Szymon Hołownia
z Szymonem Hołownią rozmawia Michał Jędrzejek, Elżbieta Kot grudzień 2019

Nikt mnie z Kościoła nie wygoni

Moja metoda nie polega na tym, żeby szukać, lecz żeby nie przegapiać. Udało mi się w życiu nie przegapić spotkań z ludźmi, którzy powiedzieli mi o chrześcijaństwie więcej niż wszystkie przeczytane książki.

Artykuł z numeru

Wierzę, wątpię, odchodzę

Wierzę, wątpię, odchodzę

Dlaczego wciąż jest Pan w Kościele? Pomyśleliśmy sobie, że to pytanie często Pan słyszy, ale od niego właśnie chcemy zacząć.

Jestem w Kościele, bo jest w nim wszystko, czego potrzebuję do własnego duchowego rozwoju i do tego, żeby stawać się lepszym, pełniejszym człowiekiem. Jest w nim Ewangelia, żywy Chrystus w sakramentach, wspólnota: bracia i siostry – bardzo różni, ale bez nich nie da się pomyśleć wiary.

Jest też czasem nietolerancja, głupota, partyjna polityka… Nie mówiąc o gorszych rzeczach.

Oczywiście. Nie oczekuję od wszystkich miejsc w Kościele zawsze tylko i wyłącznie dobra. Na tyle znam jego historię, by wiedzieć, że od dwóch tysięcy lat jest on w nieustannym kryzysie, rozdzierany różnymi ideologiami i próbami zawłaszczania Chrystusa dla partykularnych celów. Niespecjalnie mnie to dziwi ani niespecjalnie mną wstrząsa. Natomiast ja w tym Kościele czuję się jak w domu. Mimo tych wszystkich rzeczy, o których Państwo wspomnieliście, i innych, które bardzo mnie martwią.

Mówi się, że można dziś znaleźć wiele lepszych miejsc niż Kościół, aby robić dobro.

Tylko że Kościół nie służy wyłącznie do robienia dobra. Od tego mam dwie fundacje, które robią wiele świetnych rzeczy. W Kościele doświadczam wspólnoty z Chrystusem i z ludźmi, którzy Go szukają, którzy starają się za Nim iść. W Kościele jest Eucharystia, w moich fundacjach jej nie ma. Rzecz jasna, wiara religijna przeżywana we wspólnocie łączy się z robieniem dobra. Ale nie da się jej zastąpić działalnością dobroczynną.

W ciągu roku bierze Pan udział w dziesiątkach spotkań z tysiącami czytelników, z którymi rozmawia Pan często o kwestiach wiary. O co ci ludzie pytają? Jakie mają kłopoty z Kościołem?

Często mówią, że są zmęczeni tym obrazem Kościoła, który wynika z wypowiedzi niektórych pasterzy i współbraci w wierze, a który wywołuje dysonans w konfrontacji z Ewangelią. Mówią, że coś tu nie gra, że tak być nie powinno. I zadają sobie pytanie, czy mają jakąś możliwość oddziaływania. Pytają mnie np., czy rozwiązaniem jest niedawanie pieniędzy na kościelną tacę.

I co Pan odpowiada?

Że to nie jest mądre rozwiązanie.

Dlaczego?

Bo gdy nie dajesz na tacę, a chodzisz do fajnego kościoła, to krzywdzisz tę wspólnotę i księdza, który tam służy. Jeśli będzie miał problem z utrzymaniem kościoła, to mogą go wymienić na kogoś gorszego.

Gdyby było tak, że na jedną tacę rzucamy pieniądze na naszą parafię i małą wspólnotę, a na drugą na utrzymanie instytucji kościelnej, zwłaszcza kurii, to byłbym pierwszy, który by nic nie dawał na tę drugą. Wiem jednak, że system finansów kościelnych działa inaczej.

Niektórzy krytycy mówią tak: jeśli chodzisz do kościoła, wspierasz go finansowo, to współtworzysz zbrodniczą instytucję, a więc jesteś współodpowiedzialny za pedofilię księży i jej ukrywanie.

To argument, który pada bodajże z ust głównej bohaterki filmu Trzy billboardy za Ebbing, Missouri: jeśli jesteś członkiem Kościoła, to odpowiadasz za gwałcenie dzieci na plebanii. Moim zdaniem to wniosek za daleko idący. Trochę tak jak gdybyśmy mówili: „Jeśli płacisz podatki w Polsce, to jesteś odpowiedzialny za to, co robi PiS”.

Oczywiście w przypadku, gdy w grę wchodzą poważne wykroczenia czy przestępstwa, które popełniają ludzie Kościoła, musimy reagować zdecydowanie, podejmować niekiedy działania prawne, wspierać akcje na rzecz zmiany w samej instytucji. Niedawanie na tacę to jednak emocjonalny, trochę rozpaczliwy i ostatecznie mało sensowny sposób na szukanie sprawczości w Kościele.

Co jeszcze mówią Pana czytelnicy?

Widzę, że ci ludzie, którzy przychodzą na spotkania, nie utracili głodu Eklezji, głodu bycia we wspólnocie. Wydają się jednak coraz bardziej pogubieni. Myślę, że znajdzie to odzwierciedlenie w ciągu kilku lat we wskaźnikach socjologicznych. Już teraz badania pokazują, że młodzi są mniej religijni niż osoby starsze i że ta różnica międzypokoleniowa w Polsce należy do największych na świecie. Mamy też rekordowo niską liczbę powołań w seminariach duchownych. Kościół pod spodem, pod nagłówkami gazet, zmienia się tak, że za 10, 15, 25 lat – w perspektywie pokolenia – będzie nie do poznania.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer