Szymon Hołownia
z Szymonem Hołownią rozmawia Michał Jędrzejek, Elżbieta Kot grudzień 2019

Nikt mnie z Kościoła nie wygoni

Moja metoda nie polega na tym, żeby szukać, lecz żeby nie przegapiać. Udało mi się w życiu nie przegapić spotkań z ludźmi, którzy powiedzieli mi o chrześcijaństwie więcej niż wszystkie przeczytane książki.

Artykuł z numeru

Wierzę, wątpię, odchodzę

Wierzę, wątpię, odchodzę

Dlaczego wciąż jest Pan w Kościele? Pomyśleliśmy sobie, że to pytanie często Pan słyszy, ale od niego właśnie chcemy zacząć.

Jestem w Kościele, bo jest w nim wszystko, czego potrzebuję do własnego duchowego rozwoju i do tego, żeby stawać się lepszym, pełniejszym człowiekiem. Jest w nim Ewangelia, żywy Chrystus w sakramentach, wspólnota: bracia i siostry – bardzo różni, ale bez nich nie da się pomyśleć wiary.

Jest też czasem nietolerancja, głupota, partyjna polityka… Nie mówiąc o gorszych rzeczach.

Oczywiście. Nie oczekuję od wszystkich miejsc w Kościele zawsze tylko i wyłącznie dobra. Na tyle znam jego historię, by wiedzieć, że od dwóch tysięcy lat jest on w nieustannym kryzysie, rozdzierany różnymi ideologiami i próbami zawłaszczania Chrystusa dla partykularnych celów. Niespecjalnie mnie to dziwi ani niespecjalnie mną wstrząsa. Natomiast ja w tym Kościele czuję się jak w domu. Mimo tych wszystkich rzeczy, o których Państwo wspomnieliście, i innych, które bardzo mnie martwią.

Mówi się, że można dziś znaleźć wiele lepszych miejsc niż Kościół, aby robić dobro.

Tylko że Kościół nie służy wyłącznie do robienia dobra. Od tego mam dwie fundacje, które robią wiele świetnych rzeczy. W Kościele doświadczam wspólnoty z Chrystusem i z ludźmi, którzy Go szukają, którzy starają się za Nim iść. W Kościele jest Eucharystia, w moich fundacjach jej nie ma. Rzecz jasna, wiara religijna przeżywana we wspólnocie łączy się z robieniem dobra. Ale nie da się jej zastąpić działalnością dobroczynną.

W ciągu roku bierze Pan udział w dziesiątkach spotkań z tysiącami czytelników, z którymi rozmawia Pan często o kwestiach wiary. O co ci ludzie pytają? Jakie mają kłopoty z Kościołem?

Często mówią, że są zmęczeni tym obrazem Kościoła, który wynika z wypowiedzi niektórych pasterzy i współbraci w wierze, a który wywołuje dysonans w konfrontacji z Ewangelią. Mówią, że coś tu nie gra, że tak być nie powinno. I zadają sobie pytanie, czy mają jakąś możliwość oddziaływania. Pytają mnie np., czy rozwiązaniem jest niedawanie pieniędzy na kościelną tacę.

I co Pan odpowiada?

Że to nie jest mądre rozwiązanie.

Dlaczego?

Bo gdy nie dajesz na tacę, a chodzisz do fajnego kościoła, to krzywdzisz tę wspólnotę i księdza, który tam służy. Jeśli będzie miał problem z utrzymaniem kościoła, to mogą go wymienić na kogoś gorszego.

Gdyby było tak, że na jedną tacę rzucamy pieniądze na naszą parafię i małą wspólnotę, a na drugą na utrzymanie instytucji kościelnej, zwłaszcza kurii, to byłbym pierwszy, który by nic nie dawał na tę drugą. Wiem jednak, że system finansów kościelnych działa inaczej.

Niektórzy krytycy mówią tak: jeśli chodzisz do kościoła, wspierasz go finansowo, to współtworzysz zbrodniczą instytucję, a więc jesteś współodpowiedzialny za pedofilię księży i jej ukrywanie.

To argument, który pada bodajże z ust głównej bohaterki filmu Trzy billboardy za Ebbing, Missouri: jeśli jesteś członkiem Kościoła, to odpowiadasz za gwałcenie dzieci na plebanii. Moim zdaniem to wniosek za daleko idący. Trochę tak jak gdybyśmy mówili: „Jeśli płacisz podatki w Polsce, to jesteś odpowiedzialny za to, co robi PiS”.

Oczywiście w przypadku, gdy w grę wchodzą poważne wykroczenia czy przestępstwa, które popełniają ludzie Kościoła, musimy reagować zdecydowanie, podejmować niekiedy działania prawne, wspierać akcje na rzecz zmiany w samej instytucji. Niedawanie na tacę to jednak emocjonalny, trochę rozpaczliwy i ostatecznie mało sensowny sposób na szukanie sprawczości w Kościele.

Co jeszcze mówią Pana czytelnicy?

Widzę, że ci ludzie, którzy przychodzą na spotkania, nie utracili głodu Eklezji, głodu bycia we wspólnocie. Wydają się jednak coraz bardziej pogubieni. Myślę, że znajdzie to odzwierciedlenie w ciągu kilku lat we wskaźnikach socjologicznych. Już teraz badania pokazują, że młodzi są mniej religijni niż osoby starsze i że ta różnica międzypokoleniowa w Polsce należy do największych na świecie. Mamy też rekordowo niską liczbę powołań w seminariach duchownych. Kościół pod spodem, pod nagłówkami gazet, zmienia się tak, że za 10, 15, 25 lat – w perspektywie pokolenia – będzie nie do poznania.

Skąd według Pana bierze się ta zmiana w podejściu Polaków do Kościoła?

Nakładają się dwa czynniki. Po pierwsze, świat przyśpieszył. Wygląda inaczej niż jeszcze 10 lat temu. Ta prędkość, z którą każe się przemieszczać i podejmować decyzje, jest nieporównywalna z niczym, czego doświadczałem za swojego życia. Po drugie, rozwija się laicyzacja, o której my wszyscy zajmujący się Kościołem piszemy od 20 lat, że prędzej czy później do Polski dotrze. Już dawno twierdziłem, że to zjawisko nie przyjdzie z zewnątrz, ale od wewnątrz. Nie będziemy ofiarą żadnych liberalnych ukąszeń i wędrujących z Zachodu „zaraz”, które będą pokotem kłaść pokolenia polskich katolików. Zlaicyzujemy się sami.

Czy jesteśmy u progu takiego załamania katolicyzmu jak te, które miały miejsce w Hiszpanii albo w Irlandii?

Te porównania nie mają sensu. Każdy Kościół jest inną wspólnotą, z inną historią, innymi doświadczeniami.

Co się więc może wydarzyć w Polsce?

Nie jestem wróżką ani prorokiem. Wydaje mi się jednak, że Kościół w Polsce rzeczywiście stoi na krawędzi bardzo ostrego kryzysu bądź właśnie w niego wchodzi. Wiele miejsc zostanie w nim sprawdzonych i oczyszczonych.

W środowisku „Znaku”, „Więzi” czy „Tygodnika Powszechnego” pisało się przez lata o pozytywnych konsekwencjach sekularyzacji – o oczyszczeniu i pogłębieniu wiary. Pan mówi podobnie. A spodziewa się Pan jakichś negatywnych skutków tego procesu?

Szkoda mi utraconych szans, miejsc w Kościele, które przez tyle lat rosły, a teraz stają się puste w mgnieniu oka. Szkoda mi tego, że ludzie uzyskiwali w nich tyle dobra, znajdowali odpowiedzi na swoje pytania, że była w nich przestrzeń do bezpiecznego wypłakiwania łez i karmienia się nadzieją, a teraz zmieniają się one w klub dyskusyjny, polityczną trybunę czy przestrzeń czczych rytuałów pielęgnowanych bez żadnego pogłębienia. To budzi mój żal i smutek.

Czy sekularyzacja społeczeństwa może w niedługim czasie znaleźć też przełożenie w życiu publicznym? W wycofaniu lekcji religii ze szkół? Usunięciu krzyża z sali Sejmu?

Mam wrażenie, że w ciągu 10–15 lat będziemy świadkami zmiany i że to wahadło społeczne wychylone teraz w stronę prawicy, konserwatyzmu i tradycji przesunie się na lewo i będziemy mieć lewicowego prezydenta i rząd. Wiele się wtedy może zmienić. Do władzy dojdą bowiem ludzie, którzy będą pamiętać, jak Kościół romansował z władzą, gdy miał ku temu możliwości.

Dlatego myślę, że trzeba czym prędzej zrealizować – i powinni to zainicjować katolicy – przyjazny rozdział Kościoła od państwa. To byłby początek procesu ozdrowieńczego.

O przyjaznym rozdziale Kościoła od państwa mówi już nasza konstytucja.

I trzeba go uczynić rzeczywistością.

Co Pan przez to rozumie?

Nawet jeśli premier lub prezydent jest katolikiem, to nie znaczy, że Polska jest katoliczką. Polska jest domem dla różnych ludzi, niezależnie od tego, jakiego są wyznania i czy są w ogóle religijni.

Dla mnie nie tylko złamaniem instrukcji Redemptionis sacramentum, ale i poważnym ryzykiem, które biorą na siebie katolicy, jest łączenie Eucharystii z uroczystościami państwowymi czy wręcz partyjnymi. Pozwalanie politykom na przemawianie z ambony, na branie udziału w mszy św. na specjalnych prawach i w wyróżnionych miejscach – to wszystko należy przeciąć. Eucharystia ma być miejscem, gdzie wszyscy bez względu na to, na kogo głosujemy, możemy się spotkać. Kościół ma być szpitalem polowym.

Nie chodzi o wypowiadanie konkordatu, wyprowadzanie religii ze szkół czy nakładanie domiaru podatkowego na kościelne nieruchomości. Należałoby zacząć od czysto symbolicznych gestów, pokazując, że państwo polskie nie jest zbrojnym i prawnym ramieniem Kościoła katolickiego, a Kościół nie jest duchowym żyrantem władzy państwowej.

Pan potrafił znaleźć w Kościele miejsce, gdzie dzieje się coś dobrego, gdzie czuje się Pan u siebie. A co Pan radzi tym, którzy tego miejsca sobie nie znaleźli?

Żeby zaczęli szukać. Żeby ruszyli się z kanapy – jak mówi papież Franciszek. Żeby wzięli odpowiedzialność za swoje zbawienie.

W Polsce, gdzie kościół w dużych miastach jest na co drugiej przecznicy, gdzie świątynia jest w każdej niemal miejscowości – poza wyjątkowymi przypadkami wykluczenia komunikacyjnego – zawsze można znaleźć sensownego księdza.

Dużo podróżuję po świecie i znam katolików, którzy jeżdżą na niedzielne msze sześć godzin w jedną stronę i uważają, że warto.

Nic nie będzie już podane pod nos. Trzeba szukać, pielęgnować to, co się znalazło, brać odpowiedzialność za swoje miejsce w Kościele.

No dobrze. Można uprawiać churching, ale to strategia indywidualna – nie zmieni nic w większym obszarze wspólnoty. Kościół to nie zachodnia uczelnia, na której zwalnia się wykładowcę, bo do niego nikt nie przychodzi. „Głosowanie nogami” nie bardzo chyba wpływa ostatecznie na kształt Kościoła.

Nieprawda. Tylko że to, co nam się w głowie nie mieści, to fakt, że są katolicy, którym łączenie religii z polityką się podoba. I oni też „głosują nogami”. Jeśli gdzieś ksiądz rzeczywiście zostałby z pustymi ławkami, to biskup nie trzymałby go tam dłużej niż kilka miesięcy.

Gdy chcemy walczyć ze złem – np. z upolitycznieniem Kościoła – to róbmy też coś dobrego. Kiedy ktoś wylewa łzy nad sukcesami Radia Maryja, to pytam go, czy zaprenumerował już „Tygodnik Powszechny” albo jakieś pismo, które jest mu bliskie? Nie ma innej drogi, niż wspierać swoją obecnością, pieniędzmi, lajkiem na Facebooku te miejsca w Kościele, które są fajne, które pozwalają nam duchowo rosnąć.

Dojrzali ludzie mogą znaleźć odpowiednie dla siebie miejsce w Kościele. Inaczej jest jednak z dziećmi. Wiele osób się obawia tego, jak ich dzieci są uczone religii w szkole, że spotykają się tam z jakimiś prymitywnymi ideologicznymi pogadankami. Co oni mają zrobić? Zabrać dzieci z lekcji religii?

Jeśli trzeba, to tak! Nie znoszę tego biadolenia, użalania się, jak to jesteśmy krzywdzeni przez wszystkich. Ludzie, którzy świetnie sobie radzą na rynku pracy, wybierają najlepsze promocje w sklepach, dyskutują o polityce, aż ziemia się trzęsie, gdy przychodzą do księdza, nagle nic nie potrafią zrobić. Jeśli nie da się inaczej, jeśli ksiądz funduje dziecku toksyczne nauczanie, to tak, trzeba je natychmiast z lekcji religii zabrać.

Nie wszyscy rodzice potrafią katechizować.

I to jest poważny problem. Ale pamiętajmy, że wszystkie dokumenty Kościoła mówią wyraźnie, że wychowanie religijne dzieci to zadanie rodziców, a nie katechetów.

Przepraszam za to określenie, ale potrzeba nam dziś w Polsce jaj do zawalczenia o chrześcijaństwo wewnątrz Kościoła. Skończył się pas transmisyjny, w którym dziedziczenie wiary było automatyczne. Powtórzę: jeśli komuś zależy, musi zejść z kanapy.

Jest też wielu ludzi, którzy nie dokonują apostazji, nie odchodzą z hukiem, ale po prostu powoli rozluźniają więź z Kościołem. Oni są być może najliczniejsi. Jak Kościół może o nich zawalczyć?

Wydaje się, że to można robić tak, jak robił to Jezus: przedstawić propozycję, bez zniekształceń mówić o wierze. A oni sami będą musieli zdecydować, czy chcą być w Kościele. Trzeba zacząć troszczyć się nie tylko o te 39% ludzi, którzy chodzą do kościoła, ale także o te pozostałe 61%.

Jeśli ktoś taki, kto ma coraz luźniejszą więź z Kościołem, chce jeszcze o nią powalczyć, to można mu zasugerować, żeby wyznaczył sobie jakiś deadline. Żeby spróbował przez kilka miesięcy zadbać o swoje życie duchowe: wybrał świadomie kościół, do którego będzie chodzić, zmienił spowiednika, pojechał do benedyktynów na rekolekcje. Tak jak dba o tysiące innych rzeczy, niech spróbuje zadbać o swoje życie duchowe. I wtedy zobaczy, co z tego wyniknie. Proszę mnie dobrze zrozumieć: ja doskonale pojmuję, dlaczego ludzie są rozczarowani Kościołem, i nie chcę na nich całkowicie przerzucać odpowiedzialności. Ale nie można tylko narzekać, jeśli komuś choć trochę zależy, powinien wykazać inicjatywę.

Od samego stwierdzenia „ludzie odchodzą” nikt nie zacznie na powrót przychodzić. Podobnie jak od uregulowania prawnego, kwestii związanych z pedofilią. Może ludzie przestaną wtedy odchodzić, ale żeby przychodzili, potrzebna jest ewangelizacja i wiarygodne głoszenie nadziei.

Spodobała nam się ta fraza, którą Pan ukuł: „Ci z naszych biskupów, którzy mają serce, nie mają niestety za grosz odwagi. Ci, którzy odwagę mają, najczęściej nie mają serca”. Czy świeccy mogą jakoś dodać odwagi tym biskupom z sercem?

To trochę smutne, gdy trzeba dbać o tych, którzy dbać powinni o nas. Kiedy owce muszą stać się pasterzami pasterzy. Ale tak widocznie trzeba zrobić, gdy niektórzy biskupi są pogrążeni w ideologicznych wojenkach, a inni boją się własnego cienia i dbają o to, by nie powiedzieć ani jednego słowa, które mogłoby cokolwiek oznaczać, gdy topią wszystko w kościelnej moralinie.

Nie znam innej metody niż rozmowa. Jeśli dzieje się źle, można napisać list do kurii. Jeden list może nie mieć żadnego echa, ale jeśli będzie ich kilkanaście bądź kilkadziesiąt, jeśli będą szczere, to może wpłyną na sposób myślenia biskupa, może przebiją się przez tłum klakierów, którzy go otaczają.

Nie wierzę w to, że zrobimy rewolucję, wprowadzimy demokrację i będziemy wybierać biskupów. Gdy patrzę na to, jakich wybieramy polityków, to nie wiem, czy to jest dobry pomysł, żebyśmy wybierali sobie biskupów.

Za pomysł akcji masowego pisania listów do abp. Jędraszewskiego dominikanin Paweł Gużyński został wysłany przez swojego przełożonego na rekolekcje zamknięte, aby sobie przemyślał całą sprawę.

Mnie ani innych katolików świeckich nikt jednak nie wyśle na zamknięte rekolekcje.

Uważam zresztą, że o. Gużyński zrobił dobrze, pisząc ten list, a o. Paweł Kozacki zrobił dobrze, wysyłając go na rekolekcje. Nie mógł zrobić inaczej jako przełożony działający w takich, a nie innych strukturach.

To trochę dziwne rozumowanie. Może trzeba jednak próbować zmienić te struktury? Może władzę da się sprawować inaczej?

No tak, możemy je próbować zmieniać od środka na tyle, na ile potrafimy. Nie zawsze jednak jest to możliwe.

Bliska mi jest czasem myśl o wewnętrznej negacji części kościelnej struktury. Nauczyłem się jej nie potrzebować. Oczywiście nie da się pomyśleć Kościoła bez biskupa, bo to on wyświęca księży. Ale też bez przesady. Ilu z nas nie wyobraża sobie bycia w Kościele bez listów biskupów polskich? Ilu śledzi codziennie, co tym razem powiedział ich arcypasterz? Bądźmy realistami, poradzimy sobie bez nich. Niech sprawują sakramenty, a z całą resztą damy sobie radę.

Wielu ludzi ma już dość tego, że musi działać „pomimo” biskupów, a nie „wspólnie” z nimi.

Jesteśmy w takiej, a nie innej sytuacji.

Polski episkopat konsekwentnie robi głupotę za głupotą, zmierzając w stronę spektakularnego samobójstwa Kościoła instytucjonalnego w Polsce.

Bo trudno inaczej zinterpretować choćby komunikat z zebrania biskupów diecezjalnych z 28 sierpnia tego roku, na którym biskupi modlili się za pierwsze ofiary ideologii LGBT w Polsce oraz zwracali się do władz państwowych, żeby zakończyły prześladowanie katolików w naszym kraju… To świadczy o niesłychanym oderwaniu od rzeczywistości.

Rozmawia Pan czasem z różnymi biskupami. Jak oni wyjaśniają istnienie takich dokumentów?

Nie wyjaśniają. Ci, których znam, mówią czasem prywatnie, że np. ten dokument to absurdalny tekst i nie powinien się ukazać. Ale nigdy nie powiedzą tego publicznie, bo rzekomo nie można łamać jedności.

Tego właśnie nie potrafimy zrozumieć. Skąd się bierze to uparte dążenie do zachowania jednolitego frontu we wszystkich sprawach?

Z dwóch przyczyn, jak sądzę. Po pierwsze, ze źle rozumianego poczucia wspólnoty i jedności. Po drugie, z lęku.

Czego się boją biskupi?

Że na Kościół zawsze ktoś czyha, zawsze ktoś chce mu coś odebrać. Że są różne zagrażające mu wrogie siły. Jedno pokolenie księży przekazuje ten strach kolejnemu.

Duże znaczenie mają też media związane z obozem rządowym. Wystarczy się rozejrzeć, jakie gazety leżą na plebaniach i domach zakonnych, jaka telewizja jest włączana w salkach rekreacyjnych, gdzie spotykają się księża i zakonnicy. To jest cały czas ten sam ultraprawicowy przekaz głoszący: „Oni są zagrożeniem, my musimy się bronić”. Gdy usłyszysz to wiele razy, naprawdę zaczynasz wierzyć, że ta partia polityczna to Najświętsza Panienka, która walczy z szatanem. Myślisz więc sobie, że musisz dołączyć do tej walki.

Lęk sprawia, że oni zwierają się w szczelną grupę, co jest jakoś zrozumiałe. Nie jest to jednak zachowanie, którego można oczekiwać w XXI w., w szybko zmieniającym się świecie, od ludzi na odpowiedzialnych stanowiskach.

Mieliśmy rozmawiać o wierze, a zeszliśmy na Kościół. Chcieliśmy się dowiedzieć, co budowało Pańskie dojrzałe chrześcijaństwo.

Nie czuję się jakimś specjalnie dojrzałym chrześcijaninem, bo zmagam się z Ewangelią i często szarpię z Jezusem. Jeśli jednak miałbym wskazać jakieś rzeczy, które mi pomagają, to są to dwie sprawy.

Po pierwsze, cierpliwość i wytrwałość. Trzeba mieć w Kościele jakieś rzeczy niewątpliwe, które się nie zmienią pod wpływem tego, co przeczytamy w jednym tekście czy obejrzymy w telewizji. Usłyszałem kiedyś od mądrego księdza, że gdy chce się powiedzieć: „Boże, nie ma Cię”, to trzeba Mu to powiedzieć prosto w twarz. Chciałbym wierzyć, że mam z Nim taką relację, która trwa, choćby w moim życiu się waliło i paliło. Kotwicą jest tu też dla mnie Eucharystia – nie tylko niedzielna, ale także ta codzienna, krótka, 28-minutowa, gdzie po prostu słucham słowa Bożego, otrzymuję komunię, pozdrawiam moich braci i siostry znakiem pokoju.

A druga rzecz?

To zdanie, które stosuje się ogólnie do życia: najprostszą metodą, żeby coś znaleźć, jest nie szukać, lecz nie przegapiać. Udało mi się w życiu nie przegapiać spotkań z ludźmi, którzy powiedzieli mi o chrześcijaństwie więcej niż wszystkie przeczytane książki.

W wieku 17 lat miałem już za sobą lekturę klasyki karmelitańskiej i ignacjańskiej duchowości, ale nie bardzo byłem przy tym wierzący. Lecz potem spotkałem choćby takie osoby jak s. Małgorzata Chmielewska, siostry służące w Kasisi (w Zambii), s. Mariola i inne siostry, z którymi pracujemy nad projektami charytatywnymi w Kongo. Jeśli widziałem je w Kościele, to mnie już z niego nic nie wyrzuci. To jest siła świadectwa.

Jezus nie założył biblioteki, latającego uniwersytetu, kursów doskonalących ani agencji PR-owej, tylko wspólnotę. Nie tylko nauczał, ale najpierw zawiązywał z ludźmi relacje. I to jest też wskazówka dla nas.

Czyli chrześcijaństwo potrzebuje dziś świadków.

Przypomina mi się jeszcze taka historia. Wracałem ze spotkania w Kielcach. Był wieczór, zatrzymałem się na stacji benzynowej. Chłopak, który tam sprzedawał, zaczął mi się przyglądać. Myślałem, że zna mnie może z Mam talent. A on mi mówi: „Pan pisze w »Tygodniku Powszechnym«, prawda?”. „No tak” – odpowiadam. „Bo wie Pan, u nas na stacji sobie czasem go podczytuję i chciałem Panu powiedzieć jedną rzecz. Długo nie chodziłem do Kościoła. Ale odkąd jest ten nasz ojciec Franciszek…” – tak właśnie powiedział „ojciec Franciszek”, nie „papież Franciszek” – „… to znowu zacząłem chodzić. A wie Pan dlaczego? Bo on chodzi”. I tyle.

Pomyślałem sobie, że tu tkwi istota sprawy. Jeśli zobaczyłeś chodzącą Ewangelię, to nie potrzeba już żadnych słów.

A z czym Pan się w swojej wierze zmaga? Czy wadzi się Pan jakoś z doktryną?

Zmagam się bardziej z przekuwaniem doktryny w praktykę niż z samą doktryną. Praktyka w Kościele bywa zresztą bardzo różnorodna. Prosty przykład: dyskusja wokół Amoris Laetitia i osób, które żyjąc w nowych związkach, szukają swojego miejsca w Kościele. Jest wielka różnica między tym, co mówi sam papież, a tym, jak interpretuje się go często w Polsce. Franciszek proponuje myślenie włączające, szuka jeszcze jednych drzwi, jeszcze jednego sposobu, żeby włączyć tych ludzi do wspólnoty. Zachowuje się jak ojciec. A u nas? Zastanawiamy się, jak kogoś wykluczyć, przypominając mu o tym, że jest grzesznikiem.

Nie wadzę się więc z doktryną, ale z różnymi jej interpretacjami. Gdy np. pojawiają się dziś ruchy wspierające postulat małżeństw tej samej płci, zastanawiam się, jak jako katolik powinienem na to zareagować. W Kościele jest jasny pogląd na temat tego, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Ale czy na gruncie prawa państwowego nie możemy zaakceptować np. związków partnerskich? Czy jeśli dwóch obywateli bądź dwie obywatelki LGBT chcą zalegalizować swój związek, mieć dostęp do informacji medycznej etc., to czy mam prawo im powiedzieć „nie”? To jest dla mnie temat na dyskusję, która powinna się toczyć teraz w Kościele.

Przedstawia Pan bardzo pluralistyczny i otwarty obraz Kościoła.

Bo Kościół jest dla mnie wielką nauką pluralizmu. Wiem, że niektórzy widzą w nim tylko zamordyzm i przymuszanie do jednolitego myślenia. Ale ja mam w pamięci genialne zdania Franciszka: jedność to nie jednolitość. Unitas to nie unanimitas. Jedność to pojednana różnorodność. O tym musimy pamiętać i w Kościele, i w naszym państwie, żeby móc razem ze sobą żyć.

Szymon Hołownia

Dziennikarz, autor książek: m.in. Kościół dla średnio zaawansowanych, Bóg. Życie i twórczość, Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie, Boskie zwierzęta oraz Pół na pół. Rozmowy nie dla dzieci (razem z Marcinem Prokopem). Założył fundacje charytatywne: Kasisi i Dobra Fabryka. Laureat wielu nagród i wyróżnień, m.in. dwukrotnie nagrody Grand Press oraz nagrody dziennikarskiej „Ślad”

Kup numer