fot. Krzysztof Szewczyk/Forum
z Michałem Łuczewskim rozmawia Michał Jędrzejek październik 2018

Zrozumieć Wojtyłę

Brakuje mi niepokoju związanego z Janem Pawłem II. Lewica czyta go przez pryzmat jego kultu: gadżetów, kremówek, pomników. Prawica traktuje jak kopalnię cytatów. A może trzeba myśleć o nim inaczej?

Artykuł z numeru

Uniwersytet to my!

Uniwersytet to my!

Michał Jędrzejek: W 1978 r., czyli 40 lat temu, Karol Wojtyła został papieżem. Pan urodził się rok później – w 1979 r. Czuje się Pan przedstawicielem „pokolenia JP II”? Pytam Pana i jako socjologa, i jako dyrektora programowego warszawskiego Centrum Myśli Jana Pawła II.

Michał Łuczewski: Na studiach zaimponowała mi piękna dziewczyna, która irytowała naszych liberalnych wykładowców, głosząc, że cierpi na „janopawłowe ukąszenie”. Szybko jej się oświadczyłem, a po kilku latach okazało się, że się zaraziłem i cierpię na to samo. Pokolenia JP II jeszcze nie stworzyliśmy, ale jesteśmy na dobrej drodze, bo mamy już czworo dzieci.

 

Na czym polega to „janopawłowe ukąszenie”?

To odwrotność ukąszenia heglowskiego. Po II wojnie światowej część polskich intelektualistów uwierzyła w żelazne prawa historii i w to, że duch dziejów znalazł się po stronie komunizmu, któremu zaczęli służyć. Ukąszenie heglowskie zabrało im wolność. Jan Paweł II daje wolność. Wojtyła cały czas żył – w II RP, w nocy nazizmu i komunizmu, w III RP – jak człowiek wolny. Dla niego nie istniał żaden historyczny przymus. Nie wierzył w żaden współczesny „-izm”. Szedł swoją drogą. Żył pięknie i tak intensywnie jak nikt z nas. Miał wiele twarzy: aktora, robotnika, poety, intelektualisty, sportowca, filozofa, przywódcy, kapłana, mistyka, proroka, świętego. Żeby dać się mu „ukąsić”, trzeba najpierw zadać sobie pytanie: jak Wojtyła w ogóle był możliwy? Jak wychodząc z niezbyt sympatycznego miasteczka, z rodziny tak boleśnie doświadczonej, jak idąc przez dwa totalitaryzmy, zbudował tak piękne życie? I jak udało mu się nie zagubić w tych wszystkich rolach? To było też jego pytanie. W swoim poemacie Profile Cyrenejczyka opisał aktora – musiał tu myśleć o sobie – który traci swoją tożsamość: „Tylu ludzi wyrastało koło mnie i przeze mnie, i ze mnie poniekąd. (…) Ale skoro ja także jestem człowiekiem, czyż natłok tych innych ludzi mnie samego jakoś nie wykrzywił?”. Wojtyła przeszedł przez natłok innych ludzi, ale nie wykrzywił się, lecz sprawił, że wszyscy się prostowaliśmy. Taki wolny człowiek ani nie był możliwy w wieku XX, ani nie jest możliwy teraz, a jednak żył i nadal żyje.

 

A pamięta Pan, kiedy został „ukąszony” przez Wojtyłę?

Wszystko przez moją żonę Paulinę. Ona zajmowała się teologią i Janem Pawłem II, ja socjologią i wszystkim poza Janem Pawłem II, a po latach się zamieniliśmy. Ona skończyła socjologię, a ja zacząłem pracować w Centrum Myśli Jana Pawła II. I tam odkryłem Wojtyłę po raz drugi. Początkowo myślałem, że możemy zostawić za sobą postać papieża i podjąć twórczo tematy, które go zajmowały: związki nauki i religii, godność pracy, katolicka nauka społeczna, teologia ciała, dialog ekumeniczny i międzyreligijny. Byłem przekonany, że wszyscy wiemy, kim był i co mówił Wojtyła, więc możemy już iść dalej. Okazało się jednak, że najciekawsza – dla nas i dla naszych studentów z pięciu kontynentów – jest próba zrozumienia Karola Wojtyły. Szukamy więc różnych sposobów, jak opowiedzieć o człowieku, który pozostaje cały czas tajemnicą. Wiemy o nim bardzo dużo, ale wciąż go nie znamy.

Dla mnie odkrycie papieża to była rewolucja rozłożona na lata. Moja rodzina nie była specjalnie religijna, a mnie zupełnie obcy był tak powszechny w latach 80. i 90. zachwyt papieżem. Moja katechetka nie chciała dopuścić mnie do bierzmowania, bo pod wpływem prac Karlheinza Deschnera krytykowałem Kościół i papieża.

Jan Paweł II wydawał mi się kimś, kto nie rozumie nowych czasów i jest przeraźliwie konserwatywny. Z czasem zrozumiałem, że nie znam tego, kogo krytykowałem.

Gdy byłem już na studiach, jeden z kolegów przywołał w rozmowie ze mną tę słynną scenę, gdy Jan Paweł II powiedział: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Proszę sobie wyobrazić, że nie słyszałem o tym wcześniej. Zrobiło na mnie wielkie wrażenie, że ktoś przyjechał do ateistycznego kraju i na komunistycznym pl. Zwycięstwa przywoływał Ducha Świętego. Przecież to jest średniowiecze, a jednocześnie to średniowiecze pokonało komunizm. I plac zwycięstwa komunistów stał się placem zwycięstwa Jana Pawła II.

 

W Pana esejach i wypowiedziach o Wojtyle akcent położony jest nie tyle na jego teksty, ile na jego życie, doświadczenia, gesty. Tadeusz Bartoś zarzucał Panu nawet na łamach „Gazety Wyborczej”, że nie pisze Pan jak krytycznie nastawiony badacz, lecz składa świadectwo, niczym „mały prorok” opisujący życie „wielkiego proroka”, tj. Jana Pawła II.

Prorocy mniejsi w Starym Testamencie mają swoje ważne miejsce. Bardzo chciałbym być choć małym prorokiem! Rzeczywiście, coraz istotniejsze jest dla mnie przechodzenie od encyklik i innych tekstów papieża do doświadczenia, które za nimi stoi. Jest to zresztą zgodne z metodą fenomenologiczną, w której pracował Wojtyła jako filozof, a która w centrum stawia właśnie opis doświadczenia. Wszystkie dzieła Wojtyły, łącznie z Osobą i czynem – jego trudną, abstrakcyjną książką – to właściwie charakterystyka doświadczenia człowieka, który się nawraca. Bo Wojtyła nieustannie się nawracał. Jan Paweł II mówił, że jeśli chcemy go zrozumieć, musimy spróbować „zrozumieć go od wewnątrz”. Jak to jednak zrobić? Trzy lata temu, gdy zastanawiałem się, jakie seminarium poprowadzić, wpadłem na pomysł, by czytać to, co czytał Karol Wojtyła. Te roczne zajęcia, które miałem ze świetną grupą studentów, były dla mnie dużym przeżyciem. Okazało się, że nie znam wielu ważnych tekstów polskiej kultury. Odkrywałem je razem ze studentami, czując się, jakbym wkraczał w obcy świat, po którym Wojtyła był moim przewodnikiem.

 

Co więc wchodziło w zakres lektur Wojtyły?

Z jednej strony, czytaliśmy barokowy Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi autorstwa św. Ludwika Marii Grignion de Montfort – ten, który Wojtyła miał ze sobą, gdy podczas okupacji pracował fizycznie w zakładach Solvay, i z którego wziął swoje hasło „Totus tuus”. Z drugiej – skandalizujące i oskarżane przed wojną o pornografię Zmory Emila Zegadłowicza. Zegadłowicz pochodził z Wadowic i był jedną z wybitniejszych postaci w lokalnym środowisku, a napisał powieść przedstawiającą je w krzywym zwierciadle. Wojtyła, który pozostawał początkowo pod jego wpływem, Zmory znał bardzo dobrze – z Mieczysławem Kotlarczykiem z Teatru Rapsodycznego, który również pochodził z Wadowic, wymieniali się cytatami o nauczycielach tamtejszego gimnazjum przedstawionych w książce Zegadłowicza. Zmory są ważne także dlatego, że to pierwsza polska powieść queerowa – matka głównego bohatera zachowuje się jak mężczyzna i nie umie okazać mu miłości. To ciekawe, że zachwianie tożsamości płciowej – które wydaje się tematem bardzo współczesnym – Wojtyła znał z jednej ze swoich wczesnych lektur. Ale najważniejsza dla niego była polska poezja. Promethidiona Norwida znał na pamięć, mając 17 lat. Zresztą po tym, czy ktoś zna na pamięć ten i inne ważne dla niego utwory, Wojtyła rozpoznawał bliskich sobie ludzi.

 

Gdy czyta się np. o ludziach powojennego „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, ale również innych ówczesnych formacji intelektualnych, to uderza, jak istotna dla nich była polska poezja, umiejętność przywoływania całych wierszy z pamięci. Pod tym względem rzeczywiście doszło chyba do zerwania kulturowej ciągłości: zarówno jeśli chodzi o ten sposób intymnego obcowania z dobrze przyswojonym tekstem, jak i o samą znajomość pewnego poetyckiego kanonu.

Rzeczywiście, dla współczesnego czytelnika bez studiów polonistycznych wiele z tych wówczas czytanych powszechnie wierszy to teksty hermetyczne. Obok Norwida dla Wojtyły ważni byli oczywiście romantycy, a także Stanisław Wyspiański czy Karol Hubert Rostworowski. Uważam, że klucza do jego zrozumienia dostarcza Król-Duch Słowackiego, który był też wystawiony jako pierwszy spośród przedstawień Teatru Rapsodycznego. Król-Duch prowadzi nas do Szekspira, Calderona de la Barki, Dantego, a w końcu – do greckiej tragedii i Ewangelii. Wojtyła może być przewodnikiem nie tylko po kulturze polskiej, ale i po kulturze światowej.

 

Jaki obraz Wojtyły wyłonił się z tych poszukiwań?

Zrozumiałem, że w Polsce teologii nie uprawia się w traktatach, lecz w poematach. I że taka teologia jest znacznie bardziej kulturotwórcza niż dzieła zawodowych teologów. W centrum polskiej kultury mamy wielkie teologiczne dzieła – Dziady, Pana Tadeusza, Promethidiona, Króla-Ducha, Samuela Zborowskiego, Wesele, Wyzwolenie, Akropolis, Judasza z Kariothu, nawet Trylogię – i każdy z nas, jeśli tylko chce, może mieć do nich dostęp. Każde z takich dzieł jest świadectwem mierzenia się z Bogiem, a czasem – świadectwem nawrócenia. Powracając do nich, możemy, tak jak Wojtyła, również się nawracać.

Wojtyła sprawił, że zrozumiałem także, iż teologia zmienia nasz sposób patrzenia. On patrzył na świat inaczej niż my. Gdy my w Wawelu widzimy pamiątkę narodowej przeszłości, dla niego Wawel był teologią w kamieniu. To dlatego tak bliskie były mu WyzwolenieAkropolis, w których Wyspiański snuł fantazje o zburzeniu i postawieniu katedry, o zniszczeniu jej sklepienia i otwarcia nad nią nieba, żeby wreszcie przestała być wielką trumną, a stała się świadectwem zmartwychwstania. Dzięki poematowi Kościół Wojtyły możemy wyobrazić sobie, jak patrzył na świątynię. Katedra była dla niego czymś żywym, ruchomym, lekkim, przenikał ją „olbrzymi Ruch”, który wciągał wszystkich ludzi. Wojtyła pisał o marmurowej posadzce. Kto z nas patrzy na posadzkę katedry? A posadzka prowadzi nasze stopy. Tak jak w bazylice św. Piotra posadzką, skałą jest Piotr, tak na Wawelu jest nią św. Stanisław. Do tej skały Wojtyła szedł po kryptach, w których pochowani byli jego poprzednicy. Szedł po ich ciałach, które przeminęły, żeby odkryć „Człowieka, który nie przemija”. Kiedy po latach czytam te słowa, rozumiem, dlaczego Wojtyła odprawił swoją pierwszą mszę w krypcie św. Leonarda. Wawel szczęśliwie nie został zniszczony w czasie wojny, ale przez to nie rozumiemy, czym jest katedra. Warszawska katedra św. Jana, w której podczas powstania warszawskiego toczyły się zażarte walki, spełniła straszne fantazje Wyspiańskiego, ale poprzez swe zniszczenie pokazała istotę świątyni. Gdy Jan Paweł II rozpoczął od niej pielgrzymkę w 1979 r., powiedział, że „jest znakiem tego Chrystusa, który kiedyś powiedział: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo (J 2, 19)”. I od razu odniósł ten obraz do Wawelu i jego biskupa Stanisława: „Kiedyś tam, na swojej biskupiej stolicy w Krakowie, który przez tyle stuleci był zarazem stolicą Polski, ten Biskup zda się powiedział o sobie do króla Bolesława: Zburz ten kościół, a Chrystus poprzez pokolenia zbuduje go na nowo. – I to powiedział »o świątyni swego ciała« (J 2, 21)”. Katedra nie jest budynkiem, zbiorem pamiątek przeszłości, jest ciałem Chrystusa, które nieustannie się odnawia. W Polsce kościoły były niszczone, ale Kościół stawał się coraz silniejszy.

 

Odeszliśmy trochę od tego, co odnalazł Pan w czytanych lekturach…

Chodzi mi o to, że teologia to nauka o ucieleśnieniu, inkarnacji, o tym, że Słowo stało się ciałem, ale, paradoksalnie, sama była jedną z najbardziej odcieleśnionych nauk. Wojtyła pozwala to zmienić. Chciałbym, żeby zakorzenić go w rzeczach, na które patrzył, których dotykał, wśród których żył. Żeby zrozumieć, jak doświadczał czasu i przestrzeni, Wawelu, katedry św. Jana czy Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie wędrował od najmłodszych lat. Gdy idziemy jego śladami przez kilka godzin po dróżkach Matki Bożej i dróżkach Pana Jezusa i myślimy nad tajemnicami Boga, Jego Matki, nad naszymi tajemnicami – tak jak robił to Wojtyła – to nasze zmęczone ciało uprawia inną teologię niż ta zza biurka. Kalwaria fascynuje mnie też jako przestrzeń religijności ludowej, apokryficznej, nieobecnej na co dzień w naszych kościołach. Warto obejrzeć krótki reportaż Jerzego Hoffmanna Pamiątka z Kalwarii (1958) – nakręcony w roku, w którym Wojtyła został biskupem krakowskim. Mimo że był on intelektualistą, dobrze rozumiał te rytuały i pobożność, która nas może niepokoić. Wojtyła szedł zarówno za wielkimi królami-duchami polskiej kultury, jak i za prostymi ludźmi, którzy swoją modlitwą przez stulecia wypełnili Kalwarię. Łączył to, co w naszej kulturze najwyższe i najniższe.

Ciało to najważniejszy temat Wojtyły. Zapis jego katechez na temat małżeństwa i teologii ciała wygłaszanych, gdy został papieżem (Mężczyzną i niewiastą stworzył ich), to jego najlepsza książka. Często czytamy Wojtyłę tak, jakby te wszystkie mądre rzeczy pisał jakiś odcieleśniony intelekt, a pisał je człowiek, który – jak wspominał Daniel Olbrychski – „miał silne ręce, szorstkie, jakby jeździł konno, jakby uprawiał pracę fizyczną, boksował”. Choć papież miał długo ciało wysportowane i sprawne, to najważniejsze dla niego – jak zauważyła Wanda Półtawska – było ciało Chrystusa, biczowane i umęczone. Jego teologia ciała powstała w odpowiedzi na Drogę Krzyżową Boga i wojnę, która stała się drogą krzyżową ludzi, gdy ciała były męczone na masową skalę, w odpowiedzi na obóz koncentracyjny, który według Giorgia Agambena stanowi nomos nowoczesności.

 

Paul Ricoeur dokonał kiedyś słynnego rozróżnienia między hermeneutyką destrukcyjną, która jest podejrzliwa i skora do demistyfikacji badanego tekstu, oraz hermeneutyką rekonstrukcyjną, która chce mu zaufać i odnowić jego sens. Wydaje się, że Pan w stosunku do życia i dzieła Jana Pawła II stosuje tę drugą strategię, przede wszystkim próbując je zrozumieć. A co Pana w nich niepokoi i budzi jakiś opór?

Może sposób, w jaki mówię o papieżu, wynika z tego, że od dawna chciałem mieć kogoś, za kim mogę podążać. Z ludzi, którzy byli mi bliscy, przy których czułem, że mogę ich naśladować, właściwie wszyscy już umarli. A z tych, którzy umarli, najbardziej żyje Jan Paweł II. Pewne walki stoczyłem z nim wcześniej. Jego myślenie o cielesności czy antykoncepcji wydawało mi się nie do przyjęcia. A teraz nie wyobrażam sobie, żebym nie żył w zgodzie z tą wizją, którą głosił papież.

To, co mi nie daje spokoju, to kwestia nadużyć seksualnych w Kościele. Wojtyła zawiódł wtedy jako przywódca – zawiódł w pierwszej kolejności samego siebie.

Myślę, że nie był przygotowany na istnienie mysterium iniquitatis, tajemnicy nieprawości, w samym centrum Kościoła. Agamben sformułował zresztą hipotezę, że Benedykt XVI abdykował, ponieważ odkrył, że Ciało Chrystusa i Ciało Antychrysta – mówiąc językiem Tykoniusza, poprzednika św. Augustyna, któremu poświęcił swoje pierwsze prace – są nie tylko w świecie, lecz również wewnątrz Kościoła. Gdy dopytywałem o te sprawy ludzi znających dobrze Watykan, to twierdzili oni, że Wojtyła o skandalach nie wiedział. Czy jednak niewiedza zwalnia z odpowiedzialności?

 

A czy sądzi Pan, że Jan  Paweł II był też częściowo odpowiedzialny za tzw. klerykalizm – mocno obecny również w Polsce – który dziś często krytykuje Franciszek?

Wojtyła uznawał kapłaństwo za najwspanialszy dar i największą tajemnicę swojego życia. Ale był kapłanem antyklerykalnym. I to na tyle antyklerykalnym, że nie musiał swojego antyklerykalizmu podkreślać. Nie musiał podkreślać swojego związku z biednymi, bo sam był biedny i nic nie miał. Nie musiał głosić, że teologia powinna być blisko ludzi, bo sam był robotnikiem i „ludowym bratem”. Był jednym z pionierów duszpasterstwa młodzieży, duszpasterstwa małżeństw, zaszywał się w górach z Półtawskimi tak, że nawet ks. Dziwisz nie wiedział, gdzie jest. Pociągał kapłanów za sobą nie naganą i krytyką, ale własnym przykładem. Problem z Wojtyłą nie polega na tym, że był klerykalny, ale na tym, że czasami może się wydawać, że był jakimś nadczłowiekiem, pomnikiem za życia, że obce mu były ludzkie upadki i wątpliwości. Ale wystarczy poczytać jego wiersze, żeby zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości. W 1939 roku pisał o swoich sonetach: „tworzone w bólu, tworzone wśród straszliwego rozdźwięku, pośród zamętu dni dojrzewających Ziem, gdy jedni wołali: Miserere, a drudzy bluźnili. (…) Tworzone w bólu i trwodze, tworzone w wątpieniu nieustannym”. „Przeszedłem – pisał – od tego czasu głębie upadku, zwątpienia i zaprzeczenia”, ale na samym końcu jego wiara umocniła się i stała się spokojniejsza. Może wtedy nastąpił przełom, o którym pisał w Pieśni o Bogu ukrytym? „Ciągle wracasz pamięcią do tego poranka zimą. Tyle lat już wierzyłeś, wiedziałeś na pewno, a jednak nie możesz wyjść z podziwu”. Może stąd wzięła się jego fascynacja nocą ciemną i wyniszczeniem, którym wyraz dał w swoim doktoracie dotyczącym św. Jana od Krzyża?

Wiem też, że nie wszędzie można „wziąć ze sobą” Wojtyłę. Gdy chce się głębiej zejść w mrok człowieczeństwa, to lepiej obrać za przewodników romantyków albo Gombrowicza, który był przerażony złem i cierpieniem o wiele bardziej niż pełen nadziei Wojtyła. W Liście do artystów papież pisał znamiennie: „Nawet wówczas gdy artysta zanurza się w najmroczniejszych otchłaniach duszy lub opisuje najbardziej wstrząsające przejawy zła, staje się w pewien sposób wyrazicielem powszechnego oczekiwania na odkupienie”. U niego zawsze jest na końcu iskra światła. O ile Wojtyła stworzył teologię ciała, o tyle Gombrowicz zaproponował jego demonologię. Sama twórczość Wojtyły nie wystarcza do zrozumienia człowieczeństwa – z pewnością też on sam nigdy nie rościł sobie takich pretensji. Żeby zrozumieć człowieka, potrzebna jest cała ludzka kultura.

 

Jan Paweł II jest obecny w Polsce przez tysiące pomników i ulic swojego imienia. A jednocześnie wydaje się coraz bardziej zapomniany, nieczytany, niebudzący zainteresowania. Czego Panu brakuje w naszej zbiorowej pamięci o nim?

Są sprawy bieżące, w których dotkliwie widzi się jego nieobecność, choćby te związane z uchodźcami, dialogiem polsko-żydowskim czy polsko-ukraińskim. Brakuje mi jego – może zabrzmi to zbyt patetycznie – miłości. On patrzył na ludzi z miłością, jak wspominał jego przyjaciel Stanisław Grygiel: on klękał przed każdym jak przed tabernakulum. W naszym życiu publicznym nie ma miłości, nieustannie oscylujemy między prawem (budować mury, nie przyjmować nikogo, dbać o swój interes) a transgresją (zburzyć granice, przyjmować wszystkich, zapomnieć o swoim interesie). Ale nie ma się co nam dziwić, bo miłość nie jest z tego świata.

Osobiście brakuje mi też niepokoju związanego z Janem Pawłem II. Lewica ma wrażenie, że go zna, że się z nim uporała, że wie, jak się z nim obchodzić. Wojtyła był głównym punktem odniesienia na zeszłorocznej wystawie Późna polskość w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej. Lecz artyści, których prace były tam wystawione, czytali go przez pryzmat jego kultu: gadżetów, kremówek, pomników. To sprawiało, że czuli się bezpiecznie, że mogli go krytykować, a on nie był już dla nich żadnym wyzwaniem. Podobnie było z głośną Klątwą w reżyserii Olivera Frljića w Teatrze Powszechnym. W spektaklu osnutym wokół dramatu Wyspiańskiego pojawiła się figura Wojtyły jako symbolu władzy kościelnej, która ukrywa przestępstwa seksualne kleru. Nie mogę się jednak uwolnić od wrażenia, że znajomość Wyspiańskiego ze strony Frljića i występujących aktorów w porównaniu ze znajomością, którą miał Wojtyła – jeszcze w gimnazjum wyreżyserował Zygmunta Augusta, a podczas II wojny światowej grał Konrada z Wyzwolenia i Jaśka z Wesela – była żadna. I że mogliby mieć więcej respektu i niepokoju wobec papieża, Wyspiańskiego i całej polskiej kultury. Nie wiem zresztą, czy tej sztuki nie można dziś czytać w świetle akcji #MeToo, która wybuchła tuż po premierze, tj. jako sztuki o nadużyciach seksualnych w show-businessie.

 

A co z prawicą?

Prawica traktuje papieża jako kopalnię cytatów i źródło uzasadnień dla tego, co w danym momencie robi. Łączy ją z lewicą to samo poczucie bezpieczeństwa wobec Wojtyły.

A może trzeba myśleć jakoś inaczej? Byłem niedawno w krakowskim sanktuarium św. Jana Pawła II. Dla lewicy to przykład gigantomanii, dla prawicy – pomnik i nowe miejsce święte. Jest tam poplamiona krwią sutanna Wojtyły. Z przodu są ślady pojedynczych kropel, z tyłu jest cała zalana krwią. Gdy byłem przy tej sutannie, to czułem, że Wojtyła mnie osądza, a nie ja jego. Ta biała sutanna stała się sutanną purpurową. Tę purpurę Wojtyła nosił od 1967 r., gdy przyjechał z Rzymu już jako kardynał. „Kiedy Ojciec Święty włożył mi na głowę purpurowy biret, to przez to chciał powiedzieć, ażebym jeszcze bardziej cenił krew – mówił podczas homilii po swym ingresie. – Przede wszystkim, żebym cenił Krew Odkupiciela mojego i żebym o tę cenę Krwi Odkupiciela naszego zastawiał się w Kościele Bożym aż choćby do wylania mojej własnej krwi!”. On wiedział, że bycie kapłanem to zgoda na wylanie własnej krwi. Po drodze z Rzymu zatrzymał się w Ossiach i modlił przy grobie Bolesława Śmiałego, który według legendy po zamordowaniu biskupa krakowskiego, św. Stanisława nawrócił się i został benedyktynem. Nie da się zrozumieć tego gestu Wojtyły bez Słowackiego, bez Wyspiańskiego (autora rapsodu o Bolesławie Śmiałym), Wawelu, Skałki, benedyktynów tynieckich. Ta jedna sutanna otwiera nas na wymiar duchowy i kulturowy – otwiera na kulturę polską, a przez nią na kulturę światową. A ta kultura – razem z Wojtyłą – z jednej strony patrzy na nas i nas osądza, a z drugiej, staje się źródłem godności.

_

Michał Łuczewski

Dr, socjolog, dyrektor programowy Centrum Myśli Jana Pawła II, pracuje w Instytucie Socjologii UW. Opublikował książki: Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej (2013, za którą otrzymał Nagrodę im. Józefa Tischnera) oraz Kapitał moralny. Polityki historyczne w późnej nowoczesności (2018). Członek redakcji czasopisma „44 / Czterdzieści i cztery. Magazyn Apokaliptyczny”.

Kup numer