27.07.2019 Warszawa, pl. Defilad. Demonstracja Solidarni z Białymstokiem. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Urszula Pieczek luty 2020

Moje dziecko jest

Dzieci, które dokonują coming outu przed swoimi rodzicami, boją się odrzucenia, braku wsparcia, niezrozumienia. Z kolei rodzice najczęściej nie są na taką wiadomość przygotowani, nie wiedzą, jak powinni zareagować, obawiają się o przyszłość dzieci. Coming out to nie tylko ujawnienie czy konfrontacja, ale także rewizja tożsamości rodzicielskiej.

Artykuł z numeru

My, rodzice osób LGBT+

My, rodzice osób LGBT+

Nie ma jednego dobrego przepisu na coming out, choć istnieje jeden najlepszy przepis na przyjęcie tej wiadomości ze strony bliskich – akceptacja. Rodzice, których dzieci dokonały przed nimi coming outu, najczęściej przechodzą długą drogę w kierunku wsparcia, zrozumienia i akceptacji odmienności swoich pociech. Stale towarzyszy im jednak strach. Dziś podsycany przez język nienawiści, pogardę płynącą ze strony niektórych hierarchów kościelnych i polityków oraz rosnące nastroje homofobiczne w społeczeństwie.

L

Radosław, Szczecin, 61 lat

– Nasza córka wyoutowała się przede mną i żoną dwa lata temu, miała wtedy 24 lata. To najmłodsze z trójki naszych dzieci. Dziś wiem, że przez jakiś czas testowała nasze postawy homofobiczne, prowokowała rozmowy, po których mogliśmy się domyślić, że jest jakiś problem. Teraz oczywiście nie użylibyśmy takiego słowa, w tamtym czasie jednak tak to postrzegaliśmy. W bliższym otoczeniu nie mieliśmy do czynienia z sytuacją, że dziecko nie spełnia heteronormy. Później okazało się, że tych dzieci jest więcej, że homofobia powoduje, iż wszyscy się w jakimś sensie ukrywają.

Córka miała problemy z wchodzeniem w kontakty romantyczne z chłopakami. Próbowała, ale zawsze to było nieudane, ona była niezadowolona. Mnie i żonę niepokoiły jej stany depresyjne. Widać było, że jest z jakiegoś powodu nieszczęśliwa, że coś ją dręczy, nie pozwala żyć radosnym życiem nastolatki. Dwukrotnie wcześniej przeszliśmy przez okres dojrzewania naszych dzieci. Próbowaliśmy na różne sposoby podchodzić ją w rozmowach, wymyślać scenariusze, jak ją ożywić, społecznie rozruszać, by miała więcej znajomych, by „lepiej” funkcjonowała.

Córka zaczęła napomykać, że może ona jest biseksualna, że nie czuje pociągu do chłopaków, że ją denerwują. To były pierwsze sygnały, poza tym wykazywała także duże zainteresowanie tematami feministycznymi, związanymi z osobami z różnych mniejszości, dużą wrażliwość na wszelkie objawy niesprawiedliwości społecznej, wykluczania, poniżania. W tyle głowy pojawiała się myśl o homoseksualności, ale ona nigdy nie była na głos wypowiedziana, nawet nie próbowaliśmy jej podejmować. Kiedy zaczęła podnosić temat biseksualności, więcej z żoną na ten temat rozmawialiśmy, a po jakimś czasie córka powiedziała, że jest homoseksualna.

Z naszej strony reakcja była typowa dla rodziców w takim momencie, czyli wyparcie. Że dziecko nie wie, o czym mówi, ona jeszcze nie rozumie siebie, że to jej przejdzie, minie.

Córka studiowała w Warszawie, nasze kontakty były rzadsze, nie mieliśmy też głębszego wglądu w jej życie studenckie. Uczyła się dobrze, studia szły zgodnie z planem, otaczała się głównie koleżankami. Na ostatnim roku studiów dostała się na wymianę studencką, wyjechała na semestr za ocean i przy którejś z rozmów na Skypie powiedziała z przekonaniem, że jest lesbijką. Okazuje się, że to typowy model zachowania. Kiedy dziecko się usamodzielni, jest daleko od rodziców, wówczas nabiera odwagi, by im o tym powiedzieć. Odległość sprawia, że może się wyłączyć, kiedy już to powie.

Po coming oucie córki znaleźliśmy się z żoną w trudnym momencie. Ona zrzuciła z siebie jakiś kamień, ale teraz my musieliśmy sobie z nim poradzić.

Kiedy córka miała stany depresji, smutku, ciągłej niewiary w siebie, próbowaliśmy szukać pomocy, chodziła na psychoterapię, ale gdy dowiedzieliśmy, co jest tego przyczyną, to już wiedzieliśmy, o czym rozmawiać. Nasza córka była przygotowana, miała większą wiedzę. Zaproponowała nam udział w Akademii Zaangażowanego Rodzica organizowanej przez Kampanię Przeciw Homofobii. Zgodziliśmy się na to, to był dla nas najważniejszy moment, który pozwolił się nam wszystkim z tym uporać. Spotykaliśmy się w weekendy w grupach zapłakanych i przeżywających ten temat rodziców. Prowadząca zajęcia Katarzyna Remin usiłowała nad nami zapanować i wytłumaczyć, co się dzieje w naszej rodzinie. W czasie tych zjazdów, prócz otwarcia się, poznania innych ludzi, będących w podobnej sytuacji, znaleźliśmy się w grupie, której nie musieliśmy się bać, nie było stresu mniejszościowego. Akademia Zaangażowanego Rodzica dała nam ogromne wsparcie, dużą porcję rzetelnej wiedzy medycznej, społecznej, statystycznej.

Każdy z nas ma wdrukowaną homofobię, społecznie, kulturowo. Nagle stajemy się członkami mniejszości. Dziecko wychodzi z szafy, a my do niej wchodzimy. Przez jakiś czas córka walczyła z tym samotnie, nikt nie udziela takiemu dziecku pomocy czy wsparcia, a my, jako rodzice, byliśmy do tego kompletnie nieprzygotowani. Kiedy próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć, to byliśmy zalewani takimi informacjami, że od samego ich tonu można popełnić samobójstwo. Wiele prac naukowych jest nieaktualnych. My wpadliśmy w depresję i smutek, dociekaliśmy dlaczego, dlaczego my, skąd to się wzięło, jaki popełniliśmy błąd. Na początku myślisz, że jesteś z tym sam.

Po jakimś czasie zaczęliśmy otwierać się na bliższych znajomych, których oceniliśmy, że nie są homofobami. Robiliśmy coming outy jeden po drugim, żeby oszczędzić tego córce. Jej rodzeństwo zaakceptowało ją modelowo. Czuła się niepewnie, chcąc dokonać coming outu przed dziadkami (moimi rodzicami). Towarzyszył nam duży lęk, jak oni zareagują. I tu zdumienie było największe, bo okazało się, że jest tak samo jak z rodzeństwem. Moi rodzice, z którymi nigdy nie rozmawialiśmy na tego typu tematy, mają je głęboko przemyślane i przerobione. Ich znajomi mieli nieheteronormatywne dzieci. Dla nich ten temat był oczywisty. Oni mają między 80 a 90 lat. Okazało się, że dla mojej mamy czymś naturalnym są małżeństwa jednopłciowe oraz to, że dwie kobiety adoptują dziecko. Miała trudność z dopuszczeniem takiej myśli o dwójce mężczyzn, a wtedy mój ojciec bronił prawa gejów do adopcji dzieci. Jeśli chodzi o matkę mojej żony, to nawet nie podejmowaliśmy próby, ponieważ w ostatnim okresie swojego życia znalazła się pod silnym ideologicznym wpływem o. Rydzyka. Nie dawało się z nią w ogóle na ten temat rozmawiać, jak też na wiele innych.

Wychowywaliśmy dzieci, nie przykładając wagi do religii, ale nie eliminując jej. Nasze drugie dziecko – syn – jest wierzące, związało się ze środowiskiem dominikanów. O ile on i jego żona są wspierający, o tyle jej rodzice mają z tym duży problem. Dla nich jest to temat nie do przejścia, choć kiedy spotykamy się rodzinnie, ich zachowanie jest poprawne i nie sprawiają córce przykrości. Ale ich zdanie na temat homoseksualności jest dalekie od tego, co prezentuje np. katolicki „Magazyn Kontakt”.

W podłej i cynicznej nagonce, której doświadczamy ostatnio, zdarzyło się też, paradoksalnie, bardzo dużo dobrego. Sporo się o tym mówi, pisze. Wiele osób zrobiło coming outy. Z jednej strony nagonka rośnie, polaryzacja przybiera na sile, z drugiej – akceptacja jest coraz większa, więcej osób wie, o co chodzi, na czym to polega. Widać, że Marsze Równości są coraz większe, pojawiają się także w mniejszych miastach. Demonizacja i nagonka powodują, że robi się coraz bardziej niebezpiecznie, i to nas najbardziej niepokoi. Uśpienie demonów, które zostały wypuszczone, zajmie pewnie kolejnych

25 lat, czyli całe pokolenie będzie musiało nad tym pracować.

– Moich rodziców zabrała homofobia – napisał jeden z użytkowników na Facebooku pod moją prośbą w dotarciu do rodziców osób LGBT+. Po przeczytaniu tych niezwykle bolesnych słów zdałam sobie sprawę, że nigdy nie uzyskam dostępu do opowieści osób, które nie zaakceptowały swoich dzieci ze względu na tożsamość płciową czy orientację seksualną, że o braku wsparcia ze strony rodziny czy przyjaciół mogą opowiedzieć jedynie ci, którzy coming outu dokonali.

Skutki braku akceptacji są dotkliwe, często bardzo bolesne, niekiedy kończą się tragicznie – depresją, próbami samobójczym – dla osoby, która doświadcza odrzucenia, choćby krótkotrwałego. Brak wsparcia odbija się także na relacjach, które chcą budować osoby LGBT+. Często słyszy się, że geje czy lesbijki nie potrafią stworzyć trwałych związków. Jak słusznie zauważyli Jędrzej i Marek Idziak-Sępkowscy, architekci mieszkający w Krakowie, którzy od 5 lat są po ślubie humanistycznym (parą są od lat 12): – Każdy związek domaga się afirmacji. Jak można budować trwałe relacje, kiedy nie jesteś akceptowany czy akceptowana nawet wśród najbliższych?

Przyczyn braku akceptacji, odrzucenia ze strony rodziny czy przyjaciół jest całe mnóstwo: począwszy od wstydu, przez pytania o to, co ludzie powiedzą (zwłaszcza w małych miejscowościach), po niezgodność z nauką Kościoła. Moja kolejna bohaterka, 34-letnia Magda, pochodzi ze wsi niedaleko Krynicy-Zdroju, obecnie mieszka w Krakowie. Coming outu dokonała 12 lat temu. Utrzymuje kontakty z rodziną, sama mówi, że jest przez mamę i tatę tolerowana, ale temat jej orientacji seksualnej stanowi tabu, powód kłótni i poróżnienia.

Magda, 34 lata, Kraków

– W gruncie rzeczy uważam się za osobę dość konserwatywną. Rodzina jest dla mnie bardzo ważna, dbam o więzi, celebruję wszystkie wydarzenia, rocznice, które wiążą się z życiem rodzinnym. Żyję wartościami, które wyniosłam z domu, które wpoili mi rodzice. Jednak oni mnie nie akceptują. Sami zaprzeczają temu, czego mnie nauczyli: mianowicie że najbliżsi są najważniejsi.

Myślę, że mam kochającą rodzinę, natomiast fakt, że jestem lesbijką, to jedyny temat tabu. Coming out nie sprawił, że rodzice mnie zaakceptowali. Moja mama na początku przekonywała mnie, że może zmienię zdanie, że mi się „odwidzi”. Tato do tej pory myśli, że się „przestawię”. Nie przyjmuje do wiadomości, że to moja natura.

Moi rodzice to prości, dobrzy ludzie, którzy całe życie ciężko pracowali, chcieli dla mnie i mojego rodzeństwa zawsze jak najlepiej. Są katolikami. Bardzo ufają temu, co mówi ksiądz z ambony. Słuchają go, ma na nich wpływ, Kościół kształtuje ich mentalność i to właśnie on bierze odpowiedzialność za to, jacy są. Nigdy nie pomógł im mnie zaakceptować. Kiedy zdałam sobie sprawę, że w jakimś sensie Kościół odebrał mi rodziców, odeszłam od tej instytucji, w przyszłości chciałabym dokonać apostazji, choć wiara długo była dla mnie bardzo ważna.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Szanuję katolików, którzy są autentyczni i kochają ludzi wokół siebie. Jest to zgodne z religią. Ale nie zgadzam się z instytucją Kościoła katolickiego w Polsce. Ten Kościół nie przygotował moich rodziców na to, że mogą mieć takie, a nie inne dziecko, że jestem taką samą osobą jak moje rodzeństwo, że mam takie samo prawo kochać. Zdarzały się rozmowy z moją mamą, podczas których próbowałam wyjaśnić, że kocham tak samo, jak ona kocha ojca. Moi rodzice mnie tolerują, ale nie akceptują. Bardzo mnie kochają, ale nie potrafią sobie poradzić z moją odmiennością. Źródła braku akceptacji upatruję w Kościele. To Kościół moje relacje sprowadził do seksu, ostatnio do pedofilii. Moje rodzeństwo ma małe dzieci. Czasem myślę sobie, że ojciec, sięgając po „Gościa Niedzielnego”, wyczyta, że jestem pedofilką i zacznę zagrażać bratankom i siostrzeńcom. To dla mnie najstraszniejsze, przerażające. Moi rodzice mają dostęp do Radia Maryja, „Gościa Niedzielnego” oraz wypowiedzi proboszcza z naszej wsi. Z tych łam i ust nigdy na mój temat i mojej społeczności nie padło żadne pozytywne słowo. A to ten Kościół ich kształtuje, nie „Tygodnik Powszechny” czy łagodny ton papieża Franciszka, do którego nie mają, z wiadomych względów, łatwego dostępu.

Mama i tato bardzo się boją opinii z zewnątrz, opinii wsi. To ich paraliżuje. Kiedy chciałam z moją partnerką przyjechać na imieniny czy inne uroczystości rodzinne, był jeden wielki dramat. Jeśli w jakikolwiek sposób ja zostałabym ujawniona, oni razem ze mną. To jest też demonizowanie. Wiele osób się na pewno domyśla. Najgorsze było traktowanie mojej partnerki jak powietrza, jakby jej nie było. Mówienie, że ja jestem częścią rodziny i nikt inny się nie liczy. To dla mnie trudne, kłóciliśmy się, zdarzało się, że nie utrzymywaliśmy kontaktu przez wiele miesięcy. Negatywna energia i emocje chodzą w parze, rodzą konkretne skutki. To wpływa na związek. Dwa razy w życiu miałam depresję, właśnie przez to, że nie czuję pełni akceptacji. Nie do końca umiem sobie z tym poradzić sama. Bardzo trudno jest się uwolnić od pewnych schematów, kiedy masz oczekiwania względem rodziny.

Długo byłam zagubiona. Żyłam w hermetycznym środowisku i kiedy zaczęłam odkrywać siebie, to był szok, nie umiałam sobie z tym poradzić. Liczyłam, że rodzice staną na wysokości zadania. Kiedyś pisałam listy do mojej mamy, ale ona nigdy nie zareagowała na nie tak, jak ja bym tego chciała. Proponowałam mojej mamie terapię. Chciałam, żeby porozmawiała z sensownym księdzem. W ubiegłym roku wykupiłam rodzicom prenumeratę „Tygodnika Powszechnego”. Mimo wszystko chciałabym znaleźć przestrzeń, by namówić moją mamę, żeby przyjechała na spotkanie grupy My, Rodzice albo skontaktowała się z konkretną mamą osoby homoseksualnej, która mogłaby z nią mądrze porozmawiać.

W związku z tym, że jestem bardzo rodzinna, chciałabym równego traktowania nas wszystkich. Tak jak moje rodzeństwo tworzy rodziny z wybranymi przez siebie osobami, tak samo ja mogę tworzyć rodzinę. Chcę, żeby osoba, z którą będę, była przez najbliższych ciepło, dobrze, przyjaźnie przyjmowana.

G

Agnieszka, 42 lata, Kraków

– Nie boję się, że mój syn jest gejem. Boję się, że mój syn jest gejem w Polsce.

To dla mnie trudne. Zwłaszcza dlatego że Marek nie czuje zagrożenia. Wychował się w domu, w którym każdy może być sobą, nawet jeśli jest totalnie odmienny. Czasami się boję, że on jest otwarty, bez większych zahamowań mówi i pokazuje, kim jest. Marek studiuje wymagający kierunek, boję się, że np. trafi na wykładowcę, który jest homofobem. Są tacy. Trudna dla rodzica jest świadomość, że za bycie gejem można zostać pobitym, zwyzywanym, oplutym.

Coming out mojego syna miał miejsce po liceum. W zasadzie ogłosił, że jest gejem, i stwierdził, że jest tego pewny. Nie miał, nie ma wątpliwości, kim jest, co czuje. Powiedziałam tylko OK i zapytałam, jak długo o tym wie. Odpowiedział, że od szkoły podstawowej, że już wtedy miał takie przeczucie. Przyjęłam informację, że, tak jest i tyle. Nie mam powodów do zastanawiania się dlaczego. Podejrzewam, że dla niego coming out mógł być trudnym momentem, na pewno słyszał o różnych reakcjach rodziców, choć wydaje mi się, że wiedział, iż nie będę mieć z jego homoseksualnością problemu. Mam wielu znajomych ze społeczności LGBT+. Dla mnie jako rodzica było to emocjonujące i poczułam się po prostu dobrze, że on nie robi uników, że chce mi powiedzieć.

Chodziłam na spotkania dla rodziców w Polisferze, jednak zdałam sobie sprawę, że nie potrzebuję wsparcia, że to spotkania dla rodziców, którzy przechodzą wewnętrzne przemiany, nie rozumieją, uczą się akceptować. Nie miałam takiego problemu – przyjęłam to od razu. Wyobrażam sobie, że homoseksualność dziecka może być ogromnym problemem, jeśli dla kogoś np. drogowskazem jest Kościół katolicki. Słyszałam opowieści o tym, że księża namawiają do wyrzucania z domu homoseksualnych dzieci.

Jesteśmy protestantami. Nie rozumiem polskiego katolicyzmu ani znajomych, którzy chodzą na marsze, aktywnie uczestniczą w manifestacjach i jednocześnie chodzą do Kościoła, który zwalcza wyznawane przez nich wartości. Wiara jest jednak osobista, trudno z nią dyskutować.

Bycie w mniejszości ustawia na całe życie. Musiałam tłumaczyć w szkole, dlaczego nie byłam u komunii. To jest moment, w którym uczysz się powiedzieć, że jesteś inna, ale nie musisz za to przepraszać. Inny nie znaczy gorszy. Dotyczy to mniejszości seksualnej, religijnej…

Jestem też samotną matką od bardzo dawna i o ile w Krakowie nie ma w tym nic nadzwyczajnego, o tyle kiedy pojadę do mojej rodziny na Śląsk Cieszyński, to już jestem jedyna. Tam wszyscy są rodzicami, parami, mężem, żoną. Duże miasto zapewnia anonimowość. Kraków ma społeczność otwartą, choć są miejsca, gdzie osoby LGBT+ nie są mile widziane, ale umówmy się, że można żyć w środowisku, które nie ma z tym problemu.

Relacja z moim synem jest dla mnie najważniejsza. Dużo rozmawiamy i wiem, że mój syn nie miał obaw przy coming oucie, iż go nie zaakceptuję. Marek lękał się, że będę się o niego bać. Mówi o tym wyraźnie i otwarcie. Staram się wciąż uczulać go na to, że ktoś może zareagować negatywnie. Oboje jednak nie rozumiemy, jak jeden człowiek może z nienawiścią traktować drugiego. Wiem, że to jest pokłosie życia w bańce, bo ta rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej, gdybyśmy spotkały się np. w Wieliczce czy Alwerni. Życie w dużym mieście dla osób, które nie są obecne w mainstreamie, jest prostsze.

Aleksandra, 51 lat, Lubliniec

– W drugiej klasie gimnazjum mój syn przyszedł do mnie i powiedział: „Podoba mi się mój kolega, zakochałem się w nim, jestem gejem”. W pierwszej chwili byłam zaskoczona, myślałam: co to za bzdury! Ale uświadomiłam sobie, że syn od mniej więcej 13. roku życia dopytywał się o swoją seksualność, ciało, dorastanie. Zapytałam go, dlaczego tak myśli. Odpowiedział, że czuje radość, miłość, zakochanie, kiedy widzi chłopaka, z którym przyjaźnił się od dziecka. W efekcie w domu został zaakceptowany przeze mnie, mąż musiał przejść pewien proces, natomiast kolega odrzucił syna. Starsze rodzeństwo Michała akceptuje go – siostrze (31 lat) przyszło to od razu łatwo, z kolei brat (25 lat) potrzebował czasu. Zaczęliśmy chodzić do psychologa szkolnego, który też jest seksuologiem, by pomóc mu w zdefiniowaniu siebie.

Zawsze miałam z Michałem bardzo dobry kontakt, mój mąż natomiast jest kategoryczny. Początkowo bardzo się niecierpliwił. Mnie jednak też kosztowało to bardzo dużo energii. Dziś oboje akceptujemy syna. Przechodziliśmy kilka etapów, byliśmy w fazie niedowierzania („coś ty wymyślił?!”, „głupoty opowiadasz, smarkaty jesteś”). Dotarło do mnie, że nie mogę tak mówić, bo on to wie, czuje. Mimo wszystko, mimo że jestem psycholożką (co prawda, pracuję w innej specjalności), cały czas nie dowierzałam. Racjonalizowałam to na zasadzie mechanizmu obronnego, ponieważ miałam wobec syna konkretne plany. Przeżywałam smutek, stratę. Bałam się, boję się nadal, że będzie mu ciężko w życiu, że będzie atakowany, a przez to nieszczęśliwy. Nie boję się o siebie, ale o to, że ktoś go zaatakuje ze względu na orientację seksualną. Już jeden atak miał miejsce w szkole. Michał nie lubi, by go szufladkować. Kupił sobie różową bluzę, poszedł w niej do szkoły. I od razu był atak. Jedna klasa krzyczała: „ty pedale”. Szkoła zachowała się bardzo ładnie, stanęła w obronie Michała. Zrobił też prezentację dotyczącą tolerancji i przeszedł z nią przez wszystkie klasy w szkole.

Ja i mąż jesteśmy wychowani w tradycyjnej wierze katolickiej, przystępowaliśmy do sakramentów. Jednak definiujemy chrześcijaństwo szerzej niż katolicyzm. Dla nas człowiek to nie katolik, lecz chrześcijanin w szerokim znaczeniu. Nie chodzi tu tylko o religię, można być uduchowionym ateistą. Kościół katolicki, zwłaszcza w Polsce, nie jest fajny, natomiast my nie mówimy Bogu „nie”.

Dzieci homoseksualne potrzebują wsparcia od dorosłych. Pojechaliśmy z Michałem do Tęczówki w Katowicach na promocję książki o LGBT+ napisaną przez młodych ludzi. Byłam tam jedynym rodzicem, przyszło dużo młodych osób, dziewczyn i chłopaków. W pewnym momencie podeszła do mnie dziewczyna i zapytała, czy może się do mnie przytulić. Powiedziałam, że tak. Chwilę później przyszła druga, piąta. Wszyscy się chcieli przytulać, bardzo potrzebowali bliskości. Niektórzy się popłakali, ja też. Pomyślałam wtedy, że może trzeba dla nich i dla rodziców zrobić grupę wsparcia. Z przekazów młodych ludzi wynikało, że bardzo chcieliby, żeby ich rodzice byli tacy jak ja. Poczuliby się bezpieczniej.

B

Termin „biseksualizm” definiowany jako zainteresowanie obiema płciami został wprowadzony do nauki w XIX w. (najprawdopodobniej w 1892 r.), wcześniej słowem tym posługiwano się, by opisać cechy pewnych gatunków roślin. Jako określenie orientacji seksualnej zaczęto go używać najprawdopodobniej w XX w., w czasach przeprowadzania badań nad ludzką seksualnością. Jeden z najważniejszych badaczy seksualności człowieka w XX w. Alfred Kinsey sprzeciwiał się podziałowi na dwie orientacje: homo- i heteroseksualną, plasując biseksualność między nimi. Bycie „między” symbolizuje także flaga dumy osób biseksualnych – dwa szerokie paski: różowy (homoseksualność) i granatowy (heteroseksualność), złączone w cieńszym, fioletowym.

W 2019 r. Misty Gedlinske rozpoczęła swoje wystąpienie The Invisible Letter „B”, które wygłosiła w ramach konferencji TED, tymi słowami: „Wyobraźcie sobie, że macie supermoc (…). Moją jest niewidzialność”. Jej supermoc to biseksualność. Niewidzialność to w gruncie rzeczy niewidoczność dla społeczności, która jest niezwykle złożona. Gedlinske odnosiła ją do braku reprezentacji osób biseksualnych w społeczeństwie (brak jasnych kodów kulturowych, ekspresji). Innymi słowy – kiedy np. kobieta biseksualna idzie za rękę z dziewczyną, uznaje się ją za lesbijkę, kiedy z mężczyzną – za osobę heteroseksualną.

Z jednej strony można powiedzieć, że osoby biseksualne mają większy wybór, ponieważ interesują się, czują pociąg seksualny, zakochują w osobach bez względu na płeć. Z drugiej – zajmowanie miejsca „pomiędzy” wiąże się z brakiem wyraźniej przynależności („Nie potrafisz się zdecydować!”). Z kolei bycie niewidzialną sprawia, że większość ludzi nie traktuje poważnie biseksualności, patrzy na nią przez pryzmat tego, co akuratnie pasuje do ich oczekiwań („Przejdzie jej, jeszcze wyjdzie za mąż”, „To chwilowa fanaberia”).

Warto zwrócić uwagę, że w raporcie przygotowanym przez Kampanię Przeciw Homofobii Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce. Raport za lata 2015–2016 to biseksualne kobiety stanowią drugą (po gejach) najliczniejszą grupę badanych. Jednak dotarcie do rodzica osoby biseksualnej, który chciałby podzielić się swoją opinią, okazało się prawie niemożliwe. Wiedziałam o biseksualności córki mojej kolejnej bohaterki, dlatego poprosiłam o rozmowę.

Beata, 40 lat, Wrocław

– Malwina była bardzo poruszona zeszłorocznym Marszem Równości w Białymstoku. Długo rozmawiałyśmy o tym, co się tam stało, w jakiej sytuacji znajdują się dziś młodzi ludzie, osoby heteroseksualne, nieheteronormatywne. Dla żadnej orientacji to nie jest dobry czas i miejsce, bo u podstaw seksualności człowieka zawsze powinien leżeć szacunek dla odmienności. Wtedy wyznała, że jest biseksualna.

Moja córka jest 16-latką i nie miała dotąd kontaktów seksualnych. Jej seksualność dopiero się klaruje. Choć w tej chwili określiła się jako osoba biseksualna, to odnoszę wrażenie, że dla niej to kategoria w pewnym sensie bezpieczna. Uważam, że to pozycja bardzo dobra dla jej wieku i zdrowia. Koleżanki Malwiny już teraz opowiadają o chłopakach, zwierzają się, a ona w tej chwili nie wie – nie jest w stanie stwierdzić, czy interesuje się wyłącznie chłopakami czy kobietami. Jednocześnie czuje, że powinna się określić. I ta kategoria, biseksualność, zapewnia jej spokój i bezpieczeństwo. Pozwala szukać odpowiedzi na pytanie, kim jest.

Rozmowa z Malwiną skłoniła mnie też do myślenia o swoim dojrzewaniu. Kiedy miałam 16 lat, wszyscy mówili: „Musisz znaleźć chłopaka, bo inaczej zostaniesz starą panną”. Czyli od razu zakładali, że muszę mieć narzeczonego, męża. Wiedziałam, że zainteresowanie dziewczynami oznacza bycie lesbijką, ale też nie potrafiłam się tak określić. Nie wiedziałam wtedy, że istnieje coś takiego jak biseksualność. Kiedy jesteś 16-letnią dziewczyną, mieszkasz w małej wsi, wszystkie koleżanki wokół mają chłopaków, to twój brak określenia, brak zainteresowania powoduje ogromny stres, którego wynikiem była w moim przypadku izolacja. Nie wiedziałam, nie znajdowałam wtedy dla siebie kategorii. Moja córka natomiast funkcjonuje w społeczeństwie, które o biseksualności (niewiele, ale) mówi. Nie wiem, czy ona na tym etapie ją właściwie rozumie, bo wyobrażam sobie, że dopiero po kontaktach seksualnych z mężczyznami i kobietami będzie mogła stwierdzić, czy jest w stanie funkcjonować w obydwu modelach. To sprawa konfrontacji z obiema płciami, w tej chwili chodzi raczej o poziom emocji i uczuć.

Mój mąż, jej tato, na razie o tym nie wie. Ale nie sądzę, żeby miał z tym kłopot. Problem natomiast mogłaby mieć dalsza część rodziny, która mieszka na wsi i bardzo wierzy temu, co mówi ksiądz na kazaniu. Już zaczynają się pytania, czy Malwina ma chłopaka. Irytują one zarówno mnie, jak i córkę. Może dlatego, że pojawiają się w kontekście wyznaczania wartości kobiety przez mężczyznę (czyli jedynym celem życiowym kobiety powinno być znalezienie męża). Malwina czasem się śmieje: „Ciekawe, czemu nie pytają, czy mam dziewczynę”. Dla mnie nie ma tu nic śmiesznego. Bo wiem, że jeśli Malwina będzie pewna i powie swoim dziadkom i dalszej części rodziny, że jest biseksualna, to oni stwierdzą, że to wina matki, rodzaj upośledzenia i złego wychowania, odstępstwo od normy, która nie wiedzieć czemu jest taka, a nie inna.

Dziś brakuje szacunku dla odmienności. A nie o to w rodzicielstwie chodzi. Nie filtruję mojego dziecka przez orientację seksualną. Uszanuję każdy wybór mojej córki, bo chcę być przy niej.

T

Danuta, 50 lat, Warszawa

– Jestem matką osoby transpłciowej. To zdanie jest dla mnie teraz oczywiste, ale jeszcze trzy lata temu nie zrozumiałabym, o czym jest w nim mowa. Urodziłam syna – Pawła, niedługo potem córkę – Joannę, żadne z nich swoim wyglądem i zachowaniem nie różniło się od innych dzieci. Syn, kiedy dorastał, fascynował się grami militarnymi, miał grono kolegów, dziewczęce sympatie. Może nie było tych związków z dziewczynami zbyt wiele, ale to mnie nieszczególnie martwiło. Czasem zastanawiałam się, czy nie jest osobą homoseksualną – wkraczał w dorosłość, a jego delikatna chłopięca uroda nie przemijała. Ale to też nie stanowiłoby dla mnie problemu.

Jeśli coś mnie naprawdę niepokoiło, to fakt, że w czasie dorastania, w liceum, Paweł stał się osobą zamkniętą, zawęził krąg znajomych, stracił energię życiową. Podejrzewałam, że cierpi na depresję, dlatego namawiałam go na rozpoczęcie terapii, prowadziliśmy długie rozmowy, które jednak nie pozwoliły mi dotrzeć do przyczyny tego stanu rzeczy. Mówił, że nie potrafi sam nazwać tego, co się z nim dzieje, ale nie jest to depresja i nie potrzebuje pomocy. W trakcie studiów ten stan się pogłębił, rósł między nami dystans. W pewnym momencie dostałam sygnał od dziewczyny mojego syna, że jest problem, o którym chciałaby mi powiedzieć, ale nie ma na to odwagi. Tego wieczora doświadczyłam wielkiego lęku – próbowałam odgadnąć: czy mój syn jest ciężko chory? uzależniony? czy ktoś ma wobec niego złe zamiary?

Rozmowa odbyła się następnego dnia i niemal w pierwszej jej minucie usłyszałam, że moje dziecko określa się jako osoba transpłciowa, że czuje się kobietą. Poczułam ogromną ulgę, odetchnęłam ze słowami „Super, bardzo się cieszę, że to tylko to!” – powtarzałam. Nie wiedziałam, co to jest „tylko to”. Moja radość była trochę przedwczesna i wydaje mi się, że mogła nawet dotknąć moje dziecko. Teraz wiem, że przeżywało ono wtedy wielkie cierpienie, bo od kilku lat jego męskie ciało zaprzeczało wewnętrznemu poczuciu kobiecej tożsamości. Kiedy zapytałam, co mogę w tej sytuacji zrobić, usłyszałam najpierw prośbę o używanie żeńskiej formy imienia – Paula – i żeńskich zaimków. Prośbę spełniłam natychmiast i spędziłyśmy ten wieczór, Paula i ja, w radosnym nastroju.

Dobry nastrój ustąpił po zakończeniu spotkania. Nastąpiły dla mnie ciemne dni, kiedy przeżywałam głęboki niepokój. Nie wiedząc dokładnie, czym jest transpłciowość, szukałam informacji. Znalazłam ich mnóstwo – od medycznych do prawnych, ale ta wiedza nie uspokajała Niepokój rósł. Piętrzyły się przede mną samooskarżenia, złość na niesprawiedliwy los, współczucie dla mojego dziecka, lęk o jego przyszłość. Za jego radą skontaktowałam się wtedy z warszawską Fundacją Trans-Fuzja, ogólnopolską organizacją pozarządową działającą na rzecz osób transpłciowych. Konsultacje, których mi wtedy udzieliła prezeska fundacji Edyta Baker, były niezwykle pomocne. Przyłączyłam się do grupy wsparcia przy Trans-Fuzji, która oferowała rodzicom i bliskim pomoc. Po roku spotkań z osobami w podobnej jak ja sytuacji poczułam się dużo lepiej.

Nie tylko pogodziłam się z faktem, że moje dziecko jest kimś innym, niż mi się wcześniej wydawało, ale spojrzałam inaczej na siebie jako rodzica, a nawet jako człowieka.

Ten proces stawiania pytań i szukania odpowiedzi wciąż we mnie trwa.

