70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Fot. Unsplash, Element 5Digital

3 razy „nie”. O majowych wyborach

Przypominamy trzy najważniejsze powody, dla których majowy termin wyborów prezydenckich może uderzać w prawa obywateli i stabilność naszej demokracji.

W miesięczniku „Znak” rzadko piszemy bezpośrednio o życiu politycznym. Nie jesteśmy magazynem specjalizującym się w polityce. Staramy się jednak – w duchu całej „Znakowej” tradycji – obserwować i reagować na działania, które stwarzają zagrożenie dla podstaw demokratycznego państwa prawa.

Organizacja, w przyśpieszonym trybie (a właściwie można by rzec: „bez żadnego trybu”), wyborów prezydenckich w formie korespondencyjnej w maju z kilku powodów może nieść ze sobą takie właśnie zagrożenie. Choć argumenty na rzecz tej tezy pojawiają się od tygodni w sferze publicznej, warto je raz jeszcze przytoczyć i uporządkować.

*

Rządzący przekonują, że termin wyborów – w zgodzie z konstytucją – został już wyznaczony i należy go przestrzegać. Choć mamy do czynienia z pandemią koronawirusa, to można wybory przeprowadzić w bezpiecznej formie korespondencyjnej. Mimo iż nie da się prowadzić zwykłej kampanii wyborczej, to przecież – twierdzą dalej politycy rządzącej partii – sytuacja ta dotyczy w równym stopniu wszystkich kandydatów, także obecnego w mediach i przestrzeni publicznej urzędującego prezydenta. A dodatkowo – argumentują – w czasie nadchodzącego kryzysu potrzebna jest stabilna władza, więc dobrze, aby okres rywalizacji wyborczej nie był przedłużany o kolejne miesiące.

W odpowiedzi podnosi się argument dotyczący zagrożenia dla zdrowia uczestników procesu wyborczego, zwłaszcza pracowników komisji wyborczych, którzy będą musieli przebywać w jednym pomieszczeniu przez wiele godzin, licząc głosy. Dodatkowo istnieje też ryzyko zakażenia listonoszy oraz wszystkich wyborców (wirus może utrzymywać się na przesyłkach pocztowych nawet przez kilka dni). Przed tym przestrzegają epidemiolodzy i lekarze chorób zakaźnych. Możemy sobie jednak wyobrazić, że w komisjach wprowadzono by nadzwyczajne środki bezpieczeństwa, a przesyłki z kartami wyborczymi byłyby starannie dezynfekowane. Być może zresztą ryzyko zakażenia się wirusem przy kontakcie z przesyłką pocztową nie jest tak wielkie, skoro wszyscy godzimy się równocześnie na funkcjonowanie handlu internetowego i usług kurierskich.

Warto więc zwrócić uwagę na trzy inne, bardzo ważne, argumenty, niezależne od bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia:

1) Brak jasnych reguł gry i pełnej kampanii wyborczej. Na dwa tygodnie przed wyznaczonym terminem głosowania nie ma pewności, czy w ogóle się ono odbędzie i w jakim terminie (przedstawiciele rządu mówią, że w grę wchodzi nie tylko 10 maja, ale także kolejne terminy: 17 albo 23 maja), czy będzie mieć formę wyłącznie korespondencyjną, czy mieszaną (z możliwością udania się do lokalu wyborczego). Kandydatom i wyborcom nie są więc znane podstawowe elementy rywalizacji o prezydenturę. Złamano zasadę – sformułowaną w wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dn. 20 lipca 2011 r. i dotąd bodaj niekwestionowaną – by nie wprowadzać istotnych zmian w kodeksie wyborczym w ciągu 6 miesięcy przed wyborami. A także regulamin Sejmu, który wymaga, by taki projekt przedstawić z 14-dniowym wyprzedzeniem (został „wrzucony” bezpośrednio na obrady sejmu o godz. 2. w nocy przy dyskusji nad ustawą o tzw. tarczy antykryzysowej). Kampania wyborcza jest bardzo poważnie ograniczona i nierówna – nie ma możliwości organizowania spotkań z sympatykami; uprzywilejowany jest zaś urzędujący prezydent ze względu na pełnione obowiązki. W sytuacji epidemii, groźby kryzysu gospodarczego i niejasności co do terminu wyborów nie jest też de facto możliwa szeroka publiczna dyskusja nad propozycjami wyborczymi kandydatów na urząd prezydenta.

2) Ograniczenie praw wyborców. W przypadku wprowadzenia głosowania wyłącznie korespondencyjnego może zostać ograniczona powszechność wyborów. Pod znakiem zapytania staje np. możliwość głosowania Polaków za granicą, którzy powinni zgłosić konsulowi chęć udziału w wyborach 14 dni przed głosowaniem – tymczasem jest to utrudnione w sytuacji, gdy termin wyborów jest niepewny i nie prowadzi się odpowiedniej kampanii informacyjnej (ta niepewność może też wpłynąć na mniejszą frekwencję wśród osób, które mają inne adresy zameldowania i zamieszkania, a więc muszą dopisać się do spisu wyborców). Co więcej, z powodu epidemii koronawirusa w wielu krajach istnieją trudności z organizacją pracy poczty – pojawia się obawa, czy przesyłki dotrą do wyborców na czas. Jak zwraca uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich, w praktyce ograniczona może być też możliwość oddania głosu przez osoby podlegające w dniu głosowania kwarantannie i izolacji; podobnie jak przez tych przebywających w zakładzie leczniczym, domu opieki społecznej czy zakładzie karnym.

3) Realna możliwość nadużyć i pomyłek przy organizowaniu wyborów korespondencyjnych w tak krótkim czasie. Wątpliwości budzi m.in. przesyłanie pakietów wyborczych w formie listów nierejestrowanych, niewymagających potwierdzenia odbioru. Nie wiadomo, gdzie i kiedy będą mogli się odwoływać obywatele, którzy stwierdzą, że nie dostali kart wyborczych (np. w wyniku zaginięcia przesyłki). Istnieje też niebezpieczeństwo handlu kartami wyborczymi. Nie wiadomo, kto, gdzie i w jakiej formie przygotuje urny wyborcze. Grozi nam niepewność związana z nową organizacją komisji wyborczych – czy będą w niej obserwatorzy społeczni, „mężowie zaufania” gwarantujący społeczną kontrolę nad wyborami i ich tajność?

*

Wszystkie te powody (i kilka innych – np. przekazywanie poczcie polskiej danych osobowych ze spisów wyborczych bez podstawy prawnej) mogą sprawić, że majowe głosowanie zostanie uznane za nieważne. Niestety w świetle zmian wprowadzonych przez PiS ważność wyborów ma stwierdzić Izba Kontroli Nadzwyczajnej w Sądzie Najwyższym, której prawidłowe obsadzenie z udziałem tzw. neo-KRS zakwestionowali sędziowie innych izb SN. Tak więc, po pierwsze, istnieje obawa, czy sędziowie wybrani wyłącznie przez obecną władzę będą niezawiśli w swojej decyzji, a po drugie, czy będą mieli w ogóle prawo do orzekania na ten temat wobec wątpliwości co do prawidłowości ich wyboru. Decyzje te będą zapadać już po upłynięciu kadencji Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzaty Gersdorf, gdy pracami SN będzie kierował prawdopodobnie sędzia p. o. pierwszego prezesa wybrany przez prezydenta Dudę.

W konsekwencji nawet jeśli ta izba uzna ważność wyborów, duża część społeczeństwa może mieć uzasadnione przekonanie, że prezydent został wybrany w ramach wadliwej procedury. Urząd prezydenta dołączy wtedy do kolejnych organów państwa – obok Trybunału Konstytucyjnego z udziałem tzw. sędziów dublerów, KRS-u, nowych izb Sądu Najwyższego – których prawomocność z powodu nadużyć władzy PiS-u stoi pod znakiem zapytania.

Po raz pierwszy od 1989 r. zostanie w Polsce podważony sam rdzeń demokracji, jakim są wolne wybory.

Jakie będą tego skutki? Czy ustawy podpisywane przez nieprawidłowo wybranego prezydenta będą obowiązywać? Czy osoby, które zadeklarują, iż nie będą uznawać nowego prezydenta, będą mogły pełnić funkcje publiczne (np. być burmistrzem miasta)? Czy władze będą chciały za pomocą jakichś sankcji (podobnie jak w przypadku tzw. ustawy kagańcowej) wymóc na nich uznanie prawidłowości wyboru głowy państwa? Czy inne państwa i instytucje międzynarodowe uznają tak wybranego prezydenta?

Głosowanie można jeszcze odsunąć w czasie i lepiej przygotować. Służyć temu powinno wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, które „zamraża” proces wyborczy i pozwala przeprowadzić wybory 90 dni po jego zakończeniu (czyli np. po wprowadzeniu stanu klęski żywiołowej w przyszłym tygodniu na 7 dni – wybory odbyłyby się w sierpniu). Prawnicy przekonują, że po pierwsze, formalne uznanie istnienia stanu klęski żywiołowej byłoby zgodne ze stanem faktycznym i obowiązującymi już ograniczeniami praw i wolności obywatelskich, a po drugie, że nie będą skutkować olbrzymimi odszkodowaniami grożącymi bankructwem państwa, przed którymi przestrzegali wcześniej niektórzy politycy. Wybory w nowym terminie mogłyby zostać poprzedzone dyskusją na temat wszystkich wątpliwości dotyczących głosowania korespondencyjnego oraz profrekwencyjną kampanią informacyjną. Głównym mankamentem tego pomysłu jest udzielanie w stanie nadzwyczajnym dodatkowych prerogatyw rządzącym, którzy nieraz łamali reguły demokratycznego państwa prawa. Trudno jednak znaleźć dziś inne, lepsze rozwiązanie. Projekt zmiany konstytucji odpada, ponieważ nie ma już na niego dość czasu (pierwsze czytanie w Sejmie powinno odbyć się nie wcześniej niż 30 dni po przedstawieniu projektu zmian).

Co ma zrobić zwykły obywatel, jeśli głosowanie miałoby się jednak odbyć w maju? To trudny wybór polityczny. Czy wziąć udział w głosowaniu, licząc na zwycięstwo naszego kandydata, ale uznając też w ten sposób niejako legalność wyborów? Czy raczej zbojkotować je, podejmując decyzję moralnie i prawnie uzasadnioną, ale rezygnując z wpływu na polityczne rozstrzygnięcie? Bojkot, jak sądzę, będzie miał polityczny sens wówczas, gdy będzie szeroko zakrojony i np. wszyscy liczący się kandydaci opozycji zrezygnują z udziału w głosowaniu. W przeciwnym razie może nie wywrzeć żadnego wpływu.

Czy to, że głosowanie w ogóle odbędzie się w maju, jest prawdopodobne? Część doświadczonych analityków (np. Jarosław Flis) przekonuje, że nie, że rządzący zorientują się, iż to przedsięwzięcie narażone jest na zbyt wiele raf. Mam taką gorącą nadzieję. Ale cóż, kilka lat temu nieprawdopodobne wydawało się, że niepublikowane będą wyroki Trybunału Konstytucyjnego. Niestety polska polityka ostatnich lat uczy, że dla rządzących „impossible is nothing”, nie ma rzeczy niemożliwych.

24 kwietnia 2020 r.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter