fot. Danuta B. Łomaczewska/East News
Leszek Kołakowski lipiec–sierpień 2019

Sens tradycji

Ogólna moja teza jest prosta. Są dwie okoliczności, o których pamiętać nam trzeba jednocześnie. Po pierwsze, gdyby nowe pokolenia nie buntowały się nieustannie przeciw odziedziczonej tradycji, żylibyśmy nadal w jaskiniach; po wtóre, jeśli bunt przeciw odziedziczonej tradycji stanie się kiedykolwiek uniwersalny, znajdziemy się w jaskiniach z powrotem.

Artykuł z numeru

Mikrowyprawy – przygoda jest wszędzie

Mikrowyprawy – przygoda jest wszędzie

Kult tradycji i opór przeciw tradycji są równie nieodzowne dla życia społecznego – społeczeństwo, w którym kult tradycji panuje wszechwładnie, skazane jest na stagnację, społeczeństwo, w którym bunt przeciw tradycji stanie się uniwersalny, skazane jest na zagładę. Społeczeństwa produkowały zawsze zarówno ducha konserwatyzmu, jak ducha rewolty, oba są potrzebne, ale mogą współistnieć tylko w konflikcie. Ów żywiołowy podział pracy przebiega często – lecz nie zawsze – wedle granicy pokoleń. Ale kiedy tempo przemian staje się tak gwałtowne jak dziś, samo pojęcie pokolenia staje się mgliste.

Od wielu wieków dorastające pokolenia czynią – każde na własną rękę – te same odkrycia: autorytet nie ma wartości, niczemu nie wolno wierzyć z tej racji, że domniemane autorytety owo coś do wierzenia podają, żadna prawda i żadna wartość nie zasługują na uznanie z tej racji, że są długotrwałe lub powszechnie uznane itd. Uznawać wartość tradycji – wedle tego rozumowania – to uznawać wartość autorytetu, a więc poddawać myśl własną irracjonalnej sile społecznego bezwładu, a więc wyzbywać się dobrowolnie krytycyzmu i rozumu, czyli tego, co człowieka człowiekiem czyni.

Ale oto pytanie: czy zdolność do użycia rozumu czyni nas ludźmi czy raczej zdolność do przechowywania tradycji? A jeśli jedno i drugie – to w jakim znaczeniu?

Rozum jest umiejętnością zbierania, selekcjonowania i praktycznego wykorzystywania informacji o świecie. Tradycja jest sposobem przechowywania i przekazywania wartości. Umiejętność nabywania nowych informacji o świecie oraz praktycznego ich zastosowania nie jest cechą swoiście ludzką, ale cechą wszelkiego systemu nerwowego. Swoiście ludzka jest natomiast zdolność do wielopokoleniowego kumulowania nowych informacji, zdolność do przekazywania ich następnym generacjom. Zwierzęta nie potrafią nabytej indywidualnie wiedzy przekazać swoim potomkom lub innym osobnikom. Mowa i pismo sprawiają, że wiedza może się kumulować i że każde pokolenie oszczędza sobie wysiłku, gdyż może przyswoić sobie nabytki informacyjne pokolenia poprzedniego w formie skróconej. Rozum w tym znaczeniu jest rzeczą ludzką, iż wyniki jego pracy tylko w ludzkim gatunku podlegają kapitalizacji. Nie sama zdolność produkowania wiedzy i nie same umiejętności technologiczne są swoiście ludzkie, ale fakt, że wiedza i technologia mogą przyrastać dzięki istnieniu mowy i pisma.

*

Zdolność do przechowywania i przekazywania wartości nieinformacyjnych i nietechnologicznych, czyli tradycja właśnie, jest osobliwością ludzką w bardziej istotnym znaczeniu. Od dawna powtarzają nam przyrodnicy prawdę, która zresztą wydaje się całkiem zdroworozsądkowa: zasoby instynktowe gatunku ludzkiego, tj. całość dziedziczonych biologicznie odruchów, nie są wystarczająco silne, aby mogły zapobiec wewnątrzgatunkowej agresji i wzajemnemu niszczeniu się członków gatunku. Nie mamy na tyle silnych hamulców wrodzonych, byśmy powstrzymywali się od wzajemnego niszczenia. Tym, co przeciwdziała samozagładzie gatunku w powszechnej wojnie wszystkich przeciwko wszystkim, nie jest instynkt i nie jest racjonalna kalkulacja, ponieważ racjonalna kalkulacja nie może mi wykazać, że mój własny interes jest najlepiej zabezpieczony wtedy, kiedy troszczę się głównie o interesy innych – konflikty między moim interesem prywatnym i interesami drugich są permanentne i wszystkie doświadczenia ludzkości skłaniać nas muszą do przekonania, że mogę się troszczyć o interesy innych – a w szczególności o interes całego gatunku ludzkiego, tylko z uszczerbkiem dla interesu własnego.

Zarówno solidarność plemienna, jak solidarność ogólnogatunkowa wymagają środków, których ani instynkt, ani wiedza o świecie nie mogą dostarczyć. Jedynym zasobnikiem tych środków jest tradycja, to znaczy zbiór wartości, które przyswajamy sobie nie dlatego, że nas racjonalnie ktoś skłonił do ich przyjęcia, ale dlatego, że wierzymy w nie mocą przekazu pokoleń minionych.

Innymi słowy: tradycja jest jedynym narzędziem, które pozwala nam przyswajać sobie wartości nietechnologiczne. Wartości tych nie mogę przyswoić sobie jako „prawdy” na podobieństwo prawdy naukowej. Tylko dzięki autorytetowi tradycji mogę uwierzyć, że cokolwiek jest dobre lub złe, nikczemne albo szlachetne, godne lub niegodne wysiłku. Jeśli buntuję się przeciw tradycji – buntuję się bądź przeciw części mojego dziedzictwa w imię innej części, bądź przeciw jednej tradycji w imię innej. Walka z tradycją była zawsze walką w imię innej tradycji, choćby uczestnicy tej walki łudzili się, że tym, co przeciwstawiają tradycji, jest swobodny rozum. Rewolucje lubią stroić się w kostiumy przeszłości – jak rewolucja francuska, która tak chętnie przywdziewała rzymskie szaty. Ale również te rewolucje, które – jak październikowa rewolucja w Rosji – odrzucały programowo więzy przeszłości, czerpały siłę z wartości i z haseł, które im tradycja przekazała i znikądinąd nie mogły były tej siły zaczerpnąć.

*

To prawda, znamy próby totalnego buntu przeciw tradycji. Próby te są ważne i godne badania, ponieważ pouczają nas, jakie konsekwencje musi przyjąć ten, kto chciałby wartości tradycji globalnie odrzucić. Nie było chyba pisarza, który by lepiej dał wyraz pragnieniu totalnego buntu przeciw tradycji aniżeli Max Stirner. Nawet Nietzsche w zestawieniu z nim wydaje się słaby i niekonsekwentny. Stirner odważył się wypowiedzieć wszystkie wnioski, jakie wynikają z zadania, by tradycję totalnie odepchnąć. Jeżeli mamy własną sprawą się zająć – powiada – muszę odrzucić wszystkie sprawy cudze: sprawę Boga, sprawę ludzkości, sprawę Człowieka, sprawę Prawdy, sprawę wolności i równości, sprawę narodu i sprawę dobra powszechnego. Kiedy uznam się za „Jedynego”, nie mam żadnego powodu, by cokolwiek poza moim własnym interesem mogło mnie jakkolwiek krępować. Cała kultura ludzka musi mi się przedstawiać jako różne formy zniewolenia, które obce mi siły usiłują mnie – Jedynemu – narzucić jako moją sprawę, chociaż nie moja to sprawa, lecz cudza. Zrywam z tradycją, to znaczy zrywam z kulturą, zrywam z ciągłością przekazywanych mi dziedzicznie wartości, bo nie są to wartości ekskluzywnie do mnie przywiązane, mojemu interesowi służące.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Racja Stirnera jest nieodparta. Jeśli domagam się od tradycji, aby podała mi swoje racje, usprawiedliwiła się przede mną, skazuję ją na zagładę. Jakież mam powody, w istocie, by sądzić, że mój prywatny interes ma być skrępowany czymkolwiek? Jakie inne powody poza tym, że uwierzyłem w potrzebę takiego skrępowania mocą tradycji? Można, być może, racjonalnie wykazać, że pewne wartości są korzystne dla ludzkiego gatunku, inne zaś są mu przeciwne – chociaż i taki dowód trudno sobie w wielu przypadkach wyobrazić. Ale co właściwie miałoby mnie skłonić do tego, bym dbał o interes gatunku ludzkiego, jeśli naocznie widzę, że mój interes prywatny jest skłócony z interesami innych? Co więcej – dlaczego miałbym w ogóle wierzyć, że jest coś takiego jak interes powszechny człowieczeństwa, skoro widzę równie naocznie, że interesy cząstkowych zbiorowości gatunku – narodów czy plemion – są skłócone ze sobą? Obierając solidarność z jedną zbiorowością, obieram ją przeciwko innym zbiorowościom – a jaki racjonalny namysł może mnie przekonać, że mam wiązać własny interes z taką właśnie zbiorowością przypadkową, a nie inną? Ale gdyby nawet udało się określić, co jest rzeczywistym interesem całej ludzkości w długiej skali czasowej – dlaczego ja, człowiek skończony i śmiertelny, miałbym poświęcać swój doraźny i skończony interes interesom trwania gatunku? Dlaczego nie mam się ogłosić za Jedynego Stirnera? Dlaczego nie mam powtórzyć rozumowania Raskolnikowa?

Na te pytania nie ma odpowiedzi, które by odwoływały się do racjonalnych względów. Osobnik ludzki nie może być racjonalnie przekonany o tym, że jest jego powinnością zachowywać solidarność z innymi również wtedy, kiedy solidarność ta wymaga jakiejkolwiek rezygnacji z jego własnego interesu. Jeśli może być do tej solidarności skłoniony, to ani siłą instynktu – bo ten nie wystarcza – ani siłą rozumowania – bo takie rozumowanie nie istnieje – ale wyłącznie dlatego, iż wierzy, że tak jest dobrze, a wierzy dlatego, że skłoniła go do tej wiary tradycja społecznie dziedziczonych wartości.

*

Piaget wykazuje, że każde dziecko we wczesnej fazie rozwoju przyjmuje bezkrytycznie autorytet starszych, że jednak w normalnym rozwoju przychodzi faza następna, w której dobrowolna wola solidarności i gotowość do solidarności wypierają ślepy kult narzuconych nakazów. Lecz jeśli tak jest – zapytajmy – to w jaki sposób solidarność dobrowolna i dobrowolna gotowość do współpracy i przyjaźni byłyby możliwe, gdyby nie poprzedzała ich faza autorytetu? I czymże innym jest współpraca bez przymusu i solidarność dobrowolna, jeśli nie tym samym autorytetem, który uległ internalizacji i działa już „od wewnątrz”, bez potrzeby strachu i gróźb?

Lecz tu natychmiast nasuwa się uwaga, którą wysunie każdy sceptycznie względem tradycji usposobiony. Przecież – powie – żyjemy w świecie, gdzie działają tradycje niezgodne wzajem i przeciwstawne. Więcej jeszcze – właśnie moc tradycji utrzymuje przy życiu przesądy, nienawiści narodowe i rasowe, zabobony trujące, irracjonalne tabu i irracjonalne świętości. Kto tedy głosi wartość tradycji, musi umieć powiedzieć, w jaki sposób można uchronić się przed działaniem tradycji zgubnych i antyludzkich. Głosem tradycji przemawia król Aśoka, kiedy głosi pokój, tolerancję i przebaczenie; głosem tradycji przemawia Jozue, który kazał ukamienować Achana wraz z jego dziećmi za to, że dotknął nieczystego mienia jerychończyków. Z tradycji czerpał siłę św. Franciszek i z tradycji czerpał siłę Hitler. Cóż tedy znaczy praktycznie odwoływanie się do potrzeby tradycji?

Otóż jest prawdą, że wtedy kiedy mówimy ogólnie o wartości tradycji, udajemy po trosze, jakbyśmy sami wznieśli się na stanowisko, gdzie jesteśmy od tradycji swobodni, i jakbyśmy zalecali jej wartości w postaci narzędzi, którymi można swobodnie manipulować. W rzeczywistości, kiedy mówię o potrzebie tradycji, mam już na myśli nie byle jaką tradycję, lecz tradycję pod pewnym względem co do treści określoną, a więc również przeciwstawną innym tradycjom. Jest prawdą także, że wiele najgorszych i najbardziej zgubnych sił naszej cywilizacji pochodzi z bezwładu tradycji. Szczęśliwi ci, którzy z tradycji własnej przejęli wiarę we wspólnotę ludzkiego gatunku, wiarę w tolerancję, gotowość do współpracy, krytycyzm. Ale wielu przejęło z tradycji nienawiści narodowe i rasowe, fanatyzm, kult przemocy. Łatwo wygłaszać ogólne frazesy w rodzaju „wybierajmy z tradycji jej wartościowe składniki, odrzucajmy złe” – ale przecież o tym, co dobre, a co złe, w dziedziczonej tradycji nie możemy wiedzieć skądinąd jak z tradycji właśnie.

Nie mamy żadnej możliwości, by selekcjonować odziedziczoną tradycję ze stanowiska, które jest od tradycji niezależne; każda selekcja zakłada tradycję już przyswojoną, nie jest tedy selekcją naprawdę, ale aktem afirmacji pewnej tradycji określonej.

Łudzimy się, ilekroć nam się zdaje, że mamy moc przebierania w tradycji niczym w pudełku z czekoladkami – stosownie do niczym niezwiązanego gustu. Nasz gust w tym doborze – to także tradycja.

Gdybyśmy byli zdolni stanąć na stanowisku zupełnej swobody względem tradycji, nie mielibyśmy żadnego w ogóle powodu, by w tradycji cokolwiek wybierać. Dlatego tylko w imię tradycji buntujemy się przeciw tradycji, selekcjonujemy ją lub wartościujemy. A jeśli możemy wydostać się z jej więzienia, to tylko na mocy postanowienia, którym zrywamy więź z ciągłością całej kultury ludzkiej, z wszelką zasadą solidarności i decydujemy się, w imię prywatnego interesu, ogłosić wojnę całemu światu.

Tylko tradycja zdolna jest wytwarzać te nieprodukcyjne więzi solidarności, bez których gatunek ludzki istnieć nie może. Mówiąc o wartości tradycji – mówię o niej stronniczo – czyli ze stanowiska pewnej tradycji określonej, tej mianowicie, która każe wierzyć, że wartością jest całe człowieczeństwo jako takie, nie zaś jakakolwiek rasa, naród czy plemię, chociaż każe wierzyć zarazem, że wartości powszechne rodzą się wewnątrz wspólnot mniejszych, narodowych czy plemiennych; i takiej, która odrzuca kult przemocy, ale odrzuca zarazem zasadę niesprzeciwiania się złu; i takiej wreszcie, co głosi tolerancję i nie wyrzeka się walki.

Nie twierdzę, że mogę racjonalnie uzasadnić, iż tradycja, do której się przyznaję, jest lepsza od innych. Głoszę natomiast, że jest lepsza, tzn. jestem gotów służyć jej propagowaniu w starciu z wszelką tradycją przeciwstawną.

Jeszcze niedawno, w czasach względnej izolacji kultur i rynków, jedność ludzkości nie pojawiała się jako istotny problem, ponieważ społeczeństwa mogły obchodzić się wzajem bez siebie. W epoce, kiedy zależność wzajemna wszystkich społeczeństw stała się uniwersalna, ludzkość może przetrwać tylko wtedy, jeśli jej jedność faktyczna, to znaczy ekonomiczna i technologiczna, będzie wsparta wiarą, która jedność człowieczeństwa czyni wartością. Wspólnota ludzka nie może mieć gwarancji zoologicznych i nie może być usprawiedliwiona środkami naukowymi. Wspólnota ludzka, by była realna, wymaga działania tradycji, która głosi, że wspólnota taka jest wartością.

Tradycja, w której uczestniczymy, zawiera wiele składników, które głoszą wiarę w jedność człowieczeństwa i jedność ludzkiego powołania. Są one obecne zarówno w chrześcijaństwie, jak w myśli buddyjskiej czy w idei socjalizmu. Nie znaczy to, oczywiście, że można te wszystkie tradycje stopić syntetycznie w jedną całość, tym bardziej że każda z nich, w swoich dzisiejszych formach istnienia, jest wewnętrznie rozdarta. Nie mamy powodu liczyć na żadną uniwersalną syntezę kultury, która usunie konflikty przeciwstawnych tradycji. Możemy tylko starać się o to, aby wzmacniać siłę tej tradycji, której trwanie może zdecydować o istnieniu lub o zagładzie gatunku.

