fot. Beata Zawrzel/Reporter
Wojciech Bonowicz styczeń 2022

Moi, mistrzowie: Marcin Świetlicki

Bohaterowi wierszy Świetlickiego „nie” jest potrzebne, żeby mógł narysować własny kontur, odróżnić się, odgrodzić.

Artykuł z numeru

Osiem lekcji na numer 800.

Czytaj także

Wojciech Bonowicz

Moi, mistrzowie: Agata Puwalska

Wśród 444 wierszy, które Marcin Świetlicki zamieścił w wydanym właśnie Wyborze (Lusowo 2021), znalazłoby się więcej takich, które zbudowane są na zaprzeczeniach. Gest odmowy, odcięcia się, zakwestionowania jest jednym z charakterystycznych gestów tej poezji. Nie być tym, kim chcą, żebym był, nie przynależeć do żadnej wspólnoty. Porzucać tych, którzy mi zaufali lub nadmiernie się przywiązali, odgryzać się tym, którzy twierdzą, że wiedzą lepiej, co w Świetlickim siedzi. Nieruchomieć, gdy świat zdaje się nadmiernie ożywiony, i ożywać, gdy wszystko wokół zamiera. „Nie”, „nie” i „nie” – konsekwentnie powtarzane od tego najwcześniejszego i może wciąż najsławniejszego: „odczekuję ironiczną, gorzką chwilę, krzywię się / i triumfalnie zaprzeczam”.

Bohaterowi wierszy Świetlickiego „nie” jest potrzebne, żeby mógł narysować własny kontur, odróżnić się, odgrodzić. Ostatecznie każde publiczne wystąpienie wiąże się z ryzykiem wystawienia na zawłaszczające spojrzenia innych, na ich komentarze i interpretacje. Bohater Świetlickiego nie izoluje się, przeciwnie – chce wyjść, zaistnieć, mówić tak, żeby go słuchano. A jednocześnie na rozmaite sposoby broni się przed owym zawłaszczeniem; każda próba oswojenia go, ustawienia, przypisania jest natychmiast przez niego kwestionowana. „Mam projekt na przyszłe / lata: nie pisać dla was”, deklarował w Niskich pobudkach. To jakby echo tego gorzkiego i równocześnie triumfalnego zaprzeczenia sprzed lat. Nie jestem tu po to – zdaje się mówić poeta – żeby spełniać czyjekolwiek oczekiwania. Możecie patrzeć, słuchać, kibicować, ale nie próbujcie zrobić sobie „swojego” Świetlickiego, bo Świetlicki nigdy nie będzie „wasz” czy „dla was”.

Można zasadnie pytać, czy poeta sam nie montuje w ten sposób pułapki na siebie. Czy nie zastyga w pewnym geście? Nie za bardzo się do niego przywiązuje? Mogłoby tak być, gdyby u Świetlickiego wszystko sprowadzało się do zaprzeczenia. Ale podmiot jego wierszy nie jest samą negatywnością. „Nie” bynajmniej nie jest ostatnim słowem tej poezji, choć jest słowem ważnym, słowem, któremu autor Zimnych krajów przywrócił siłę i znaczenie. Każdy, kto uważnie przeczyta Wybór, bez trudu odpowie nie tylko na pytanie o to, przeciwko czemu poeta występuje, ale również za czym się opowiada, co chce ochronić, a nawet – w co wierzy.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Na razie jednak przyjrzyjmy się jeszcze raz owemu „nie”. W wybranym wierszu natrafiamy na stanowczą deklarację: „gdziekolwiek byłem, / byłem nie stąd”. Świetlicki lubi takie zdania, które wyraźnie zarysowują granicę: po jednej stronie jest bohater wiersza, po drugiej – jakaś zbiorowość. Tu konkretnie: „mieszkańcy w mieszkaństwie zatwardziali”, a więc tak przywiązani do miejsca, które zasiedlili, że nie wyobrażają sobie życia poza nim. Co się dzieje między tak opisanymi stronami? Ten, który się sprowadził i nie zamierza zostać długo, jest kimś w rodzaju trickstera, demona nieporządku i nierównowagi. Co więcej, sam demonizuje własny wizerunek: przedstawia siebie jako kogoś, kto przyszedł „najwięcej nabrać, / zagarnąć i nakłamać”, a do tego ośmieszyć i zirytować swoich nowych sąsiadów. Zwróćmy przy tym uwagę, jak Świetlicki potrafi zaciemnić obraz, który nam podsuwa. Oto mamy zdanie: „I zgubić świadectwo”. Słowa te niemal zmuszają, żeby się przy nich zatrzymać. Co właściwie znaczą? Można je rozumieć realistycznie: ostatecznie przy przeprowadzkach zdarza się, że giną ważne dokumenty. Ale czy to właściwe rozumienie? Świetlicki coś sugeruje, ale kierunek interpretacji musimy wybrać sami. Być może chodzi o to, że bohater ma w sobie jakąś głębszą skazę, niekoniecznie nawet dotyczącą relacji, które nawiązuje z innymi. Jest kimś, komu z trudem przyszłoby świadczyć o czymkolwiek, bo jego osobista historia składa się głównie z szeregu zerwań, a nie zawiązań. To ktoś, kto raczej gubi, niż znajduje, raczej porzuca, niż zadomawia się i zakorzenia – i nie dotyczy to tylko stosunku do ludzi, ale również do miejsc, wyobrażeń, przyjmowanych i odrzucanych ról i tak dalej.

Intrygująca jest również ostatnia strofa wiersza. Oto miejsce, do którego sprowadził się bohater, odsłania jeszcze jeden wymiar: to dawne koryto rzeki, a skoro tak, to zapewne mieszkają w nim duchy tych, co kiedyś w owej rzece utonęli. Ten obraz podziemnej rzeki i zjaw, które żyją nad jej brzegami, daje się oczywiście zinterpretować symbolicznie czy psychoanalitycznie, ale przyjmijmy, że poecie zależy na bardziej dosłownym odczytaniu. Miejsce zamieszkania okazuje się mieć całkiem niestałą przeszłość: to, co z pozoru stabilne, osadzone jest tak naprawdę w czymś ruchomym i zmiennym. To powinno się bohaterowi spodobać – ale nie. Powiada twardo: „nawet stamtąd nie jestem”. Jak to rozumieć? Chyba jednak najprościej: jako wzmocnienie tej złożonej na wstępie deklaracji nieprzywiązania. Nie przynależeć do miejsca to nie przynależeć także do jego historii. Również zjawom bohater nie jest nic winien, ich obecność, choć przejmująca, nie stanowi dlań zobowiązania.

Ale ów podziemny świat, który odzywa się „we śnie”, można też zinterpretować jako piekło czy szerzej – jako zaświaty. O czym ostatecznie przypominają „odwieczne topielce”? O tym, że zamieszkanie „na stałe” jest tylko złudzeniem. Być „zatwardziałym w mieszkaństwie” to popełniać grzech pychy: nic nie jest stałe i na zawsze. Bohater to wie – stąd jego taka, a nie inna deklaracja. Ale Świetlicki nie byłby sobą, gdyby tej deklaracji nie rozciągnął także na to, co wieczne. Skoro jego bohater nie chce mieszkać nigdzie, to odrzuca także ten obraz wieczności, które podsuwa mu nawiedzana przez senne koszmary wyobraźnia. Nie ma takiego świata i „zaświata”, o którym uciekający bohater powiedziałby: to tu, tu się zatrzymam, tu zostanę. Przynajmniej w tym wierszu – odmowa „bycia stąd” sięga tu tak daleko, jak to tylko możliwe.

Gest odmowy, jeśli ma mieć znaczenie, musi być gestem konsekwentnym. Co nie znaczy – powtórzę – że jest gestem jedynym. Na szczęście świat poezji Świetlickiego to świat złożony z wielu uzupełniających się gestów, z ich kolejnych odbić i wariantów, a w konsekwencji – z nakładających się na siebie, coraz bardziej skomplikowanych sensów. Świat bynajmniej nie tak przejrzysty, jak by się mogło wydawać tym, którzy poprzestają na pospiesznej i powierzchownej lekturze, rzutując w dodatku na bohatera własne wyobrażenia o autorze. Nowy autorski wybór Marcina Świetlickiego zasługuje na zupełnie inną lekturę.


Marcin Świetlicki

Nie stąd

Bo nie stąd jestem. I gdziekolwiek byłem,

byłem nie stamtąd. Przyszedłem przebadać

tę okolicę, jak najwięcej nabrać,

zagarnąć i nakłamać. I zgubić świadectwo

 

Bo jestem nie stąd. I tu nie zostanę.

Piszę po ścianach. Obśmiewam mieszkańców

w mieszkaństwie zatwardziałych, sprawiam im przyjemność

chwilową, zaraz potem wyklinają mnie

 

Pod asfaltem jest rzeka, najstarsze koryto,

są głęboko pod domem odwieczne topielce,

choć wzywają mnie we śnie wyciągnięte ręce,

nawet stamtąd nie jestem

Kup numer