Trwają też nawyki – w mojej świadomości jestem matką dwóch córek, ale w spontanicznych opowieściach o moich dzieciach, zwłaszcza wobec osób nieznających naszej sytuacji, wciąż zdarza się, że „córką” nazywam tylko jedno z moich dzieci. Kiedy trafiam na dawne imię mojego dziecka, wyzwala ono we mnie gotowy zestaw obrazów i uczuć. Zdarzają się też ciągle sny, w których Paula pojawia się jako chłopiec. Czy to tęsknota za moim synem? Nie sądzę. Raczej pamięć o pewnej ważnej części życia mojego i moich dzieci, pamięć, którą chcę zachować pomimo zachodzących zmian.

Co było w tych zmianach najtrudniejsze? Na początku dużo wysiłku wymagało ode mnie używanie nowego imienia, żeńskich form językowych, ale teraz uważam to za drobiazg. Znacznie trudniejsze było „przerabianie” naszej relacji. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że płeć ma tu znaczenie. Teraz mam świadomość różnicy, jaka była w moich relacjach ze starszym dzieckiem jako synem i teraz – jako córką. Mam wrażenie, że Paweł był mi bliższy intelektualnie, ale emocjonalnie pozostawaliśmy w dystansie. Do Pauli bardziej się zbliżyłam, jestem bardziej uważna i wrażliwa. Zdarza się jednak, że w pewnych sytuacjach, przy pewnych tematach wchodzę w „stary rejestr” i… łapię się na użyciu męskiej końcówki. Na początku martwiłam się tymi sytuacjami, teraz mam wrażenie, że Paweł i Paula to pewna całość. Paula to obecna tożsamość mojego dziecka, Paweł to jego tożsamość z przeszłości, która jednak w pewien sposób istnieje, tak jak istnieje i wciąż na nas oddziałuje nasze dzieciństwo i młodość.

Pojawiła się też we mnie pewna ostrożność wobec niektórych tematów. Na przykład wobec przyszłości. Niewiele wiem o tym, jak Paula wyobraża sobie swoje życie, gdzie widzi swoje miejsce, o czym marzy. Nie wiem nawet, w jakim kierunku potoczy się jej tranzycja – w tym momencie jest na drodze do rozpoczęcia terapii hormonalnej, na pewno odbędzie się też zmiana danych metrykalnych, ale czy rozważa operacje chirurgiczne? Napotykam tu barierę, której nie chcę forsować, jeśli więc mowa o przyszłości, to o tej najbliższej.

Nie jest też łatwo obserwować trud, z jakim Paula stawia kroki ku kobiecości. Najważniejszy był chyba ten pierwszy, wewnętrzny krok, wtedy wiele zmieniło się w jej zachowaniu, sposobie mówienia. Ale Paula jest w realizacji tych potrzeb bardzo ostrożna i zachowawcza. Ponieważ nie zaczęła jeszcze terapii hormonalnej, to, poza długimi włosami, niewiele zmieniła w wyglądzie zewnętrznym – nosi ubrania neutralne płciowo, nie używa makijażu i nie nosi biżuterii. Ostatnio pojawił się temat kolczyków – to kolejny krok. Każdy z nich doceniam i wspieram.

Trudności nadchodzą również z naszego bliższego i dalszego otoczenia. Kiedy nastąpił coming out mojego dziecka, w przestrzeni publicznej nie było jeszcze tak dużo złej woli w przedstawianiu osób LGBT+ jak obecnie. Echa tych obrazów pojawiają się w relacjach między sąsiadami, krewnymi, potrafią zmrozić relacje między najbliższymi członkami rodziny. Znam ten chłód, bo usłyszałam z ust mojej siostry, że nie akceptuje „wyboru” dokonanego przez moje dziecko i odmawia stosowania żeńskiego imienia. Taki przekaz, jaki obecnie w Polsce dominuje, uważam, jak wiele innych osób, za instrument partyjnej gry politycznej, ale również za akt wyboru dotyczący sfery wartości. Za tym etycznym wymiarem stoi niewątpliwie Kościół katolicki. Jestem osobą, która identyfikuje się z chrześcijaństwem, a do tej pory czułam się związana z katolicyzmem. Teraz przeżywam duży kryzys mojej relacji z Kościołem. Wycofałam się, pozostaję w dystansie, który w pewnym stopniu chroni mnie przed odczuwaniem bólu i gniewu. Nie chcę być częścią wspólnoty tych, którzy z imieniem Jezusa na ustach przekreślają życie mojego dziecka. Ale czekam na impuls, który pozwoli mi powrócić.

+

Amerykańska feministka, profesorka, Bell Hooks w książce All About Love: New Visions pisała: „Słowo miłość najczęściej definiowane jest jako rzeczownik, bardziej wnikliwi teoretycy uznają jednak, że kochalibyśmy lepiej, gdybyśmy używali go jak czasownika”. Historie moich bohaterek i bohaterów są niezwykle odważnym dowodem na słuszność tych słów – miłość (także rodzicielska) to proces. Miłość nie zna skrótów.

Pragnę serdecznie podziękować Markowi Błaszczykowi ze Stowarzyszenia matek, ojców i sojuszników osób LGBTQIA – My, rodzice

 Ze względów bezpieczeństwa na prośbę bohaterek i bohaterów tekstu niektóre dane zostały zmienione

Kup numer