70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Hans Blumenberg, źródło: Der Unsichtbare Philosoph,YouTube

Hans Blumenberg, niewidzialny filozof

Sto lat temu urodził się Hans Blumenberg – jeden z najciekawszych myślicieli powojennych Niemiec. Jego twórczość jest wciąż mniej znana niż prace Heideggera czy Habermasa, ale zarówno na świecie, jak w i Polsce spotyka się z rosnącym zainteresowaniem.

„Niewidzialny filozof” (Der unsichtbare Philosoph) – taki tytuł nosi film dokumentalny z 2018 r. poświęcony Hansowi Blumenbergowi (1920–1996). Blumenberg był niewidzialny, ponieważ nie udzielał wywiadów, nie występował w telewizyjnych talk-shows, a przez długi czas znane były tylko dwa jego oficjalne zdjęcia. Do tego obrazu przyczyniły się też ostatnie lata życia filozofa: będąc na emeryturze, unikał występów publicznych – odrzucił choćby zaproszenie do Yale – a zamiast tego pracował, dyktując kolejne prace. Filozof-eremita, niepasujący do czasów, gdy „widzialność” w mediach i na międzynarodowych konferencjach służy wysokiej cytowalności, a w konsekwencji – akademickiej karierze. Ktoś, kto przyjął za swoją epikurejską zasadę: Bene vixit, qui bene latuit (dobrze żył, kto się dobrze krył).

Ten ujmujący (dla niektórych) obraz to jednak tylko część prawdy o Blumenbergu. Jego asystent Ferdinand Fellmann niuansuje go: choć Blumenberg sprzeciwiał się rzeczywiście podłączaniu filozofii do rydwanu ducha czasu i czynieniu z niej medialnego komentarza do bieżących zdarzeń, to ograniczył swoje życie towarzyskie dopiero na emeryturze. Wspominając lata 60., Fellmann pisze: „fascynował nas [asystentów] jego nieakademicki sposób bycia, który w owym czasie nie był w żadnym razie czymś zwyczajnym. Nikt nie musiał mówić do niego »panie profesorze«, a mimo to postrzegany był jako autorytet. Także w tematach, które omawialiśmy, w chmurze dymu z mocnych papierosów i nieco rozgrzani likierem, poruszał się swobodnie. Blumenberg był prawdziwym maniakiem techniki, »auta« były jego ulubionym tematem rozmowy. Gdy my, asystenci, jeździliśmy już nowoczesnymi samochodami, on wolał wciąż toczyć się swoją starą dekawką. Tłumaczył autoironicznie, iż auto dwusuwowe to właściwy środek lokomocji dla filozofa, ponieważ często jeździ się w nim na jałowym biegu”.

Tylko na „jałowym biegu”, a nie w pędzie wprost do celu, mogą pojawić się w końcu ciekawe myśli.

Korygując nieco mit samotnika, trzeba dodać, że Blumenberg przez lata uczestniczył w konferencjach naukowych, prowadził popularne piątkowe wykłady w Münster, na których gromadzili się licznie zainteresowani słuchacze oraz pisał felietony do „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, jednego z największych niemieckich dzienników, a także do szwajcarskiego „Neue Zürcher Zeitung”. Nie zawsze więc stronił od towarzystwa bądź publiki.

*

A jednak kuszące jest, by myśleć o Blumenbergu jako autorze skłonnym do swoistego ukrywania się: jednym z przewodnich wątków jego filozofowania jest wszak myśl, iż „absolutyzm rzeczywistości” i „naga prawda” nie są czymś, co człowiek łatwo może znieść. Potrzebuje on zawsze swojej „jaskini”, ochronnej skorupy języka, metafor, mitów, które pozwolą mu zająć wobec rzeczywistości wygodniejszą pozycję, zdobyć narzędzia pozwalające ją oswoić.

Ukrywać się musiał jak najbardziej dosłownie w swoich latach młodzieńczych. Ze względu na żydowskie pochodzenie matki, jesienią 1940 r. został zmuszony do przerwania podjętych już studiów teologiczno-filozoficznych w jezuickiej szkole wyższej. Został wcielony do Reichsarbeitsdienst i pracował przez jakiś czas w lubeckim koncernie produkującym sprzęt ochronny na potrzeby wojska. Na początku 1945 r. jak wielu „pół-Żydów” trafił do obozu koncentracyjnego Zerbst. Szczęśliwie opuścił go jednak po kilku tygodniach dzięki wstawiennictwu szefa koncernu, w którym pracował. Resztę wojny spędził w ukryciu u rodziny swojej przyszłej żony Ursuli.

Po wojnie dokończył studia, kształcąc się na kilku kierunkach: filozofii, germanistyce i filologii klasycznej; szybko zdobył doktorat i habilitację. Wiódł życie akademickie; pracował w Hamburgu, Giessen, Bochum, a od 1970 r. do emerytury w 1985 r. w Münster. I pisał. Za życia wydał kilkanaście książek, ale zostawił także potężną spuściznę, Nachlass, z którego wyczarowano kolejnych 20 tytułów. Blumenberg swoje największe książki dyktował, korzystając tylko z bloczków z cytatami, wypisami z lektur; w najbardziej produktywnym czasie potrafił dyktować nawet oszałamiającą liczbę 20 stron dziennie.

*

Jak ulokować Blumenberga na akademicko-politycznej mapie powojennych Niemiec? Mimo iż był ofiarą represji w czasach nazistowskich, nie oceniał dorobku myślicieli podług ich postawy za rządów NSDAP. Potrafił współpracować z antropologiem filozoficznym Erichem Rothackerem, wieloletnim członkiem partii nazistowskiej, czy korespondować (i polemizować) w sprawie teologii politycznej z Carlem Schmittem, „koronnym prawnikiem III Rzeszy”. Być może zresztą trudno było postępować inaczej, gdy wielu starszych kolegów miało za sobą jakiś okres pracy i dostosowania do nazistowskiego reżimu.

Krytycznie odnosił się do Martina Heideggera – nazywając go w późnych latach „wcieleniem małego człowieka”. Rozstrzygające były jednak chyba względy filozoficzne, zwłaszcza że kwestię charakteru nazistowskich i antysemickich wątków u Heideggera ostatecznie rozstrzygnęły dopiero Czarne zeszyty, prywatne zapiski opublikowane kilka lat temu, już po śmierci Blumenberga. Filozof w pierwszej kolejności odrzucał quasi-mistyczną aurę pism Heideggera. W jednym ze swoich krótkich tekstów ironicznie określił kluczowe dla Heideggera „bycie” mianem „MacGuffina”. To pojęcie Alfreda Hitchcocka oznacza przedmiot napędzający akcję filmu kryminalnego – skradzioną statuetkę, którą trzeba odzyskać, tajne plany zniszczenia świata etc. W sumie nieważne, czym MacGuffin jest, ważne, że akcja biegnie naprzód. Podobnie Heideggerowskie „bycie” według Blumenberga buduje filozoficzny suspens, ale kryje się za nim tylko pustka.

Niechętny wobec wiązania filozofii z polityką Blumenberg był też sceptyczny wobec myślicieli teorii krytycznej. Fellmann zdradza, iż autor Pracy nad mitem nie bez złośliwości porównywał Jürgena Habermasa do Rudolfa Euckena – filozofa z początku XX w., który dostał Nobla, a dziś jest kompletnie zapomniany. Osąd to pewnie niesprawiedliwy, ale wynikał z obaw o nadmierne polityczne zaangażowanie filozofii po rewolcie studenckiej 1968 r. Według Fellmanna Habermasa od Blumenberga różniła jeszcze jedna sprawa: o ile ten pierwszy zabiegał o uniwersytecie katedry dla swoich uczniów, a ci z wdzięczności cytowali jego prace w swoich tekstach, o tyle ten drugi nigdy tego nie robił: zakazywał wręcz przywoływania swoich książek, zachęcając swoich uczniów do samodzielności. Czy to jeszcze jeden sposób na ukrycie się?

Gdyby szukać jakiejś dyskretnej filozofii politycznej Blumenberga, to bliski byłby mu chyba zachodnioniemiecki powojenny parlamentaryzm, oparty na podziale władz (nie bez powodu Blumenberg sympatyzował też z politeizmem, który dzieli władzę między wielu bogów, dając jednostce przestrzeń wolności), debacie, może nawet pewnym – by użyć popularnego w Polsce terminu – zbawiennym politycznym imposybilizmie.

„Polityka jest tym lepsza, im bardziej może ograniczyć się do »samych słów«” – zapisuje Blumenberg w tekście O aktualności retoryki w wymiarze antropologicznym (1971). Może to być zarówno aluzja do czasów nazizmu, gdy polityka przeszła od słów do czynów, jak i przestroga przed realizacją nuklearnych szantaży epoki zimnej wojny. Ten dość ogólny obraz sympatyka demokracji parlamentarnej epoki Adenauera może zostać jeszcze doprecyzowany – ze spuścizny filozofa, opublikowano już m.in. esej Präfiguration, w którym pisze krytycznie o mitach politycznych, w tym o mitologii hitlerowskiej. Być może czekają nas w tym zakresie nowe odkrycia.

Ideowych sojuszników Blumenberga szukać należy jednak nie wśród myślicieli politycznych, ale historyków, literaturoznawców i filozofów skupionych wokół grupy roboczej „Poetik und Hermeneutik” takich jak Odo Marquard, Hans Robert Jauss, Wolfgang Iser czy Reinhart Koselleck. Środowisko to, którego Blumenberg był wiodącym członkiem, aktywnie biorąc udział w spotkaniach w latach 1963–1974, wciąż chyba niedoceniane jest w swoim oddziaływaniu na życie intelektualne Republiki Federalnej (i nie tylko). To w tym kręgu zrodziły się bądź rozwinęły propozycje badawcze takie jak literaturoznawcza historia recepcji (Jauss) czy semantyka historyczna (Koselleck), które od kilku dekad inspirują badaczy w zakresie nauk humanistycznych. Jego uczestnicy wspominają, że postacią wygłaszającą programowe wystąpienia był jednak Blumenberg.

*

Członek „Poetik und Hermeneutik” Odo Marquard, za główną myśl Blumenberga uważał tę „o odciążeniu od absolutu”. „Ludzie nie są w stanie znieść absolutu. Muszą zdobyć się wobec niego na dystans”. Tak interpretuje przewodni wątek trzech jego najważniejszych książek. W Prawowitości epoki nowożytnej (zob. recenzję w „Znaku”) ludzie, chroniąc się przed absolutyzmem teologicznym wszechwładnego Boga późnego średniowiecza, zdobywają się na akt nowożytnego samoutwierdzenia, oparcia na sobie samych. W Genesis der kopernikanischen Welt (Geneza świata kopernikańskiego, zob. przekład wstępu) dostrzegają, że opiekuńczy kosmos Greków po kopernikańskim odczarowaniu staje się zimną pustynią – muszą więc szukać odciążenia od tej świadomości, a schronienie oferuje tylko Ziemia, zielona oaza na tej pustyni. A w Pracy nad mitem (zob. recenzję), stając od pradziejów wobec „absolutyzmu rzeczywistości”, homo sapiens musi uzbroić się w opowieści; dalsza praca nad mitem pozwala zamienić pierwotną grozę rzeczywistości w grę, w której dawni bogowie nie są już tak straszni. Pisze więc Marquard: „Ludzie nie wytrzymują absolutu – w postaci rzeczywistości i w postaci Boga: muszą zdobyć się wobec absolutu na dystans. Ich zadaniem życiowym – kulturą – jest praca nad tym dystansem”.

Takie systemowe ujęcie świetnie pokazuje główne tematy Blumenberga: źródła epoki nowożytnej, genezę i konsekwencje odkryć Kopernika, zjawisko sekularyzacji, upartą obecność mitów, różne sposoby „oswajania” rzeczywistości. Ukazuje także istotny nerw jego rozważań, jakim jest „samoutwierdzenie człowieka” wobec absolutu.

Stosunek Blumenberga do absolutu, do Boga, a także do chrześcijaństwa i Kościoła, intrygował niektórych jego czytelników. Na pozór rzecz zdaje się dość oczywista: Blumenberg jest rzecznikiem humanizmu i obrony człowieka przed roszczeniami wszechpotężnego Boga, który może zrobić z nim, co zechce. W jednej z ostatnich prac pt. Mätthauspassion (Pasja według Mateusza) Blumenberg z ironią analizuje chrześcijańską opowieść o zbawieniu, zadając teologii – jak pisze Tadeusz Zatorski – może „dziecięce”, ale niezwykle kłopotliwe pytania.

Dlaczego Bóg w ogóle stworzył świat i człowieka? Może z nudy? Albo – jak spekulował św. Anzelm – po to, aby wypełnić luki w chórach anielskich głoszących Jego chwałę po upadku Lucyfera?

Po co w rajskim ogrodzie zasadził drzewo, którego owoc sprowadził na ludzkość znój i śmierć? Dlaczego odkupienie musiało przyjąć formę krwawego spektaklu cierpienia Chrystusa? Czy Judasz nie był pozytywnym bohaterem historii zbawienia, pozwalając na jej ostateczne dokonanie się? Z powodu tych i podobnych pytań ta książka wydaje się ironicznym (choć być może uzupełnionym o nutę melancholii) gestem ostatecznego rozstania z chrześcijaństwem. Zatorski podaje zresztą za F. J. Wetzem, że Blumenberg już pod koniec lat 50. nie ochrzcił ostatniego z czwórki swoich dzieci, co stanowiło wyraz rosnącego dystansu do katolicyzmu. Zażyczył sobie również świeckiego pogrzebu, a jego prochy w rozpuszczalnej urnie z soli zatopiono na dnie Zatoki Kilońskiej.

Nieco inne światło na postawę filozofa rzucił list do teologa Uwe Wolffa opublikowany 2014 r., który przedstawiany bywa jako „ostatni list Blumenberga przed śmiercią” (zob. jego streszczenie). Życzliwie komentuje on w nim zainteresowania Wolffa takimi „archaicznymi” tematami jak mariologia i angelologia. W dyskusji na łamach „Znaku” Robert Pawlik zwracał uwagę, że Blumenberg krytykuje próby „uaktualnienia” treści chrześcijańskich przez niektórych teologów i teolożki, takich jak Uta Ranke-Heinemann, która m.in. odrzuciła opowieść o dziewictwie Maryi. Ważne okazuje się też osobiste podejście filozofa do Kościoła katolickiego. We wcześniejszym liście do Wolffa Blumenberg pisał o tym, że  choć „utracił wiarę”, to zachował „miłość do Kościoła”, a także formalną przynależność do niego (związaną w Niemczech z opłacaniem odpowiedniego podatku). Kościół bowiem przyjął go na studia w czasie wojny, gdy drzwi innych uczelni ze względu na jego żydowskie pochodzenie były dlań zamknięte; jego matka zaś znalazła schronienie w katolickim szpitalu. Jak zapisuje Pawlik: „W tym sensie Kościół okazał się odciążeniem od absolutu państwa”. Tadeusz Zatorski wskazuje jednocześnie, że rozważania o angelologii wpisują się w erudycyjno-ironiczną opowieść o teologicznych kuriozach z Mätthauspassion. A niechęć do rzeczników demitologizacji wynikać mogła „z niechęci każdego prawdziwego myśliciela do banału. Bo cóż może być bardziej banalnego niż tryumfalne demaskowanie wyobrażeń religijnych jako starożytnych i średniowiecznych opowieści mitycznych”. Niezależnie więc od nowych informacji, które ukazują np. młodzieńcze zainteresowania Blumenberga katolicką teologią, wydaje się, że dla myślicieli chrześcijańskich pozostaje on raczej wyzwaniem niż sojusznikiem.

*

W takich rozważaniach o „ostatnim liście” i prywatnych wyznaniach niewiary Blumenberga niejako zdradzamy jego dążenie, by wieść „życie ukryte”. Warto więc na koniec raz wrócić do jego książek. Blumenberg to – tak brzmi tytuł właśnie wydanej w Niemczech biografii intelektualnej – „czytelnik absolutny”. Jak pisałem w recenzji jego Paradygmatów dla metaforologii, „oprowadza [on] po historii intelektualnej Zachodu niczym po swojej bibliotece – z równą kompetencją duchową dobiera przykłady z filozofii wszystkich epok, literatury i prac naukowych. Ma się przy tym wrażenie historycznej rzetelności, która budzi nieprzeparty podziw (nie zazdrość, bo ta zakłada, iż pożądana cecha jest w naszym zasięgu)”.

W Polsce pojawiają się powoli kolejne tłumaczenia grubych ksiąg Blumenberga (w 2019 r. wyszła Prawowitość epoki nowożytnej); do jego prac dobrze wprowadza też poświęcony mu numer kwartalnika „Kronos” (nr 2 /2013). Tym przekładom towarzyszy jednak obawa, że są to prace dla nielicznego grona szczęśliwych – erudytów, którzy znajdą w nich intrygujące sposoby opowiedzenia o historii filozofii bądź nowe propozycje teoretyczne. Być może sposobem, by trafił on do nieco szerszego grona czytelników byłaby publikacja jego błyskotliwych miniatur.

Na koniec więc słowo o jednej z nich, zachęta dla potencjalnych wydawców. Schiffbruch mit Zuschauer (Katastrofa morska przy świadku) to niewielka książeczka poświęcona pewnemu obrazowi z kultury zachodniej: morskiej podróży i katastrofy, która może czekać statek na morzu. Żegluga morska stanowiła dla starożytnych wyraz hybris, wkraczania w przestrzeń, która nie jest przeznaczona dla człowieka. Nie bez powodu w proroctwie apokalipsy głoszącym „nową ziemię i nowe niebo”, okazuje się że „morza już nie ma” (Ap 21,1).

Punktem wyjścia dla Blumenberga jest wers pochodzący od łacińskiego poety z I w., Lukrecjusza, który w O naturze rzeczywistości pisze o przyjemności patrzenia ze stałego lądu na trudy żeglarza – „nie stąd, że cudza udręka radość ci może przynieść / Lecz, że przykrości widzisz, które gdy zechcesz – ominiesz”. Dla Lukrecjusza obserwator uosabia epikurejskiego filozofa, który zrozumiał naturę rzeczywistości i wyzwolił się od lęku.

U nowożytnych (choćby u Woltera) obraz ten jest jednak krytykowany, ponieważ bezpieczny obserwator na lądzie jest postrzegany nie jako ktoś wdzięczny za stały grunt pod nogami, lecz jako człowiek małego serca, którego cieszy nieszczęście dalekiego żeglarza. Ostatecznie w licznych interpretacjach coraz wyraźniej do głosu dochodzi zaś nowożytny i współczesny sceptycyzm – przekonanie, że właściwie nie istnieje już żaden stały ląd filozoficznej pewności. Zmuszeni w rzeczywistości jesteśmy do permanentnej podróży – na statku albo i tylko na kawałku pozostawionej z niej belki, jak zapisują XX-wieczni scjentyści (tą belką, która utrzymuje nas na wodzie, jest dla nich nauka).

Urok Blumenberga i jego atrakcyjność dla czytelników najlepiej wyraża się właśnie w tych miejscach, gdy w „długim trwaniu” jednej metafory pokazuje, jak zmieniają się nasze wyobrażenia o życiu, miejscu w świecie, nadziejach i obawach. W przypadku Schiffbruch…  od starożytnego wyobrażenia opiekuńczego kosmosu prowadzi nas do niepokojów odczarowanej współczesności. Blumenberg to dyskretny obserwator tych człowieczych zmagań.

Lipiec 2020 r. 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter