Jednym z żywszych i przyjemniejszych wspomnień z czasów szkoły podstawowej jest dla mnie wspomnienie tzw. SKS-ów z koszykówki. Zajęcia odbywały się w sobotę o 8.00 rano, ale to był ten jeden dzień, kiedy wczesne wstawanie nie stanowiło żadnego problemu. Starannie szykowałem sobie koszulkę i spodenki – najlepiej wkładane od razu pod dres, by nie tracić czasu na przebieranie. Gdy wuefista otwierał drzwi na salę, biegłem czym prędzej po piłkę i… zapominałem o Bożym świecie. Rzeczywistość kurczyła się do rozmiarów boiska. Spory wysiłek biegania tam i z powrotem przychodził zupełnie bez żadnych trudności – po prostu na sam koniec czułem, że jestem zlany potem. Udane akcje wracały później w myślach przed snem.
Grając dalej w kosza – na poziomie zupełnie amatorskim – zastanawiałem się, czym jest dla mnie to zajęcie. Odnalazłem je w pojęciu flow, przepływu, zaproponowanym przez nieżyjącego już amerykańskiego psychologa węgierskiego pochodzenia Mihálya Csíkszentmihályiego. Opisywał on w ten sposób „optymalne doświadczenia”, które ludzie znajdują w różnych przestrzeniach życia. Często właśnie w sporcie, a także w zabawie, tańcu, komponowaniu muzyki, majsterkowaniu albo rozwiązywaniu zadań matematycznych. Chodzi o czynności, w których przestajemy czuć upływ czasu – godziny mijają jak minuty; znajdujemy się w stanie głębokiego, lecz niewymagającego wysiłku, zaangażowania, które usuwa z naszego umysłu zmartwienia codziennego życia. W trakcie tych czynności nie zastanawiamy się nad sobą; zwykle mamy też do czynienia z jasno określonymi zadaniami, których realizacja jest w naszym zasięgu i które dzięki temu przynoszą nam bezpośrednią satysfakcję.
Csíkszentmihályi opisywał je jako działania, które lokują się między nudą a niepokojem – jeśli gramy w jakąś grę, to szanse na przepływ rosną, gdy nasz przeciwnik nie jest dla nas ani zbyt mocny, ani za słaby; gdy czujemy, że musimy być skoncentrowani, przy czym nie jesteśmy obezwładnieni jego przewagą. Wówczas możemy niejako zatopić się w działaniu.
Pięknie ten stan „przepływu” opisywał główny bohater filmu Billy Elliot, pochodzący z klasy robotniczej chłopiec zakochany w balecie. W kulminacyjnej scenie przesłuchania do Królewskiej Akademii Tańca, gdy Billy robi wrażenie zahukanego prowincjusza, zostaje zapytany o to, co czuje, gdy tańczy. Po chwili zawahania odpowiada: „Gdy tańczę, zapominam o wszystkim, jakbym znikał. Czuję zmianę w moim starym ciele, jakby był we mnie ogień, jakbym latał niczym ptak, jakbym był elektrycznością”.
Czytaj także
Wynalazek transcendencji
Podobne opisy Csíkszentmihályi odnotowuje u artystów, sportowców, ale również u matematyków czy np. chirurgów, którzy doświadczali niezwykłego stanu skupienia i satysfakcji podczas skomplikowanej operacji. Obok takich pamiętnych doświadczeń makroflow węgierski psycholog uważa, że w codzienności doświadczamy też stanów mikroflow w postaci np. rozwiązywania krzyżówek czy gwizdania ulubionych melodii. Krytykuje on zarazem zbyt częste wchodzenie w stany, które są pozornie podobne, jak np. oglądanie telewizji (dziś pewnie dodałby też scrollowanie telefonu). Owszem, tracimy w nich poczucie upływu czasu – jednak nie wymagają one naszej koncentracji, nie dają poczucia satysfakcji z dobrze wykonanego zadania, nie czynią nas bardziej złożonymi istotami.

