Papież Franciszek z flagą Ukrainy. Fot. Vatican Media
Jacek Moskwa lipiec-sierpień 2022

Czyj jest papież?

Pius XII stał przed tym samym dylematem, z którym obecnie mierzy się Franciszek: wskazać zbrodniarza czy też piętnować samo zło, nie nazywając sprawcy po imieniu? Wybrał milczenie, które woła do nas głośno przez osiem dziesięcioleci, i nie zmieni tego fakt, że ukrywał prześladowanych Żydów w swoim własnym pałacu.

Artykuł z numeru

Rzeczy, które kochamy

Czytaj także

z Russellem Ronaldem Reno rozmawia Mateusz Burzyk, Michał Jędrzejek

Dlaczego mam kłopot z Franciszkiem

Tomáš Halík

Dlaczego popieram Franciszka

Swoimi niewczesnymi wypowiedziami o wojnie w Ukrainie Franciszek rozsierdził wierzących i niewierzących. Wzburzeniu uległ zwłaszcza świat katolicki. Konserwatyści znajdowali uzasadnienie dla zadawnionych podejrzeń wobec papieża z Argentyny; zwolennicy postępu i liberałowie, którzy wcześniej widzieli w nim nadzieję na odnowę Kościoła, milczeli zawstydzeni. Nie usprawiedliwiając słów papieża, warto jednak zwrócić uwagę na okoliczności tych wypowiedzi.

W pierwszych miesiącach i latach pontyfikatu Franciszek zdumiał, a wielu zachwycił nowym stylem papieżowania. Porzucenie apartamentu w Pałacu Apostolskim na rzecz watykańskiego hoteliku, bezpośrednie rozmowy telefoniczne z różnymi osobami w Argentynie i we Włoszech, ostrożne otwarcie na osoby rozwiedzione i LGBT, jasne poparcie dla działającego niekonwencjonalnymi metodami papieskiego jałmużnika kard. Krajewskiego, wszystko to zapowiadało zwrot w kierunku Kościoła w dialogu ze światem współczesnym, a zarazem „ubogiego” w duchu św. Franciszka z Asyżu. Wiązało się to jednak z pewną dezynwolturą w zachowaniach i słowach. Papież wypowiadał się chętnie na wiele tematów, niejednokrotnie ważkich, wobec osób, które bez autoryzacji upowszechniały jego słowa. Anegdotyczna stała się sprawa „likwidacji piekła”. Eugenio Scalfari, wybitny włoski dziennikarz i założyciel gazety „La Repubblica”, znany zresztą z antyklerykalnych poglądów, napisał, że papież w prywatnej rozmowie z nim wyraził przekonanie o nieistnieniu miejsca wiecznego potępienia. Pogląd ten znajduje zwolenników wśród niektórych poważnych teologów, lecz mimo to przekonanie, iż np. zbrodniarze nie dostąpią nigdy zbawienia, stanowi ważny element światopoglądu religijnego wielu katolików. Rzucona a vista wypowiedź najwyższego przedstawiciela Magisterium Kościoła katolickiego mogła wnieść nie lada zamieszanie w ich sumieniach. Z tego też założenia wyszły odpowiednie instancje Stolicy Apostolskiej, a watykański rzecznik prasowy o. Federico Lombardi – jezuita, podobnie jak sam papież – oświadczył, że inkryminowana fraza padła w toku prywatnej konwersacji i nie ma charakteru doktrynalnego.

Niejasna, z punktu widzenia sztuki dziennikarskiej, była również kwestia statusu niedawnego wywiadu z papieżem („Corriere della Sera” z 3 maja 2022 r.), w którym padła sugestia, że „szczekanie” NATO pod drzwiami Rosji mogło być powodem jej napaści na Ukrainę. Wyglądało na to, że papież wpisuje się w narrację Putina i jego rosyjskiej propagandy. Reakcje były ostre, zwłaszcza w Polsce, gdzie zgodne poparcie dla walczących Ukraińców jest jedną z nielicznych spraw ponad politycznymi podziałami. W samej Ukrainie przyjęto wypowiedzi Franciszka znacznie spokojniej, o czym świadczy ciągłe odwoływanie się do jego autorytetu w różnych kwestiach, m.in. tak dramatycznych jak ratowanie bohaterskich obrońców twierdzy Azowstal w Mariupolu. Również włoskie media, jak zwykle bardzo uważne na odgłosy z Watykanu, nie robiły w tym przypadku przesadnej sensacji. Zresztą w Italii nie brakuje ludzi myślących podobnie: trzeba było Putina nie prowokować!

Nie zamierzam jednak bronić papieża, bo w tym przypadku jego gadulstwo nie znajduje usprawiedliwienia. Liczy się nie tylko myśl, ale i jej szata słowna. To oczywiste, że NATO, największy w historii sojusz obronny, zapewniający bezpieczeństwo małym i średnim państwom wobec agresji możniejszych tego świata, nie szczeka u drzwi Rosji.

Podobnie trudno jest podzielić pogląd wyrażony przez głowę Kościoła, że „wszyscy jesteśmy winni” tego, co się stało, bo znaczyłoby to: wspólnie odpowiadamy za agresję Federacji Rosyjskiej na sąsiednie państwo w celu unicestwienia jego suwerenności, za bombardowania i zniszczenie kwitnących miast, za mordowanie cywilów, gwałty na kobietach i dzieciach. Ja w każdym razie nie poczuwam się do winy.

Watykańska dyplomacja

Czynnikiem, którego nie wolno lekceważyć, jest watykańska biurokracja. Papież Kościoła rzymskokatolickiego jest jednym z ostatnich władców absolutnych na świecie, a jego decyzje są fundamentem prawa. Nie oznacza to jednak, że może on rządzić samowolnie. Musi liczyć się ze zdaniem wielu osób, np. członków kolegium kardynalskiego, a także najstarszej i podobno najlepszej dyplomacji świata („Najlepszej? To jak w takim razie wygląda ta, której przypisuje się drugie miejsce?” – miał powiedzieć za pontyfikatu Piusa XII monsignor Domenico Tardini, prosekretarz stanu – sekretarzem był wówczas sam papież). Niezależnie od oceny jej skuteczności służba zagraniczna Stolicy Apostolskiej zachowuje podziwu godną stabilność w zakresie metod i celów działania. Należy do nich dążenie do zachowania pozycji super partes, czyli unikanie podejrzeń o jakąkolwiek stronniczość. Preferowane są negocjacyjne metody rozwiązywania konfliktów, odrzucane natomiast a priori metody militarne. Watykan jest też tradycyjnie nieufny wobec prób urządzenia świata w sposób jednobiegunowy, pod dyktando najsilniejszego mocarstwa, w tym przypadku USA. W dyskusji o wypowiedziach Franciszka zwracano uwagę na jego argentyńskie korzenie i lewicową młodość. Jak wiadomo, Latynosi są skłonni dostrzegać wroga raczej w Amerykanach z Północy niż w Rosjanach, tak jak kiedyś nie widzieli ich w Sowietach. Dotyczy to także społecznie radykalnych księży katolickich. Pewien zapaszek antyamerykanizmu daje się wyczuć także w kurii rzymskiej i szerzej we włoskich środowiskach katolickich, nie tylko tych lewicowych.

Porzekadło, że „Bóg jest po stronie silniejszych batalionów”, przypisuje się Wolterowi; rasowy watykański dyplomata jednak tak by nie powiedział, nawet wtedy gdyby te bataliony walczyły w słusznej sprawie. Jednocześnie dążenie do zachowania bezstronności zakłada unikanie potępień, nawet w przypadku oczywistego agresora czy państwa posługującego się przestępczymi metodami. Postawa taka prowadzi nieuchronnie do wyborów moralnie wątpliwych. Franciszek wywołał skandal, głównie z powodu niekonwencjonalnych gestów – jak wizyta w ambasadzie rosyjskiej przy Watykanie, aby za jej pośrednictwem prosić kremlowskiego satrapę o zaprzestanie działań wojennych – czy kolokwialnych wypowiedzi, ale w gruncie rzeczy linia polityczna Stolicy Apostolskiej za jego rządów nie odbiega tak bardzo od poprzednich pontyfikatów

Kto zaatakował Polskę w 1939 r.?

Żeby nie sięgać zbyt daleko w  przeszłość, zacznijmy od Piusa XII. Pisząc, razem z  moją żoną Krystyną Kalinowską, zbiorową biografię rodziny Gawrońskich – polskiego dyplomaty i jego żony Luciany Frassati oraz ich sześciorga dzieci – korzystaliśmy z ich niepublikowanych wspomnień. Jedno dotyczyło audiencji zbiorowej w Castel Gandolfo jesienią 1939 r., na której znalazła się grupa polskich uchodźców wojennych. Jan Gawroński z goryczą pisał o ich rozczarowaniu, gdy papież miał dla nich ogólnikowe słowa pocieszenia, lecz nie wspomniał o losie ich ojczyzny unicestwionej właśnie przez niemieckich i  sowieckich najeźdźców.

Mniej więcej w tym samym czasie, w  październiku 1939  r., ukazała się pierwsza encyklika Piusa XII Summi Pontificatus. Jest w niej mowa o wojnie i o Polsce: „Narody pogrążone w  odmętach wojny są może dopiero u  początków boleści, a  oto już tysiące rodzin zostały dotknięte przez śmierć, zniszczenie, łzy i nędzę. Krew tysięcy ludzi, nawet tych, którzy nie brali udziału w  służbie wojskowej, a  jednak zostali zabici, zanosi bolesną skargę, zwłaszcza w Polsce, narodzie tak Nam drogim, tej Polsce, która przez swą niezłomną wierność dla Kościoła i przez wielkie zasługi, jakie zdobyła, broniąc chrześcijańskiej kultury i cywilizacji – o czym historia nigdy nie zapomni – ma prawo do ludzkiego i braterskiego współczucia całej ludzkości. Położywszy swą ufność w Bogarodzicy Dziewicy, »Wspomożycielce Wiernych«, czeka ona upragnionego dnia, w którym, jak tego domagają się zasady sprawiedliwości i prawdziwie trwałego pokoju, wyłoni się wreszcie zmartwychwstała z owego jak gdyby potopu, który się na nią zwalił”.

Zatem: na Polskę zwalił się „jak gdyby potop”, nie wiadomo jednak, przez kogo spowodowany.

Jej los został jednak przynajmniej odnotowany w dokumencie kościelnym najwyższej wagi. Tak się nie stało w przypadku Holokaustu. Sprawa braku publicznej reakcji Piusa XII na los Żydów jest zbyt złożona i budzi za dużo kontrowersji, aby można ją było potraktować szerzej w tak krótkim artykule. Z jednej strony niewątpliwie papież ten za główne zagrożenie uważał komunizm, a nie nazizm. Z drugiej strony trudno lekceważyć słuszne obawy przed represjami nazistów, jakie mogłyby spaść na Kościoły lokalne i sam Watykan, gdyby papież zabrał głos w sprawie Żydów. Coś takiego spróbowali zrobić biskupi holenderscy, a niemiecką odpowiedzią była deportacja katolików pochodzenia żydowskiego, m.in. Edyty Stein, do obozów zagłady. Pius XII stał przed tym samym dylematem, który obecnie stał się udziałem Franciszka: wskazać zbrodniarza czy też piętnować samo zło, nie nazywając sprawcy po imieniu? Wybrał milczenie, które woła do nas głośno przez osiem dziesięcioleci, i nie zmieni tego fakt, że ukrywał prześladowanych Żydów w swoim własnym pałacu.

Zupełnie niespodziewany „symetryzm” w traktowaniu stron konfliktu papież ten okazał przy okazji wojny koreańskiej, która zaczęła się w czerwcu 1950 r. od najazdu komunistycznej Północy na republikę w południowej części półwyspu. To zadziwiające, gdyż Pius XII patronował w tych latach walce z marksistowskim zagrożeniem zarówno w skali międzynarodowej, jak i w samych Włoszech, gdy w  lipcu 1949  r. ekskomunikował członków tamtejszej partii komunistycznej. W  przypadku Korei racje stron były oczywiste, zwłaszcza jeśli szło o tożsamość agresora. Mandat dla sformowania międzynarodowej koalicji, pod wodzą USA i  flagą Organizacji Narodów Zjednoczonych, dała Rada Bezpieczeństwa, której posiedzenie ZSRR niebacznie zbojkotował i nie wykorzystał prawa weta. Tymczasem w  orędziu radiowym na Boże Narodzenie 1951 r., w którym mowa też zresztą o prześladowaniach religijnych za żelazną kurtyną, papież w następujących słowach sprzeciwił się próbom politycznej instrumentalizacji religii przez kraje wolnego świata: „Politycy, a niekiedy nawet ludzie Kościoła, którzy chcieliby uczynić z Oblubienicy Chrystusa swoją sojuszniczkę i  narzędzie kombinacji politycznych, narodowych i międzynarodowych, szkodziliby samej istocie Kościoła, co przyniosłoby uszczerbek w jego życiu. Jednym słowem, sprowadziliby go do poziomu, na jakim ścierają się interesy doczesne. Co pozostaje prawdą, nawet jeśli dzieje się ze słusznych powodów”.

Wypowiedź papieża może być uznana za reakcję na równoległe, bo też z okazji Bożego Narodzenia, orędzie prezydenta USA Harry’ego Trumana, który przedstawił wojnę w toku nie tylko jako obronę demokracji i zachodniego stylu życia, ale wręcz samej wiary w Boga. Komentując obydwa przemówienia, „The New York Times” zauważył, że papież nie szczędzi słów krytyki obydwu stronom ówczesnego konfliktu między Wschodem i Zachodem. Gazeta przypisywała to błędnej wizji zachodniej wolności, jaką mają bliżej niesprecyzowani funkcjonariusze watykańscy; nazywała absurdem pogląd, że skoro wolno było piętnować błędy nazizmu i faszyzmu, a obecnie komunizmu, należy to robić także wobec demokracji. Liberalny dziennik „Corriere della Sera” wydrukował orędzie Trumana na pięciu kolumnach, zamieszczając obok niewielkie omówienie mowy papieskiej. „L’Unità” uznała ją natomiast za bluff taktyczny. Miała ona, według organu partii komunistycznej, „wyrażać zaniepokojenie zbyt jawnym sposobem, w jaki Kościół, którego papież jest głową, wiąże się ze sprawą atlantycką”.

Pokój na ziemi

Powyższe wydarzenie to epizod, choć znamienny. W 1958 r. Piusa XII zastąpił Jan XXIII, który otworzył nową epokę w dziejach Kościoła. Towarzyszył jej krótkotrwały flirt Kremla z Watykanem. Jesienią 1961 r. papież zaangażował się osobiście w mediację między USA i ZSRR dla rozwiązania kryzysu kubańskiego, a jego orędzie skierowane do Nikity Chruszczowa i Johna Kennedy’ego wydrukowała moskiewska „Prawda”. Szczerze przejęty widmem wojny nuklearnej między wielkimi mocarstwami Jan XXIII ogłosił w kilkanaście miesięcy później Pacem in terris, encyklikę w całości poświęconą pokojowi światowemu. Wskazywała ona drogę międzynarodowego odprężenia i rozbrojenia; z tego też powodu została świetnie przyjęta w wielu krajach. Aż przesadny entuzjazm, podsycany przez oficjalną propagandę, zapanował również w krajach bloku wschodniego. Duch encykliki wpisywał się bowiem w oficjalną narrację ZSRR i jego satelitów o ich umiłowaniu pokoju. W Czechosłowacji tytuł encykliki stał się nawet nazwą organizacji „reżimowych” katolików, zaś w Polsce podobne stowarzyszenia organizowały konferencje naukowe oraz zjazdy duchowieństwa i laikatu.

Wszystko to było jednak szyte bardzo grubymi nićmi. Kilka dni po zakończeniu kryzysu kubańskiego nad arktycznym archipelagiem Nowej Ziemi na polecenie Chruszczowa odpalono największą w historii bombę wodorową o mocy ok. 50 megaton. Początkowo moc eksplozji miała być dwa razy większa, ale twórcy tego potwora, wśród których był późniejszy dysydent i laureat Pokojowej Nagrody Nobla Andriej Sacharow, przerazili się skutków eksplozji dla środowiska. Faktycznie wybuch „car-bomby” nieodwracalnie zniszczył wielkie połacie unikalnej polarnej przyrody. Co istotne, flirtowi z Watykanem i zachętom do wspólnej walki o pokój towarzyszyło nasilenie represji zmierzających do ograniczenia wpływów religii w społeczeństwach socjalistycznych. W samym ZSRR znowu, tak jak w latach 20. i 30., burzono cerkwie; w kościołach różnych wyznań urządzano magazyny i publiczne szalety, duchownych nieprzestrzegających zakazów zsyłano do łagrów. W Czechosłowacji Kościół katolicki w praktyce zszedł do podziemia. W Polsce konflikt komunistycznej władzy z Kościołem nie był tak ostry, lecz narastał.

Odpowiedzią na te zagrożenia miała być „watykańska polityka wschodnia” rozwijana za następnego pontyfikatu Pawła VI. Zakładała ona nawiązywanie i  polepszanie stosunków z państwami komunistycznymi, mające prowadzić do większych swobód religijnych. Jednocześnie papież Montini, kontynuując politykę bezstronności i ostrożności swoich poprzedników, w znacznie większym stopniu nasycił swoje nauczanie elementami pacyfizmu. W 1967 r. ustanowił Światowy Dzień Pokoju, z którego okazji Paweł VI i Jan Paweł II ogłaszali doroczne orędzia. Zebrane razem, stanowią antologię tekstów o przyczynach i tle konfliktów zbrojnych.

W  czasie długich lat wojny wietnamskiej Paweł VI wielokrotnie wzywał do deeskalacji konfliktu między rządzoną przez komunistów i  wspieraną przez ZSRR oraz Chiny północą Wietnamu, a południem pod parasolem USA. Wysunął też propozycję powołania w Wietnamie Południowym Rady Dialogu Religijnego, która miałaby rozwiązywać konflikty między katolikami a buddystami. Do historii przeszło przemówienie Pawła VI w nowojorskiej siedzibie ONZ (4 października 1965 r.), kiedy w obecności przedstawicieli 115 krajów (posiedzenie zbojkotowała tylko Albania) padły znamienne słowa, cytowane później wielokrotnie przez Jana Pawła II: „Nigdy więcej wojny!”.

Mai, mai, mai

Długiemu pontyfikatowi papieża z Polski towarzyszyły liczne konflikty zbrojne, wobec których Stolica Apostolska zajmowała stanowisko. Były to wojny o Falklandy/Malwiny (1982 r.), w Zatoce Perskiej (1990–1991) i w Iraku (2003 r.), w byłej Jugosławii (1991–1995) oraz w Kosowie (1999 r.), a także interwencja w Afganistanie jako następstwo zamachów z 11 września 2001 r. We wszystkich tych przypadkach papież unikał opowiedzenia się po jednej ze stron także wtedy, gdy dotyczyły one niewątpliwych aktów przemocy. Symetryzm ten był widoczny już w odniesieniu do konfliktu falklandzkiego. Jan Paweł II był tu w o tyle szczęśliwym położeniu, że mógł powoływać się na utrzymaną w podobnym duchu rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ, przyjętą dzięki wstrzymaniu się od głosu przez mocarstwa komunistyczne – ZSRR i Chiny.

Sprawa nie była już tak prosta, kiedy 2 sierpnia 1990 r. dyktator Iraku Saddam Husajn najechał sąsiedni Kuwejt. Opierając się na wątpliwych uzasadnieniach historycznych, uznawał ten kraj za oderwaną w przeszłości prowincję. Uważał, że Kuwejt powinien partycypować w rekompensowaniu strat poniesionych przez Irak w niedawnej (1980–1988) wojnie z Iranem. Do działania zbrojnego zachęciła go dwuznaczna wypowiedź amerykańskiej ambasador w Bagdadzie April Glaspie, z której wnioskował, że USA wstrzymają się od interwencji.

Racje polityczne były rozłożone w sposób oczywisty. Najechany i pozbawiony niepodległości został suwerenny kraj, pełnoprawny członek ONZ i Ligi Arabskiej. Społeczność międzynarodowa zareagowała błyskawicznie i w sposób jednoznaczny. Już 6 sierpnia Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję nr 661, która zakazywała handlu z Irakiem, zawiesiła połączenia lotnicze z tym krajem i zamroziła jego aktywa zagranicą. Tymczasem papież działał z dużym opóźnieniem. Dopiero 26 sierpnia wezwał do modlitwy za pokój w Zatoce Perskiej, wspominając w przemówieniu fakt „ciężkich naruszeń prawa międzynarodowego i Karty Narodów Zjednoczonych, jak również zasad etyki, które powinny panować w stosunkach między narodami”. Nie zostały jednak wymienione nazwy Kuwejtu ani Iraku, a wydarzenie zostało umieszczone na szerszym tle obejmującym cierpienia ludów Libanu i Palestyny. W międzyczasie w okupowanym kraju nastawieni panarabsko oficerowie ogłosili detronizację emira i utworzenie Republiki Kuwejtu, która wkrótce została włączona do Iraku jako jedna z prowincji. Kiedy czyta się o tych wydarzeniach z perspektywy ponad 30 lat, wyglądają one na próbę generalną działań podejmowanych przez Federację Rosyjską w Mołdawii, Gruzji i Ukrainie.

Iracki dyktator nie natrafił jednak na sprzyjającą koniunkturę międzynarodową. Gasnący Związek Radziecki pod rządami Gorbaczowa i  Chiny nie skorzystały z  prawa weta w  Radzie Bezpieczeństwa ONZ. 29 listopada 1990 r. przyjęła ona rezolucję nr 678, upoważniającą koalicję USA i 34 innych państw (była wśród nich Polska) do interwencji zbrojnej. Papież przeciwstawił się tej operacji w otwarty sposób. Ciągle bez wymieniania nazw zainteresowanych krajów podjął temat w  orędziu Urbi et Orbi na Boże Narodzenie 1990 r.: „Zaniepokojeni, oczekujemy, że w regionie Zatoki zniknie groźba [użycia] broni. Niech odpowiedzialni [politycy] przekonają się, że wojna jest przygodą bez odwrotu”. Sformułowanie avventura senza ritorno, które po świętach trafiło na liczne nagłówki prasowe, stanowiło nawiązanie do zdania z przemówienia radiowego Piusa XII wygłoszonego w sierpniu 1939 r., na parę dni przed najazdem Niemiec na Polskę: „Z pokojem nic nie jest stracone, z wojną może być stracone wszystko”.

Jan Paweł II obrał zatem kurs kolizyjny nie tylko wobec rezolucji Rady Bezpieczeństwa, ale także wobec polityki USA. Papież szerzej uzasadnił swój sprzeciw w przemówieniu na dorocznej audiencji dla korpusu dyplomatycznego. Powróciło w nim sformułowanie tragica avventura, jaką będzie interwencja militarna w Zatoce Perskiej, gdy mówił, że „wojna byłaby upadkiem całej ludzkości”. Wtedy po raz pierwszy nazwał wydarzenia po imieniu: „Mieliśmy do czynienia ze zbrojną interwencją i pogwałceniem prawa międzynarodowego, jak to stwierdziła ONZ, a także prawa moralnego; są to fakty niedopuszczalne”. Przestrzegał jednocześnie przed krwawym skutkami akcji militarnej, nawet ograniczonej, jak również jej konsekwencjami ekologicznymi, politycznymi i ekonomicznymi.

16 stycznia 1991 r. upływał termin ultimatum postawionego Saddamowi przez Radę Bezpieczeństwa. W przeddzień tej daty papież zwrócił się do irackiego dyktatora i do prezydenta USA George’a Busha seniora z apelami, które miały zapobiec wybuchowi działań zbrojnych. Okazały się bezskuteczne. 17 stycznia rozpoczęły się bombardowania Bagdadu. Krótkie walki lądowe trwały od 24 do 28 lutego i doprowadziły m.in. do przywrócenia niepodległości Kuwejtu. W tym czasie odnotowano 25 papieskich wystąpień z postulatami ustanowienia sprawiedliwego pokoju na Bliskim Wschodzie.

W przeddzień II wojny irackiej, kiedy w Waszyngtonie rządził już George Bush syn, wezwania Jana Pawła II do wyrzeczenia się siły zbrojnej zabrzmiały jeszcze bardziej kategorycznie. Najmocniej w przemówieniu przed modlitwą Anioł Pański na pl. św. Piotra 23 lutego 2003 r.: „Jest obowiązkiem wierzących wszystkich religii głosić, że nigdy nie będziemy mogli być szczęśliwi jedni przeciw drugim, przyszłość ludzkości nigdy, nigdy, nigdy nie będzie mogła być zabezpieczona przez terroryzm i logikę wojny”. Słowo mai (nigdy) powtórzone aż czterokrotnie w jednym zdaniu stało się znowu nie tylko ozdobą nagłówków, ale też hasłem pacyfistycznych manifestacji, które w tamtych dniach ogarnęły całe Włochy. Stary już wówczas i zmęczony papież robił wtedy wiele, aby zapobiec eskalacji konfliktu. Rozmawiał z politykami obydwu stron, a jego wysłannicy raz jeszcze spotkali się z irackim dyktatorem i prezydentem USA. W tym samym przemówieniu z 23 lutego przestrzegał, że wojna rodzi tylko wojnę. Nie został wysłuchany, ale miał rację, gdyż można bardzo precyzyjnie wykazać, jak rozwijała się ta uruchomiona spirala przemocy: w Iraku, w Afganistanie, później w Syrii, teraz w Ukrainie. Rosja uznała, że przemoc jest uprawnionym narzędziem rozwiązywania konfliktów międzypaństwowych.

Podobnie jak w przypadku Bliskiego Wschodu, papież Wojtyła podejmował działania i zabierał głos w sprawie wojen w byłej Jugosławii. Zwołał wtedy specjalne spotkanie modlitewne przedstawicieli różnych religii w Asyżu.

Nie ogłosił jednak, że któraś ze stron prowadzi „wojnę sprawiedliwą”, obronną, chociaż właśnie w kontekście konfliktu bośniackiego nie tylko dopuścił, lecz wielokrotnie apelował o przeprowadzenie „interwencji humanitarnej”, także przy użyciu siły.

Takie słowa padły np. w przemówieniu do korpusu dyplomatycznego 16 stycznia 1993 r.: „Zasady suwerenności państw i nieingerencji w ich wewnętrzne sprawy – zachowujące w pełni swoją wartość – nie mogą jednak stanowić parawanu, za którym można torturować i mordować”. Kiedy taka interwencja nastąpiła – mam tu na myśli bombardowania Serbii przez rakiety NATO w 1999 r., które miały zapobiec czystkom etnicznym w Kosowie – watykański dziennik „L’Osservatore Romano” otwarcie i z oburzeniem krytykował ich „efekty uboczne” wśród ludności cywilnej i obiektów niemilitarnych.

Jan Paweł II planował też wizytę w oblężonym Sarajewie. 6 września 1994 r. razem z nieżyjącym już korespondentem Polskiego Markiem Lehnertem wsiadaliśmy do specjalnego samolotu ONZ na lotnisku w Anconie, kiedy przyszła wiadomość, że podróż została odwołana. Mówiło się o naciskach urzędników watykańskich i funkcjonariuszy Narodów Zjednoczonych. Do dziś tego żałuję. Osobiste świadectwo głowy Kościoła znaczyłoby w tym przypadku więcej od dyplomatycznych zabiegów.

***

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że w obliczu konfliktów rozdzierających ludzkość papież Wojtyła radził sobie lepiej od papieża Bergoglia. Obydwaj jednak byli bezsilni. Watykańskie mediacje rzadko przynoszą pozytywny skutek, a możliwość zachowania pozycji ponad podziałami w sytuacji, gdy na arenie międzynarodowej działają uzbrojeni po zęby bandyci zagrażający niewinnym ofiarom, też jest złudzeniem. Ostatecznie od ludzi Kościoła powinniśmy raczej oczekiwać, aby dawali świadectwo prawdzie, nawet za cenę uszczerbku w ich skuteczności polityczne.

Kup numer