*

Atak na wartość tradycji nigdy nie był tak silny jak dzisiaj. Myślę: nigdy nie był tak silny w znaczeniu ilościowym, albowiem nie ma takiej tradycji, takich świętości i takich tabu, które nie były już wielokrotnie od niepamiętnych czasów kwestionowane. Ci, którzy dzisiaj wypowiadają wojnę tradycji i wyobrażają sobie, że po raz pierwszy odważyli się zaatakować utrwalone i tradycją uświęcone wartości, mogą tylko dzięki ignorancji upajać się własną odwagą rewolucyjną, w istocie bowiem wszystkie zakazy i nakazy chronione sakralnymi względami – włącznie z najtrwalszym tabu ludzkości, jakim jest zakaz kazirodztwa – były od dawna nie tylko praktycznie gwałcone, ale również zasadniczo kwestionowane. Niepodobna znaleźć nowego sposobu gorszenia świata, który by nie był już znany starożytnym. Natomiast zmasowanie postaw świadomie zwróconych przeciw tradycji jest istotnie większe niż kiedykolwiek.

Pewne powody tej sytuacji są oczywiste. Nade wszystko urbanizacja i łatwość przenoszenia się z miejsca na miejsce sprawiły, że przestrzeń przestała odgrywać rolę czynnika więziotwórczego. Ludzie coraz mniej mają poczucia, że usytuowanie przestrzenne określa ich egzystencję i wyznacza los; instytucja „domu” w tradycyjnym sensie znajduje się w stanie zaniku, tj. instytucja miejsca, które jednostka mogłaby uważać za własne i które byłoby dla niej trwałym ośrodkiem wiążącym. Tym samym więzi ludzkie powstające w wyniku przestrzennej bliskości, tj. więzi sąsiedzkie, wygasają coraz bardziej. Poczucie związku z tradycją traci podstawy przestrzenne. Słabnięcie wierzeń religijnych, któremu także urbanizacja, wśród wielu innych okoliczności, szczególnie sprzyja, jest drugą z naocznych przyczyn, które ułatwiają krytykę wszelkiej tradycji, tradycji jako takiej.

Ale zbuntowanie młodzieży przeciw tradycji ma również przyczyny bardziej doraźne, tj. bardziej związane z przemianami społecznymi ostatnich lat, nie tylko z uniwersalnym trendem cywilizacji przemysłowej. W zbuntowaniu tym nie tylko niechęć do tradycji jest czynna, lecz również, a może nade wszystko, rozgoryczenie wobec pokolenia, które zbudowało świat taki, w jakim żyjemy, świat, z którym nikt nie wie, co począć. Jest to więc również bunt przeciw tym, co nie umieli wyposażyć młodzieży w świat wartości, które pozwalają stawić czoła życiu i uczynić życie sensownym. Dzieci, których ojcowie w pocie czoła dorabiali się majątków, odczuwają teraz bezsens i udrękę życia wypełnionego niekończącą się pogonią za nowością, za większą masą rzeczy posiadanych i spożywanych. Dzieci, których ojcowie zużyli życie w walkach rewolucyjnych, oglądają oto świat budowany jakoby wedle tamtych ideałów: świat wypełniony strachem, uciskiem, ubóstwem i dyktaturą ideologii, w którą nikt już nie wierzy, chociaż tysiące ją powtarzają. Cóż dopiero mówić o dzieciach, których ojcowie przelewali krew za Führera! I chociaż formy, w jakich przejawia się owo zbuntowanie, bywają naiwne, głupie, a nieraz barbarzyńskie, to jednak wydaje się, że młodzież, która ma przejąć w spadku problemy naszego świata, nigdy chyba nie miała tyle powodów do rozgoryczenia. Nie tyle niechęć do tradycji jest ważna w tych negacjach, ile nieuświadomiona potrzeba oparcia w tradycji, ile katastrofalna kompromitacja tylu ideałów i tylu wartości, którymi ojcowie żyli.

Cynizm – ucieczka – rewolta – oto trzy możliwe postawy negatywne, jakie można zająć w obliczu tego kryzysu. Jedni w przeświadczeniu, że tak czy owak świata nie zmienią, wolą przystosować się do wymagań sytuacji: robić pieniądze ze świadomością, że nie potrafią odnaleźć w nich więcej poczucia sensu, albo robić karierę w politycznej biurokracji socjalistycznej, której martwe slogany powtarzają, znając ich bezsens. Inni wolą protestować przez ucieczkę od życia, próby całkowitego wyminięcia zastanych więzi społecznych, przez szukanie oszołomienia w narkotykach i w programowym nieróbstwie. Inni grożą światu zagładą i wyobrażają sobie, w dziecinnej złości, że potrafią zrujnować całą cywilizację, jeśli będą na nią pomstować dość mocno, choćby nie umieli przeciwstawić niczego istniejącemu światu. Potrzeba autentycznych i autentycznie przeżywanych wartości widoczna jest w tym, że nawet tak karykaturalne twory jak ideologia maoizmu objawiają pewną siłę przyciągającą w rozwiniętych industrialnie społeczeństwach Zachodu.

Nie możemy liczyć na to, że pojawią się nagle nowi prorocy, którzy objawią światu rewelacyjne lekarstwo na jego schorzenia i dadzą nową strawę wygłodniałemu duchowi. Prorocy tacy pojawiają się czasem, lecz przemijają rychło w kolejnych falach rozczarowań. Nie należy liczyć na to, że dobra recepta na urządzenie świata spłynie nam z nieba. Nie są nam również potrzebne nowe wartości ani nowe religie. Ten zasób wartości, który odziedziczyliśmy w istniejących religiach i filozofiach, jest wprawdzie niespójny – i nie może niespójnym nie być – ale jest dostateczny jako oparcie dla życia i dla refleksji. Jeśli potrafimy zrozumieć naprawdę, dlaczego tak wielka masa ideałów, haseł, wartości i programów, będących nadzieją świata, okazała się masą upadłości, do której nikt nie chce się przyznać oprócz tych, co muszą – jeśli to potrafimy zrozumieć, potrafimy również odzyskać zaufanie do owych wartości tradycyjnych, które, jakby się wydawało, nie wytrzymały konfrontacji z życiem.

Powiadam „jakby się wydawało”, bo w rzeczywistości nie mamy prawa powiedzieć, że pewne fundamentalne wartości ludzkie zostały w sposób ostateczny skonfrontowane z rzeczywistością i objawiły swą nicość. Nie mamy prawa powiedzieć, że wolność przestała być wartością, ponieważ używana była jako hasło, które miało uświęcać wyzysk, lub ucisk lub terror. Ewangelie nie przestały być podstawowym źródłem naszej moralności z tej racji, że posługiwali się nimi fanatyczni zbrodniarze. Socjalizm nie przestał być kierowniczą ideą ziemskiego społeczeństwa dlatego, że przywłaszczyły sobie jego imię ciemne i tyrańskie rządy.

W każdym wypadku, to prawda, nie wolno nam zaspokoić się prostym oświadczeniem, iż pewna idea została „nadużyta”; jesteśmy zobowiązani zastanowić się nad tym, dlaczego mogła zostać wykorzystana w taki właśnie sposób. Jesteśmy zobowiązani, powiadam, rozważyć w każdym wypadku pytanie, jakie osobliwości pewnej idei lub pewnej wartości sprawiają, że mogła ona stać się narzędziem w rękach zbrodniarzy. Nasze myślenie o kulturze powinno być nieustającą samokrytyką. Powinniśmy do całej naszej tradycji odnosić się tak, jak odnosił się Tomasz Mann do tradycji kultury niemieckiej w świetle doświadczeń nazizmu. Mann mógł z dobrym prawem powiedzieć, że hitleryzm nie jest dziedzicem niemieckiej kultury, ale jej zaprzeczeniem. Miał prawo to powiedzieć, lecz nie powiedział tego. Starał się, w Doktorze Faustusie, rozważyć kwestię, do której potrzebna była odwaga; jakie cechy niemieckiej kultury – tej najlepszej, tej, którą ludzkość cała otacza czcią – sprawiły, że hitleryzm był możliwy?

Analogiczne pytania zadawać sobie musimy w stosunku do każdej tradycji, która żyje w naszej kulturze. Nie dość powiedzieć, że są cienie w dziejach chrześcijaństwa, które znieprawiły jego pierwotny sens. Trzeba powiedzieć, czy w owym sensie pierwotnym zawierało się coś, co taką deprawację uczyniło możliwą. Nie dość powiedzieć, że idea socjalizmu została zniekształcona karykaturalnie w socjalistycznym systemie państwowym, albowiem karykatura musi przypominać oryginał, aby można ją karykaturą nazwać.

Najbardziej nikczemne i najbardziej nieznośne cechy naszej cywilizacji są zakorzenione w tradycjach, które są nam drogie i bliskie – w rzymskim ładzie prawnym, w moralności chrześcijańskiej, w ideałach oświecenia, w ideałach socjalizmu. Jesteśmy zobowiązani badać te tajemnicze związki. Nie wolno nam nie wiedzieć o tym, w jaki sposób za szlachetną sylwetką doktora Jekylla snuje się upiorny cień Mr Hyde’a.

*

Najgorszym atoli i najbardziej zgubnym sposobem, w jaki moglibyśmy reagować na tę sytuację, byłby atak na tradycję w ogóle, tradycję jako taką. Wracamy tedy do początkowej idei tu wyłożonej. Społeczeństwa potrzebują zarówno tradycji, jak buntu przeciwko niej. Wartości, które są potrzebne ludziom i które każdemu człowiekowi są potrzebne, to zarówno zdolność do przystosowania, jak i zdolność do nieprzystosowania. Potrzebne jest przystosowanie w sensie zdolności do solidarności oraz nieprzystosowanie w sensie zdolności do sprzeciwu. Te dwie wartości dają się łączyć. Dają się łączyć również inne wartości: przystosowanie w sensie tchórzliwego konformizmu oraz nieprzystosowanie w sensie aspołecznego egoizmu.

To ostatnie połączenie jest najgorszą mieszanką wychowawczą, jaka może istnieć. Jest to edukacja w naturalny sposób produkowana przez systemy totalitarne, które z jednej strony izolują jednostki wzajem od siebie, ponieważ paraliżują wszelkie formy spontanicznej organizacji społecznej, a przez to zabijają rozwój poczucia solidarności, z drugiej strony przez system represyjny wytwarzają konformizm i strach przed odpowiedzialnością osobistą. Jednym z największych nieszczęść wszelkiego wychowania jest nieodróżnianie owych postaw: zdolności do solidarnej współpracy od konformizmu, zdolności do sprzeciwu od niezdolności do solidarnej współpracy. Ta część współczesnej młodzieży, która czyni sobie cnotę z tego, iż nie ma niczego społeczeństwu do zaoferowania i zaspokaja się szukaniem pretekstu do bezmyślnego niszczycielstwa, nie składa się bynajmniej z rewolucjonistów. Nie są to rewolucjoniści, lecz rozkapryszone dzieci, jakie jednak są istotnie ofiarami tego społeczeństwa, które atakują; są tymi ofiarami jednakowoż w innym sensie, niż sobie wyobrażają. Są nimi w tym właśnie znaczeniu, iż społeczeństwo to nie potrafiło wyposażyć ich w żaden zestaw wartości godnych zaufania.

Jeśli – co jest, na szczęście, mało prawdopodobne – opór przeciw tradycji stanie się totalną jej negacją – możemy z pełnym prawem mówić o końcu świata ludzkiego. Jeśli tak się nie stanie, to tylko dzięki temu, że istniejące tradycje, które każą nam wierzyć w solidarność ludzkości, w wartość wolności, równości, tolerancji i innych rzeczy ośmieszonych, okażą się dostatecznie żywotne, by wytrzymać współczesny rozkład. W obu wypadkach ludzkość sama sobie zgotuje swój los.

 

Dziękujemy pani Tamarze Kołakowskiej za zgodę na publikację. Tekst – niepublikowany dotąd w języku polskim – z drobnymi zmianami ukazał się po niemiecku pt. Vom Sinn der Tradition („Merkur” 1969, nr 12). Wersję polską podajemy na podstawie maszynopisu pochodzącego z Archiwum Leszka Kołakowskiego w Bibliotece Narodowej.

 

Kup numer