fot. Krzysztof Wójcik / FORUM
z Zbigniewem Mentzlem rozmawia Michał Jędrzejek lipiec–sierpień 2019

Nic nie ginie, wszystko jest niezniszczalne

Wszystko, co Kołakowski przeżył w czasie wojny, skłaniało go, żeby szukać w Piśmie Świętym argumentów przeciwko mądrości i sprawiedliwości Boga. Skoro Bóg nas sądzi i rozlicza, to my możemy sądzić i rozliczać Boga. Z czasem Kołakowski zaczął jednak pojmować, że o Bogu – tak jak o śmierci – wiemy znacznie mniej, niż nam się wydaje.

Artykuł z numeru

Mikrowyprawy – przygoda jest wszędzie

Mikrowyprawy – przygoda jest wszędzie

Obawiał się Pan pierwszego spotkania z Leszkiem Kołakowskim?

Oczywiście. Kontakt z człowiekiem wybitnym – a takim był w mojej opinii Leszek Kołakowski – zawsze jest trochę stresujący.

Bardziej jednak obawiałem się pierwszej rozmowy telefonicznej niż kontaktu osobistego.

Kiedy to było?

To był bodajże rok 1987 albo 1988. Przygotowywałem dla emigracyjnej oficyny Puls wydanie Pochwały niekonsekwencji – trzech tomów pism rozproszonych Kołakowskiego sprzed 1968 r. Lata 80. to ponura dekada agonii komunizmu na ziemiach polskich, kiedy wszystko stanowiło problem. Niełatwo było zadzwonić do Oksfordu. Po pierwsze, z racji podsłuchów, a po drugie, z powodu kosztów zagranicznej rozmowy telefonicznej, na którą nie bardzo mogłem sobie pozwolić. W końcu zadzwoniłem z Polskiego Związku Wędkarskiego, gdzie pracował mój kolega. I rozmowa jakoś się udała.

A kiedy spotkał się Pan z Kołakowskim osobiście?

Niedługo później widzieliśmy się w Londynie. I ten pierwszy kontakt osobisty był dobry, a nawet bardzo dobry. Kołakowski, w przeciwieństwie do wielu wybitnych osób, nie miał w sobie chłodnej uprzejmości. Bardzo szybko skracał dystans. Pamiętam, że po pewnym czasie zaproponował mówienie sobie na „ty”, co mi jednak przychodziło z trudem. Potem już nie obawiałem się tych spotkań, odczuwając dużą serdeczność z jego strony, która z czasem, jak sobie pochlebiam, zamieniła się wręcz w przyjaźń.

Alain Besançon pisał o „wykwintności fizycznej” Kołakowskiego. „Był długi i wiotki, wyraźnie w polskim typie, z jasną cerą i jasnymi włosami, o bladoniebieskich oczach”.

Wykwintność, a nawet rodzaj ekstrawagancji w sposobie ubierania się i sposobie bycia to było coś, co rzucało się w oczy ludziom, którzy w Warszawie w poł. lat 60. poznawali Kołakowskiego – chodzili na jego wykłady i seminaria.

Kołakowski miał swój styl, który był zaraźliwy. Mówiło się więc i pisało Kołakowskim. Na Kołakowskiego się snobowano. Polegało to np. na posługiwaniu się kunsztownym stylem z inwersjami i częstym wtrącaniem archaicznych słów w rodzaju „atoli” bądź „iżby”.

Albo na paleniu extra mocnych bez filtra i wypowiadaniu w kłębach dymu jakiegoś łacińskiego zwrotu w rodzaju: „abyssus abyssum invocat”. Było to wszystko trochę śmieszne. Oczywiście Kołakowski jako autor tekstu Pochwała snobizmu doceniał snobizm, jeśli ten „ulepszał duszę”. Nie zawsze jednak z takim pozytywnym snobizmem mieliśmy do czynienia.

Pan był za młody, by móc uczestniczyć w tej studenckiej modzie. Gdy Kołakowski wyjechał z Polski, był Pan dopiero w liceum.

Usłyszałem o nim po raz pierwszy z Radia Wolna Europa właśnie w 1968 r. Mój ojciec lubił audycję Fakty, wydarzenia, opinie – czasami słuchałem jej razem z nim. Któregoś dnia dowiedziałem się, że był w Warszawie filozof, który miał rząd dusz, a w końcu został obłożony klątwą przez władze partyjne, z Gomułką na czele, i wyemigrował.

Nie jestem zwolennikiem mnożenia pokoleń bez potrzeby, ale tych, co tak jak ja rozpoczynali studia już w latach 70., dzieliła pokoleniowa przepaść od kolegów starszych o kilka lat, którzy przeżyli wydarzenia marcowe, będąc na uniwersytecie.

Ich doświadczenie i losy musiały Pana zafascynować. W przedmowie do Pochwały niekonsekwencji zapisuje Pan: „Można sobie wyobrazić frapującą powieść o pamiętnym niespokojnym roku 1968; jej bohaterami byliby trzej młodzi ludzie, którzy spotykali się w Warszawie na seminarium Kołakowskiego, a pewnego dnia spotkali się w areszcie śledczym, podejrzani o »działalność wywrotową wobec państwa«, i musieli wyjaśniać, jak właściwie rozumieją nauki swojego Mistrza”.

To był pomysł na powieść, ale ja nie chciałem i nie mogłem jej napisać. Nie przeszedłem przez areszt, więzienie, śledztwo; nie miałem takich, ważnych przecież, doświadczeń.

Na Uniwersytecie Warszawskim Kołakowski był – jak żartował Karol Modzelewski – z jednej strony mędrcem, a z drugiej strony chuliganem. Był chuliganem co najmniej od 1966 r., gdy w słynnym przemówieniu w 10. rocznicę Października dokonał surowego bilansu stanu, w jakim jest polskie państwo, odcinając w ten sposób pępowinę łączącą go jeszcze z systemem. Został za to wyrzucony z partii. Dla wielu profesorów było to właśnie „chuligaństwo”, zachowanie zbyt śmiałe, niepotrzebnie jątrzące, narażające interesy uczelni. Być może myśleli tak też niektórzy jego uczniowie. Do tego dochodziła gra ambicji i zawiści tej tzw. bananowej młodzieży, wśród której byli akolici Kołakowskiego, uczestnicy jego seminariów. Chciałbym, żeby powstała powieść, która by te wątki objęła.

Kiedy przeczytał Pan pierwszy tekst Kołakowskiego?

Na pierwszym roku studiów, w dość zabawnych okolicznościach. Na warszawskiej polonistyce, stojąc z kolegą przed tablicą ogłoszeń, zobaczyłem, że przewidziane mamy zajęcia z filozofii i że prowadzić je będzie Kołakowski. Okazało się ostatecznie, że to nie Leszek, ale Andrzej Kołakowski (zbieżność nazwisk przypadkowa). Mimo iż był on członkiem partii, nic nie robił sobie z zapisu cenzorskiego, jakim był objęty autor Kultury i fetyszów, i już na pierwszych ćwiczeniach polecił nam lekturę eseju swojego sławnego imiennika Etyka bez kodeksu. Dobrze pamiętam wrażenie, jakie na mnie zrobił. Esej zaczyna się od uwagi, że istnieją czynności, które można wykonać częściowo, i takie, które można wykonać wyłącznie całkowicie. Można częściowo spłacić dług albo wypalić papierosa, ale nie można ani częściowo wyskoczyć z pędzącego pociągu, ani częściowo się ożenić. Afirmacja świata też jest czynnością, której nie można wykonać częściowo: można albo zaakceptować świat w całości, albo go odrzucić, popełniając samobójstwo. Ten tekst był dla mnie w zasadzie pierwszą w życiu zachętą sokratejską, zaproszeniem do myślenia.

Studiował Pan jednak polonistykę, a nie filozofię. Zainteresowanie pracami Kołakowskiego nie było czymś oczywistym.

Interesowałem się polską prozą współczesną, tą, która powstawała tu i teraz. Byłem nią jednak rozczarowany, bo nawet w najlepszych utworach nie pokazywano ludzi myślących. Po części był to wynik gry z cenzurą. Tadeusz Konwicki w Senniku współczesnym główną postacią uczynił człowieka, który doznał amnezji. Bohater musiał być umysłowo wysterylizowany, aby nie mógł myśleć i mówić o tym, jaka jest rzeczywistość, w której żyje. Wprawdzie wybitny krytyk Jan Błoński pisał, przedstawiając w miesięczniku „Twórczość” pierwsze fragmenty Miazgi Jerzego Andrzejewskiego, że być może w jej rękopisie kryje się „polski Faustus”, ale, cóż, „polski Faustus” się tam jednak nie krył. Kilka lat wcześniej wyszedł zaś polski przekład Doktora Faustusa Tomasza Manna, którego konsultantem był Leszek Kołakowski.

Kołakowski zainteresował mnie jako myśliciel, ale może przede wszystkim jako pisarz, jako bogata osobowość twórcza. Z czasem polska literatura powstająca już poza cenzurą stawała się – jak pisał Czesław Miłosz – „szlachetna, niestety”. A więc pokazująca, jacy my jesteśmy dobrzy i szlachetni, a jaki zły jest system totalitarny. Pisarstwo Kołakowskiego było inne: polifoniczne, zderzające różne punkty widzenia, często wykorzystujące formę dialogu między antagonistami. To było to, czego szukałem.

Miałem uczucie – rzadkie przecież – że chcę poznać wszystko, co napisał ten autor.

W latach 80., po stanie wojennym, zostałem bez pracy, miałem za to dużo czasu. Chodziłem do Biblioteki Uniwersyteckiej i z Bibliografii Zawartości Czasopism wypisywałem i zamawiałem wszystkie teksty Kołakowskiego. Chciałem je mieć na własność. A że nie można było ich kserować bez pozwolenia, stosowałem tzw. chiński powielacz, czyli przepisywałem je ręcznie. Stworzyłem w ten sposób prywatne archiwum tekstów Kołakowskiego, z których większość nie znalazła się wcześniej w wydaniach książkowych. Stąd wziął się pomysł Pochwały niekonsekwencji. Pism rozproszonych sprzed roku 1968 i mój pierwszy kontakt z Kołakowskim, który nawiązałem dzięki wstawiennictwu Adama Michnika.

Adam Michnik też był oddanym czytelnikiem tekstów Kołakowskiego. Ponoć rywalizowali Panowie w znajomości jego prac. Po 30 kolejnych latach pracy nad dziełem autora Głównych nurtów marksizmu byłby Pan chyba faworytem, gdyby rywalizacja z Michnikiem miała trwać dalej.

Nieskromnie powiem, że tak mi się wydaje. Wtedy wychodziliśmy na remis, ale tylko jeśli chodzi o znajomość bibliografii. O samych tekstach Mistrza Adam myślał, oczywiście, głębiej.

Przygotowując Pochwałę niekonsekwencji, odwiedził Pan warszawskie mieszkanie Kołakowskich na ul. Senatorskiej 40. W latach 60. było to miejsce spotkań akademików, pisarzy, zagranicznych gości; dziś wiemy, że było ono podsłuchiwane przez SB. Jak wyglądało mieszkanie filozofa?

Lokatorem był w nim wówczas przyjaciel państwa Kołakowskich, matematyk Ryszard Herczyński, a obecnie mieszka tam wdowa po nim i do dzisiaj mieszkanie zachowuje dawny charakter. Rzucała się w oczy biblioteka z dziełami zebranymi Kanta i innych wielkich filozofów – oczywiście w językach oryginalnych. Jednocześnie było to lokum niewielkie, skromne, z maleńką kuchnią, w której trudno się obrócić. Pytałem kiedyś żonę Kołakowskiego panią Tamarę, jak po narodzinach ich córki Agnieszki mógł on intensywnie pracować w takich warunkach. Odpowiedziała, że Leszek miał wspaniałą podzielność uwagi i ani trochę nie przeszkadzało mu, a nawet lubił to, że Agnieszka przesiaduje pod jego biurkiem i ciągnie go za nogawki. Bardzo mi to zaimponowało.

Po wydaniu Pism rozproszonych… próbował Pan namówić Kołakowskiego na wywiad rzekę. Długo odmawiał.

Pierwszą próbę podjąłem na początku lat 90. Kołakowski był od początku niechętny temu pomysłowi, ale poprosił, żebym przesłał pytania. Przygotowałem ponad 100, bardzo szczegółowych, dotyczących też jego życia prywatnego i różnych zainteresowań pozafilozoficznych. I dostałem odpowiedź, że się nie zgadza, że takich właśnie pytań się spodziewał. A jednocześnie dał mi nadzieję: może przyjdzie taki czas, że spróbuje na te pytania odpowiedzieć. I 18 lat później nagraliśmy rozmowy, które jako Czas ciekawy, czas niespokojny zostały wydane przez Znak.

Dlaczego Kołakowski zmienił swoją decyzję?

Może nabrał do mnie większego zaufania? Myślę też, że pewne znaczenie miała książka, na pomysł której wpadłem wcześniej i do której wydania doprowadziłem. Wśród znajomych zawierała jego publikowane w różnych miejscach wspomnienia o ludziach, których spotkał w swoim życiu, m.in. o Kotarbińskim, Ossowskiej, Kuroniu, Turowiczu, Miłoszu czy Janie Pawle II. Kołakowski zawsze mówił, że jest szczęściarzem, bo znał tyle ciekawych osób, od których mógł się uczyć. Być może chciał coś jeszcze o nich opowiedzieć. Nie miał bowiem ochoty ani akademicko rozprawiać o problemach filozoficznych (choć takie rozmowy pojawiły się w książce), ani mówić o sprawach najbardziej prywatnych – zwłaszcza o swoim stosunku do rodziców.

Które pytanie było Panu najtrudniej zadać?

Przyznam, że kiedy myślę o rozmowach, które złożyły się na wywiad rzekę, czuję złość na siebie. Rzecz w tym, że najtrudniejszego pytania w ogóle nie zadałem.

To znaczy?

Chodzi o zaangażowanie Kołakowskiego w komunizm: nie tyle jednak w komunizm jako ideę, ile w politykę władzy. Oczywiście Kołakowski pisał o tym wielokrotnie, nawet go denerwowało, że wieczni dekomunizatorzy chcą, by się ciągle tłumaczył z tego, jak wprowadzał w Polsce komunizm. Było jednak w tym wszystkim coś niedopowiedzianego, o co mógłbym go zapytać, a co dopiero teraz staram się jakoś intuicyjnie zrozumieć.

Kołakowski poczynił kiedyś ciekawą uwagę. Stwierdził, że systemy totalitarne czy do totalitaryzmu dążące nie produkują ludzi, ale ich selekcjonują. Przypatrują się im z uwagą i wybierają tych, którzy mogą być użyteczni. W jednym z czterech głównych esejów Zniewolonego umysłu Miłosz, pisząc o Tadeuszu Borowskim, zastanawiał się, co takiego zobaczyła w nim partia. I znalazł odpowiedź. Zobaczyła w nim rzecz bardzo cenną i użyteczną, a mianowicie nienawiść. Nienawiść „zawiedzionego kochanka świata”. Borowski, który kochał świat i życie, przeżył w obozie koncentracyjnym straszliwy zawód – zrozumiał, jak marną istotą może być człowiek. Wezbrała w nim nienawiść. Miłosz powiada, że partia była zachwycona, bo cóż prostszego niż nad tą rwącą rzeką nienawiści postawić młyny, które będzie obracała. No i teraz pojawia się pytanie zasadnicze dotyczące Kołakowskiego.

Co w nim zobaczyła partia?

Moim zdaniem mogła w nim zobaczyć człowieka, który miał osobiste porachunki z Panem Bogiem.

Na czym one polegały?

Kołakowski napisał książkę o Pascalu pt. Bóg nam nic nie jest dłużny. Ale myślę, że w nim jako młodzieńcu, a nawet dziecku (ale dziecku wyjątkowo dojrzałym, skoro potrafił – jak wiemy – błyskotliwie dyskutować o teologii w wieku 14 lat) zrodziło się przekonanie odwrotne: Bóg jest nam coś dłużny. W końcu skoro Bóg nas sądzi i rozlicza, to my możemy sądzić i rozliczać Boga. Bóg, jeśli istnieje, zabrał mu matkę, gdy miał trzy lata, i sprawił, że umarła, cierpiąc na raka nerek. Odebrał mu w czasie wojny ojca, którego ciało zostało oblane benzyną i spalone gdzieś na tyłach getta.

Kołakowski mówił Panu w wywiadzie rzece: „odkąd pamiętam, wydawało mi się, że świat jest smutny”.

Na co dzień wychowywały go wierzące i praktykujące katoliczki: babcia i ciotka. Wszystko, co Kołakowski przeżył w czasie wojny, skłaniało go jednak, żeby szukać w Piśmie Świętym argumentów przeciwko mądrości i sprawiedliwości Boga. Dlaczego Bóg, jeśli jest taki mądry i sprawiedliwy, postępuje czasem niemądrze i niesprawiedliwie? Później te przykłady trafiły do jego książki Klucz niebieski, pełnej młodzieńczego sarkazmu. Gdy Bóg zatrzymuje w końcu rękę Abrahama, który na Jego żądanie miał zabić własnego syna, Kołakowski pisze: „śmiejemy się do rozpuku z fajnego kawału Pana Boga. To morowy chłop!”.

Z czasem Kołakowski zaczął pojmować, że o Bogu – tak jak o śmierci – wiemy znacznie mniej, niż nam się wydaje.

Myślałem, że najtrudniejsze pytania dotyczyły przekonań religijnych czy metafizycznych Kołakowskiego. Jest w Czasie ciekawym, czasie niespokojnym taki moment, gdy Kołakowski zastanawia się, czy kiedyś unicestwione zostanie wszystko, co istnieje, czy zginie ostatni egzemplarz Hamleta i ostatnia rzeźba Michała Anioła. Teoretyzuje: „Wolno nam wierzyć, że cały świat naszego doświadczenia nie jest realnością ostateczną”. I Pan wtedy pyta go wprost: „A ty w to wierzysz?”. A on odpowiada: „Tak, ja w to wierzę”. Ma się wrażenie, że to bardzo intensywny, pełen emocji, a zarazem intymny moment.

W tym fragmencie jest coś, czego nie ma nigdzie indziej. Jest wiele tekstów Kołakowskiego, w których mówi on, że świat, jaki postrzegamy, nie jest światem ostatecznym, że jest „zanurzony” w realność wyższego rzędu. Ale w tej rozmowie on powiada przecież – i to jest najbardziej ciekawe – że nie tylko wierzy, iż taka rzeczywistość wyższego rzędu istnieje, ale on to wie. Nie może tego udowodnić, ale po prostu wie. I to było chyba ostatnie słowo Kołakowskiego w związku z tą – jak pisał w innych tekstach – najważniejszą sprawą.

Teraz przygotowuje Pan biografię Kołakowskiego, która ma się ukazać nakładem Znaku.

Dzięki pracy nad tą książką uzmysłowiłem sobie rzeczy, których nie byłem do końca świadom, gdy nagrywaliśmy wywiad rzekę. Choćby ten problem zaangażowania w komunizm. 14-letni Kołakowski był cudownym dzieckiem, miał oszałamiającą inwencję twórczą i rozrzut zainteresowań. Jak zajrzymy do „Kalejdoskopu”, domowego pisma, w którym zapisywał swoje przemyślenia, to znajdziemy tam doskonałe przekłady Goethego i Baudelaire’a czy oryginalną – nie waham się użyć tego pojęcia – twórczość eseistyczną. Myślałem nawet, żeby wydać wybór tych tekstów, ale pani Tamara chyba się nie zgodzi. Co się więc stało z tym pełnym inwencji człowiekiem? Gdy jako student na przełomie lat 40. i 50. czytał teksty Lenina, wiedział, że są tam filozoficzne brednie (takie jak choćby słynna teoria odbicia). Jego kolega w pokoju z akademika znalazł kartkę zapisaną przez Kołakowskiego z napisem: „Nie zgadzam się z Leninem”. Ale jednocześnie Lenin uczył, jak skutecznie zdobyć i utrzymać władzę. I tego już Kołakowski nie lekceważył. W młodości władza stawała się dla niego ważniejsza niż wiedza. Nie był jednak umysłowo zepsuty, był raczej cyniczny. W swojej świadomości nie zacierał granicy między tym, co prawdziwe, a tym, co politycznie słuszne. Dobrze wiedział, że to, co komuniści próbują przekazać „masom”, jest na ogół kłamstwem, ale aprobował to w imię Dziejowej Konieczności.

Czyli to moment komunistycznego akcesu Kołakowskiego okazał się w pracy nad biografią najtrudniejszy i najbardziej absorbujący uwagę?

I tak, i nie. Lepiej zdałem sobie z sprawę z jego okoliczności, ale nie chciałbym sugerować, że to rzecz najważniejsza. Kołakowski potrafił się z tego zaangażowania przekonująco rozliczyć. W połowie lat 50. nastał – jak to określił wówczas krytyk literacki Ludwik Flaszen – „czas wielkich torsji”. Wymiotowano tym wszystkim, na wyścigi próbowano wyrzucić z siebie hańbę okresu stalinizmu. Flaszen przyznawał, że o ile z reguły rozliczenia te były mechaniczne i jałowe, o tyle publicystyka Kołakowskiego może przetrwać, bo jest intelektualnie głęboka. Niektóre z jego tekstów – zwłaszcza Śmierć bogów – znacznie wykraczały już wtedy poza tzw. rewizjonizm marksistowski.

Wydano korespondencję Kołakowskiego z Czesławem Miłoszem, Józefem Czapskim, Jerzym Giedroyciem i Andrzejem Walickim, ale w sumie w archiwum Kołakowskiego w Bibliotece Narodowej znajduje się ogromna liczba 16 tys. listów. Czy w tych listach kryje się jakieś mniej znane oblicze Kołakowskiego albo więzi przyjacielskich, które pielęgnował?

Dla człowieka, który szuka mądrości, korespondencja Kołakowskiego nie będzie z pewnością najważniejszym źródłem. Lwia jej część to sprawy urzędowe, wydawnicze, instytucjonalne; w listach zaś do przyjaciół z reguły nie pisał o sprawach poważnych – wolał żartować.

Natomiast korespondencja ta ujęta jako całość pokazuje, że Kołakowski po wyjeździe na Zachód stał się człowiekiem instytucją. Pisał niezliczone listy rekomendacyjne, wspierał pomysły wydawnicze. Biorąc pod uwagę liczbę własnych książek i tekstów, które w tym czasie napisał, jego sumienność jako korespondenta, uczynność i pomoc niesiona ludziom robią wielkie wrażenie.

Są też jednak w tych listach pewne wyjątki i wypowiedzi bardziej osobiste.

No tak, na pewno listy do Czapskiego mają taki charakter. W jednym z nich, pochodzącym z sierpnia 1986 r., znalazło się ważne, słynne już, zdanie: „W nieskończonej ciemności, w której żyjemy i do jakiej się przyczyniamy, chyba jednak jest świecąca nitka, która nas wiąże, wątłą może, ale niedającą się przerwać więzią z tym, co jest poza ciemnością”. Bardzo przejmujący jest także list do Tadeusza Kotarbińskiego na temat przemijania i nieodwracalności czasu. Kołakowski wyznaje, że myślał o tej sprawie, albo raczej doświadczał jej, od swoich lat najwcześniejszych, bo tak się składało, że różne dobra w jego życiu nie do zastąpienia wcześnie zapadały się w przeszłość i tylko w pamięci istniały.

Kołakowski zmarł 10 lat temu. Od tego momentu co jakiś czas organizuje się dyskusje o aktualności jego prac. Jeden z powracających zarzutów dobrze formułuje Jan Tokarski w swojej książce Obecność zła. O filozofii Leszka Kołakowskiego: „Los dzieła autora Głównych nurtów marksizmu przypomina los innych wybitnych krytyków XX-wiecznych totalitaryzmów – George’a Orwella, Arthura Koestlera, Karla Poppera. Ich książki stanowiły prawdziwe »biblie« intelektualistów żyjących w czasach »zimnej wojny«. Dziś jednak wzbudzają już niemal wyłącznie antykwaryczne zaciekawienie”. Czy zgadza się Pan z tezą, że niektóre istotne tematy, którymi zajmował się Kołakowski, straciły dziś na ważności?

Niektórzy przekonują, że Kołakowski przynależy do pewnej epoki, która odeszła, a wraz z nią odeszły problemy, jakimi się zajmował. Myślę jednak, że dawne napięcie między totalitaryzmem i antytotalitaryzmem zastąpiły dziś bieguny demokracji i antydemokracji. A Kołakowskiego zawsze zajmowała energia antydemokratyczna i przyczyny, które powodują, że ona się tworzy, rozwija, staje się atrakcyjna dla dużych grup społecznych. To jest temat aktualny i bardzo ważny dzisiaj – można o tych sprawach przeczytać choćby w zbiorze inspirujących tekstów Kołakowskiego pt. Niepewność epoki demokracji.

Inny zarzut sformułował lewicowy publicysta Maciej Gdula w dyskusji zorganizowanej kilka lat temu przez „Kulturę Liberalną”. Mówił on, że „publiczna aktywność Kołakowskiego po 1989 r. to rodzaj wampiryzmu”. Filozof miałby „wysysać” wszelką energię potrzebną do krytyki transformacji czy wręcz przemiany świata.

Gdula przekonywał, iż Kołakowski miał rzekomo uznać, że świat jest nienaprawialny i że skoro tyle prób jego naprawiania się nie powiodło, to nic się już zrobić nie da. Zarzucał Kołakowskiemu bycie reakcyjnym konserwatystą. Taki zarzut wydaje mi się nie do utrzymania. Łączy się z nim wyobrażenie, że Kołakowski postrzega świat jako zastygły, znieruchomiały, że nie zajmuje się zjawiskami, które obecnie tworzą w naszym społeczeństwie ramy dla dyskusji i działania, np. ekologią, prawami zwierząt, ruchem osób homoseksualnych. To nieprawda, że te sprawy go nie interesowały. Prawa zwierząt? Kołakowski jako młody człowiek był na stypendium w Paryżu, gdzie pozwolono mu obejrzeć, jak wygląda praca w rzeźni, jakich metod można używać, by zwierzęta nie cierpiały. To było bardzo mocne doświadczenie i do problemu cierpienia zwierząt powracał później w swoich tekstach.

Według Kołakowskiego reakcyjny konserwatysta to ktoś, kto, po pierwsze, na mocy podejrzanej logiki próbuje rozumować, że skoro pewne źródła zła nie wyschną, skoro śmierć i miłość zawsze będą rodzić cierpienie, to nie warto w ogóle zmniejszać ilości cierpień na świecie. Z takim postawieniem sprawy Kołakowski, oczywiście, się nie zgadzał.

Po drugie, dla konserwatysty moralność musi być skodyfikowana. A autor Głównych nurtów marksizmu do końca pozostał przeciwnikiem kodeksów. Po trzecie, prawica lubi powtarzać, że muszą istnieć pewne granice, których nie wolno przekraczać (stąd jej niechęć wobec pojęcia transgresji). Kołakowski mówił inaczej: „każda poszczególna granica jest przekraczalna, nieprzekraczalne jest tylko istnienie granicy”. Za tym kryje się obraz świata w ruchu, a nie obraz świata znieruchomiałego.

Faktem jest jednak, że gdyby dziś szukać osób zainteresowanych życzliwą lekturą Kołakowskiego, to znajdziemy je raczej na prawicy i w centrum niż na lewicy. Mnie zaskoczył kiedyś wywiad z ks. Dariuszem Oko, skrajnym i często groteskowym krytykiem współczesnych przemian obyczajowych. Mówił on, że inspiruje go dzieło Kołakowskiego: tak jak tamten demaskował ideologię marksistowską, tak dziś – twierdził ks. Oko – należy krytykować ideologię gender.

Kołakowski nie ponosi odpowiedzialności za, w rzeczy samej, groteskowe często wnioski, jakie z lektury jego tekstów wyciągają rozmaici demagodzy. Można powiedzieć, że z jednej strony bywa on źle widziany zarówno przez prawicę, jak i przez lewicę, a z drugiej strony w obu obozach są osoby, które chcą go wykorzystywać do swoich, obcych mu, interesów.

Zastanawiam się też, czy ważniejsza niż recepcja polityczna nie jest recepcja religijna. W różnych tekstach znaleźć można ślady poruszeń tym aspektem jego pisarstwa. Socjolog Edmund Wnuk-Lipiński opisywał w rozmowie z Teresą Torańską swoje doświadczenia po śmierci dorosłego syna: „Autoterapię zacząłem (…) od Kołakowskiego Jeśli Boga nie ma. Konkluzja jego wywodów jest taka, że świat nie kończy się na paradygmacie pozytywistycznym (…) jest jeszcze coś, czego nie da się naukowo wyjaśnić, są pytania, na które nie ma odpowiedzi. Dlaczego człowiek żyje, cierpi, czym jest dobro, zło. Na książce Kołakowskiego zawisłem, całkowicie. Czytałem ją trzy razy. (…) Ja wtedy właściwie byłem niewierzący. I do wiary zacząłem wracać przez Kołakowskiego”. Może Kołakowski jest – obok Miłosza – najważniejszym dla polskiej inteligencji XX-wiecznym autorem piszącym o religii?

Spójrzmy prawdzie w oczy. Jak liczna może być grupa, która w głębszy sposób przeżywa u nas swoją wiarę? Na pewno jednak istnieją czytelnicy – sam takich znam – dla których bez Kołakowskiego osobiście doświadczona wiedza o Kościele i religii byłaby niepełna, zubożona.

Na przełomie XX i XXI w. Kołakowski był – jak niegdyś Bergson – rzecznikiem intelektualnym swojej epoki. Pamiętam, że naszkicował kiedyś taki obraz – po morzu kultury płynie łódź, a w niej geniusze z różnych dziedzin: Newton, Mozart, Goethe, Szekspir. Wyobrażam sobie, że po morzu kultury naszych czasów w łódce razem z Kołakowskim płynęliby – spośród myślicieli, z którymi miał kontakt – Karl Jaspers, Isaiah Berlin, Charles Taylor, a także Czesław Miłosz i Jan Paweł II.

Która książka Kołakowskiego jest dla Pana najważniejsza?

Z racji zainteresowań literaturą, o których mówiłem, wymienić mógłbym Świadomość religijną i więź kościelną oraz Główne nurty marksizmu. To są dzieła epickie.  Można powiedzieć, że Główne nurty marksizmu to wielopokoleniowa saga rodzinna, w której protoplastą rodu jest Marks, mający swoich kuzynów, dzieci, wnuków i prawnuków.  Jednak najważniejszą książką, książką, którą za swoje opus magnum uważał też sam Kołakowski, uznałbym Horror metaphysicus. W niej Kołakowski jest najbliżej Boga. Pomny jednak tego, że Bóg jest nieodgadniony, także w swojej nazwie, używa omownego określenia: Duch sensonośny. W tej książce wyrażona jest bliska mi intuicja, że istnieje coś takiego jak wieczny zasobnik bytu, w którym nic nie ginie i wszystko jest niezniszczalne.

 

Zbigniew Mentzel

Prozaik i eseista. Autor książek m. in. Wszystkie języki świata (2005) i Spadający nóż (2016), a także dwóch tomów wywiadu rzeki z Leszkiem Kołakowskim Czas ciekawy, czas niespokojny (2007-2008). Opracował wybory tekstów Kołakowskiego m.in. Pochwała niekonsekwencji. Pisma rozproszone sprzed roku 1968 (1989), Niepewność epoki demokracji (2014) i Wejście i wyjście oraz inne utwory ku przestrodze i dla zabawy (2017).

 

Kup numer