbrodniczej, to być może pełnej zbrodniczych myśli. Niełatwo jest pamiętać takie sprawy, a jeszcze trudniej się do nich przyznawać.

„Pamiętasz Żydów?”, pyta bohatera Widnokręgu profesor języka polskiego, kiedy poszukując tematów na wypracowanie, zachodzą pod bożnicę. Chłopiec się waha, co odpowiedzieć, bo choć Żydów pamięta, boi się, że może będzie musiał pisać i „o tym, czego nie pamięta”, a niepamięć, jak wiemy, potrafi skrywać najokropniejsze zdarzenia. Tymczasem los chłopca w symboliczny, inicjacyjny sposób splótł się z losem żydowskich sąsiadów: pierwszą osobą, którą spotyka po przyjeździe na wieś, do domu dziadków, jest Sulka, córka Szmulów z naprzeciwka. Pierwszy raz przybywa do miasta właśnie z nimi, i to pod bożnicę. Okoliczności tego przyjazdu, z perspektywy czasu budzące grozę, samym bohaterom nie jawią się jeszcze jako takie: wydano rozkaz, że Żydzi mają opuścić wszystkie wioski, dziadek chce pomóc sąsiadom dostać się do miasta, skąd pojadą w dalszą podróż. Kiedy bohaterowie docierają na miejsce, zsiadają z wozu i rozglądają się po okolicy, Sulka wskazuje chłopcu przeciwległe wzgórze: „Widzisz? No tam. Jacyś idą do ślubu przez sad. Chciałabym tak iść” – a jej słowa odbijają się echem w nicości.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer