70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Karolina Sikorska

Filozofia jako bunt i terapia

Dla wielu filozofów Zachodu życie było medytacją. Nie siadali co prawda w pozycji lotosu, ale potrafili tak na siebie wpływać, że dostrzegali świat na nowo w całej jego zmienności.

Jak długo idzie się z Lipska do Królewca?

Półtora miesiąca.

To ponad 700 km, trzeba mieć niezłe tempo. Pod koniec XVIII w. tę drogę pokonał Johann Gottlieb Fichte, aby spotkać się z Immanuelem Kantem. Pan postanowił pójść jego śladem.

Muszę się przyznać, że nie szedłem pieszo całej tej drogi – podobnie zresztą jak Fichte. Pozostawił on po sobie pamiętniki z podróży. Wiemy więc, że niekiedy jechał dyliżansami pocztowymi, wynajął też wóz węglowy z furmanem. Zdaje się, że był wolnym duchem i jak gdzieś mu się podobało, to zostawał. Szedł przez większą część trasy, ale też zatrzymywał się w karczmach, u swoich znajomych. Nie spieszył się po drodze.

A Pan?

Tam gdzie szedł Fichte, ja też szedłem twardo, a tam gdzie jechał, używałem dostępnych dziś środków lokomocji.

Skąd się wziął ten pomysł?

O tym, że Fichte odbył kiedyś taką podróż, dowiedziałem się na studiach filozoficznych. Wzruszyło mnie romantyczne wyobrażenie, że Fichte poszedł pieszo, aby spotkać Kanta i uścisnąć dłoń wielkiemu filozofowi. Nie wiedziałem jeszcze, że jego pierwszym celem była Warszawa, gdzie poszukiwał pracy. Pomyślałem wtedy – jak się kocha filozofię, to można dla niej przejść taki szmat świata. Postanowiłem więc, że kiedyś zrobię to samo co Fichte. I w końcu się udało.

Jak się myśli w czasie marszu?

Bardzo dobrze, to fantastyczne doznanie. Działa taka kołysanka grawitacji, która uspokaja, daje wewnętrzny luz tradycyjnie osiągany za pomocą medytacji. Marsz wymaga regularnego porządku dnia. I to też sprawia, że wpada się w naturalny, łagodny, spokojny nastrój, z którego potem rodzą się klarowne myśli.

Ostatnio wydał Pan książkę Uwolnij się! Dobre życie według siedmiu filozofów-terapeutów. To kolejna Pana praca pokazująca znaczenie filozofii dla codziennego życia. Czy studia filozoficzne uczą też praktykowania filozofii?

W pewnym stopniu tak. Tam w końcu analizowaliśmy np. rozważania stoików czy Nietzschego i Schopenhauera, do których odwołuję się w książce. Czytając ich teksty, trudno nimi nie nasiąknąć. Byłem zaangażowanym studentem. Pamiętam, że w czasie studiów w Poznaniu spędzałem całe dni w bibliotece uniwersyteckiej, siedząc np. nad trzema Krytykami Kanta. Oddziaływały na mnie tak mocno, że po wyjściu z biblioteki byłem nieobecny jeszcze przez wiele godzin.

Jednocześnie jednak na studiach czyta się teksty w sposób zdystansowany. Niewielu wykładowców zwracało uwagę na terapeutyczny, osobisty wymiar filozofii.

Czyli nie żałuje Pan lat spędzonych na filozofii na uniwersytecie?

Nie. Czasem młodzi ludzie pytają mnie, czy warto iść na filozofię, czy raczej wybrać coś „porządnego”, co przyniesie pieniądze. Nie mam wątpliwości i ze szczerym sercem odpowiadam: idź na filozofię, na pewno na tym nie stracisz.

Po studiach w Poznaniu i w Yorku w Wielkiej Brytanii spędził Pan również dwa lata w Azji. Podróżował Pan po Indiach, Chinach, Nepalu, Tajlandii i Birmie. Czy impulsem były poszukiwania uniwersalizmu, wspólnych cech myśli Wschodu i Zachodu?

Szczerze mówiąc, nie stał za tym żaden rozsądny argument. Zdecydował głos serca przy lekturze tekstów buddyjskich, w tym klasyków takich jak Trzy filary zen Philipa Kapleau, niedostępnych wówczas w Polsce. Takie lektury mocno mnie inspirowały, czułem się wtedy buddystą. Miałem 25 lat, studiując w Anglii, dorabiałem sobie jako nocny portier w motelu i odłożyłem pieniądze na pierwszy wyjazd do Azji. Cóż lepszego mogłem zrobić, niż spróbować buddyzmu w miejscu, gdzie tryska jego źródło?

Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że istnieje jakaś uniwersalna tęsknota do rozkwitania. Jest obecna i w Azji, i w naszym kręgu kulturowym, gdzie jest bardzo wyraźna w filozofii antycznej, właściwie we wszystkich ówczesnych szkołach. Bardzo podobne są zarówno ścieżki filozoficznego życia, jak i diagnozy choroby duszy – to, że bierze się ona z przywiązania do błahych spraw, błędów myślenia, widzenia świata nie takiego, jaki jest, tylko takiego, jaki wydaje nam się, że jest.

A co w tej podróży odbierał Pan jako obce, dziwne, nietypowe?

Doświadczyłem zderzenia z obcością w postaci zwyczajów, etykiety, sposobów bycia i myślenia. Zwłaszcza że spędzałem czas w buddyjskich klasztorach.

Na Zachodzie i Wschodzie różnią się środki służące rozkwitaniu człowieka. Zawsze jednak szukałem w buddyzmie tych szkół, które są jak najdalej od kulturowego i religijnego zabarwienia, nie tworzą barier dla osoby pochodzącej z Europy. Dlatego wybrałem buddyzm therawady trzymający się filozoficznej tradycji, w której Budda jest przewodnikiem zabierającym swoich uczniów do lasu, aby pokazać im, czym jest natura.

To dalekie od powszechnych wyobrażeń o buddyzmie.

Często się nam wydaje, że buddysta to ten człowiek, który siedzi ze skrzyżowanymi nogami. Prawie zawsze gdy piszę o medytacji w popularnej prasie, na początku zaznaczam, że medytacja tego nie oznacza. Mimo to redakcje ilustrowały to zdjęciami faceta w garniturze w takiej pozycji…

Gdy czytamy wielu filozofów Zachodu, to widać, że ich życie też było medytacją. Nie musieli siadać w pozycji lotosu, ale wykonywali czynności typowo medytacyjne, czyli tak wpływali na siebie, żeby zobaczyć świat na nowo w jego zmienności. Marek Aureliusz mówi o tym, żeby wyszukiwać w rzeczywistości to, co zmienne, a z tej zmienności czerpać siłę do moralnego działania w świecie. Czy to nie medytacja?— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter