fot. Beata Zawrzel / Reporter
Wojciech Bonowicz lipiec-sierpień 2022

Moi, mistrzowie: Kamila Janiak

Książka Kamili Janiak „Zakaz rozmów z osobami nieobecnymi fizycznie” (Poznań 2020) narobiła szumu już w momencie publikacji, a zwieńczeniem tego szumu była Nagroda Silesius za najlepszy tom poetycki wydany w danym roku.

Artykuł z numeru

Rzeczy, które kochamy

Czytaj także

Wojciech Bonowicz

Moi, mistrzowie: Serhij Żadan

Powodów, dla których Zakaz… zwrócił na siebie uwagę, było wiele. Z jednej strony cztery poprzednie książki Janiak pozwalały uznać ją za jeden z najciekawszych głosów młodej poezji w Polsce. Dwie pierwsze miały punkową energię; dwie kolejne przełamywały ją interesująco, komplikując obraz poetycki, a pierwotnej nadekspresji przeciwstawiając ujęcie bardziej zdystansowane i zniuansowane. Z drugiej strony w nowym tomie pojawiła się grupa wierszy nawiązujących do doświadczeń pandemicznych, co było posunięciem odważnym, bo prowadzić mogło do lektury skupionej na wąskim „tu i teraz”, a jednocześnie skutecznym – bo „rozgrzewało” całą książkę. Janiak pokazała się jako poetka szybkiej reakcji, a zarazem ktoś, kto potrafi wpisać nowe społeczne doświadczenie w poczynione wcześniej rozpoznania i sposoby mówienia.

Zakaz… to książka o świecie, w którym trudno znaleźć miejsca niebolesne, jasne, niezranione. Poszczególne utwory składają się – jak napisał Jakub Skurtys – na lekko surrealizującą „opowieść o miejskiej samotności, o depresji w blokach i na deptakach”, przy czym należałoby dodać, że w wierszach jest tyleż smutku wielkiego miasta, co przedmiejskiej czy małomiasteczkowej atmosfery rezygnacji. Bohaterki i bohaterowie to ludzie, którzy muszą mierzyć się z zamkniętym horyzontem i martwą perspektywą. Pandemia tylko wyostrzyła te odczucia, ujawniła tlące się konflikty i słabość jednostek w radzeniu sobie z kryzysami. Pandemiczne zagubienie to jeden z przejawów szerszej dezorientacji; poetka z bezceremonialnością pisze o tym w krótkim wierszu: „ludzie nie wiedzą jak wykorzystać / te zmarnowane lata szkoły. / czy nie łatwiej było uwierzyć w czary?” (48 dzień pandemii). Wreszcie – wiele w tym świecie przemocy, z którą nie wiadomo co zrobić, której źródła są tyleż możliwe do nazwania, co nieusuwalne. Wypada dodać, że wizja poetki jest tu konsekwentnie antymetafizyczna: „kiedy ludzie zrozumieją, że to co znają / i umieją nazwać, robią sobie sami?”, pyta w wierszu bajka o szatanie. Tak domknięty świat wydaje się pułapką bez wyjścia, w której kolejne pokolenia skazane są na odtwarzanie tych samych ról: nierozumiejących swojej sytuacji niewolników, sfrustrowanych katów czy pogodzonych z losem ofiar.

A jednak postaci Janiak nie zastygają w bezruchu. Ruchliwość, nawet z pozoru bezsensowna, jest sposobem walki z tym, co napiera i ogranicza: z balastem, jaki pozostawiła przeszłość, i barierami, jakie stawia teraźniejszość. Co więcej – niektóre z nich podejmują wysiłek, by coś w świecie zmienić, lub przynajmniej dopuszczają możliwość takiej zmiany. Bohaterką pierwszego z prezentowanych wierszy jest pracownica opieki społecznej; po pracy usiłuje zrzucić z siebie wspomnienia rozmów „o biciu, bólu i strachu”, które prowadziła w gabinecie. Nie pamięta imion dzieci, z którymi rozmawiała, pamięta jednak dysonans między zawartością ich opowieści a tym, co mogła odnotować w sprawozdaniach. W drodze na basen myśli o tym, że „słowa są mierne”, że „powinno być więcej słów” na opisanie ludzkich doświadczeń. Ciekawe, że poetka używa właśnie tego określenia: „mierne”. Nie „marne”, a więc zbyt ubogie, niewystarczające i niestosowne – co podpowiadałaby logika wywodu – ale „mierne”, czyli przeciętne, zużyte, spowszedniałe, niedorastające do sytuacji. Takim „miernym”, skompromitowanym słowem okazuje się tu słowo „dom” – jedno z tych, o których zwykło się mówić, że są najważniejszymi słowami naszego życia. Ale problem, który uświadamia sobie bohaterka wiersza, nie tkwi tak naprawdę w konkretnym słowie. Chodzi o bezsilność wobec powszechności domowej przemocy i o napięcie między tym, co w tej sprawie może zrobić pojedyncza urzędniczka, a tym, co jest codzienną rzeczywistością wielu „dzieci-cieni”. W tym kontekście zdanie „powinno być więcej słów” znaczy: jako społeczeństwo powinniśmy skuteczniej reagować na cierpienie, zwłaszcza cierpienie najsłabszych.

Bohaterem drugiego wiersza jest mężczyzna, który zmaga się z negatywnym obrazem samego siebie. Jego dzieciństwo było pasmem upokorzeń, które później odreagowywał, zapracowując jednocześnie na złą opinię wśród uczących. Teraz próbuje zrzucić z siebie nagromadzony ciężar: ćwicząc podnoszenie sztangi, tak naprawdę stara się zmusić do wysiłku nie tyle mięśnie, ile psychikę, w której pozostawiły ślad traumatyczne doświadczenia. Poetka umiejętnie nakłada na siebie opis konkretnego ćwiczenia i tego, co dzięki treningom ma zostać przezwyciężone. Nie wiemy, czy ten wysiłek się powiedzie; podobnie jak w poprzednim wierszu, obserwujemy tu jedynie pierwszy krok w stronę zmiany. Niemniej drobny gest – wprowadzenie do opisu wyprostowanego ciała epitetu „dumne” – od razu ustawia spojrzenie nas, czytających: odruchowo stajemy po stronie bohatera, nawet jeśli nazwa wykonywanego ćwiczenia, „martwy ciąg”, wywołuje w nas raczej negatywne skojarzenia.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

O wybranych wierszach można zasadnie powiedzieć, że są nadmiernie „społeczne”, „zaangażowane”, interwencyjne. Ich perspektywa bliska jest reportażowi. Mniej tu owego surrealnego odkształcenia, na które zwrócił uwagę Skurtys. Od razu więc dodam, że książka Janiak jest wielostylistyczna, co jest jej siłą, lecz bywa też słabością. Czasami można odnieść wrażenie, że tom zanadto przechyla się w stronę „realizmu” i jednoznaczności, powtarzając wątki i ujęcia, które skądinąd mamy już dobrze rozpoznane. Ciekawiej robi się tam, gdzie poetka potrafi – jak w przywołanych wierszach – posłużyć się pojedynczym, realistycznym, ale lekko rozwibrowanym obrazem, a najciekawiej tam, gdzie obraz zostaje zdekomponowany i dostarczony nam jedynie we fragmentach. Niemniej o sile książki nie decydują, jak sądzę, pojedyncze wiersze. Decyduje to, że zmuszeni jesteśmy – jako czytelniczki i czytelnicy – nieustannie zmieniać sposoby odbioru. Dzięki temu opisywany świat odsłania nam się jakby z kilku perspektyw – raz z dołu, raz z góry, raz z bliska, innym razem z retorycznego oddalenia. Jeśli zbyt szybko powiemy sobie „aha, wiem już, o czym to jest”, umknie nam coś istotnego, co zapisane zostało między wierszami: jakaś osobliwa mieszanina złości, rozczarowania i współczucia, na którą nie ma dobrej nazwy.

Zaiste, na niektóre rzeczy powinno być więcej słów…


Kamila Janiak

 

kobieta, która po pracy

pomyślała, idąc na basen, że słowa są mierne.

rozmawiała dziś z dzieckiem o biciu, bólu i strachu.

 

po godzinie nie mogła sobie przypomnieć ani imienia dziewczynki

ani jej miejsca zamieszkania. pomyślała, zmieniając majtki na kostium,

że powinno być więcej słów. na przykład na słowo dom,

 

bo dziś w siedmiu raportach napisała, że w domu rodzinnym

występuje przemoc i problem alkoholowy.

a dzieci-cienie opisywały każdy dom szczegółowo.

 

pomyślała, że ich niewielkie odbicia czekają w wodzie,

czekają na nią przy każdym nawrocie.

 

martwy ciąg

wykonuje się podnosząc sztangę z nagromadzonym przez lata ciężarem.

podnosi się ją z ziemi do momentu, w którym plecy i nogi ćwiczącego

są całkowicie proste, dumne, bez bólu i wspomnień,

na przykład takich, że wyśmiewano go w podstawówce, bo był gruby,

bo się trząsł, jak biegł, bo nie umiał się bić i płakał.

 

podnosi się do momentu, w którym barki odciągnięte do tyłu,

zostawiają daleko nauczycielki, samozwańcze prorokinie,

które mówiły, że skończy w więzieniu lub i na cmentarzu,

ogólnie w kryminale, będzie ludożercą, kanibalem, mętem,

Reporter a sztanga z ciężarem znajdzie się nieco poniżej bioder.

Kup numer