fot. Bartosz Krupa/East News
Urszula Pieczek luty 2021

Substytuty obecności

Lekcja z pandemii jest prosta: uczestnictwo w kulturze wymaga bezpośredniej obecności. Sprowadzenie kultury wyłącznie do przyjmowania komunikatów płynących z ekranu domowego komputera nie zastąpi niepowtarzalnego doświadczenia, które jest jej podstawą.

Artykuł z numeru

Zniszczyć patriarchat w sobie

Niniejszy tekst piszę pod koniec 2020 r. Co znaczy, że przez ostatnich dziewięć miesięcy funkcjonujemy w mniejszej lub większej izolacji. Nie wiem, jak wiele zmieni się do momentu, kiedy Państwo po niego sięgną – dziś, po krótkiej „odwilży” (zniesieniu restrykcji pierwszego lockdownu), galerie sztuki, muzea, teatry, kina, domy i centra kultury są znów zamknięte. A przecież nie tylko one. W czasie pandemii praktycznie każda dziedzina życia została przeniesiona do internetu – pracujemy zdalnie, tak samo uczymy się / nauczamy, opinii lekarza zasięgamy przez sieć (lub telefonicznie), aktualności śledzimy w serwisach internetowych (a trzeba przyznać, że w 2020 r. było kilka zwrotów akcji, poza tym funkcjonowanie w zmiennych dwutygodniowych interwałach czasowych obostrzeń sprawiło, że nie można było zapomnieć o sprawdzeniu wiadomości), podróżujemy najczęściej palcem po mapie, tj. Google Earth, z przyjaciółmi i rodziną świętujemy na Skypie. Słowem – internet stał się światem. Światem, mimo wszystko, niepełnym.

Choć trudno prorokować, które obszary życia zmienią się na dobre, to na horyzoncie rysują się pewne scenariusze. Powołany przez Natalię Hatalską Infuture Institute, definiujący najważniejsze trendy, już pod koniec marca opublikował raport Renewed Reality, z którego wynika, że praca zdalna, zakupy internetowe i medyczne e-porady zostaną z nami na dłużej. Dokument zawiera także listę największych tęsknot Polaków i Polek – w tej części jedna czwarta respondentów i respondentek wyrażała chęć pójścia do kina, teatru lub na koncert po zniesieniu restrykcji. Można powiedzieć, że to spora część społeczeństwa, ale należy pamiętać, że chodzi o ogół produkcji, także rozrywkowych. A jak to się ma do sektora kultury finansowanej głównie z budżetu państwa? Co z kulturą tzw. artystyczną, nie masową? Jakie praktyki powrócą, a co odejdzie razem z wirusem? Jak pandemia wpłynęła na przestrzeń kultury? Co w niej zmieniła? Na te pytania można odpowiedzieć bardzo krótko – wszystko i nic.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

System do wymiany

Wszystko, bo instytucje kultury zostały zamknięte i zmuszone do przeniesienia swoich zasobów do sieci. Nic, bo kultura to nadal margines marginesów.

Według ogłoszonej w czerwcu 2020 r. Analizy wykonania budżetu państwa i polityki pieniężnej w 2019 roku zatwierdzonej przez Najwyższą Izbę Kontroli budżet przeznaczony na kulturę w 2019 r. stanowił 0,7% łącznych wydatków publicznych państwa. Co plasuje część „Kultura i ochrona dziedzictwa narodowego” na ostatnim miejscu w tabeli z kwotą 3,1 mld zł. To jeden z najgorzej dofinansowanych sektorów gospodarki przed pandemią i w jej trakcie, a nie widać na horyzoncie, by w tej kwestii miała zajść jakakolwiek zmiana, biorąc pod uwagę wysokość planowanego deficytu budżetu państwa.

Kryzys epidemiologiczny tylko wyostrzył bolączki świata kultury, która – umówmy się – nie jest niezbędna, co nie zmienia faktu, że pozostaje potrzebna. Dlaczego? Ponieważ kultura uwrażliwia.

Do największych problemów sektora kultury należy brak płynności w finansowaniu, która mogłaby zapewnić możliwość budowania długofalowych strategii działalności instytucji, proponować nowe rozwiązania, na bieżąco reagować na wyzwania. Kultura jest częścią planu politycznego, którym rządzą taktycy, nie stratedzy (o tym rozróżnieniu w polityce pisze prof. Adam D. Rotfeld). I strateżki – tu feminatyw jest jak najbardziej potrzebny, biorąc pod uwagę, że w tym niedofinansowanym sektorze pracują w większości kobiety (według danych Eurostatu z 2015 r. to 55%), choć stanowiska kierownicze i dyrektorskie zarezerwowane są głównie dla mężczyzn. W obecnym modelu wszystko uzależnione jest z jednej strony od skromnych dotacji celowych (wyłączam z tego zbioru instytucje z przymiotnikiem „narodowy”, choć tu także lista problemów się nie kończy), które najczęściej pozwalają zabezpieczyć podstawowe utrzymanie budynku, pracowników, kolekcji, a z drugiej – od konkursów: na wystawę, na prowadzenie czasopisma, na promocję czytelnictwa, na festiwal, na koncert, na spektakl. Konkursy nie mają klarownych zasad, rozstrzygnięcia są najczęściej zaskakujące (by nie powiedzieć: kontrowersyjne), najwięcej zależy od widzimisię komisji. Raz się uda, raz nie. Każdego roku oburzenie wywołują decyzje w sprawie np. dofinansowania czasopism. Na nic się zdały obrady takich inicjatyw jak zawiązana w 2014 r. Koalicja Czasopism. Rozstrzygnięcia programów ogłaszane są późno, pieniądze na konto przychodzą po złożeniu wielu aktualizacji, kwoty z roku na rok są diametralnie różne, a to uniemożliwia pracę, burzy harmonogram albo sprawia, że październik zazwyczaj jest miesiącem, w którym codziennie „coś się dzieje” w pięciu miejscach naraz (piszę z perspektywy Krakowa). Brak płynności finansowej sprawia, że pracownicy i pracowniczki kultury, którym ta praca nadaje po prostu sens życia, stanowią grupę prekariuszy i prekariuszek. Dochodzi tu do rotacji i częstych zmian kadrowych, ponieważ poziom stresu i presji jest wysoki, z roku na rok coraz bardziej przewyższając satysfakcję z wykonywanej pracy. A rozliczanie wniosków, proszę mi wierzyć, udowadnianie, że zrobiło się wszystko, co należy (a nawet więcej), jest po prostu psychicznie obciążające. Innymi słowy – system skonstruowany jest tak, by kulturze bardziej przeszkadzać, niż pomagać. Strategia dla kultury w Polsce nie istnieje, a nawet jeśli, to tylko na papierze, bo nijak się ma do rzeczywistości. W tym roku funkcjonowaliśmy w interwałach tygodniowych decyzji politycznych (czasem ten czas był o wiele krótszy) – to też się odbiło na sektorze kultury. Zaplanowane na drugą połowę października premiery, wernisaże, spektakle, seanse, festiwale nawet z maksymalnie ograniczoną liczbą uczestników musiały zostać odwołane lub przenieść się do sieci. Chcę upatrywać w tym mimo wszystko pewnych rozwiązań na przyszłość, ponieważ zorganizowanie np. festiwalu filmowego zarówno „na miejscu”, jak i w czasie rzeczywistym w sieci może przynieść dobry rezultat (rozszczelnienie i rozszerzenie widowni).

„W czasie zarazy”

Co w tym obszarze zmieniła pandemia? Z grzeczności nie będę szeroko komentować decyzji Funduszu Wsparcia Kultury. Nie widzę sensu, by o tym pisać w sytuacji, gdy najbardziej popularni celebryci z branży rozrywkowej konkurują z niszowymi artystami i otrzymują kwoty, o których ci drudzy nawet nie pomyśleli, że mogą być w ich zasięgu. A wyjaśnienia Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego po skandalu dotyczącym przeznaczania środków na gażę gwiazdy disco polo są co najwyżej przejawem politycznej ignorancji. Daleka jestem jednak od wylewania dziecka z kąpielą, ponieważ część znanych artystek i artystów, których zalała fala hejtu przeznaczali kwotę dofinansowania na utrzymanie oświetleniowców, dźwiękowców, montażystów, których praca nie jest widoczna na pierwszy rzut oka (w tym kontekście np. wypowiadał się raper Miuosh). Jednak co innego może być tu interesujące. Na przykład rozstrzygnięcia takich programów jak „Kultura w sieci” (tu wnioskowano o łączną kwotę 471 mln zł, w maju 2020 r. przyznano 60 mln zł) pokazują, jakie pomysły miały i mają instytucje kultury na funkcjonowanie zdalne.

I cóż. Działania sektora kultury zostały niemal 1:1 przeniesione do sieci. Zaplanowane cykle spotkań, koncerty, projekcje odbywały się online. Co, jak się szybko okazało, doprowadziło do nadprodukcji obrazów, streamingów bez końca, powstania kolejnych podcastów na ten sam temat. A te w konsekwencji mają po kilkanaście wyświetleń czy odsłuchań. Czyli nie wzięto pod uwagę możliwości internetu jako medium do wykreowania nowej jakości, lecz jedynie próbowano w nim odtworzyć wydarzenia z rzeczywistości niewirtualnej.

Do tej pory np. nie rozumiem powodów organizowania gali Nagrody Conrada czy Angelusa – anturaż został zachowany, dekoracje się nie zmieniły, jak gdyby nigdy nic, a wynajęte na tę okazję sale widowiskowe świeciły pustkami (tak, wiem, by zachować dystans społeczny, ale czy poniesione koszty naprawdę nie mogłyby zostać lepiej wykorzystane – na stypendium czy zapomogę?). Tu wyróżnia się decyzja kapituły np. Nagrody Wisławy Szymborskiej, by tegoroczną kwotę przeznaczyć na stypendia dla twórców i twórczyń, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji.

Książka, przynajmniej w założeniu, broni się brakiem zapośredniczenia – czytamy tak, jak czytaliśmy przed pandemią. Co się jednak stało ze wszystkim wokół lektury? W chwili gdy książka ma premierę, prócz przeczytania recenzji lub wywiadu z twórcą możemy uczestniczyć w serii spotkań z autorem / autorką, tak jakby trasa promocyjna po kolejnych miastach w Polsce mogła znaleźć odbicie w tour de Internet. W konsekwencji możemy uczestniczyć w kilku spotkaniach z tą samą osobą w Warszawie, Krakowie, Katowicach, a tak na dobrą sprawę w Internecie. Powstało mnóstwo filmów ze spotkań czy czytań. Ale niestety rzadko się zdarza, żeby któryś z nich został np. przetłumaczony na polski język migowy. A przecież tyle się mówiło o programie Kultura Dostępna.

Owszem, doskonale rozumiem, że część pisarek, muzyków, artystek, które i którzy nie przestali przez pandemię tworzyć, straciła źródło utrzymania (tu mam na myśli z jednej strony przedstawicieli i przedstawicielki branży muzycznej, którzy nie mogli koncertować, a z drugiej – np. spotkania autorskie pisarzy i pisarek stanowiące pokaźną część budżetu domowego po wydaniu książki). To jednak pokłosie funkcjonowania w systemie, który nie dostrzega wartości w pracy artystek czy pisarzy, nie potrafi zapewnić im odpowiedniego wsparcia finansowego i pielęgnuje mit, według którego artysta musi być biedny i żyć na czyimś garnuszku. W tym kontekście mocno trzymam kciuki za takie inicjatywy jak Unia Literacka, które w założeniu dążyć mają do wypracowania systemowej opieki i pomocy dla pisarek i pisarzy.

Nadawanie bez odbioru

Dziś jednak znajdujemy się w sytuacji, w której komunikaty są wysyłane, a nie ma ich kto odbierać. Nawet jeśli kliktywistycznie angażujemy się, komentując czy lajkując, to w gruncie rzeczy wszyscy mamy powyżej uszu ograniczeń dwuwymiarowego świata. (À propos komentarzy i lajków – to właśnie media społecznościowe, przede wszystkim Facebook, stały się platformą tzw. wymiany kulturalnej. I tak Facebook, owszem, uchodzi za najbardziej powszechne, łatwo dostępne medium, ale ostatecznie, czy sprzyja on wytwarzaniu jakości i wiedzy? Algorytmy są bezwzględne i w gruncie rzeczy pogłębiają życie w bańkach. A największym złudzeniem, któremu ulegamy, jest bezpłatność tego medium – Facebook dziś pozostaje po prostu słupem ogłoszeniowo-reklamowym. Pojawia się pytanie, czy to rzeczywiście medium odpowiednie dla kultury. Czy Facebook powinien być najważniejszym polem wytwarzania kultury?) Inna strategia polega na całkowitym wycofaniu. Wiele osób z tzw. branży przyznawało mi się z pewną dozą zażenowania do tego, że nie śledzą, nie oglądają, nie uczestniczą. Uważam, że to nie jest powód do wstydu.

Już wiemy, że czas izolacji wcale nie służy opanowaniu języka obcego, przeczytaniu całej Komedii ludzkiej Balzaca, przejrzeniu archiwum Polony ani nawet wzbogaceniu CV bezpłatnymi kursami programowania. Nie zyskaliśmy / zyskałyśmy przez pandemię czasu na nadrobienie zaległości, musieliśmy / musiałyśmy go wykorzystać na przystosowanie się do nowej hybrydowej rzeczywistości. I nadal musimy.

W dobie koronawirusa kierujemy się głównie kryterium czasu. W tym kontekście uczestnictwo w kulturze zaczyna uchodzić za przywilej lub fanaberię. Po pierwsze – kto ma siłę, by spędzić w Internecie kolejną godzinę? A nawet jeśli uda nam się ten czas wygospodarować, to czy na pewno chcę go poświęcić na wirtualny spacer po lokalnej wystawie? A w zasadzie dlaczego w tym czasie nie odwiedzić ekspozycji w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku? A po drugie – czy kultura przeniesiona do sieci ma szansę wytwarzać nową jakość, być twórcza, a nie odtwórcza? Czy może zapewnić „to coś” – niepowtarzalne, angażujące doświadczenie? Niestety, nie wynaleziono substytutu obecności. A to o nią chodzi – o obecność. Przecież niewirtualna obecność, bliskość, współuczestnictwo to w dobie pandemii największe zagrożenie.

Bolesna prawda jest taka, że instytucje kultury to miejsca, które w większości nie są przyjazne gościom. Najczęściej uchodzą za zamknięte twierdze, kojarzone z pojedynczym przedsięwzięciem, nie zapraszają społeczności lokalnej. Stąd też kryzys w instytucjach, którym przed pandemią goście przeszkadzali. Także po zniesieniu obostrzeń borykać się będą wciąż z problemami frekwencyjnymi, bo obecność w mediach społecznościowych to po prostu za mało. Inna sprawa jest taka, że część instytucji kultury już przed pandemią miała przygotowane materiały do udostępniania w Internecie – zdigitalizowane zbiory, kolekcje, opracowane lekcje muzealne, dźwiękowe ścieżki zwiedzania. Co z tego? Karol Sienkiewicz w tekście Towary zastępcze, który został opublikowany na łamach „Dwutygodnika”, pisze, że w czasie zarazy najlepiej sprawdza się „video art”, bo podstawowym medium sztuki pozostaje wystawa. Muzyki doświadcza się zupełnie inaczej na koncercie niż przez nawet najlepszy sprzęt w domu (i nie, nie chodzi tu o dyskusję, czy e-book zastąpi książkę papierową), a uczestnictwo w spotkaniu autorskim ma się nijak do obejrzenia streamingu, które przypomina pracowniczą konferencję na Zoomie.

Artyści i artystki znajdowali / znajdowały w czasie pandemii różne sposoby na spotkania z odbiorcami i odbiorczyniami. Jednym z przykładów, który na koronawirusowej mapie sztuki wydaje mi się szczególnie ciekawy, jest krakowska oddolna inicjatywa „Pieszymaj”. Bezpośrednią inspiracją do stworzenia projektu były berlińskie balkony. Na początku pandemii artyści i artystki zaproszeni / zaproszone przez Joannę Warszę i Övül Ö. Durmusoglu zamienili okna i balkony w miejsca ekspozycji swoich obrazów i instalacji. Z kolei na początku kwietnia artysta Paweł Żukowski wywiesił na swoim warszawskim balkonie karton z napisem „Damy radę”, a część mieszkańców poszła za jego przykładem. Organizatorka i organizator akcji „Pieszymaj” Izabela Zawadzka i Kamil Kuitkowski mówią: „Pomyśleliśmy, że sprawdzimy, jak podobna akcja zadziała w Krakowie, zwłaszcza że weekend majowy wydał nam się interesującym kontekstem, bo to i czas relaksu, imprez, pikników, wyjazdów – czegoś, czego w tym roku nie było. Historycznie to też moment pochodów, kiedy to miasto było dekorowane w polityczno-afirmatywne hasła. A jednocześnie to Święto Pracy (doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, jaka jest sytuacja artystów i w ogóle rynku pracy) i święto Konstytucji 3 maja. Zależało nam, by dać krakowianom i krakowiankom namiastkę doświadczenia kultury, które zostało zabrane przez kwarantannę. Kiedy sztuka jest dostępna jedynie przez zapośredniczenie ekranu, chcieliśmy umożliwić zobaczenie działań artystów tu i teraz. Jednocześnie zależało nam, by pokazać, że artystki i artyści cały czas tworzą. Zamknięci w domach czy pracowniach, reagują na sytuację, przygotowując kolejne prace. Zwłaszcza że w tak burzliwym politycznie i społecznie czasie głos artystów zawsze jest, choćby tylko symbolicznie, bardzo istotny. Choćby dawał jedynie chwilowe oderwanie od rzeczywistości”.

Do projektu zostało zaproszonych kilkanaście artystek i artystów, którzy i które z entuzjazmem włączyli się we wspólną akcję. Organizatorzy przygotowali mapę miejsc, w których można było zobaczyć prace – w różnych zakątkach miasta. Wśród artystek i artystów znalazła się Małgorzata Markiewicz, która ze swojego balkonu zrzuciła plecioną podczas rezydencji artystycznej w Helsinkach Linę, Bogdan Achimescu w oknie pracowni wyświetlił instalację wideo, a Pamela Brożek zaprosiła do nietypowej gry w klasy na placu przed Składem Solnym na Podgórzu. Prócz prezentacji wizualnych można było wziąć udział w spacerze dźwiękowym po parku Krakowskim przygotowanym do odsłuchania przez Wojciecha Kiwera. Wszystko zostało pomyślane w ten sposób, by uczestnicy partycypowali w doświadczeniu przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa.

To kolejny trop – w pandemii zaczęliśmy dostrzegać i wykorzystywać potencjał okolicy czy miasta, w których musieliśmy ze względów bezpieczeństwa pozostać. Do tej pory strategie miast były oparte przede wszystkim na organizacji festiwali. To one gromadziły największą publiczność. Brakowało projektów angażujących lokalnie. Można zaobserwować zmianę, jednak to proces powolny. Chcę dodać na marginesie przy okazji kartonów – to one za sprawą Strajku Kobiet staną się twórczym symbolem 2020 r., a same strajki jako pewien przejaw tzw. kultury spektaklu wyzwoliły potencjał kultury zaangażowanej i w każdym możliwym sensie krytycznym. Transparenty na kartonach już zostały przechwycone przez takie instytucje jak Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie i składają się na oddolną galerię sztuki. Podobnie zdjęcia z protestów (np. autorstwa Rafała Milacha) reprezentują rok 2020.

Punkty styku

W czasie wszechobecnego kryzysu i zapaści gospodarczej można odnieść wrażenie, że każda branża jest zagrożona. I owszem, jest, ale z pewną dozą optymizmu przeczytałam wypowiedź Moniki Sznajderman, założycielki Wydawnictwa Czarne, której udzieliła Aleksandrowi Kaczorowskiemu na łamach „Nowej Europy Wschodniej”: „COVID-19 wpłynął na nasze wydawnictwo pozytywnie. Przykro się tym cieszyć w kontekście pandemii, ale od początku lockdownu książki sprzedawały się jak szalone. Jesteśmy niedużym i elastycznym wydawnictwem i bardzo szybko przestawiliśmy się na promowanie i sprzedaż książek w sieci. Nisza, do której kierujemy nasze publikacje, składa się głównie z ludzi, którzy pracują zdalnie i dużo czytają, a pandemia wyzwoliła w nich jeszcze większe siły czytelnicze. To było widać w słupkach sprzedaży, jak to się ładnie mówi”

Po krótkim researchu mam podstawy przypuszczać, że Czarne nie jest wyjątkiem. Dokładniej pokażą to liczby w raportach o stanie czytelnictwa i rynku wydawniczego, ale dziś można powiedzieć, że wydawnictwa zanotowały wzrost w sprzedaży bezpośredniej (każde wydawnictwo ma swój sklep online). Nie przestaliśmy / nie przestałyśmy kupować książek, zmieniliśmy / zmieniłyśmy miejsce zakupu. To jest niewątpliwie wiadomość, która może cieszyć, ale ma też swoją ciemną stronę, a mianowicie: co się w takim razie stanie z księgarniami? Mam tu na uwadze księgarnie kameralne, specjalistyczne (np. księgarnie podróżnicze).

We Francji pod koniec marca w czasie pierwszego lockdownu odbyła się dyskusja na temat statusu i znaczenia księgarni – czy te aby nie powinny się znaleźć na liście miejsc zapewniających produkty „niezbędne do życia”. Zdano sobie wówczas sprawę, że zamawianie książek przez internet szybko doprowadzi księgarnie niezależne do bankructwa. Ówczesny minister finansów Bruno Le Maire był przychylny dodaniu lokalnych księgarni do miejsc niezbędnych, które mogą pozostać otwarte, swoje obawy wyraził jednak Związek Księgarski, który zwracał uwagę na narażenie życia i zdrowia pracowników i pracowniczek (pensja księgarzy we Francji oscyluje wokół kwoty minimalnej). W czasie drugiego lockdownu księgarnie pozostały tam zamknięte, sieci sklepów i marketów zostały poproszone o zamknięcie działów czy stoisk z książkami w geście solidarności z księgarniami. W Polsce znajdują się one na szarym końcu zainteresowania, a praca księgarki (bo częściej jest to kobieta) na pewno nie jest uważana za „niezbędną do życia”. Mimo to determinacja i upór w prowadzeniu działalności księgarskiej pozostają wysokie.

Milena Gumienny, dyrektorka De Revolutionibus w Krakowie, tak opisuje sytuację prowadzonej księgarnio-kawiarni: „Księgarnia De Revolutionibus do tej pory opierała się przede wszystkim na działalności lokalnej. Jesteśmy odbierani jako miejsce, które daje możliwość uczestniczenia w wydarzeniach kulturalnych, słynęliśmy z wykładów o charakterze naukowym, a także z licznych spotkań z pisarzami. Pandemia z oczywistych względów wykluczyła możliwość kontaktu bezpośredniego autorów z czytelnikami. Bardzo szybko okazało się, że konieczne jest podjęcie aktywności w przestrzeni internetowej, i chociaż social media były nam znane, to dopiero od kwietnia wykorzystujemy ich maksymalny potencjał. Otworzyliśmy się na sprzedaż internetową, prowadzimy sklep internetowy, zadbaliśmy o transmitowanie wszystkich wydarzeń na kanałach Facebook oraz YouTube, poznając i testując przy tym wszystkie dostępne narzędzia do streamingu. Bardzo zależy nam na spersonalizowanym kontakcie z klientem, do każdego zakupu dodajemy informację z pozdrowieniami, podziękowaniem za zakupy. Zresztą otrzymujemy także sporo wiadomości, w których klienci przesyłają słowa otuchy, często dodając komentarze do zamówień lub w treści przelewów bankowych. Te wzajemne wirtualne uściski są często naszym ładunkiem energetycznym na cały dzień. Księgarnia jest nieprzerwanie czynna stacjonarnie i chociaż liczba klientów spadła o 60%, to stali bywalcy nas nie opuścili. Często rozmawiamy, dzielimy się pozytywnym myśleniem, ale przede wszystkim rozmawiamy o książkach, nieustannie polecamy dobrą literaturę. To są elementy niezmienne. Podobnie wygląda to w kontakcie wirtualnym poprzez e-maile, telefony czy też wiadomości w social mediach. Zauważyliśmy także, że zwiększyła się świadomość społeczna na temat lokalnych biznesów”.

Pewną, grubymi nićmi szytą, analogią do funkcjonowania wydawnictw i księgarni kameralnych może być branża filmowa – oglądamy filmy, o czym świadczą chociażby wzrosty na Netfliksie, ale zamknięcie kin studyjnych stawia pod znakiem zapytania ich dalsze losy. Tak sytuację kin „w czasie zarazy” komentuje Marynia Gierat, szefowa kina Pod Baranami: „Pozostawienie kin przez tak długi czas bez wsparcia może sprawić, że wiele obiektów (szczególnie małych, prywatnych kin) tego nie przetrwa. Można też niepokoić się o zmiany w sposobie dystrybucji filmów (brak pierwszeństwa emisji filmu w kinach) i o zmiany przyzwyczajeń widzów. I choć kino Pod Baranami, ratując się, uruchomiło w lockdownie platformę internetową (jako przedłużenie stacjonarnej działalności), musimy postarać się o to, aby widzowie wciąż zechcieli wychodzić z domu i odwiedzać sale kinowe, bo rzeczywisty kontakt z filmem powinien mieć miejsce w kinie”.

*

Kultura w Polsce boryka się przede wszystkim z problemami systemowymi. Czas epidemii koronawirusa tylko wyostrzył niewydolność systemu, w którym ten sektor się znajduje. Jeszcze chwilę poczekamy na odpowiedź, jak będzie wyglądał świat „po”. Jedno jest pewne: dziś jak powietrza (albo szczepionki) potrzebujemy kultury opartej na niewirtualnym spotkaniu. Z jednej strony powrotu do obecności, z drugiej – znajdowania nowych sposobów na to, by mogła w pełni istnieć poza siecią.

Za depesze o stanie francuskich księgarni dziękuję Michałowi Grabowskiemu, pracownikowi Instytutu Polskiego i Małgorzacie Królińskiej z księgarni polskiej w Paryżu

Kup numer