Wiesław Myśliwski, 1993 r. fot. Wojciech Plewiński/Forum
Tomasz Bocheński październik 2020

Myśliwski wizyjny

Trzeba jak Myśliwski mieć słuch do losu, żeby z typowej biografii wyczytać tragedię, tak typową, że nikt prawie nie dostrzega w niej fatalności.

Artykuł z numeru

Wiesław Myśliwski. Słuch absolutny

Czytaj także

z Wiesławem Myśliwskim rozmawia Wojciech Bonowicz

Język potrzebuje snów

Piszę o książce Wiesława Myśliwskiego, żeby się z niej wydostać, a właściwie nie tyle z książki, ile z życia bohatera. Życie książkowe czyhało na mnie, żeby mnie wciągnąć i nie puścić, dopóki się nie wypowie. Pożyć czyimś życiem jak swoim, przecież zdarzało mi się to czasem, kiedy jakaś historia mnie wciągała, mnie – historyka od metodycznych analiz. Z łatwością wydobyłbym się z Ucha Igielnego, gdyby nie nitki sieci, którą stworzył autor. Książka, co prawda, przestrzega przed zaplątaniem się w czyjąś opowieść: „Kiedy człowiek wysłucha czyjegoś życia, nie może się już z niego potem wydobyć”. Nie pomoże jednak taka przestroga, ponieważ skrywa też pokusę, by jednak spróbować. W dodatku książka mówi również coś przeciwnego, że dobrze jest się wciągnąć, wplątać, wżyć w inne życie. Bez ukrytego powodu autor nie żyłby jakąś fikcją, tylko…

Ale nie mogę dopowiedzieć tego zdania, nie mogę dopisać antytezy, bo zabrzmi fałszywie, choćby pasowała do retorycznego porządku. Jak mógłbym fikcji przeciwstawić „realność” albo „własne życie”, skoro w Uchu Igielnym te pewniki, te oczywistości podważa sama narracja? Żyjemy realnością? Posiadamy własną biografię? A może jedynie pragniemy realności i biografii? Wiemy, kto mnoży wątpliwości – sam bohater, który przez lata szukał siebie, by siebie nie odnaleźć. Domyślamy się też, że również sam autor wciąga nas w biografię bohatera, byśmy zajęli się zapisaną historią, zamiast „własną”. Posłuchajmy, jak nas kuszą, już na wstępie książki, inaczej niż inni współcześni bohaterowie i autorzy. Nie mówią: zajmij się nami, bo żyliśmy ciekawiej niż ty, ani: pociesz się naszą biografią, nie do uwierzenia, jak ciekawą. Kuszą odmiennie: wplącz się w historię typową, podobną do twojej. Bohater i autor z głębi swego doświadczenia zwracają się do nas, jeszcze niedoświadczonych, tak jak mówiło się dawno temu, kiedy wierzono jeszcze w mądrość starości: „W zamian oddaję panu moje życie. Przyda się panu, gdy ogarnie pana pustka. Pustka to coś najgorszego, co nas może spotkać. A zaradzić jej można tylko, żyjąc w czyimś życiu. Nikt zresztą nie zaczyna swojego życia od siebie. Teraz pan tego jeszcze nie rozumie”.

Dojrzałość prosi o wysłuchanie

Łatwo tę przemowę zbyć i łatwo pogardzić ofiarowanym, opowiedzianym życiem, szczególnie współcześnie, gdy sensu szuka się u profesjonalistów od mądrości. W dodatku wysłuchać trzeba irytującego pouczania – „pan tego jeszcze nie rozumie”. Nawet strach przed pustką, oczywisty w każdym wieku, nie zmusza, by przyjąć czyjąś opowieść, bo co to za lekarstwo, które choremu nie pomogło? Wydaje się, że w epoce kultu młodości, gdy istnieje tyle możliwości realizacji pragnień, nie grozi istnieniu pustka. Musi jednak grozić, skoro ma współcześnie tak wiele synonimów: wypalenie, depresja, dół, nuda, rozczarowanie. Zapewne autor i bohater książki dobrze wiedzą, co oznacza pustka, skoro umieszczają ją na samym dnie egzystencji, poniżej innych braków, więc może warto im zaufać? Dojrzałość, autora i bohatera, zwraca się do nas – wielbicieli wiecznej młodości, ich doświadczenie i biografia proszą o wysłuchanie. Nie chodzi im o zrozumienie życiowych mądrości, o przejęcie się sentencjami, które młodych odrzucają raczej, niż pociągają, zresztą i tak się je rozumie zbyt późno, ale o wysłuchanie opowiedzianej historii. Wsłuchaj się, a opowiedziane pocieszy cię, gdyż na każdego czyha pustka – tak przekonują.

Ale i obietnica pocieszenia nie skłoniłaby mnie jeszcze do przeczytania historii, gdyż nawet w Uchu Igielnym można wyminąć rozmówcę i zająć się własnymi sprawami, dopóki się nie wypalą. Mógłbym uciec przed tą opowieścią, gdyby nie brała pod uwagę również mojego, bardzo współczesnego, zniecierpliwienia. Książka pozwala przecież mówić również głosowi zniecierpliwionej młodości. I jeszcze na coś więcej pozwala sobie autor tej książki – intrygę oparł na spotkaniu tej samej osoby, w dwóch wcieleniach. W tej książce dzisiejsze stare „ja” spotyka nasze dawne młodzieńcze „ja” – i nie mogą się rozpoznać. Taką Czystą Formę, jak z dramatu Witkacego, wymyślił Myśliwski, żeby wciągnąć nas w swoją opowieść.

Wplątany w tę metafizyczną zagadkę czytelnik się zastanawia: gdybym ja na stromych, długich schodach spotkał starca godnego współczucia, może przyszłoby mi również do głowy, żeby go zrzucić, bo rozpoznałbym w nim siebie? Dlaczego zrzucić? To oczywiste, żeby nie poznawać samego siebie.

Tak, dałem się podstępnie, przez Czystą Formę sobowtórowego spotkania, wciągnąć w opowieść Ucha Igielnego. Inny wymiar tej historii, w którym też mogę się odnaleźć, raczej odrzuciłby mnie, niż przyciągnął. Czytam bowiem opowieść kogoś, kto stał się z czasem historykiem średniowiecza, naukowcem, profesorem, autorytetem, czyli osobą ubraną w społeczne formy. I ten znawca czyichś dawnych historii nie może pojąć własnej ani historii jego współczesnych, gdyż nie ma daru rozumienia „zwykłego życia”. Nie o to mi chodzi, że ta paradoksalna opowieść jest nieprawdopodobna, przeciwnie – jest zbyt prawdopodobna, by się jej oddać. Tylu zna się historyków literatury, którzy nie pojmują historii mówionych, i tylu znawców dawności niewiele rozumiejących z dzisiejszości. Na szczęście w Uchu Igielnym znajdujemy prawdziwą pociechę – uda się może opowiedzieć siebie później, po śmierci. Każdy, kto słyszał rozmowy zmarłych, wie, co to znaczy nienasycenie formą, i treścią też. Tam też odczuwać nienasycenie, tam w zaświatach jeszcze dopowiadać za życia nieopowiedziane – to czarny humor czy leśmianowskie pocieszenie? Jeśli potrafimy współczuć historykowi, którego dotknęła historia, widział przecież likwidację getta, wtedy życzyć mu będziemy pocieszenia, choćby i w zaświatach.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Śmierć za życia

Co zdarzyło się w Uchu Igielnym, znajdującym się w połowie długich schodów, co wydarzyło się w wąskim przesmyku, przez który trzeba się przeciskać? Tam zbliżało się do innych i czasem przystawało, by opowiedzieć historię albo posłuchać innych. Stamtąd można było kiedyś patrzeć na „dziką zieloną dolinę”, można się było umówić z dziewczyną. Po schodach wbiegał kiedyś bohater, przeskakując po dwa, trzy stopnie, po schodach dziś bohater powoli schodzi, podpierając się laską. I pisarz przybliża nam te schody tak, że możemy się na nich znaleźć, właściwie możemy odnaleźć nasze ślady, może nawet wielokrotnie po nich chodziliśmy.

Zmysłowe, subtelne medytacje nad przedmiotem, które podziwialiśmy w wielu powieściach Myśliwskiego, w Uchu Igielnym niezauważenie prowadzą do świata przenośni. Schody, wyślizgane przez miliony stóp, wyjawiają metaforę śladów zostawianych w życiu i stają się wyrazem drogi istnienia.

Ucho Igielne podpowiada przenośnię opowiedzianego, czyli upewniania się w realności przy pomocy opowiadania. Dawna dzika dolina zawiera wizję straszną i piękną jednocześnie, gdyż w niej kryje się obietnica miłości i przerażające zdarzenie, które miłość udaremnia. A dziewczyna, na którą się czeka w przesmyku, zamienia się w poetycki obraz pocieszenia. Myśliwski medytuje długo nad realnym, aby ujawniło poetyckie, zagadkowe znaczenie. Powieść ma podnieść rzeczy na poziom wzniosły, gdyż wiadomo, że łatwo spadają w trywialność. Trywialne podlega władzy czasu, właściwie władzy czasu historycznego, który rzeczom nadaje przewidywalne, obowiązujące, „modne” znaczenia. Trzeba długo wchodzić po schodach i opowiadać schody, by usłyszeć, jak przemieniają się w drogę istnienia – w opowieściach innych i w naszej.

Można trywialnie odpowiedzieć na pytanie: co zdarzyło się w Uchu Igielnym?, kiedy bierze się pod uwagę materialny wymiar historii. Zmęczony życiem historyk spotkał młodzieńca. Ruszył potem w dół, potknął się, spadł ze schodów i się zabił. Laska ze złotym napisem, dedykacją od uczniów, wyleciała mu z ręki. W kieszeni portfela miał zdjęcie młodej dziewczyny. Dokumentów nie znaleziono. Nieszczęśliwy wypadek – taki sens dopowiedzą policja, media czy gapie. Informacja podobna do innych, przebiega się ją wzrokiem, by zająć się innym wypadkiem. Nie można jednak wyjątkowego istnienia, choćby było typowe, sprowadzić do narracyjnego schematu, gdyż trywialna opowieść odsyła istnienie w niepamięć. Pisarz, który mierzy się z realnością, musi opowieść podnieść z ziemi banału na poziom metafory. Z policyjnego, biurokratycznego śledztwa, które z łatwością znajdzie „sprawcę” (starość, strome schody, nieuwaga), odtworzy biografię ofiary, napisze protokół wypadku, pisarz musi przejść do dochodzenia, które bierze pod uwagę całe życie poprzedzające upadek. I my także bierzemy udział w tym dochodzeniu – to właściwa forma Ucha Igielnego – by wspólnie z bohaterem wyśledzić w jego życiu zdarzenia, które zapowiadały koniec.

Rzadko kto czeka na śledztwo, ale bohater powieści czeka właściwie całe życie, żeby zaczęło się dochodzenie, gdyż dochodzenie może wydobyć z jego biografii przeoczone zdarzenia o wielkiej wadze. On czeka na opowiadającego, by uwierzyć we własną biografię. Jaka to była biografia? Z perspektywy współczesnego CV to typowa historia chłopaka, który przeżył biedną młodość w powojennej Polsce, skończył studia, zrobił doktorat, profesurę, zdobył uznanie. Z perspektywy tragicznego końca na schodach to zupełnie inny los. Bohater najpierw stracił nadzieję, a dopiero potem życie. Śmierć niewiele zmieniła, bo umarł za życia?

Myśliwski rozpoczyna śledztwo od paradoksu, który najpierw brzmi jak oczywistość: młody przyczynił się do śmierci starego, ale zaraz traci oczywiste znaczenie, ponieważ spostrzegamy, że młodzieniec i starzec są jedną osobą. Oto młody człowiek, który nienawidził starości tak, że chciał ją zabić, sam stał się nieznośnie stary, przede wszystkim w duchowym znaczeniu tego słowa. Jego życie opróżnił brak nadziei, ten wewnętrzny znak umierania. Pustka daje mu egzystować, ale żyć nie daje. Idzie na schody, żeby powtórzyć drogę, którą tyle razy przeszedł, choć już nie ma nadziei. Jeszcze raz patrzy na miejsce, gdzie była „dzika zielona dolina”, ale już nie potrafi ożywić wspomnienia, a właściwie wspomnienie już nie potrafi go ożywić. Nie chodzi tylko o wspomnienie dziewczyny, którą kochał, ale w ogóle o ożywienie pamięci. Z trudem przypomina sobie młodzieńca, którym był. Tyle głosów innych ludzi wysłuchał, w tylu historiach był, tyle mu się przyśniło, więc nie jest pewny, czy cokolwiek go łączy z młodzieńczym alter ego. Niepewna siebie starcza pustka powinna przestrzec młodzieńca przed utratą nadziei. Ale ta przestroga, te słowa dojrzałe, łatwe do zrozumienia, brzmią młodemu jak wróżebne, niezrozumiałe formuły. Pojmujemy, że także my mogliśmy słyszeć kiedyś przepowiednie o wymiarze mitu, także my mogliśmy dostrzec w czyichś słowach naszą przyszłość, ale nie dostrzegliśmy, podobnie jak młodzieniec na schodach. Taka metafizyczna przestroga nie zmienia zapewne biegu życia, ale może nadaje mu głęboki, tragiczny wymiar. Trzeba jak Myśliwski mieć słuch do losu, żeby z typowej biografii wyczytać tragedię, tak typową, że nikt prawie nie dostrzega w niej fatalności.

Mit orficki, mit igielny

Wzniosły los i trywialna biografia – tak można określić topos, który mocno wybrzmiewa w późnych powieściach Myśliwskiego; pojawia się w Kamieniu na kamieniu, by odzywać się w każdym następnym utworze, a Ostatnie rozdanie właściwie zdominować. W Uchu Igielnym ten topos, losu utraconego i odzyskanego, przybiera formę mitu. Z mitu bierze sfinksową zagadkę – co to znaczy za młodu własną śmierć zobaczyć, ale na tej zagadce nie poprzestaje, dodaje drugą: co znaczy siebie samego zabić, potem następne: co oznacza siebie zapomnieć. Z tymi formułami mierzy się bohater, rozważa, interpretuje, medytuje nad rozwiązaniami, ale samym zagadkom nie może się wymknąć. Zresztą te rozwiązania przychodzą po czasie, zawsze za późno, kiedy wszystko w jego biografii się dokonało. Na starość przychodzi bohaterowi szukać kardynalnego zdarzenia we własnej przeszłości, doświadczenia, dla którego warto było żyć. Inni bohaterowie pomagają mu swoimi opowieściami, gdyż ich historie wypowiedziane w Uchu Igielnym zawierają podobne poczucie straty. W przeżyciu intensywnym wydarzenia najważniejszego w egzystencji zawsze coś bohaterom przeszkadza: okrucieństwo historii, brak mądrości, nieumiejętność odróżnienia ważnego od błahego, upływ czasu… Doznanie staje się intensywne dopiero w pamięci, a właściwie dopiero w opowieści, po czasie, kiedy poprzez opowiadanie dowiadujemy się, co przeżyliśmy. To paradoks Myśliwskiego – istnienie czeka na narratora, by stało się realne. Podobnie z miłością. Ten paradoks skrywa piękne, choć gorzkie pocieszenie – że miłość możliwa jest jako sen, jako wyobrażenie czy jako poetycka opowieść. W dwóch niezwykłych, subtelnych, poetyckich scenach Ucha Igielnego spotykają się dwie dusze, które jedynie mogą wspominać uczucia. Najpierw młody bohater wysłuchuje zwierzenia starej kobiety, nazwanej przez niego babcią, która mieszka w tym samym domu. Babcia opowiada mu o dawnej miłości, a w tej opowieści podsuwa myśl, że może kochała i jego. Jego? Przecież nie było go na świecie, kiedy babcia kochała. W drugiej scenie bohater śni spotkanie z babcią na schodach, która jest sobą, starą kobietą i jednocześnie dziewczyną, z którą się spotykał. We śnie starej kobiety się znalazł, we wspomnieniu nie mógł. Tę zadziwiającą, szaloną koincydencję zapisuje Myśliwski z właściwą sobie rzeczowością: „Żałowałem potem, że się nie zgodziłem, aby to mnie kiedyś kochała”. Chciałoby się to zdanie opatrzyć komentarzem – „nie do wiary”, „jak można tak lekceważyć bieg czasu” i „to nieprawdopodobne”. W Uchu Igielnym łatwiej bowiem uwierzyć w sen, niż uwierzyć w życie.

