fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Moi, mistrzowie

Ten krótki utwór otwiera ostatni tom wierszy Piotra Florczyka, poety i tłumacza mieszkającego od wielu lat w Stanach Zjednoczonych i tworzącego równolegle w dwóch językach. Tom nosi tytuł Dwa tysiące słów (2019) – i do znaczenia tego tytułu jeszcze na koniec powrócę.

Czytałem tę książkę kilkakrotnie: jest niewielka, ale wielostylistyczna, a przez to bardzo intrygująca w lekturze. Florczyk chętnie rozmawia z innymi poetkami i poetami; niektórych – jak Bishop czy Białoszewskiego – przywołuje z nazwiska, do innych nawiązuje aluzją, motywem, wykrojem wiersza. W tej poezji bardzo ciekawie współistnieją dwa gesty: gest śmiałości (objawiającej się choćby właśnie w sięganiu po różne, nieraz odległe od siebie, tradycje poetyckie) i gest ostrożności (tak zinterpretować można jej słowną powściągliwość czy skłonność poety do wybierania form raczej skromnych i zwartych niż rozgadanych i chaotycznych). Wiersze Florczyka budują wokół siebie siatkę odniesień, ale samoograniczenie trzyma je w ryzach i nie pozwala traktować jedynie jako intertekstualnych gier.

Tak jest również z wierszem Ląd. Czyż sam poeta nie podsuwa nam klucza do jego interpretacji, umieszczając w samym centrum słowa: „Znam ten kawałek…”? Rzeczywiście – czytamy i właśnie tak myślimy: znam, skądś znam. Znam ten rytm, te motywy, tak ustawioną perspektywę. Znam tę tonację: melancholijną, ale przełamaną nieoczekiwanym zwrotem, wyjściem poza skupione na sobie „ja”. Skąd znam? Mniejsza o to, ważne, że gdzieś to w sobie – jako czytelnik lub czytelniczka poezji – odnajduję. Nieważny jest dokładny adres, ważne jest, że to, co czytam, rozpoznaję jako znajome.

Przyjrzyjmy się zresztą poszczególnym obrazom. Trzy pierwsze zdania – w sposób nienachalny, jakby od niechcenia, ale jednak zdecydowanie – budują nastrój końca, wyczerpywania się, rozpadu. „Skończyły się…”, „Ostatnia…”, „strzępy” – ten szereg jest nieprzypadkowy i bardzo wyraźnie nacechowany. Owszem: to, co się skończyło, to jedynie paczka orzeszków, a to, co znika, to resztka pozostała po zimnym napoju. Te trywialne szczegóły mogłyby osłabić opisane wrażenie. Również „strzępy miasta” można by potraktować jedynie jako metaforę tego, że z miejsca, w którym siedzi bohater wiersza, widać niewiele. Niemniej akcent nieuchronnie pada na wspomniany szereg, powtórzę – zdecydowanie, jednoznacznie nacechowany. Dodajmy, że „strzęp” to w poezji polskiej bardzo mocne słowo; w tle jest choćby Baczyński: „Otom strzęp oderwany / od drzewa wielkich pogód…”, Świrszczyńska: „odrzucimy / w dwie strony pokoju / dwa zdychające / bezsilne strzępy”, ale też np. Świetlicki: „pielęgnuję w sobie ten strzęp / skrzep”. To słowo, którego nie da się łatwo „odcechować” i które za każdym razem podnosi tonację wiersza – również tego czytanego.

A potem następuje zwrot. Drugą połowę utworu poeta umieszcza w nawiasie, co nasuwa myśl, że ma ona być swoistym komentarzem do tego, co opisane wcześniej. Jeśli tak, to mamy tu do czynienia z chwytem, w którym jedna scena komentuje inną. Zwrot polega na tym, że nagle obok mówiącego podmiotu pojawia się jeszcze ktoś. Tym drugim bohaterem jest intrygujący „facet, który na przemian bije / na niby w bęben / i klaszcze”. Bez trudu spotkamy kogoś w tym rodzaju w miejscach publicznych: kogoś, kto nuci pod nosem jakąś melodię, palcami naśladuje ruchy pianisty albo uderza w oparcie przed sobą, jakby grał na perkusji. Jednak nie sama obecność drugiej osoby jest tu ważna, ale to, że bohater zwraca się w jej stronę. Pierwsza część wiersza była – powiedzmy to tak – solipsystyczna, ta staje się dialogiczna. Pierwsza była melancholijna, tu melancholia jest rozpraszana przez zagadujące słowo i stworzoną przez nie wspólnotę. Jak rozumieć ten „komentarz”? Nie mamy wyraźnej podpowiedzi. Poeta zostawia nas z pewnym napięciem, które musimy sami sobie nazwać. Zostawia nas z przeczuciem sensu, konkluzji, ale jej nie formułuje.

Choć pewną podpowiedzią może być tytuł – Ląd. Rozumiem go tak: w pierwszym wierszu tomu poeta zakreśla obszar – „jego ląd”, czyli miejsce, z którego mówi. Jak opisać to miejsce po tym, co już wiemy? Zapewne nie należy spodziewać się po nim spektakularnych przygód – ani na poziomie fabuły, ani na poziomie formy. Florczyka przyciąga to, co zwykłe, powszednie, obecne obok. A na poziomie form – to, co pozwala mówić stosunkowo prosto, a niekiedy wręcz ostentacyjnie prosto. To, że takie prosto opowiedziane historie wcale nie są proste, gdy przychodzi do interpretacji, to kolejna charakterystyczna cecha owego miejsca. Powściągliwość nierzadko bowiem tworzy – a jeszcze częściej ujawnia – rozmaite szczeliny. Florczyk tak właśnie postępuje w swoich wierszach: nie tworzy szczelin, tylko szuka sposobów, by je ujawnić. Zauważmy, nawiasem mówiąc, że w omawianym wierszu właśnie gest ujawnienia, rozpoznania wysuwa się na plan pierwszy. Melodia, którą się tu gra, jest niepełna, sugerowana, jakby ukryta. Dopiero słowa: „Znam ten kawałek…”, w pewnym sensie wydobywają ją na wierzch. Czy facet, który klaszcze i finguje grę na bębnach, to nie figura poety? Kim w takim razie byłby ten, który mówi: „Znam…”? Może obaj pełnią tu podobną funkcję: symbolizują dwie strony tego samego – czyli poetyckiego – doświadczenia?

Jeszcze uwaga o tytule całego tomu. Dwa tysiące słów to niewiele; ten mój felieton będzie miał zapewne około dziewięciuset. Jednak dwa tysiące to, jak informują podręczniki i samouczki języka angielskiego, liczba słów wystarczająca, by w miarę biegle się w tym języku porozumiewać. Interpretuję ten tytuł jako jeszcze jedną deklarację poety, by stanąć po stronie tego, co „znane”, bliskie, najbardziej rudymentarne. I po stronie komunikacyjnej prostoty i samoograniczenia. Prostoty, która nie musi oznaczać redukcji, i samoograniczenia, jakie niekoniecznie będzie zubożeniem. Zmieścić swoje doświadczenia w dwóch tysiącach słów to zmusić te słowa do większego wysiłku, większej elastyczności. Ale też – pozwolić wybrzmieć milczeniu, niedopowiedzeniu i innym „ukrytym” możliwościom języka.

 

Piotr Florczyk

Ląd

Skończyły się orzeszki.
Ostatnia kostka lodu
topnieje
w plastikowym kubku. Z dołu
prześwitują strzępy miasta.
(Znam ten kawałek –
mówię do siedzącego obok
faceta, który na przemian bije
 na niby w bęben
i klaszcze.)


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter