Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta
z Katarzyną Kłosińską i Michałem Rusinkiem rozmawia Michał Jędrzejek marzec 2020

Nie zarazić się złym językiem

W polityce możemy kogoś traktować jak partnera – tak byłoby najlepiej. Może on być konkurentem – jak w sporcie. Często jest jednak wrogiem – jak na wojnie. Na wojnie nie chodzi o to, by dojść do porozumienia, ale by zniszczyć tego, kto jest po drugiej stronie. To może być droga od słów do przemocy.

Artykuł z numeru

Jak mówi prawica?

Jak mówi prawica?

Napisaliście Państwo książkę Dobra zmiana. Jak się rządzi światem za pomocą słów analizującą wyrażenia używane przez polityków PiS-u i sympatyzujących z partią publicystów. Które z nich są najciekawsze, najbardziej pomysłowe z perspektywy językowej?

Michał Rusinek: Wyróżniłbym dwa określenia, które – jak przypuszczam – były efektem pracy specjalistów od PR-u. Po pierwsze, sama „dobra zmiana” stanowiąca pewną językową innowację (mówiło się dotąd raczej o „zmianie na lepsze”). Po drugie, „500 plus”. To wyrażenia, które są bezdyskusyjnym sukcesem, weszły nawet do języka przeciwników PiS-u. Gdy powiem ironicznie o „złej zmianie” albo o „500 minus”, to w gruncie rzeczy potwierdzam siłę istniejącej już frazy.

Katarzyna Kłosińska: Większość z tych słów jest retorycznie pomysłowa. Nie chcę jednak mówić o swoich gustach językowych, ale pokazać raczej, jakie niebezpieczeństwa wiążą się z tymi wyrażeniami.

To które z nich najbardziej niepokoją Państwa jako obywateli?

KK: Na przykład te quasi-naukowe: „pedagogika wstydu” albo „seksualizacja dzieci”.

MR: Powiedziałbym, że są to słowa „naukawe”.

KK: „Pedagogika wstydu” sprawia wrażenie określenia naukowego, skoro mowa o jakiejś „pedagogice”, a tymczasem jest sformułowaniem publicystycznym, które w dość arbitralny sposób przykłada etykiety do pewnego rodzaju działań. Gdy jacyś historycy bądź dziennikarze mówią o ciemnych kartach w polskiej historii, od razu przyczepia się etykietę: o, to jest właśnie „pedagogika wstydu”.

A „seksualizacja dzieci”?

KK: To termin psychologiczny, który oznacza czynienie dzieci obiektem seksualnym. Można go użyć w znaczeniu naukowym, np. gdy małe dziewczynki występują jako modelki tak wystylizowane, że zaczynają postrzegać siebie (albo postrzegane są tak przez innych ludzi) jako obiekt pożądania. „Seksualizacją dzieci” nie jest jednak edukacja seksualna bądź rozmowa o seksualności, a w takim kontekście używali tego sformułowania politycy i publicyści prawicy.

Język quasi-naukowy budzi zaufanie do osoby, która się nim posługuje; sprawia wrażenie, że panuje ona nad rzeczywistością, potrafi wyodrębniać z niej pewne aspekty i nadać im odpowiednie nazwy. Tymczasem terminy te nie mają nic wspólnego z nauką.

Całą rozmowę i więcej tekstów znajdziecie w najnowszym numerze papierowym „ZNAKU” (nr 778, marzec 2020 r.).

W Panu też największy niepokój budzą te „naukawe” słowa?

MR: Mnie one tak bardzo nie rażą. Wydaje mi się, że mają umiarkowany potencjał niszczycielski dla języka dialogu. Jest nawet coś komicznego w tej quasi-naukowości. Widać to w żartobliwych reakcjach na „mabenę”, maszynę bezpieczeństwa narracyjnego, której utworzenie proponował prof. Andrzej Zybertowicz. Jej zadaniem byłoby promowanie przez instytucje państwa i media publiczne spójnej opowieści o sytuacji w Polsce. Choć trzeba przyznać, że sam fakt powstania naszej książki i ogromnej ilości materiału do analizy pokazuje, iż mabena jakoś funkcjonuje.

To, co mnie oburza, to określenia mające charakter dehumanizujący.

Na przykład?

MR: „Element animalny”. Tak Jarosław Kaczyński określił pewną część społeczeństwa. Mówił też o „wilczych oczach” czy „wilczych zębach” Tuska.

W polityce możemy kogoś traktować jak partnera – tak byłoby najlepiej. Może on być konkurentem – jak w sporcie. Często jest jednak wrogiem – jak na wojnie. Na wojnie nie chodzi o to, by dojść do porozumienia, ale by zniszczyć tego, kto jest po drugiej stronie. Jeśli pojawia się jeszcze odczłowieczanie, to jesteśmy zwolnieni z obowiązku prowadzenia tej wojny według jakichkolwiek reguł. To może być droga od słów do przemocy.

W Rwandzie ludobójstwo zaczęło się właśnie od zabiegów językowych mających na celu dehumanizację przeciwników. Tutsi nazywano „karaluchami” i „wężami”. Podobne procesy opisywał słynny filolog Victor Klemperer w przypadku propagandy nazistowskiej.

Dehumanizujące określenia pojawiają się też po drugiej stronie politycznego sporu. Radosław Sikorski mówił o „dorżnięciu watahy”, a Grzegorz Schetyna o „strząsaniu PiS-owskiej szarańczy z drzewa polskiego państwa”.

MR: To prawda. To też były skandaliczne wypowiedzi. Mam jednak wrażenie, że były pojedynczymi inwektywami, raczej nieprzemyślanymi. Natomiast w przypadku obozu „dobrej zmiany” mamy do czynienia z pewnym spójnym, na chłodno tworzonym projektem językowym i wizją świata, którą próbuje się nam narzucić.

KK: W języku opozycji nie ma aż tak silnej szablonizacji i rytualizacji języka. „Dorzynanie watahy” pojawia się raz, ale nie wraca ciągle na pasku głównego programu informacyjnego.

„Element animalny” też pojawił się właściwie tylko w jednej wypowiedzi Kaczyńskiego.

MR: Ma Pan rację. Choć te słowa przypominają się też, gdy Kaczyński, a za nim prawicowe tygodniki zaczynają przedstawiać uchodźców jako osoby przenoszące egzotyczne choroby, jako zagrożenie biologiczne.

To są pojedyncze wypowiedzi. Pomruki. Jednak jeżeli w obrębie tego całościowego projektu owe pomruki się pojawiają, to one pokazują dla mnie potencjalne niebezpieczeństwo używania języka „dobrej zmiany”. Widzimy, w którą stronę on może się radykalizować. Nie mówię przy tym, że już się radykalizuje.

Myślę też, że ostre wypowiedzi po stronie opozycji są często reakcją na frazy pojawiające się u polityków „dobrej zmiany” – choćby na Twitterze, który jest medium wyjątkowo sprzyjającym agresywnemu językowi.

Co cechuje zatem system językowy „dobrej zmiany”?

KK: PiS wyróżnia, po pierwsze, retoryka wykluczenia. Nie było jej w takim natężeniu u żadnej władzy po 1989 r. Kto nie z nami, ten przeciwko nam: należy do „targowicy”, „sędziowskiej kasty”, „totalnej opozycji” albo „homolobby”. Po drugie, retoryka godnościowa. Ona z reguły charakteryzuje ugrupowania lewicowe – i w tym zakresie PiS ma w sobie wiele z lewicy. Choćby słowo „suweren” – ono pokazuje, że to wy, zwykli ludzie, macie władzę nad politykami, jesteście ważni, nie jesteście jakimś tam elektoratem. Tę retorykę widać też w kwestiach międzynarodowych. Choćby w słynnym „wstawaniu z kolan” – „Niemcy” i „Bruksela” nie będą już dyktować, co nam wolno, a czego nie.

MR: Dla mnie najważniejszym słowem PiS-u jest „sort”: Jarosław Kaczyński podzielił Polaków na lepszy i gorszy sort. Język „dobrej zmiany” jest zbudowany na retorycznej figurze antytezy: cały świat zostaje podzielony bez reszty na dwie części. Przy czym są to części, które pozostają wobec siebie w bezwzględnej opozycji, w żaden sposób się nie uzupełniają. To jest język charakterystyczny i dla PRL-u, i dla Orwellowskiej nowomowy.

W pewnym stopniu skłonność do posługiwania się podziałem antytetycznym jest też w każdym w nas – włącza się w sytuacji zagrożenia, gdy musimy szybko podjąć decyzję: czy ktoś jest swój czy nieswój. Dlatego PiS stara się rozbudzić lęk (np. wobec uchodźców) i nim zarządzać – wskazując wrogów wewnętrznych i zewnętrznych.

Ta skłonność do ujęć antytetycznych cechowała też opozycję antykomunistyczną: byli w końcu „my” (Solidarność) i „oni” (władza).

MR: Owszem, co więcej, władza PRL-owska też myślała w kategoriach my–oni. Rewolucje, patrząc historycznie, zwykle polegały na tym, że te strony zamieniały się miejscami, ale antyteza pozostawała antytezą. Po 1989 r. rządowi Tadeusza Mazowieckiego i liberalnym mediom udało się zaproponować inną wizję świata, inny język. Chodziło nie o zamianę miejsc, ale o przezwyciężenie podziałów. W kategoriach historyczno-politologicznych wyrażała to „gruba kreska” Mazowieckiego, która też była oczywiście zabiegiem językowym. Albo wierszyk Ernesta Brylla zamieszczony przed wyborami czerwcowymi na początku programu wyborczego strony solidarnościowej: „jesteśmy wreszcie we własnym domu / nie stój, nie czekaj / co robić? Pomóż!”. Zwracam uwagę na sformułowanie „własny” dom. W tym domu różnice między nami można opisywać nie w kategoriach bezwzględnej opozycji, ale różnorodności, pluralizmu. Możemy razem usiąść przy stole i się dogadać. Konsensus bądź kompromis – to słowa, które weszły wówczas do obiegu – są do osiągnięcia. ralnym mediom udało się zaproponować inną wizję świata, inny język. Chodziło nie o zamianę miejsc, ale o przezwyciężenie podziałów. W kategoriach historyczno-politologicznych wyrażała to „gruba kreska” Mazowieckiego, która też była oczywiście zabiegiem językowym. Albo wierszyk Ernesta Brylla zamieszczony przed wyborami czerwcowymi na początku programu wyborczego strony solidarnościowej: „jesteśmy wreszcie we własnym domu / nie stój, nie czekaj / co robić? Pomóż!”. Zwracam uwagę na sformułowanie „własny” dom. W tym domu różnice między nami można opisywać nie w kategoriach bezwzględnej opozycji, ale różnorodności, pluralizmu. Możemy razem usiąść przy stole i się dogadać. Konsensus bądź kompromis – to słowa, które weszły wówczas do obiegu – są do osiągnięcia.

KK: W Polsce często nasuwa się od razu określenie „zgniły kompromis”.

MR: Niestety. Ten język różnorodności czy, odwołując się do figury retorycznej, język enumeracji nie zastąpił oczywiście zupełnie języka antytezy. Ale zaproponowano go, pokazano, że można mówić inaczej. W wielu ludziach zostało jednak przeświadczenie, że potrzebne jest rozliczenie z poprzednim systemem albo wręcz zemsta, że w nowej Polsce „ludziom żyje się gorzej”. Uważali oni, że ten nowy język jakoś wykluczył ich i ich potrzeby. Politycy „dobrej zmiany” skutecznie wykorzystali te emocje.

Zatrzymałbym się przy tej figurze antytezy. Można przekonywać, że obywateli dzielą w ten sposób obie strony politycznego sporu. Różnią je tylko kryteria różnicowania. Prawica odwołuje się do podziału według lojalności narodowej: są patrioci i są zdrajcy. Liberalne centrum zaś częściej dzieli wedle poziomu racjonalności: są politycy racjonalni i są radykałowie, szaleńcy, przedstawiciele „sekty smoleńskiej” etc. Przypomnę podział zaproponowany (niezbyt skutecznie) w kampanii prezydenckiej w 2015 r. przez Bronisława Komorowskiego na Polskę racjonalną i Polską radykalną.

MR: Strategie różnicowania i wykluczania są stosowane przez polityków różnych opcji. Partie chcą pokazać, co je wyróżnia, i to jest uzasadnione. Widać to zwłaszcza w przypadku koalicji, gdy głównie mniejszy partner zwraca uwagę na swoje propozycje programowe, podkreśla swoją odrębność. Wydaje mi się jednak, że opozycja stosuje język oparty na antytezie rzadziej – i jak Pan sam zauważył – bez większych rezultatów. Są też sytuacje, gdy np. u przeciwnika politycznego pojawiają się istotne elementy antydemokratyczne – wówczas wykluczenie go jest uzasadnione.

KK: Ciągłe budowanie opozycji to nieszczęście polskiego życia publicznego.

Poświęciłam polskim dyskursom politycznym po 1989 r. habilitację. Wyodrębniłam tam dwa sposoby mówienia o polityce: etyczny i pragmatyczny. Pierwszy postrzega ją jako miejsce realizacji wartości etycznych (bądź sprzeniewierzania się im, zdrady) i często zakłada pewną bezkompromisowość w dążeniu do osiągnięcia tych wartości (bo nie ma nic ważniejszego niż moralność). Drugi widzi politykę jako pewnego rodzaju grę interesów, co wynika z obserwacji, że żeby rządzić, trzeba się umieć dogadywać. W polskiej polityce dominuje ten pierwszy model, zwłaszcza wśród ugrupowań prawicowych; proszę zwrócić uwagę, że samo sformułowanie „gra interesów” brzmi dla nas podejrzanie. PiS to jeszcze wzmocnił. Dobrym przykładem jest sprawa głosowania na Donalda Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej. Porażka 27 do 1 była dla polityków „dobrej zmiany” „moralnym zwycięstwem”. Nieważne, że się nie dogadaliśmy, nie przegłosowaliśmy innego kandydata; ważne, że nie daliśmy sobie w kaszę dmuchać.

Czy Platforma proponowała właśnie pragmatyczne podejście do polityki? Jej symbolem mogłaby być „ciepła woda w kranie”.

KK: Do pewnego stopnia tak. Dla ugrupowań liberalnych ta „ciepła woda w kranie” stała się symbolem takiego sposobu prowadzenia polityki, który miałby przynosić jak najwięcej korzyści obywatelom w ich codziennym funkcjonowaniu – polityk ma się skupić na tym, by obywatel mógł spokojnie żyć, nie martwiąc się o to, co jest mu niezbędne do życia. Dla przeciwników określenie to symbolizuje brak wartości wyższych w życiu publicznym – dla nich ci, którzy proponują „ciepłą wodę w kranie”, ograniczają swe działania do niezbędnego minimum i nie mają aspiracji wpływania na sferę moralną czy duchową społeczeństwa.

Pani Profesor mówiła wcześniej o godnościowej retoryce „dobrej zmiany”. Dobrze ją widać – na zasadzie pewnego kontrastu – w określeniach typu „przemysł pogardy” czy „pedagogika wstydu”. Chodzi o myśl następującą: dotąd wy, zwykli Polacy, byliście pogardzani, elity próbowały was zawstydzać, a teraz możecie zostać wreszcie docenieni.

KK: No tak. A wyobrażam sobie, że idealny język polityki mógłby się obejść bez kategorii pogardy. Nie musielibyśmy wypatrywać wszędzie jej objawów, myśleć o sobie w kategorii ofiary. Moglibyśmy żyć tak, jak żyjemy, ze świadomością swoich wad i zalet. PiS wprowadza zaś to napięcie – byliście pogardzani, ale spójrzcie: dziś „wstajemy z kolan”.

Gwoli ścisłości warto dodać, że „przemysłem pogardy” najpierw określano rzekomo pogardliwe odnoszenie się mediów liberalnych do Lecha Kaczyńskiego, a potem objęło ono też domniemane poczucie wyższości wobec wyborców PiS-u: tych, którzy dali się „przekupić” programowi 500 plus itd.

MR: Nieco starsi Polacy – w tym ci w moim wieku – pamiętają z czasów PRL-u uczucie, że jest się obywatelem drugiej kategorii; wyjazdów na Zachód, gdzie odkrywa się, że ma się tanie buty, że na nic cię nie stać. Wstyd, poczucie bycia kimś gorszym towarzyszyło też wielu ludziom w czasach III RP. Te uczucia zostały rozbudzone i zagospodarowane przez PiS.

Jednocześnie ekipa ta zastosowała strategię dowartościowującą. Świadczy o tym słowo „suweren”, o którym mówiła już Pani Profesor. To słowo politologiczne, którego użycie jest w jakimś sensie uzasadnione: władza zwierzchnia w Polsce należy do narodu, wszystkich obywateli państwa. Ale ono też działa jak komplement. Nieważne, czy jesteście zaradni bądź dobrze wykształceni. Nie musicie się w żaden sposób starać ani czegokolwiek zmieniać. Nie musicie się wstydzić. Jesteście suwerenem, jesteście okej tacy, jacy jesteście.

Mam kolegę w USA, pracuje w szpitalu. Zapytałem go po ostatnich wyborach, czym się różni Ameryka Obamy od Ameryki Trumpa. Opowiedział mi o siłowni, na którą chodzi. Zawsze byli tam ludzie, którzy opowiadali sobie homofobiczne czy rasistowskie dowcipy, ale dotąd mówili je po cichu. Teraz robią to na głos. Przestali się wstydzić samych siebie. To jest oczywiście konsekwencja strategii populistycznej.

Wiele z tych sformułowań, zarówno o charakterze quasi-naukowym czy inteligenckim („imposybilizm”, „ojkofobia”), jak i ulicznym („mordy zdradzieckie”, „kanalie”, „gorszy sort”) wprowadził do języka bądź spopularyzował Jarosław Kaczyński. Czy to on jest najbardziej kreatywnym dziś użytkownikiem politycznej polszczyzny?

MR: Tak sądzę. Jest on autorem znacznej części haseł z naszej książki. Nawet jeśli Kaczyński jakiegoś słowa nie wymyślił, to skutecznie wprowadził je do języka. Uważam, że jego działalność językowa jest przemyślana. Ciekawe jest to zróżnicowanie: język ulicy ma pokazać i budzić emocje. A ten „naukawy” pokazać, że to, co się dzieje dziś w Polsce, wynika z pewnej strategii, że stoją za nią fachowcy, którzy potrafią ująć obserwowane zjawiska we właściwe pojęcia.

KK: Sformułowanie „mordy zdradzieckie” padło w dużych emocjach, choć Kaczyński się z niego nie wycofał, lecz wręcz uzasadniał ich użycie – jak mówił – imperatywem moralnym.

Na pewno silnym nośnikiem tych wszystkich słów są Wiadomości TVP. Sformułowania, które pojawiają się na paskach, trafiają też do powszechnego obiegu.

Często się mówi o tym, że język „dobrej zmiany” przypomina język PRL-owskiej propagandy. Gdzie widać między nimi podobieństwa?

KK: Język PiS-u i PRL-owską nowomowę łączą podział na nas i onych, wykluczanie, wyraźne wartościowanie. Także bardzo silna szablonizacja: pewne wyrażenia i słowa są używane po wielekroć na określenie jednego zjawiska. Jeśli mowa o sędziach, to jest to „kasta”, jeśli ktoś sprzeciwia się reformom, to chce, „żeby było tak, jak było”. Ten szablon językowy jest powtarzany rytualnie w wielu różnych sytuacjach, utrwalając zawartą w nim wizję świata. Za takim szablonowym językiem stoi szablonowe postrzeganie świata – jeśli istnieje tylko jeden zasób nazw, określeń do opisu rzeczywistości, to można sądzić, że jest to jedyna możliwa rzeczywistość.

MR: Strategie językowe są szalenie podobne.

Nawet pojawiają się konkretne określenia jak gdyby żywcem wyjęte z propagandy PRL-u opisywanej w książkach prof. Michała Głowińskiego. Na przykład: „określone siły” albo „ulica i zagranica”.

Warto zwrócić uwagę, że gdy mowa o „określonych siłach”, to oznacza, że w gruncie rzeczy są one nieokreślone. Gdy mówimy „my wiemy kto”, to znaczy, że nie wiemy. To są strategie insynuacyjne. Mają na celu rozbudzenie ogólnego lęku, bez określenia wyraźnego przedmiotu.

Głowiński zwracał też uwagę, że propaganda zaczyna się wtedy, gdy media podają nie informacje, tylko interpretacje. Zwalniają nas z obowiązku interpretacji świata. Tak to dziś niestety wygląda w mediach publicznych.

A jakie różnice między tymi językami by Państwo wskazali?

KK: Podstawową różnicą jest otoczenie: w PRL-u był jeden nadawca telewizyjny i w przestrzeni publicznej oraz w mediach nie można było się zetknąć z innym językiem. Dziś mamy do czynienia z pluralizmem.

MR: Nie żyjemy w totalitaryzmie czy autorytaryzmie, lecz we względnej demokracji. Już bardziej sytuacja na Węgrzech i tamtejszy monopol medialny przypominają PRL.

Są też oczywiście różnice w słowach, po które się sięga. Język PRL-u chętnie np. – za całą tradycją oświeceniową i lewicową – używał słowa „postęp”. W publicystyce prawicowej można dziś przeczytać zaś o „demonie postępu” albo o „postępakach” – to zupełnie niezwykły twór językowy, który satyryk Marcin Wolski ukuł z połączenia „postępu” i „tępaków”. Postęp jest tu wrogiem polskości, a preferuje się – zwłaszcza w kontekście społeczno-kulturowym – to, co tradycyjne. Postęp kojarzy się z Zachodem, który jest w kryzysie, w którym rządzi multikulti, homopropaganda tryumfuje, a kościoły przerabiane są na dyskoteki.

Prof. Jerzy Bralczyk w jednym z wywiadów mówił: „Język polityczny w demokracjach jest ostry i wyrazisty niejako z natury. Inaczej w systemach totalitarnych, w których staje się zbiorem oficjalnie ustabilizowanych szablonów językowych”. Może więc wyrazistość języka w polskiej polityce nie musi być wadą? 

KK: No właśnie – teraz też mamy taki zbiór oficjalnie ustabilizowanych szablonów językowych. Język polskiej polityki po 1989 r. był wyrazisty, ale – tak jak mówiłam – w przypadku „dobrej zmiany” staje się też właśnie szablonowy, co zbliża go do języka minionego systemu.

MR: Jako guilty pleasure lubiłem oglądać to, co się dzieje w parlamencie brytyjskim. Z jednej strony poziom złośliwości members of parliament był wysoki, a z drugiej – wiedzieli doskonale, gdzie jest granica, której nie powinni przekraczać. Nie było tam mowy o szablonizacji, pojawiały się raczej oryginalne pomysły, jak posługiwać się językiem wobec przeciwników politycznych. Ale obrady te przypominały właśnie zawody sportowe. Sport ma zawsze jakieś reguły. Patrzymy na te dyskusje jak na show. Tak przynajmniej myślałem o brytyjskim parlamencie do czasów brexitu, gdy okazało się, że te dyskusje mają poważne konsekwencje i dla Polski, i dla całej Europy.

Język jest ciekawy, kiedy jest wyrazisty. Problem pojawia się wtedy – tak jak mówiłem – gdy metafory sportowe zostają zastąpione przez militarne. Czym innym jest radykalizacja języka podszyta metaforyką sportową, gdy na koniec podajemy sobie ręce, a czym innym metaforyka militarna, gdzie na koniec wbijamy nóż w plecy wroga. Pomyślmy o takim popularnym w internecie określeniu jak „zaorać kogoś”. Gdy ktoś zostaje pokonany w dyskusji, to zostaje „zaorany”. To nie jest określenie sportowe. Kojarzy się raczej z Dzikim Zachodem, gdzie przegrany ginie.

Niestety, opozycja też zaczyna mówić językiem radykalnym, pełnym inwektyw i najwyższych stopni przymiotników. Język zaś nie jest nieskończony. Nie ma stopnia naj-najwyższego przymiotnika, potem można już tylko przejść do czynów.

Jaką strategię powinny obrać osoby, którym nie podoba się język „dobrej zmiany”? Wydaje się, że łatwo wskazać kilka różnych dróg. Po pierwsze, można próbować „przechwycić” te negatywne określenia. Kiedyś robił tak o. Rydzyk, przyjmując z sympatią termin „moherowe berety”. Dziś można kupić koszulkę z ironicznym napisem: „jestem gorszego sortu”.

KK: Myślę, że nie jest to najlepszy pomysł, bo jego konsekwencją jest wtłoczenie się w paradygmat narzucony przez kogoś innego.

MR: Ironię można rozbroić, przeczytać ją nieironicznie. Gdy Jan Tomasz Gross zrobił sobie zdjęcie z napisem „Najgorszy sort Polaków”, to część prawicowych komentatorów zakrzyknęła: „O, proszę, przyznał się”. Co więcej, można też tę ironię odczytać jako gest pogardy.

Drugą strategię proponuje amerykański językoznawca George Lakoff w książce Nie myśl o słoniu!. Sugerował on demokratom, aby nie koncentrowali się na argumentach i języku republikanów (słoń to symbol partii republikańskiej), ale by pokazywali wartości, w które wierzą, za pomocą języka, jaki jest im bliski. Może opozycja powinna próbować „narzucić własną narrację”?

KK: Taka strategia oczywiście może być skuteczna. I czasami opozycji się to udaje. Na przykład TVN konsekwentnie nazywał ustawę o zmianach w sposobach rozliczania i dyscyplinowania sędziów „ustawą kagańcową”. Podobnie jest w przypadku „neo-KRS” albo „sędziów-dublerów”. To rodzaj przyklejania do rzeczywistości etykiety, nadawania jej od razu interpretacji, tak samo jak w przypadku „sędziowskiej kasty”.

Ciągłe nazywanie Stanisława Piotrowicza „prokuratorem stanu wojennego” też jest nie w porządku, bo to tzw. profilowanie, które podświetla tylko pewien wycinek rzeczywistości i na nim skupia całą uwagę.

MR: To są określenia od razu wartościujące, jakoś propagandowe. Tak samo jak np. nazywanie prezydenta Andrzeja Dudy – za Uchem Prezesa – Adrianem. Tak jak mówiła Pani Profesor: strategie te mogą wywrzeć oczekiwany skutek, ale nie są do końca fair.

Trzeci rodzaj działania proponują Państwo poprzez rzeczową analizę słów „dobrej zmiany” i wskazywanie, gdzie zawierają one pewien potencjał manipulacyjny, gdzie mogą być niebezpieczne.

KK: Nie jesteśmy doradcami politycznymi. Chcieliśmy przeanalizować ten język, aby zwrócić uwagę na to, jaka wizja rzeczywistości się za nim kryje.

MR: Nasza książka ma funkcję analityczną. Język „dobrej zmiany” zainfekował codzienną mowę Polaków. Wierzę w to, że możemy być bardziej wyczuleni na manipulację. Ze wszystkich stron: nie tylko PiS-u, ale także w przypadku np. reklam telewizyjnych. Sam zacząłem zauważać, że nasiąkam językiem publicznym, którym się mówi wokół mnie. A może ja nie chcę wcale grać w tę grę, którą ktoś inny mi proponuje? Świadomość językowa jest pierwszym krokiem, by uniknąć konsekwencji politycznych i społecznych zradykalizowanego języka. Konsekwencji, które mogą okazać się straszne.

Katarzyna Kłosińska

Dr hab., językoznawczyni, pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UW, przewodnicząca Rady Języka Polskiego PAN. Prowadzi audycję Co w mowie piszczy? w radiowej Trójce

Michał Rusinek

Dr hab., literaturoznawca, pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ, członek Rady Języka Polskiego PAN. Specjalizuje się w retoryce

 

Kup numer