(fot. Maksymilian Rigamonti / Biuro Literackie)
Wojciech Bonowicz czerwiec 2021

Moi, mistrzowie: Antonina Tosiek

Debiut ten na pewno nie przejdzie bez echa, także ze względu na problematykę, którą podejmuje młoda autorka.

Artykuł z numeru

Ucieczka od przebodźcowania

Czytaj także

Wojciech Bonowicz

Moi, mistrzowie: Adam Kaczanowski

Zamieszczony obok wiersz otwiera debiutancką książkę Antoniny Tosiek storytelling (Wrocław 2021). Debiut ten na pewno nie przejdzie bez echa, także ze względu na problematykę, którą podejmuje młoda autorka. Wiejskość, chłopskość, ludowość, prowincjonalność… Od pewnego czasu toczy się ożywiona rozmowa na temat historii i teraźniejszości polskiej wsi, w której biorą udział przedstawicielki i przedstawiciele różnych dziedzin nauki, ale też artystki i artyści. Jej celem jest rewizja obrazu wsi, który funkcjonuje w zbiorowej świadomości. Sztuka – w tym także literatura – odegrała w wytworzeniu tego obrazu znaczącą rolę, dlatego rewizja dokonująca się na jej terenie jest tak ważna. Pojawiła się w ostatnich latach grupa autorek i autorów skłonnych zmierzyć się z dotychczasowymi sposobami przedstawiania „wsi” i „ludu”. Nie wszystkie próby kończą się powodzeniem: niektórym piszącym udaje się przedrzeć przez zastane – i zastałe – formuły, klisze i wyobrażenia, inni, zazwyczaj mimowolnie, przyczyniają się do ich utrwalenia. Niemniej rozmowa trwa i tom Tosiek potraktować można jako deklarację włączenia się w nią i stanięcia po stronie dokonującej się rewizji.

Czysta opowieść

Charakterystyczne przy tym, że zarówno w tytule całego tomu, jak i w tytule otwierającego go wiersza poetka sięga po słowa zaczerpnięte z obcych języków, a zarazem takie, które już jakoś się w polszczyźnie zadomowiły. Co się dzieje, kiedy zamiast zwykłego „opowiadania historii” pojawia się angielskie storytelling? Autorka osiąga się w ten sposób przynajmniej dwa cele. Po pierwsze – mamy tu nawiązanie do metody badawczej, stosowanej w socjologii i innych naukach, polegającej po prostu na słuchaniu, w jaki sposób ludzie opowiadają o samych sobie. Słuchaniu i rejestrowaniu – bez ingerowania w ich opowieść. W ten sposób zasygnalizowana zostaje perspektywa przyjęta w całym tomie: głos autorski przestaje być tu głosem uprzywilejowanym. Akcent pada na wielogłos, na próbę wysłuchania i zapisania stories zaczerpniętych bezpośrednio z interesującego autorkę świata. Oczywiście, inaczej niż w naukowym storytelling, opowieści te ulegają przetworzeniu, ale celem owego przetworzenia nie jest ich ujednolicenie i podporządkowanie jakiemuś nadrzędnemu punktowi widzenia, lecz raczej wydobycie najistotniejszych napięć, które owe historie ujawniają.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Drugi cel jest z pierwszym trochę zbieżny, a trochę sprzeczny. Użycie zapożyczeń zawsze wytwarza pewien dystans do tego, co przedstawiane, ustawia nas – czytających – w roli obserwatorów, podkreśla naszą obcość względem opisywanego świata. To nie o nas będzie tu mowa, lecz o kimś innym, z kim nie mamy nic albo prawie nic wspólnego… Tak więc to ryzykowny zabieg – ale chyba konieczny. Bo chodzi o to, żebyśmy równocześnie zdobyli się na dystans wobec tego, co nosimy w głowach – naszych własnych wyobrażeń na temat „ludu”. Zbitka folk vanitas to uderzenie w coś, czym te wyobrażenia na ogół karmimy: z jednej strony w ciążenie ku „biesiadności”, ku folkowi rozumianemu jako zabawa elementami ludowej kultury, z drugiej – w skłonność do ujęć sentymentalizujących, opowiadających o świecie, którego już nie ma lub który „odchodzi na naszych oczach”. Jedno i drugie ujęcie – zdaje się mówić poetka – nie pozwala nam zobaczyć tego, co jest: „wieś” i „lud” stają się w ten sposób fantazmatami, utrudniającymi poznanie i zrozumienie rzeczywistej wsi i jej obecnych mieszkańców.

Władza rytuału

Opisana scena umiejętnie wydobywa na jaw wszystkie wspomniane sprzeczności. Oto wraz z bohaterką uczestniczymy w jakimś bliżej nieokreślonym wydarzeniu, ni to koncercie, ni to spotkaniu towarzyskim. Nie wiemy, gdzie się ono odbywa – może to remiza, a może sala w domu kultury? – w każdym razie w miejscu, w którym gromadzą się ludzie, „będą śpiewane piosenki”. Bohaterka też „przyszła pośpiewać”, ale okazuje się, że sprawa nie jest prosta: przy drzwiach czeka tajemnicza bileterka, która nie tyle sprawdza bilety wstępu, ile czuwa nad przebiegiem całego wydarzenia. Przede wszystkim – nie można ot, tak, usiąść i przyłączyć się do śpiewu, trzeba założyć pachnący potem i stęchlizną kostium, a włosy i całą resztę przybrać jarzębiną. Wykluczone są spontaniczność i bezpośredniość, to, co ludowe, musi być zawczasu opakowane w stereotyp. Symbolami dokonującej się stereotypizacji są zarówno „zużyte stroje zespołu mazowsze”, przez lata będącego oficjalną reprezentacją „ludowości”, jak i zaproszony przez organizatorów „ostatni wiejski zespół pogrzebowy”, który – jak się okazuje – ma przygrywać nie tylko do śpiewu, ale również do tańca. Nic tu nie jest autentyczne i żywe, wszystko jest rytualne i „bardziej tam nie tutaj”. Nawet publiczność zachęca się, żeby usiadła „w tylnych rzędach z dłońmi splecionymi w krzyże”, co można odczytywać jako próbę wymuszenia na niej – niezależnie od tego, co rzeczywiście czuje – póz wyrażających powagę i szacunek.

Powyższej scenie, świetnie rozpisanej, dynamicznej, pełnej gorzkiego, nieoczywistego humoru, zostaje w finale przeciwstawiona inna, bardziej statyczna i kameralna: scena rozmowy w gabinecie lekarskim, w – co ma mieć zapewne wydźwięk nieco ironiczny – „rodzinnej” przychodni bohaterki. Słowa, które padają w tej rozmowie z ust lekarki, ujawniają jeszcze inny punkt widzenia: perspektywę kogoś, kto się na wsi wychował, ale nie czuje się już jej częścią. W tej perspektywie wieś staje się „wiochą”, miejscem naznaczonym przez biedę, choroby i zapóźnienie cywilizacyjne, a styropian, którym kobieta ociepliła swój dom rodzinny – powtórzenie słowa „rodzinny” wydaje się tu znaczące – symbolizuje zerwanie, oddzielenie się, odwrócenie ze wstydem od tego, co kiedyś było swojskie i akceptowane. Zapewne dlatego wzmianka o styropianie tak mocno zapada w pamięć bohaterce wiersza. Słowa lekarki to swoista nowa pieśń, drażniąca, jak pocieranie o siebie kawałków styropianu – pieśń o wsi, która nie chce być wsią.

Wiersz folk vanitas to wstęp do książki – ale dobrze napisany, dlatego zwróciłem nań uwagę. Jest jak przygotowanie miejsca do rozmowy. Poetka daje nam wyraźny sygnał, co budzi jej opór i z czym zamierza polemizować. Jednocześnie robi to w taki sposób, że przesłanie wiersza nie obciąża go nadmiernie i nie pozbawia wdzięku. To duży atut i zachęta, by pójść dalej – wysłuchać opowieści, które czekają na kolejnych stronach książki. storytelling to debiut, któremu warto się przyjrzeć.

 

Antonina Tosiek

folk vanitas

tu będą śpiewane piosenki

ale jeśli nie macie ochoty

proszę się nie krępować można siadać

w tylnych rzędach z dłońmi splecionymi w krzyże (albo coś innego)

w rogu o tam

stoi bileterka i ubiera wchodzących w zużyte stroje zespołu mazowsze

więc jeśli coś was kręci w nosie to tylko pot roztocza i troszkę stęchlizny

mówiłam jej:

wolałabym bez tych falban ja tu tylko przyszłam

pośpiewać bo bardzo lubię

ale ona: nie nie pani musi tutaj cała od stóp do głów w żywej jarzębinie

wzięła mnie pod rękę i dalej heja tany

a przygrywał nam ostatni wiejski zespół pogrzebowy

dziesięcioro starców każdy jakby bardziej tam nie tutaj

bileterka mi na ucho: najgorzej będzie miał ten co umrze

ostatni bo w ciszy

pół roku później lekarka z rodzinnej przychodni pokazuje mi

na swoim xiaomi nagrania z tego cichego pogrzebu i mówi

w tej wiosze to azbest i malaria aż przykro patrzeć

ale nasz dom rodzinny (mówi dalej) już elegancki cały w styropianie

a mnie ten styropian potem w uszach

śpiewa i śpiewa

Kup numer