Schodzenie po schodach, czas zabierający ukochaną, pamięć przeszłości, czyli oglądanie się za siebie, wreszcie egzystencja po stracie – proszę z tych fragmentów złożyć opowieść mityczną. Ja układam mit orficki. W tym micie igielnym schodzi Orfeusz przez lata po wspomnienie miłości, a w końcu tylko po pamięć straty, po pustkę po miłości. I ten Orfeo Myśliwskiego doświadcza też okrucieństwa czasu, bo pojmuje, że oglądanie się za siebie, spoglądanie w przeszłość odziera zmysłowe zdarzenia z realności. Ale sama pamięć nie zamieni przecież wspomnień w Tartar. W powieści piekielne czeluście to kraina bez uczuć, to ziemia jałowa sentymentu, to również kraina pamiętanych jałowych chwil. Orfeo Myśliwskiego ciągle ponawia swe katabazy, swe wędrówki po schodach, ale Eurydykę widzi jedynie we wspomnieniach albo w pragnieniach.

Te wspomnienia zawierają zresztą gorączkę młodzieńczego zakochania: spotkania, czekania, rozmijania, rozstania. We wspomnieniach wydaje się, jakby uczucie miało tylko bukoliczną, czystą formę. Na schodach można też wspominać sielankową scenerię. Kilka razy w powieści wraca motyw „dawnej dzikiej zielonej doliny”, miejsca chyba idealnego dla miłości. Nie trzeba dodawać, że z czasem niewiele z doliny zostało. A co stało się z Eurydyką? Zabrało ją ukąszenie historii. Widziała likwidację getta, zobaczyła, co robią z jej koleżanką Sarą, widziała kolumnę prowadzoną na śmierć – przecież to trudno przeżyć. Dziewczyna, która widziała, wyjeżdża do sanatorium i nigdy już nie przychodzi na spotkanie w Uchu Igielnym. A ten współczesny Orfeo Myśliwskiego chyba nie dość ją wtedy kochał, nie dość o niej „śpiewał”, by pozwolono mu po nią zejść aż do samego piekła.

Zachowanie pragnień

Tragedia – wielkie, dawne słowo, dziś o krok od komedii. Wzniosłe, przejmujące zakończenie książki poprzedza autor dwoma rozdziałami komicznymi, groteskami na temat starości. W pierwszej profesor historii ucieka z własnego jubileuszu, zorganizowanego w rodzinnym mieście. Rzadko się widuje ucieczki przed uroczyście spreparowaną przeszłością. Widziałem chyba tylko jedną taką ucieczkę, zresztą nieudaną, gdy profesora zwiewającego przed honoris causa na schodach złapano w togę, biret i laudację. Druga groteska opowiada o balu absolwentów, o starcach przybyłych ze szkolnej młodości, toczących pojedynki na wspomnienia i udane biografie. Wydaje się, że powieść musi się skończyć tragikomicznie, ale kończy się wzniośle. Harmonijnie przechodzi Myśliwski między dwoma tonacjami kłócącymi się ze sobą, pięknie przechodzi od groteski do orfickiej poezji. Wystarcza mu jedna tranzycja wyrażająca kpinę losu. Na zabawie profesor historii wyciąga wygrywający los, zapewniający taniec z królową balu. Och, lepiej dla niego byłoby, gdyby fortuna, która tak go wcześniej lekceważyła, na starość się do niego nie uśmiechała. Na szczęście udaje się mu niezauważenie połknąć koralik oznaczający nagrodę.

Czytelnika powieści, któremu nigdy nie zdarzyło się być królem życia, do którego fortuna się nie uśmiechała, który przeoczył uśmiech losu, na pewno przejmie koszmar wymuszonej zabawy. Zresztą groza niesłychanie nudnego, choć pełnego atrakcji balu absolwentów dotyka każdego, kto musiał uśmiechać się w podobnych okolicznościach. Bohater ucieka przed tym groźnym, mdlącym kiczem, przed przemówieniami, laudacjami, honorami, przed teatralną serdecznością, przed odgrywaną zabawą – i wychodzi w noc. Na drodze między salą balową a hotelem, w ulicznym półmroku dostrzega kolumnę poganianą pejczami: „Na jej końcu, w odległości kilkunastu kroków, biegła ona, daremnie próbując dogonić kolumnę. Chwiała się na kostropatym bruku, ciągnąc za rękę dużo młodszą od niej dziewczynkę. Na ile mogłem, przyspieszyłem kroku, lecz nim doszedłem do hotelu, zniknęły mi w ciemnościach”. Sądzę, że tej wizji łączącej nierozerwalnie uczucie i stratę nie rozplącze żadna opowieść, choćby miała być przepowiadana jeszcze w zaświatach.

Gdybyż to była jedna wizja w Uchu Igielnym, ale jest tych wizji o wiele więcej. Zjawiają się na jawie, w półśnie, w marzeniu sennym i jawnym, wizje własne wchodzą do śnienia innych i nie wie się, czy się śni, czy jest się śnionym. Zestawienia oddalonych wątków i obrazów zupełnie jak w poezji nowoczesnej ujawniają nieoczekiwane znaczenia, ważniejsze czasem niż sensy utrwalone przez pamięć. W jukstapozycjach spotykają się dwie realności, by podawać siebie w wątpliwość. Poetyckie, wizyjne fragmenty wychodzą z rzeczowego, czasem drobiazgowego opowiadania o konkretach – tak charakterystycznego dla pisarstwa Myśliwskiego. Jednak to nie rzeczowe odtworzenie biografii mówi więcej o bohaterze, ale przepowiadane obrazy. Łatwiej bowiem w wizyjnym obrazie przechować młodzieńcze pragnienia niż w rutynowym porządku egzystencji. Zachowanie pragnień to oczywiście nie tak wiele, jednak bardzo dużo na starość, gdy pragnienia mogą ożywić przeszłe zdarzenia. W wizjach zjawiają się zatem bohaterowi najintensywniej przeżyte chwile, chociaż należałoby raczej powiedzieć – chwile, które powinien intensywnie przeżyć.

Koniec czyni początek

Wizyjny, poetycki Myśliwski, nawiązujący do klasycznych toposów, łączący realne z nadrealnym, wybrzmiewa w Uchu Igielnym! Sądzę, że sam siebie, młodego pisarza, również zinterpretował poprzez ostatnią powieść.

Może nawet chciałby odsłonić warstwy wcześniejszych utworów, przez innych analizowane ze względu na początek twórczości, a nie ze względu na koniec. „Cóż, człowiek chciałby odkryć początek swojego losu nawet w niekiełkującym jeszcze ziarenku. Niestety, początek jest z natury swojej nie do uchwycenia, można rzec, niezauważalny, więc kto wie, czy to nie koniec ustanawia początek”.

Myśliwski słowami bohatera naszkicował metodę badawczą wartą stosowania, szkoda, że prawie nikt jej nie stosuje wobec literatury. Wiadomo, że na późne dzieła pisarzy patrzy się zwykle jako dopełnienie wątków wcześniejszych, czyli widzi się najpierw „ziarno”, potem koniec. Myśliwskiego z autorem Nagiego sadu czy Pałacu łączy tylko to, co odnowił w ostatniej powieści. Ucho Igielne, ostatnia, napisana późno młodzieńcza powieść o starości, ma więcej energii, humoru i inwencji niż debiutanckie utwory.

Według metody „koniec czyni początek” poprzez Ucho Igielne (2018) dobrze jest spojrzeć na poprzednie książki Myśliwskiego. Można się wsłuchać w dialog, który wcześniejsze powieści Myśliwskiego prowadzą z powieścią ostatnią.

W Nagim sadzie (1967) musi bohater wsłuchać się w swoje mówienie, musi poddać się rytmowi swej mowy. Musi upewniać się w swym istnieniu, tzn. sobie je opowiedzieć, gdyż najpierw idzie po słowach innych, przez innych upewniany, że istnieje. Ojciec go opowiedział, więc istnieje najpierw poprzez ojcowskie słowa, zanim sam dorośnie do mówienia o sobie. Czy dorośnie do tego mówienia, czy – mówiąc słowami ostatniej powieści – uwierzy w życie, nie wiadomo. W metaforze nagiego jesiennego sadu, w którym próżno szukać wytchnienia, skrywa się wizja utraconej arkadii, także wizja zagubionego arkadyjskiego języka. W pierwszej i ostatniej powieści znajdujemy paradoks Myśliwskiego: we własnym mówieniu zbliżamy się do dramatu losu, więc może lepiej znaleźć siebie w opowieści innego? Najlepiej byłoby odnaleźć się w ojcowskiej opowieści, w opowieści starca, który zdobył mądrość. W Nagim sadzie ojciec umiera i skazuje syna na niechcianą wolność, w Uchu Igielnym przestrzega starzec młodego przed egzystencjalną pustką. Słyszymy, że dwie powieści, pierwsza i ostatnia, rozmawiają ze sobą, i rozmawiają dwa mity, arkadyjski i orficki, w ciemnych autorskich interpretacjach. Zaczął pisarz od utraty arkadii, kończy utratą miłości. Nie wspiął się ani odrobinę wyżej na stopniach nadziei? Nadmiernie obciążeni rozważaniami o zagadce istnienia, zapomnielibyśmy o pocieszeniu, które daje literatura. Pisarz, który jak Myśliwski w każdej powieści przeżywa przygodę formy, podpowiada; zaplącz się w moich historiach, a znajdziesz wytchnienie od własnego losu.

Chciałoby się, żeby Pałac (1970) – druga książka Myśliwskiego – wreszcie się zestarzał, żeby wreszcie udawana pańskość stała się w Polsce anachroniczna. Wizja senna pałacu, w której można zapomnieć o własnym dziedzictwie, nie chce się jednak prześnić. W pałacu czekają wszystkie historie, tylko nie nasza własna. Pisarz wkłada jedną historię w drugą, sen w inny sen, monolog w obcy monolog, jakby sprawdzał, ile głosów może pomieścić jeden człowiek, który pierwszy raz wszedł do opuszczonego pałacu. Musi wypełnić się głosami po brzegi, bo państwo opuścili dwór i zostawili go samego z jego historią, czyli bez historii. Jaka to współczesna metafora! I bohater opowiada wyśnione przez siebie pańskie dzieje, jakby odtwarzał gawędę szlachecką. W Uchu Igielnym na ten wszechobecny pański głos, który przybiera formy współczesnej celebry, bohater nie może się zgodzić, bo nie chce, by jego pamięć o biedzie ubrano w piękne formułki. Prawdziwa bieda w Polsce z tą wmówioną pańskością!

Piękną przypowieść, na miarę mitu, zapisał Myśliwski w Kamieniu na kamieniu (1984). Dwaj partyzanci, którzy skryli się przed Niemcami w cmentarnym grobowcu, nie mogą znieść gryzących wszy. Przeklinają swój los, ale przekleństwo to antidotum mało skuteczne, dopiero opowieść może przynieść ulgę. Jaka to niezwykła, przewrotna historia! Szymek, wiejski chłopak swemu przyjacielowi niedoli opowiada o dziewczynie, która pomaga ściąć słonecznik do łuskania. Trzy dni w tym grobie uwięzieni, spleceni ciałami, tylko opowieść mają na pocieszenie. Opowieść o dziewczynie zrywającej najdorodniejszy słonecznik i o łuskaniu ziaren wyraża dwie strony sztuki Myśliwskiego – uwodzącą wizję i cierpliwą rzeczowość. Przyjaciel Szymka uwierzył w realność opowieści, tak że z grobu wybiegł do dziewczyny, ogródka, słonecznika i zginął od kul. Pamiętamy anegdotę o greckim malarzu – Zeuksisie? Namalował chłopca z winogronami tak wiarygodnie, że ptaki zlatywały się do owoców. Wiemy, że Platon krytykował iluzjonistyczne malarstwo Zeuksisa. Kto wierzy, że znajdzie powieściowe Ucho Igielne w Sandomierzu, niech pamięta o ptakach zwabionych malowanymi winogronami i o partyzancie z grobowca wybiegającym w grób.

Czego brakuje słowom, by nie tylko łudziły, ale i wyrażały istnienie? Słowa – jak pisze Myśliwski w Widnokręgu (1996) – potrzebują wiele czasu, by urosnąć. Kilka słów własnych sadzi się w młodości, a potem cierpliwie je kultywuje w ogrodzie codziennych udręczeń, by wreszcie wyrazić istnienie. W ziarnku kryje się zapewne nasz przyszły los, który łatwiej dostrzec w wizji niż w rzeczowym przepatrywaniu zdarzeń, szczególnie gdy jest się młodym. W Ostatnim rozdaniu (2013) czytamy, że młodość to czas złudzeń, to okres drwiny losu. Te dwa wymiary istnienia spotykają się na schodach w Uchu Igielnym, wizyjny i stąpający po ziemi, młodzieńczy i starczy, poetycki i rzeczowy, chciałoby się nawet powiedzieć, że spotykają się mit i świat odczarowany. Człowiekowi doświadczonemu bardzo potrzeba młodzieńca wierzącego w złudzenia, gdyż rzeczowy obraz losu nikogo nie uwiedzie i nie przyniesie egzystencjalnego wytchnienia, ale i młodemu potrzeba słów doświadczonych, by siebie mógł pojąć. Tak chodzą po tych schodach wizjoner i realista rozdzieleni przez czas i nie mogą się spotkać, chyba że w powieści. Kiedy znamy powieści od Nagiego sadu do Ucha Igielnego, możemy opowiedzieć inną historię: Dwaj pisarze, młody Myśliwski i stary Myśliwski, spotykają się w Uchu Igielnym, ale nie mogą się rozpoznać, choć wzajemnie się sobie śnili. Proszę dopowiedzieć: kto kogo strąca w dół?

Kup numer