z Lechosławem Herzem rozmawia Urszula Pieczek lipiec–sierpień 2019

Przyjemność ze zwiedzania

Wychowałem się, łażąc po górach na południu Polski. Tam idzie się na szczyt, na przełęcz, do schroniska. Na Mazowszu, gdzie mieszkam całe dorosłe życie, gór nie ma, ale są inne miejsca, równie ładne, ale ładne inaczej. Trzeba zrozumieć, że niziny napisane są zupełnie innym językiem.

Artykuł z numeru

Mikrowyprawy – przygoda jest wszędzie

Mikrowyprawy – przygoda jest wszędzie

13 maja 2019 r., Warszawa, Sady Żoliborskie, szóste piętro 10-piętrowego bloku

 

Czym dla Pana jest zwiedzanie najbliższej okolicy?

Zanim Pani odpowiem, proszę podejść ze mną do okna i się rozejrzeć. Ma Pani przed sobą utopione w zieleni osiedle Sady Żoliborskie. Powstało ono na terenie ogródków działkowych, tu i ówdzie zachowały się jeszcze owocowe drzewa, część sadów zamieniono na osiedlowy uroczy park, jest w nim ogródek jordanowski dla dzieci i mnóstwo ławeczek, na których o letniej porze przesiadują starsi mieszkańcy osiedla. Ten widok to po prostu sama radość. Osiedle jest świetnie pomyślane, było wizytówką ludowej władzy w czasach realnego socjalizmu. Pokazywano je cudzoziemcom.

Zaprojektowała je Halina Skibniewska. W nagrodę została wicemarszałkiem PRL-owskiego Sejmu. Ale te piękne czteropiętrowe bloki, wyglądające jak duże wille, są budynkami bez wind. Młodym lokatorom się podobały, ale gdy się zestarzeli, schody stały się dla nich katorgą. Moje mieszkanie, w którym Pani teraz gości, to już inna budowla, ma ciasną, ślepą kuchnię bez okna. To były pomysły decydentów partyjnych, chodziło o oszczędność. O oszczędność materiałów oczywiście, bo ludziom tej ciemnej katorgi codzienności już nie oszczędzono.

A tam dalej jest lotnisko, dziś sportowe, kiedyś wojskowe. Widziałem ze swojego balkonu, jak wieczorem lądował na nim konwój ogromnych samolotów transportowych. Rano samoloty odleciały, było ich a było. Wiele dni później uświadomiłem sobie, że to sowieckie wojsko leciało położyć kres rewolucji Praskiej Wiosny w ówczesnej Czechosłowacji…

Patrzy Pani na to osiedle jako turystka, a gdy już czegoś się Pani o nim dowiaduje, wtedy zaczyna Pani uprawiać krajoznawstwo. Odnajdujemy to krajoznawstwo nawet w najbliższej okolicy. Czasem warto zacząć od tego, co widzi się ze swojego okna.

Dlatego na Pani pytanie, czym dla mnie jest zwiedzanie najbliższej okolicy, odpowiem: koniecznością, bez tego żyć bym już nie mógł.

 

Skąd bierze się ta potrzeba?

A kto to wie? To jest jak miłość. Pojawia się i już jest. Swoje zainteresowanie tym, co wokoło, wyniosłem z domu rodzinnego. W rozwijaniu zamiłowania do wędrówki pomogli mi moi wspaniali nauczyciele licealni, towarzystwo, w które wsiąkłem później, czasem przypadek. Jak to w życiu…

Pamiętam rok 1957. W gronie sześciu kolegów licealnych pojechaliśmy w Bieszczady, to był drugi rok, kiedy w ogóle wolno było tam jeździć. Padał straszliwy deszcz. A my w tych strugach wędrowaliśmy przez kolejne wzgórza. Mieliśmy jeden namiot na sześciu, jeden garnek, żeby na ognisku coś podgrzać. I tak wędrując, dotarliśmy do Ustrzyk Dolnych, gdzie stał pusty barak po Wojskach Ochrony Pogranicza czy innej jednostce, która stłumiła dążności do niepodległości braci Słowian. Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze powiesiło na tym baraku tablicę, że to jest schronisko. Podeszliśmy, w progu stało kilku chłopaków, zapytaliśmy ich, gdzie możemy znaleźć kierownika. „Ha, ha, kierownik tydzień temu poszedł po baterie do latarki do Sanoka” – odpowiedzieli. Podłogi zerwane, nie było gdzie spać. Poszliśmy nad potok, narwaliśmy gałęzi. Na te gałęzie położyliśmy nasz jedyny, na szczęście suchy, namiot. Deszcz padał i padał, jak to w Bieszczadach na ogół bywa, nie wyglądało, że kiedykolwiek padać przestanie. I wtedy z zadeszczonego krajobrazu wyłoniło się dwóch nieprawdopodobnie przemokniętych 40-latków (wtedy myśleliśmy, że to starcy). I zapytali o to samo co my. Potem wzruszyli tylko ramionami i zaczęli wyżymać całą swoją odzież. Obok nich stanął mój kolega i powiedział: „Ja to panom nie zazdroszczę tak strasznie zmoknąć”. Wówczas jeden z nich odparł: „Młody człowieku, co Pan mówi, to najpiękniejsza przygoda!”. Pamiętam te słowa całe życie! Wielką były dla mnie lekcją!

Wtedy w tych Ustrzykach Dolnych było nas może kilkunastu i baca z wypasającymi owce juhasami z Podhala. To wszystko. Dziś w hotelu górskim PTTK w Ustrzykach Górnych na turystów czeka ponad pół setki pokoi, a tegoroczną wiosną na najwyższy bieszczadzki szczyt, Tarnicę, ustawiają się kolejki jak na Giewont.

 

Piesze wycieczki, zdobywanie szczytów to teraz zajęcie bardzo popularne.

Niekiedy nawet w przerażającym stopniu. Są miejsca tak popularne, że aby mieć przyjemność z ich odwiedzenia, trzeba tam dotrzeć o świcie, zanim pojawią się tłumy i ustawią się w kilometrowych kolejkach. Tak jest z wyprawą na Giewont w Tatrach lub Trzy Korony w Pieninach oraz – niestety – już także na bieszczadzką Tarnicę. Po co ludzie tam się drapią? A bo człowiek, proszę Pani, to stworzenie na ogół stadne.

Nie da się ukryć, najlepiej jest wtedy, gdy taki szlak, którym wędrujemy samotnie lub w niewielkim gronie rodzinnym, wiedzie wąskimi dróżkami i ścieżkami. Im dróżka węższa, tym lepiej. Wtedy człowiek może nawiązać bliższy kontakt z otaczającym go pejzażem. Gdy podczas wędrówki stajemy się częścią tego lasu, gałązki mijanych krzewów nas dotykają fizycznie, a zawieszone między nimi pajęczyny oplatają nasze twarze. Gdy możemy dotknąć kory mijanego drzewa, gdy słuchamy tylko śpiewu ptaków i własnego serca, nawiązujemy z lasem rozmowę. Chociaż może większość z nas nie zdaje sobie z tego sprawy.

 

A dokąd wybiera się Pan na wycieczki i co Pan podczas nich obserwuje?

Ja jestem dzieckiem szczęścia, proszę Pani. Mieszkam w dobrym, przyjaznym miejscu, na warszawskim Żoliborzu, przyrodę mam za swoim oknem, kilka przystanków autobusowych dalej jest Wisła, nad nią wygodne drożynki turystyczne wśród lasów łęgowych albo szerokie bulwary. Kilka tramwajowych przystanków od domu mam Lasek Bielański, nadzwyczajnej urody rezerwat przyrody. Pół godziny jazdy dzieli mnie od Puszczy Kampinoskiej, a to wielki dar natury, jakim została obdarowana Warszawa. W lasach widuję łosie, nad Wisłą kormorany. Jak zechcę, wsiądę w pociąg, pojadę dalej, nawet sobie nie wyobrażałem, że mogą być tak fascynujące miejsca. Wędruję sobie teraz podmiejskimi szlakami, spotykam na nich turystów i cieszy mnie ich obecność, bo wiem, że zrobiłem dla nich kawał dobrej roboty – tak się składa, że większość tych szlaków to ja zaprojektowałem. Na niektórych z nich kładłem farbę na pierwszych, malowanych na drzewach znakach. Wsiąkłem w te warszawskie klimaty, w podwarszawską przyrodę, w krajobraz tej nizinnej ziemi, w jej charakter i historię, poznałem ją dobrze, coś tam dla niej zrobiłem.

Pierwsi polscy krajoznawcy w swoich zainteresowaniach realizowali hasło: poznaj swój kraj, ojczyźnie służ. Dobrze jest czerpać ze swojej tradycji.

Wokół Warszawy, w bliższej lub dalszej okolicy, jest tyle miejsc do zobaczenia, że wymienić trudno. A gdzie ja wybieram się na wycieczki? Wycieczka wtedy sprawia przyjemność, gdy się jest w odpowiednim miejscu przy właściwej pogodzie, a na dodatek w odpowiednim towarzystwie. Dopiero co z lornetką polazłem do rezerwatu ornitologicznego „Stawy Broszkowskie”. Kilkanaście dni przedtem, przez sosnowy bór, rosnący na wysokich wydmach Bogackich Gór, od pociągu powędrowałem z przyjaciółmi do niezwykłego gminnego Muzeum Ziemi Sadowieńskiej. Odwiedzam to muzeum co jakiś czas, zawsze się znajdzie jakiś pretekst, ktoś, kto chciałby coś interesującego zobaczyć, a nie wie, gdzie pojechać, więc jedziemy razem. W górach idę na szczyt, a tutaj odwiedzam takie cele właśnie. Albo jakiś rezerwat, albo jakiś godny obejrzenia obiekt kulturowy lub historyczny.

W swojej ukochanej Puszczy Kampinoskiej często składam wizytę Sośnie Powstańców 1863 r. Zawsze jestem poruszony, gdy staję obok leżącego na ziemi truchła tego starego, nieżywego już od kilku dziesiątków lat drzewa. Resztką zachowanych jeszcze konarów w swoim upadku wsparło się o inne sosny, dobrotliwie przyjmujące ten ciężar na siebie. Na skraju lasu, tuż obok, trzy wysokie krzyże na niewielkim wzniesieniu, które jest jak puszczańska golgota. To wspaniałe drzewo runęło na ziemię w wieku ok. 170 lat, jego leżące szczątki są ważnym pomnikiem historii; carscy kozacy wieszali na konarach tej sosny młodych warszawskich powstańców, przed branką w carskie sołdaty uszłych w głąb puszczańskich lasów, aby z postawionymi na sztorc kosami walczyć o wolność swojej ojczyzny z uzbrojoną po zęby, wielotysięczną carską armią. O, nieszczęsna, polska dolo, oj, dolo, takież twoje przeznaczenie?

Z jednego z konarów tego drzewa zostały wykonane niewielkie pamiątkowe krzyżyki, jeden otrzymał m.in. Lech Wałęsa, a inny w archikatedrze warszawskiej wręczał mi kard. Józef Glemp.

 

Niektórzy twierdzą, że nie można poznawać świata bez znajomości najbliższej okolicy.

Oczywiście, że można. Można żyć bez słuchania symfonii Beethovena lub bez znajomości poezji Szymborskiej. To, że mi poznawanie okolicy sprawia pierońską frajdę, nie znaczy, że zainteresuje innych. Witold Zechner pisał: jedni lubią ciepło, inni zimno, mnie to obojętne, bo ja lubię miód.

 

Kiedy czerpie Pan największą przyjemność ze zwiedzania?

Przyjemność ze zwiedzania jest odwrotnie proporcjonalna do szybkości, z jaką zwiedzamy. Nie ulega wątpliwości, że wjazd kolejką linową na szczyt nie zastąpi wejścia. Pieszo widzi się najwięcej, na rowerze mniej, w samochodzie jeszcze mniej, a w końcu w samolocie prawie nic. Przyjemność ze zwiedzania następuje wtedy, kiedy jestem w odpowiednim miejscu, pogodzie, towarzystwie.

 

W samotności?

To momentami najlepsze towarzystwo. Czasem trzeba być eremitą, choć dziś towarzyszy mi mały telefon komórkowy, mam 84 lata i muszę być ostrożny. Czasem wycieczka bywa też modlitwą, podzięką, że mogę iść.

_

Lechosław Herz – Aktor i krajoznawca. Autor przewodników turystycznych, książek poświęconych przyrodzie i szeroko pojętemu krajoznawstwu, m.in. Puszcza Kampinoska, Mazowsze, Tatry i Podtatrze, Wardęga. Opowieści z pobocza drogi, Klangor i fanfary. Opowieści z Mazowsza oraz Podróże po Mazowszu, Świsty i pomruki. Wieloletni członek Rady Naukowej Kampinoskiego Parku Narodowego i Regionalnej Rady Ochrony Środowiska, inicjator powołania Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego, wnioskodawca utworzenia kilkunastu rezerwatów przyrody. Zaprojektował ok. 2 tys. km szlaków znakowanych turystycznych, m.in. na terenach Parków Narodowych Kampinoskiego i Wigierskiego. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym i Srebrnym Krzyżem Zasługi, odznakami Zasłużony Działacz Kultury i Zasłużony Działacz Turystyki, a także Odznaką Honorową „Za Zasługi dla Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej” przyznaną przez ministra środowiska.

Kup numer