fot. Marcin Jonczyk
z Agnieszką Rzoncą i Mateuszem Burzykiem rozmawia Wojciech Bonowicz lipiec 2020

Człowiek ma w sobie windę

Jest w człowieku coś takiego, co wynosi go piętro wyżej, ponad doznania czysto zmysłowe. Niektórzy powiedzą: to złudzenie, tam nic nie ma. Ale nawet jeśli, to sam fakt, że człowiek chce wznieść się ponad siebie, jest czymś pozytywnym. I właśnie ten ruch nazywam duchowością. Choćby to było tylko tyle, szkoda byłoby stracić owo złudzenie. Bo wraz z nim zniknąłby też ów ruch w jego stronę.

Artykuł z numeru

Duchowość 2.0

Duchowość 2.0

Rok temu ukazał się Twój „Dziennik końca świata”. Przewidziałeś pandemię? Cały świat niemalże się zatrzymał.

Pandemia to nie jest żaden koniec świata. Pisząc Dziennik…, miałem raczej na myśli kryzys relacji międzyludzkich, który powoduje, że świat zmienia się w sposób nieodwracalny. Źródłem negatywnych zmian jest to, co się dzieje w ludziach. Gdzieś w ich wnętrzu następuje przejście od ideału wyznaczanego przez słowa: „dialog” i „porozumienie”, w stronę rzeczywistości opisywanej przez: „moje” i „nie wtrącaj się”.

To żadne odkrycie, mądrzejsi ode mnie piszą o tym od wielu lat, ale nie można przestać powtarzać tej diagnozy. Ludziom się wydaje, że zmiana dokona się przez wdrożenie kolejnych procedur. Lecz zasadniczy zwrot musi dokonać się na poziomie duchowym. Kryzys dotyczy relacji – z drugim człowiekiem, ze światem. Jeśli nie podejmiemy się naprawy, to będziemy ten koniec świata nieustannie przybliżać.

Jak go więc oddalać?

Jacek Filek napisał przed laty bardzo przejmujący tekst o tym, że naprzeciwko siebie staje dziś nie religia i ateizm, lecz coś zupełnie innego. Po jednej stronie jest „religia-ja” i „ateizm-ja”, a po drugiej „religia-my” i „ateizm-my”, czyli takie myślenie, które widzi więcej niż tylko własne podwórko, własne bezpieczeństwo, własny interes. We współczesnym kształceniu popełniamy błąd, brakuje uwrażliwienia na owo „my”.

Na czym polega problem z ekologią? Ludzie nie zaczną żyć ekologicznie, jeśli nie zrozumieją, że to, co ich otacza, nie jest czymś osobnym, lecz częścią ich samych. Dopóki nie utożsamimy się z naszym otoczeniem, nie weźmiemy za nie odpowiedzialności. Chodzi o poczucie, że wszystko, co złego robię Ziemi, robię też sobie.

Czy natura jest dla Ciebie ważna? Odkrywasz w niej – w jej doświadczaniu – duchowość?

Natura to dla mnie bardziej zwierzęta niż pejzaż. Nie mogę powiedzieć, że spotkania z naturą wiążą się dla mnie z najważniejszymi doświadczeniami duchowymi. Ale odkąd jest w domu kot, zaczęło się zmieniać moje spojrzenie na zwierzęta w ogóle. Bo zwierzęta zmuszają nas do stawiania sobie różnych pytań. Na przykład – czym jest przywiązanie. Przez lata mówiło się, że koty nie wiążą się z ludźmi tak bardzo jak psy. Dzisiaj wiemy z badań, że potrafią się przywiązać znacznie bardziej, tylko zupełnie inaczej to okazują. Koty uczą nas większej elastyczności emocjonalnej, bardziej subtelnego budowania relacji.

Zwierzęta mają w sobie coś mistycznego. Krowy, konie, nawet kury, tak bardzo w naszej kulturze pogardzane. Jerzy Nowosielski twierdził, że zwierzęta to subtelne byty zesłane na świat, żeby przeżyć swoją kenozę. Jesteśmy częścią tej kenozy, tzn. cierpienia. Przemawia do mojej wyobraźni wizja, że krowy i inne zwierzęta mają swoje życie duchowe. Nie wiem, jakie, nie jest ono dla mnie dostępne, ale wierzę, że je mają.

Pamiętam z dzieciństwa zachwyt tajemnicą, jaką jest zwierzę. Nie tyle drugi człowiek, ile właśnie zwierzę, z którym nie można się porozumieć tym samym językiem, w związku z czym nie można z niego owej tajemnicy wydobyć. Niestety, potem się dorasta, obojętnieje, gubi w sobie owo dziecko, które umiało się zachwycać. Dziś bardziej niż natura miejscem doświadczeń duchowych jest dla mnie sztuka.

Które dziedziny sztuki mają na Ciebie największy wpływ?

Z oczywistych powodów literatura, ale nie wiem, czy najsilniejsze przeżycia nie są jednak związane z malarstwem. I to zarówno klasycznym – Bruegla, Vermeera czy Caravaggia – jak współczesnym.

Oglądając niektóre obrazy, mam poczucie, że sięgam poza materię i poza horyzont zakreślony przez moje życie. Żeby żyć, musimy wszystko sobie ponazywać, uporządkować. A w sztuce dobre jest to, że możemy wymknąć się utartym ścieżkom. Stajemy w niemym zachwycie, bo mamy przed sobą coś, co dotyka sfery, która jest autentycznie niewyrażalna.

Pamiętam, jak znalazłem się w sali wypełnionej pracami Zbigniewa Makowskiego. W każdym jego dziele jest jakieś wychylenie ku tajemnicy. A zebrane razem, uderzają w człowieka z taką siłą, że nie ma innej odpowiedzi, jak tylko się rozbeczeć. Nie ukrywam, że często, kiedy widzę piękno, płaczę.

A muzyka?

Słucham dużo muzyki, zarówno takiej brutalnej, prostej, jak klasycznej czy jazzowej, bardziej wyrafinowanej. Tyle że do mnie łatwiej się jednak dostać przez oczy.

Myślę, że każde spotkanie ze sztuką jest doświadczeniem duchowym. Nawet spotkanie ze sztuką popularną, rozrywkową. O ile daje radość, bo radość jest duchowością. Możemy wskazać, jaka część mózgu za tę radość odpowiada, ale w gruncie rzeczy to jest coś duchowego. Człowiek ma w sobie windę, która wynosi go piętro wyżej, ponad doznania czysto zmysłowe i wynikające z kontaktu z materią. Niektórzy powiedzą: to złudzenie, tam nic nie ma. Ale nawet jeśli, to sam fakt, że człowiek chce wznieść się ponad siebie, jest czymś pozytywnym. I właśnie ten ruch nazywam duchowością. Choćby to było tylko tyle, szkoda byłoby stracić owo złudzenie. Bo wraz z nim zniknąłby też ów ruch w jego stronę.

Powiedziałeś już m.in. o relacjach, zachwycie, spotkaniu z niewyrażalnym. Z czym jeszcze wiąże się dla Ciebie termin „duchowość”?

Każda odpowiedź będzie metaforą, ale mówiąc najprościej i trochę tautologicznie: duchowość to szukanie ducha w świecie. Dawni poeci twierdzili, że natura jest jak list napisany przez Boga. Duchowość to poczucie, że świat jest „pismem”, za pomocą którego ktoś chce ci coś ważnego powiedzieć. To takie „czytanie” świata, które odkrywa w nim więcej niż tylko to, co jest „tutaj”. Z tego potem wynika określony stosunek do świata, polegający na tym, że tego świata nie chce się zawłaszczyć, nie chce się nim zawładnąć.

Duchowość pomaga nam uciec od egoizmu, który mówi: weź, skorzystaj, przecież to wszystko jest twoje.

Kolejnym ważnym elementem duchowości jest dla mnie współczujące i wyrozumiałe spojrzenie. Jeśli człowiek rozwija swoje życie duchowe, przestaje traktować Boga jako kogoś, do kogo bez przerwy trzeba zanosić skargi na ten świat. Prawdziwe życie duchem zaczyna się wtedy, gdy właściwie niczego od Boga nie potrzebujesz, o nic Go nie prosisz. Patrzysz na świat i widzisz, że przy wszystkich jego ułomnościach, niedoskonałościach ten świat jest piękny i powinieneś być za niego wdzięczny.

Oczywiście to nie znaczy, że masz być bezkrytyczny i nic nie robić. Krzywda wyrządzana biednemu czy dziecku nie jest piękna. Dlatego masz walczyć o ten świat: o poprawę życia uciśnionych, o sprawiedliwą ekonomię, o to, żeby ofiary pedofilów doczekały się zadośćuczynienia, itd. Jednak twój krytycyzm nie powinien być zakorzeniony w ranie, którą w sobie nosisz, lecz w twoim zachwycie. Będzie to wówczas zupełnie inny rodzaj krytycyzmu. To jest odkrycie, które przyszło do mnie razem z Tischnerem.

Nazwisko Tischnera przywołuje temat duchowych mistrzów. Kto pełnił w Twoim życiu taką funkcję?

Moimi pierwszymi mistrzyniami duchowymi były moje babcie. Kiedy odczuwam coś w rodzaju kryzysu, wracam do doświadczeń dzieciństwa i przywołuję je w pamięci. To były proste kobiety o bardzo głębokiej religijności, ale przede wszystkim potrafiły bezpośrednio okazywać miłość. Pamiętam, jak z babcią Marią chodziłem na msze, także w dzień powszedni, o świcie, do małej kaplicy, gdzie było niewygodnie i wszyscy mi się przyglądali. Na trzeci czy czwarty dzień nudziłem się już okropnie. Ale chodziłem tam z miłości – bo babcia mnie kochała i ja też ją kochałem. A ponieważ jej miłość była silnie spleciona z wiarą, więc i ja traktowałem wiarę serio. I moja wiara została zbudowana na babciach, nie na biskupach. Uwierzyłem dzięki miłości i do dziś uważam, że wiara ma sens tylko wtedy, kiedy się kocha. Jak tego nie ma, to się zaczyna zarządzanie, manipulowanie, budowanie autorytetu w oparciu o władzę itd. Nie pamiętam, żeby babcie kiedykolwiek mi rozkazywały. Wiadomo było, że trzeba pracować i nie wolno nikogo krzywdzić, także zwierząt. Babcia Emilia mówiła: „Wstydzić to się trzeba źle robić”. I tyle. Za tym szła cała etyka. To była typowa wiara-my.

Doświadczyłeś z ich strony bezgranicznej akceptacji.

Jeśli istnieje Bóg, to jest mniej więcej taki jak one – jedna i druga, bo były do siebie bardzo podobne. Obie bardzo wiele życiu oddały: rodziły dzieci, część z nich straciły, przeżyły dwie wojny, ciężko pracowały. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek się skarżyły. Jak słyszę ludzi sytych, jeżdżących dobrymi samochodami, mieszkających w ogrzewanych mieszkaniach, którzy przy stole nie mają do powiedzenia nic prócz jednej wielkiej skargi na ten świat, to wstaję od stołu, nie mogę tego wytrzymać, bo wydaje mi się to nie w porządku wobec tych wspaniałych kobiet. One potrafiły przyjąć wszystko, co dał im los.

Czy ktoś jeszcze był Twoim duchowym mistrzem?

Wymieniłbym dwie osoby. Bardzo ważne było dla mnie spotkanie ze Stefanem Swieżawskim. Pod koniec życia Swieżawski często mówił o tym, że życie jego i żony zmierza w stronę Nazaretu, czyli w stronę zupełnej prostoty. Mówił to facet, który napisał osiem tomów o filozofii średniowiecza i przestudiował wszystkich ówczesnych mędrców. Pamiętam, jak pierwszy raz pojechałem do Swieżawskich zrobić wywiad dla „Znaku”. Otworzyli mi drzwi rozchichrani jak nastolatkowie. Okazało się, że pół godziny wcześniej pani Maria wywaliła się z wózkiem na ziemię. Profesor próbował ją podnieść, a ponieważ sam był słaby, to zajęło mu to trochę czasu. Ci blisko 90-letni ludzie śmiali się ze swojej słabości! Zobaczyłem wtedy autentyczną wielkość.

A drugą postacią był wspomniany Józef Tischner. On z kolei uświadomił mi, jak wielką wartością jest różnorodność i że zaganianie wszystkich do jednego stada, jednego sposobu myślenia jest wbrew życiu. Kiedyś powiedział, że nie należy wszystkiego na siłę „chrystianizować”. Zostawmy dobro tam, gdzie jest – mówił – i korzystajmy z tego. Tę samą myśl można dziś odnaleźć u Tomáša Halíka.

Czy duchowości można się uczyć inaczej niż poprzez spotkanie i doświadczenie?

Przede wszystkim – żeby się czegokolwiek nauczyć, musisz tego naprawdę chcieć. Celem nie może być ogrzanie się w czyimś cieple ani podchwycenie jednej czy drugiej myśli, żeby nią później błyszczeć w towarzystwie. Trzeba przyjść, tak jak młodzi chłopcy udawali się do ojców pustyni i mówili: „Abba, daj mi słowo, powiedz mi, co zrobić”. A abba na ogół nic nie mówił, kazał patrzeć na to, jak żyje, co robi. Jestem szczęściarzem, bo zawsze lubiłem przyglądać się ludziom.

Miałeś też szczęście spotkać swoich mistrzów. Gdzie radziłbyś ich szukać?

W każdym DPS-ie, wśród jego pensjonariuszy, siedzą mistrzowie, tylko prawie nikt ich nie odwiedza. W Wadowicach rozmawiałem kiedyś z młodymi ludźmi, którzy w ramach wolontariatu chodzą do ludzi starszych, żeby z nimi posiedzieć, coś przeczytać, razem rozwiązać krzyżówkę. W ten sposób odkrywają nieznany i wspaniały świat. Odkrywają słabość i wielkość. Nic spektakularnego się tam nie dzieje – a równocześnie dzieje się rzecz najważniejsza, tzn. spotkanie. Żeby znaleźć mistrza czy mistrzynię, nie musisz szukać wśród wielkich pisarek czy pisarzy. Prawdopodobnie masz ich obok siebie.

Żeby dostrzec tych ludzi i sztukę życia, jakie prowadzą, trzeba być odpowiednio nastrojonym. Można to wyćwiczyć?

Moje życie się tak szczęśliwie ułożyło, że miałem rodziców, którzy nie byli nastawieni na zdobywanie, urządzanie się, gromadzenie rzeczy. Nie wiem, jaki bym był, gdybym się wychował w rodzinie, która miałaby ambicje ulokowane w osiąganiu sukcesów. Gdyby np. ojciec, który pod koniec życia pracował w banku i przez chwilę wreszcie dobrze zarabiał, powiedział mi: „Zostaw tę literaturę, idź do bankowości”. Znam wielu ludzi, którzy są nieszczęśliwi, bo ich wyborami życiowymi kierowała łapczywość. U mnie w domu tego nie było. W Dzienniku końca świata wspominam, jak poszliśmy z ojcem do kina Luna w Oświęcimiu na spotkanie z Ireną Dziedzic. Stoimy, a ludzi zbiera się coraz więcej, zaczynają się przepychać, krzyczeć. I wtedy ojciec mówi: „Wiesz co, my nie musimy”. I wróciliśmy do domu. Było to jedno z najważniejszych doświadczeń mojego dzieciństwa. Wielokrotnie potem w życiu powtarzałem jego słowa. One dają niesamowite poczucie uwolnienia: może inni muszą, ale my nie. Bardzo wielu ludzi żyje w jakimś rodzaju musu. Albo sami go sobie narzucili, albo zrobili to inni – ale ten mus ciąży im i nie pozwala się rozwinąć.

W Dzienniku… pisałeś o człowieku wewnętrznym, który właśnie niczego nie musi. I na co dzień może nikt go nie zauważa, ale pojawia się pytanie, czy to, że on żyje w swoim duchowym rejestrze, zmienia coś dla innych ludzi, dla świata. Twoim zdaniem zmienia?

Tak, każde pojedyncze doświadczenie wewnętrznej przemiany jest dla przetrwania świata ogromnie ważne. Ono może być nawet niewidoczne na zewnątrz, ale najczęściej człowiek, który ma w miarę uporządkowane wnętrze, jakoś na otoczenie promieniuje. Każdy na pewno zna takie sceny ze swojego życia: stoimy w kolejce, atmosfera jest nerwowa, starsza pani długo szuka w torebce drobnych. I nagle odwraca się do kolejki i mówi z uśmiechem: „Bo ja taka niepozbierana jestem”. I wtedy ta kolejka też się uśmiecha, i wszystko nagle się zmienia – dzięki jednej osobie. Drobne światło, które ona nosi w sobie, opromienia innych. Było ciemno, jest jasno. Jeśli świat jest jeszcze do uratowania, to tylko dzięki takim ludziom.

Czy masz jakieś praktyki, które pozwalają Ci rozwijać Twoją duchowość? Stoicy mieli np. rachunek sumienia.

Nie mam specjalnych rytuałów, brakuje mi systematyczności. Ale są trzy drogi duchowe, o które dbam. Pierwsza – mówiliśmy już o niej – to droga sztuki. Kontakt z prawdziwą sztuką, nawet taką, jaka mnie w jakimś stopniu rozbija, dezintegruje wewnętrznie, jak choćby twórczość Herty Müller czy Johna Maxwella Coetzeego, jest czymś duchowo pozytywnym. Ich literatura skłania czytającego do stawiania sobie pytań, np.: gdzie jest światło w świecie? Ale oczywiście w sztuce szukam też ukojenia, momentów zachwytu, który jest bardzo ważny, żeby człowiek w ogóle chciał zająć się w życiu czymś więcej.

Druga droga to wspólnota, w moim przypadku chodzi konkretnie o wspólnotę z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. W świecie, gdzie bez przerwy pozostaję uwikłany w jakieś obowiązki i umowy, wspólnota jest dla mnie enklawą swobody, przestrzenią wolną od interesów, pozwalającą doświadczyć miłości niemal namacalnie. W tej wspólnocie chodzi tylko o to, żeby być dla siebie i razem celebrować życie. A celebrowanie życia dla człowieka religijnego jest tak naprawdę celebrowaniem Boga, mówiąc najprościej.

Trzecia droga duchowa to droga prowadząca do miejsc, w których popełniono zbrodnie wojenne, miejsc egzekucji, wysiedleń, Zagłady. Gdy jestem w podróży i wiem, że w okolicy jest takie miejsce, zwłaszcza rzadko odwiedzane, podjeżdżam i zatrzymuję się tam na chwilę. To miejsce nie musi być nawet oznaczone, wystarcza mi świadomość, że właśnie tu jacyś ludzie wiele lat temu ginęli w strachu. Staram się tam na moment wyciszyć i jakoś z nimi połączyć. Ma to oczywiście charakter trochę ekspiacyjny, ale przede wszystkim chodzi o solidarność: próbuję połączyć się duchowo z ludźmi, którzy cierpieli z powodu przemocy, strachu, rozpaczy. No i modlę się za innych, zwłaszcza za osoby mające problem z nienawiścią. Proszę tych zmarłych, żeby zajęli się żywymi, którzy nie mogą sobie poradzić ze swoją agresją. A czasem w ogóle nic nie mówię i nic nie myślę, po prostu jestem, nie chodzi o nic specjalnego.

W codziennym życiu próbuję zachować uważność – robiąc coś, zadaję sobie pytanie, na co w danej sytuacji jestem nastawiony: chcę napisać dobry tekst, zarobić pieniądze czy wzbudzić podziw u innych? Staram się też szybko reagować na własne błędy. Jeśli zawiniłem, natychmiast przepraszam, nie czekam na specjalną okazję. W tym sensie moja duchowość jest zbudowana na nieprzywiązywaniu się do własnych pomyłek i upadków. Nie chcę być ich zakładnikiem. Co nie znaczy, że nie jestem. Ale nie chcę być.

W jakiej mierze źródłem duchowości jest dla Ciebie religia?

Trudno zobaczyć we własnym kościele parafialnym centrum duchowe, prawda? To jest coś, co trzeba odkryć.

Dzisiaj wiele osób ma problem z instytucją Kościoła, ostatnio szczególnie – z jego „personelem”. Natomiast gdy się trochę poskrobie, to okazuje się, że z chrześcijaństwem jako duchową propozycją i pewnym zestawem idei problemów nie mają.

Kłopot polega na tym, że chrześcijaństwo nie ukazuje im się jako propozycja duchowa. Wszystkie skarby, które są w tej religii nagromadzone, zostały gdzieś pochowane, bo na pierwszym miejscu jest władza, zaznaczanie obecności, obrona swego terytorium.

Obecny kryzys Kościoła jest, moim zdaniem, głębszy niż kiedykolwiek. Biskupi zachowują się dziś gorzej niż ewangeliczni uczeni w Piśmie, o których Jezus mówił, że nakładają ciężary na innych, a sami palcem nie kiwną. To jeszcze może bym wytrzymał. Ale kiedy hierarchowie mówią o wysokich standardach moralnych, wymagają od wiernych bardzo wiele, a „swoim” pozwalają na wszystko, nawet na krzywdzenie dzieci – to nie ma się co dziwić gwałtownym reakcjom. Te reakcje są zresztą bardzo różne. Jedni mówią, że trzeba twardszego Kościoła i twardszych wymagań. Inni z kolei podkreślają, że tak jak jest, dalej się funkcjonować nie da: albo ten Kościół otworzy się na świeckich, zdemokratyzuje, uwolni z pancerza, który sobie sam stworzył, albo zginie, ludzie odpłyną. Póki co jeszcze do kościołów chodzą, ale czuć, że wewnątrz coś w nich koroduje.

I to sprawia, że chrześcijaństwo przestaje być atrakcyjne jako takie.

Myślę, że niemal wszystko, czego ludzie szukają w religiach Wschodu, mogą znaleźć w chrześcijaństwie. Wydało ono przecież wspaniałych mistyków jak Mistrz Eckhart czy Mała Tereska. Chyba nikt lepiej niż ona nie opisał doświadczeń absolutnego opuszczenia, które przecież nieuchronnie przychodzą, choćby w takim czasie jak epidemia. Tereska „nieobecnemu” Bogu potrafiła powiedzieć wprost: nic nie czuję, nie czuję już Twojej obecności – ale wiem, że tam jesteś. Absolutne zaufanie, miłość po prostu. Dlaczego przywołuję tę myśl? Bo dzisiejszy świat lubi się posługiwać tym słowem: „czuję”. Kiedy się rozmawia o wierze, główny argument młodych, choć nie tylko ich, jest taki: „Ja tego nie czuję”. Prawdziwe doświadczenie duchowe zaczyna się wtedy, kiedy „nie czuję”, ale w jakiś sposób „wiem”, że tam coś jest. A przynajmniej chcę, żeby było.

Problemy, które nawarstwiają się wokół instytucji Kościoła, powodują, że ludzie mają utrudniony dostęp do tych uzbieranych przez wieki doświadczeń, także do Nazaretu Świeżawskiego, do bacówki Tischnera. Może nawet jakoś o tym pamiętają, ale patrzą na to, co się dzieje, jak wygląda struktura, i mówią: jedno do drugiego nie pasuje.

Jak Ty znosisz to napięcie między strukturą, fasadą a wnętrzem?

Uczciwie powiem, że coraz gorzej. O powodach już powiedziałem. Nie chodzi o takie czy inne grzechy. Jestem dorosłym człowiekiem, doskonale wiem, czym jest grzech, że każdy grzech ma swój smak, że nie da się przez życie przejść bezgrzesznie, itd. Ale są grzechy i grzechy. W Ewangelii jest napisane bardzo prosto: jak masz skrzywdzić, to lepiej, żebyś uwiązał sobie kamień u szyi… To są bardzo mocne słowa. Jezus mówi o braciach najmniejszych, różnie można to określenie tłumaczyć. W naszej konkretnej sytuacji należałoby powiedzieć: jak masz skrzywdzić dziecko, to lepiej uwiąż sobie kamień i skocz do rzeki. A jeśli już się stało, zrób wszystko, co możliwe, by wyrządzone zło naprawić. Na przykład idź na terapię lub odbądź pokutę, żeby stanąć w prawdzie wobec siebie i tych, których skrzywdziłeś. Ofiarom wykorzystywania najczęściej nie chodzi wcale o zadośćuczynienie finansowe. One chcą wiedzieć, czy sprawca uznał swoją winę, czy się nią przejął. Jeśli ktoś myśli, że tu nie chodzi o doświadczenia duchowe, tylko o kwestie społeczno-prawne, popełnia ogromny błąd. Rana zadana jest bardzo głęboko. Oczywiście ona przechodzi przez ciało, lecz w gruncie rzeczy ból zagnieżdża się w zupełnie innych miejscach.

Kryzys dotyczy nie tylko instytucji, ale także ducha. Czy widzisz jakąś nadzieję na zmianę?

To już temat na inną rozmowę… Ale pytanie jest poważne. Mam coraz mniej nadziei, bo presja na Kościół jest wielka, a zmiany, jak dotąd, małe.

Skąd w takim razie, wracając do duchowości w ogóle, chcesz czerpać pocieszenie? Czym ono ma być? Wiemy, że zabierasz się do pisania drugiej części swego dziennika, książki roboczo zatytułowanej: Dziennik pocieszenia.

Zapytaliście mnie wcześniej o praktyki duchowe i powiedziałem o moich trzech drogach. Zwłaszcza ta trzecia jest ważna w kontekście pocieszenia. Jest ono możliwe tylko wtedy, gdy człowiek z win przeszłości, minionego zła – i obecnego też – potrafi wyprowadzić jakieś dobro. Jest zło struktury, jest zło ideologii – jednak człowiek ma siłę, by się mu przeciwstawić. Chciałbym mieć taką siłę, by się przeciwstawiać owemu złu, może bardziej czynnie niż do tej pory.

Będziesz zatem pisać w duchu myśli Bohumila Hrabala, przywołanej na pierwszej stronie Dziennika końca świata: „Świat jest straszny, ale ja postanowiłem, że jest piękny”?

Prawdę mówiąc, nie uważam, że świat jest wyłącznie straszny. Ale podoba mi się druga część tego zdania: że biorę odpowiedzialność za jego piękno. Że wiele zależy od tego, jak będę na niego patrzył. Sztuka jest miejscem, w którym dokonujemy przemiany tego, co brzydkie i biedne, w piękno, nie pozbawiając tego ani biedy, ani innego braku. Na tym polega jej tajemnica. Patrzymy i mówimy: „to jest piękne”, mimo że jest kruche, słabe, niedekoracyjne.

Jest taki artysta ludowy Heródek, bardzo go lubię. Strugał klocki drewna i malował je lakierem, tworząc w ten sposób wyobrażenia aniołów i świętych. Te rzeźby są bardzo toporne, ale wyrażają właśnie tę prawdę: rzeczywistość kanciastą, grubo ciosaną, nieobrobioną można zobaczyć jako przemienioną i piękną.

Zresztą pocieszenie przychodzi czasem nie wiadomo skąd.

A często przychodzi ze strony poezji?

Tak, bo poezja jest odważna. Idzie w stronę, w którą prozie pójść trudniej. Proza musi zbudować świat, znaleźć bohaterów, a poezja często koncentruje nas punktowo na jakimś doświadczeniu. Jest taki wiersz Krystyny Miłobędzkiej, który robi na mnie ogromne wrażenie. Składa się z jednego zdania: „kocham cię razem z twoją śmiercią”. To naturalnie odpowiedź na słynne zdanie Gabriela Marcela, że „kochać kogoś, to mówić: ty nie umrzesz”. Możesz tak mówić, oczywiście, ale przecież ten, kogo kochasz, w końcu umrze. Miłobędzka mówi coś znacznie dojrzalszego, mówi o absolutnym zwycięstwie miłości, która przyjmuje absolutnie wszystko. Dalej niż ona nie da się już pójść.

Momenty odwagi zdarzają się także w poezji, która zdaje się nie mieć treści, pokazuje język rozdygotany, wewnętrznie poróżniony. Ludzie często nie wiedzą, jak taką poezję czytać, denerwują się, mówią, że niczego nie rozumieją. Jak się uważnie przyjrzeć, to widać, że ta poezja zagląda w rozmaite szczeliny w naszym doświadczeniu, często takie, jakich jeszcze nie potrafimy nazwać.

Oczywiście w prozie też zdarzają się olśnienia. Czytam teraz po raz kolejny Huśtawkę oddechu Herty Müller. To jest powieść o młodym geju, który już po zakończeniu wojny trafia do obozu koncentracyjnego na terenie Rosji. Historia składa się właściwie z opisów samych cierpień. Ale zamykasz tę książkę i myślisz sobie o wielkości człowieka, który potrafi z każdego doświadczenia zrobić literaturę i w ten sposób jakoś nad tym doświadczeniem zapanować, a w każdym razie nie pozwolić, żeby ono zapanowało nad nim. Nawet straszliwy głód, taki, jaki ogarnia człowieka w całości i przemienia w coś, na co trudno znaleźć nazwę, można opisać i w ten sposób jakoś się zeń wyzwolić, znaleźć się „ponad” głodem. Nie mogę powiedzieć, że płynie z tego pocieszenie. Ale na pewno jest w tym coś pozytywnego, co skądinąd też bardzo trudno nazwać.

Podobny ładunek niesie w sobie inna powieść, która porusza temat wieloletniego uwięzienia w skrajnie trudnych, nieludzkich warunkach – To oślepiające, nieobecne światło Tahara Ben Jellouna. Ale takie nieoczekiwane światło może też budować codzienne doświadczenie. Jak w jednym z Twoich wierszy: „Nie spodziewałem się dziś słońca / myślałem że będę spał do południa pod kołdrą chłodu”.

Ten konkretny wiersz mówi właśnie o świetle, które przychodzi z literatury. Jednak światło może przyjść skądkolwiek: z widoku śpiącego kota albo babci pochylonej nad garnkiem ziemniaków, ze wspólnie rozwiązywanej krzyżówki, z pocałunku i przytulenia, z medytacji i pokuty. Także z kościoła parafialnego. Ono przychodzi z każdego miejsca, w którym toczy się życie i w którym ktoś to życie dostrzeże i chce je świętować. Ale żeby tak się stało, musi tego naprawdę chcieć. Musi pragnąć tego bardziej niż czegokolwiek innego.

Kup numer