fbpx
Noworodki w Szpitalu im. ks. Anny Mazowieckiej przy Karowej w Warszawie, 16 lutego 1988 r. fot. Jan Morek / PAP
Noworodki w Szpitalu im. ks. Anny Mazowieckiej przy Karowej w Warszawie, 16 lutego 1988 r. fot. Jan Morek / PAP
z Agnieszką Kościańską rozmawia Michał Jędrzejek maj 2023

Kościół, seks, reprodukcja

W latach 60. dokonywano w Polsce ok. 300–500 tys. aborcji rocznie. Biorąc pod uwagę, że większość społeczeństwa należała do Kościoła, duża część tych zabiegów była dokonywana przez katoliczki.

Artykuł z numeru

Najlepsze miejsce do życia

Czytaj także

z Hansem Joasem rozmawia Michał Jędrzejek

Kościół przyszłości

z Anną Szwed rozmawia Michał Jędrzejek

Usłyszeć głos katoliczek

Abp Marek Jędraszewski w liście do wiernych ubolewał niedawno nad zapaścią demograficzną w Polsce, która wynika według niego przede wszystkim z „ośmieszania” rodzin wielodzietnych w mediach. Czy 100 lat temu można by w Polsce usłyszeć podobne kazanie?

Szczegóły pewnie byłyby inne, ale taki przekaz się pojawiał. Już wtedy ważnym elementem katolickiej biopolityki było promowanie wysokiej dzietności. W służbie narodowi i Kościołowi.

Można się zastanawiać, co te rozważania demograficzne mają wspólnego z Ewangelią.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, a już zwłaszcza po II wojnie światowej, Kościół występował jako rzecznik narodu – wysoka dzietność była potrzebna, aby „zrekompensować” straty wojenne. Katolickie poradniki dla rodzin z reguły zachęcały do posiadania czworga, pięciorga dzieci. Klasy „niższe” często miały tyle potomstwa, ale krytykowano rozpowszechniony w miejskich rodzinach inteligenckich model 2 + 2. Większa liczba dzieci miała pozwolić na rozkwit narodu.

Kieruje Pani projektem naukowym poświęconym badaniom nad katolicką polityką reprodukcyjną od 1930 r. Dlaczego lata 30. są w tym kontekście tak istotne?

Ze względu na dwa wydarzenia. Pierwsze to opublikowanie w 1930 r. encykliki Casti connubii Piusa XI. Dokument ten wyraźnie określa powszechne nauczanie Kościoła w zakresie spraw reprodukcyjnych – potępia aborcję oraz stosowanie metod antykoncepcyjnych, które w tym samym roku dopuścił Kościół anglikański. Wstrzemięźliwość w dni płodne, czyli tzw. kalendarzyk małżeński, jest milcząco akceptowana, jednak w komentarzach duszpasterskich z tego okresu pisze się, że można ją stosować tylko z ważnych powodów, np. zdrowotnych. Część teologów przeciwstawia się nawet tej formie kontroli urodzeń. Podkreślano, że seks ma przede wszystkim służyć prokreacji, choć niektórzy progresywni autorzy pisali też o więzi w małżeństwie.

Drugie wydarzenie to polska dyskusja wokół prawa do aborcji, która toczy się na przełomie lat 20. i 30.

W 1932 r. przyjęto prawo do przerywania ciąży w sytuacji, gdy pochodzi ona z przestępstwa (gwałtu, kazirodztwa) albo stanowi zagrożenie dla życia bądź zdrowia matki. Stan prawny właściwie podobny do dzisiejszego.

Poprzedzała ją gorąca, brutalna debata, także zbliżona do współczesnej. Po jednej stronie były środowiska liberalne, związane np. z „Wiadomościami Literackimi” oraz z rzecznikami „świadomego macierzyństwa”, takimi jak Tadeusz Boy-Żeleński i Irena Krzywicka. Zwolennicy prawa do aborcji ze względów społecznych argumentowali, że w ten sposób zmniejszy się zagrożenie dla życia kobiet pojawiające się w wyniku zabiegów wykonywanych w podziemiu, przez niewykwalifikowane osoby. Boy ukuł wtedy słynną frazę „piekło kobiet” (taki tytuł nosił wybór jego felietonów). Z drugiej strony były środowiska kościelne i prawicowe, które postulowały całkowity zakaz aborcji. Ks. Stanisław Podoleński w książce O życie nienarodzonych pisał np., że lekarz nie może uśmiercić płodu nawet dla ratowania życia matki. Dopuszczał jedynie, że poronienie czy obumarcie płodu może być efektem ubocznym walki o życie kobiety.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się