fot. Alka Murat
z Anną Królikiewicz rozmawia Urszula Pieczek marzec 2020

„A czyj język najadł się całym smakiem”

Prawie każdy amator i profesjonalista znajdzie w sieci i rzeczywistości przestrzeń do prezentacji, materiału pojawia się coraz więcej, w sferze kultury jesteśmy zasypywani obrazami, obiektami, dźwiękami, performansami, słowami, produktami i usługami. To nadprodukcja obrazów świata.

Artykuł z numeru

Jak mówi prawica?

Jak mówi prawica?

Urszula Pieczek: Jesień ubiegłego roku była dla Ciebie bardzo pracowita – m.in. zainaugurowałaś w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie długo oczekiwaną monograficzną wystawę od sufitu, od dębu, od marchwi, która przyciągnęła tłumy zwiedzających; powołałaś do życia Wydawnictwo Doczute; wydałaś Międzyjęzyk z Twoim esejem otwierającym, który jest intymnym i świadomym zapisem poszukiwań twórczych. Zanim porozmawiamy o książce, znaczeniu słów i idei za nimi stojących, chcę zapytać Cię o źródło i pochodzenie. Innymi słowy – skąd to wszystko?

Anna Królikiewicz: Ostatnie dwa lata były dla mnie ekstremalnie pracowite. Jak nigdy dotąd. Źródłem wystawy (której kuratorką zgodziła się zostać Emilia Orzechowska), i uprawianej przeze mnie sztuki oraz książki Międzyjęzyk, jest to, co się dzieje wokół gorącego pępka świata, czyli kuchni. Moje najnowsze prace wynikają z kryzysu wiary w mimetyczne przedstawienie i wielkoformatowy rysunek, z którymi dotąd mnie kojarzono. Tworzyłam i wystawiałam rysunek kilkanaście lat. Dlatego można chyba powiedzieć, że na głębokim poziomie wszystko, co zrobiłam w ciągu ostatnich dziesięciu lat i niedawno pokazałam, wyniknęło z niemocy i zwątpienia. A o dziwo, wzrosło na tym i dojrzało! Te rzeczy powstawały przez długi czas – od 2010 r., kiedy dokonałam przełomu w życiu prywatnym i zawodowym, bo zdaje się, że u mnie to po prostu jedno. Wszystko się krzyżuje – moja pracownia z przestrzenią kuchenną, życie osobiste nie jest odrębne od twórczego.

Opowiesz, na czym polegał ten przełom? Bo chyba nie na zmęczeniu komplementami.

Wszystkiego nie opowiem.

Oczywiście! Tyle, ile chcesz i możesz.

Dziesięć lat temu zaczęłam płynąć pod wyznaczony prąd, iść wbrew udeptanej przez siebie drodze. Przestałam wystawiać rysunek (ale, co ważne, nigdy nie przestałam rysować, to dla mnie jak pisanie czy mieszanie łyżką). Rysunek tak uprawiany już nie dawał mi spełnienia. Nie byłam pewna, czy sztuka galeryjna, wysoka, ma moc zmieniania świata, choćby w najmniejszej skali, czy malarstwo, rysunek wystarczą teraz, w momencie kryzysu wartości. Musiałam poszukać nowego języka, międzyjęzyka – nie po to, żeby mruczeć sama do siebie, ale pełniej skomunikować się z widzami. Nie czarujmy się, raczej nie robi się sztuki wyłącznie do szuflady i dla ukrytych przyjemności. Oczywiście robi się ją z siebie, ale po to, by skonfrontować się z innymi, być w dialogu, zobaczyć, jak odbiorca zareaguje, uczyć się dzięki temu dojrzewać do krytyki, do wymiany. Próby przypodobania się publiczności są skazane na niepowodzenie, zwyczajnie źle mi pachną.

W słodkich komplementach za twórczość nie ma nic złego, ale duże niebezpieczeństwo tkwi w „śpiączce cukrzycowej” nimi wywołanej.

Nagle przestajesz rozróżniać, czy nadal robisz sztukę, która cię kręci, żywo wyraża ciebie, węszone przez ciebie tropy, czy jest już raczej rodzajem rutyny, która nakręca ci konto w banku, jeśli sprzedajesz prace, i sprawia satysfakcję, gdy wspomną o tobie gazety i branżowe magazyny. W tym nie ma nic złego, ale podstawą musi być uczciwość wobec siebie. Dla mnie jako dydaktyczki ważna jest też odpowiedzialność przed studentami. I przekora: ciągle się kwestionuję i sprawdzam. Poza tym lubię zgubić pogoń.

Trudno zrobić zwrot we własnej praktyce.

Tak, bo działasz wbrew własnemu komfortowi i cudzym oczekiwaniom. A na dalszym planie może wbrew akademii, gdzie jesteś przecież poddana wyrażającym zdumienie recenzjom, kiedy robisz kolejne stopnie kariery, jakoś wbrew środowisku, czasem wbrew przyjaciołom, którzy mówią: „Co ty wyprawiasz!?”, którzy dopytują, kiedy wrócisz do rysowania. Trudne, ale warto. Na otwarciu ostatniej wystawy w Państwowej Galerii Sztuki było tłumnie, prawie 500 osób, i wiem, że część z nich mi uwierzyła. Uwierzyła, że gest wysłanego na otwarcie zaproszenia w formie pasty miso nie jest pusty, że wyciągam rękę z pokarmem i po zrozumienie.

Jaką rolę odegrała w Twoim przełomie kuchnia?

Kiedy leżysz na łopatkach: jesteś naprawdę blisko ziemi, i nie masz wiele siły, to tylko najprostsze gesty mogą cię uratować. I właśnie od nich zaczęłam – odnalazłam sens, bo długo jeszcze nie spokój, w trosce, także o siebie, w wyrażaniu się przez karmienie, otwarciu się na ludzi, w rozmowie, w większej uwadze. Zaczęłam praktykować wszystko to, co odrobinę odsuwa akcent z wzroku i kieruje na inne zmysły: dotyk, smak, zapach, słuch. Na czucie bardziej niż rozumienie.

Wzrok dystansuje, patrzymy na przedmiot, dzieło i je oceniamy. Szukałam takiego sposobu na uprawianie sztuki, który wskazuje na jedność z kreowanym obiektem. Czyli – nie jestem w dystansie do świata, tylko jestem obecna w nim, zanurzona. Dotykam rękoma, smakuję, wącham, słyszę. Dzięki tej zmianie we mnie, takiemu podejściu rzeźba i zupełnie nowa dla mnie wtedy praca w trójwymiarze stały się dla mnie ważne i wpłynęłam w ten obszar naturalnie.

Efektem tej praktyki jest poszukiwanie nowego języka opisu, którego słownik obejmuje całe ciało, nie tylko oko. Znajdują się w nim takie określenia jak „doczute” czy „międzyjęzyk”.

Szalenie bliski stał mi się ostatnio Miron Białoszewski (z wiersza Karuzela z madonnami pochodzi tytuł wystawy, a „międzyjęzyk” z Chamowa). Jego twórczością zaraził mnie ojciec. Zupełnie nieadekwatnie do swojego wieku dostałam Szumy zlepy ciągi oraz Pamiętnik z powstania warszawskiego. Mierzyłam się z tymi tekstami w wieku chyba 12 lat, tak jak wtedy potrafiłam. Później przyszła dojrzalsza lektura. Wrócił do mnie obfity i nieocenzurowany zbiór jego tekstów. Miałam intuicję, że onomatopeje, metafory, cała awangarda językowa, którą tworzy Białoszewski, wynikają z ciała. Lubię złożone w słowa odgłosy i dźwięki biologii, pramowę, szukam podobnego języka wizualnego, który byłby cielesny, a w związku z tym uniwersalny, zmysłowy.

Czym jest więc „międzyjęzyk”?

To moja krucha utopia w epoce, w której przeżywanie obecności Innego stanowi głównie przeżywanie uczucia wstrętu i wrogości. Marzenie o tym, że język tworzy płaszczyznę do rozmowy, wymiany, splecenia, że nie stanowi jak u Wittgensteina granic opisu świata, lecz jest nieograniczonym obrusem, płaszczyzną komunikacji i nieustanną próbą zrozumienia. Który, jak napisałam, cytując to słowo za Cezarym Wodzińskim, jest „gość-innością”, goszczeniem innego, paletą wymiany, uczenia się. Nie trzeba być w wiecznej opozycji do czegoś i kogoś, by móc się określić, opowiedzieć, a odbudowywanie tego, co wspólne, jak pisze Achille Mbembe, cytując Franza Fanona, zaczyna się od przerwania milczenia, pierwszej wymiany słów. To filozofia, którą praktykuję, myślę, że obecnie jest ona bardzo potrzebna.

„Międzyjęzyk” staje się pewnym ruchem, a nawet praktyką relacji.

Właśnie tak – to zachęcanie do relacji na wzór Beuysowskiej rzeźby społecznej. Dla ludzi żyjących w społeczeństwie materiałem rzeźbiarskim jest właśnie żywa, pulsująca sfera społeczna, którą mogą twórczo modyfikować, ugniatać, kształtować, dążąc do dobrostanu, która może stać się polem twórczego współdziałania, pracy efemerycznej, zamiast powstawania kolejnych przedmiotów. To wszystko robię w skromnej skali: łączenie ludzi, zapraszanie do uczestnictwa, rozmowy, zachęcanie do poznania intencji. Sztuka relacyjna polega na przeniesieniu akcentu z obiektu estetycznego na budowanie nieoczywistych połączeń międzyludzkich. W pełnej gamie smaku.

Kiedy z Maćkiem Nowakiem pracowałam nad Weselem, którego nie było pokazanym po raz pierwszy podczas Quadrienalle w Pradze, później w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie, do weselnego stołu wraz z elegancką publicznością teatralną siadali przechadzający się miejscowi flanerzy. To nie są codzienne możliwości i sytuacje. Zdaję sobie sprawę, że istnieją jakieś płaszczyzny, których nie można połączyć, ale bardzo lubię wyzwania, a nie lubię klasowości, wyższościowego podejścia. Rozumiem ten mechanizm, ale mnie drażni, a cała moja ostatnia praca pokazuje, że mogę operować między zmysłami, między ludźmi, w „międzyjęzyku”.

Koniec końców, „międzyjęzyk”, na którym wszystkie smaki są jednakowo ważne, zostaje u Ciebie głęboko zakorzeniony w praktyce feministycznej, przekształcającej relację hierarchiczną w równościową i dążącej do budowania społeczeństwa matrylinearnego opartego na trosce, nie na kontroli. 

Uważam za wartościowe platformy płaskie, niehierarchiczne. Tak też pracuję ze studentami. Nie prowadzę wykładów ex cathedra, wolę dialog niż monolog, nie jestem nieomylna, uczę się od nich. Jestem gruba, ale nie zjadłam wszystkich rozumów!

Prócz pracy twórczej uczysz, wykładasz, jesteś profesorką Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Jak myśleć niehierarchicznie w strukturach szkolnictwa wyższego?

Najęłam się do pracy jako wykładowczyni prawie 30 lat temu, ponieważ głęboko wierzę w to, czym jest akademia u swoich podstaw. Sprzeciwiam się też mocno niemal korporacyjnemu systemowi, który został nam (wspólnocie akademickiej) narzucony razem z punktozą. Wciąż jednak tu jestem, bo dokładnie wiem, jaki mam cel. Na pracowni wisi tabliczka z moim imieniem i nazwiskiem: moją pracownię firmuję sobą i nie twierdzę, że to jest jedyna słuszna postawa twórcza lub akademicka. Nie uznaję zresztą niczego, co się samo przedstawia jako jedynie słuszne.

Akademia, tak jak ją rozumiem, nie powinna być szkołą zawodową, przygotowującą wąsko wyspecjalizowanych fachowców, pozostającą na usługach korporacji, rynku i konkursów piękności w magazynach o sztuce oraz galerii.

To nie moja bajeczka. Mam nadzieję, że uczę młodzież czegoś więcej, nie tylko warsztatu. Akademia ma też pełnić funkcję formującą. Nie jestem tylko od tego, żeby mówić: „Tutaj kreska bardziej w lewo, a tu dajmy akcent”. Uważam, że trzeba uczyć etyki zawodu, krytycyzmu, tolerancji, ale i niezależności. Poruszania się we współczesności. Moich studentów zachęcam do przystępowania do konkursów, wyzbywania się fałszywej skromności, wychodzenia ze swoją pracą w stronę świata i szybkiego otrząśnięcia się z niepowodzeń, bo to uczy więcej niż wygrana. Wygranymi, nagrodami i wyróżnieniami się cieszmy, zdarzają się, zwłaszcza ostatnio, i to świetne, ale nie one są sensem uprawiania sztuki.

Idea „międzyjęzyka” przekłada się także na konstrukcję książki pod tym samym tytułem, która inauguruje Wydawnictwo Doczute? 

Z Sylwią Kasprowicz i Maciejem Bychowskim zrozumieliśmy się intuicyjnie. We dwoje skomponowali i zaprojektowali książkę, która jest bardzo skromna i czysta. Nie ma w niej nadmiaru środków, jest mądrze skonstruowana. Estetycznie zapośredniczona relacyjność i widoczne w strukturze książki przywiązanie do autonomii ludzkiego ciała odpompowują tę monografię z nadęcia. Ta struktura nie jest tylko racjonalnym, bezcielesnym, chłodnym konceptem naukowym. Okazuje się rodzajem projektowania doświadczeń. Czytelnicy zwracają na to uwagę od pierwszego dotyku okładki. Jest jak goła, niepolakierowana, czyli niczym niepowleczona, skóra – to nadrukowany kolorem papier offsetowy, w dotyku i barwie zbliżony do ciała. Kiedy otwiera się książkę, ujawniają się strony fotograficzne, bardzo mięsne, czerwone. Później kość z ekologicznego, sprowadzonego z Włoch papieru zrobionego z łupin po migdałach. Na nim znajduje się mój tekst. Za unerwienie i mięśnie odpowiadają po kolei teksty krytyczne Eweliny Jarosz, Wojciecha Ledera, Marty Smolińskiej, Agaty Stronciwilk, Anety Szyłak.

Kolejną częścią jest tłuszcz, czyli dokumentacja zdjęciowa. Gdyby nie fotografowie, nie byłoby moich prac – wiele efemerycznych zdarzeń ze swej istoty po prostu nie przetrwa, dlatego martwe natury, scenografia, zjedzone obiekty czy praca relacyjna pozostają tylko na zdjęciach. Całość zamyka szelest i dźwięk z płyty Macieja Stendka: utworów skomponowanych do moich prac, które z nimi w przestrzeni publicznej funkcjonowały. Książka pachnie palonym cukrem, cukierkami, które kiedyś, jako dziecko, zrobiłam w kuchni rodziców z nianią na patelni, rozpuszczając karmel, jakoś to zapamiętałam. Nawet nie marzyłam, że ta książka będzie taka piękna! Musiałabyś zobaczyć moją minę, kiedy 350 egzemplarzy przyjechało na paletach pod pracownię architektoniczną BJK moich przyjaciół, u których – śmiejemy się z tego – mam małe biurko wydawcy, paczkę wizytówek, długopis i magazynuję książki. Ta tłusta różowa „córka” wyglądała dużo zdrowiej, okazalej, niż o niej myślałam, niż sobie wyobraziłam, kiedy ją projektowaliśmy. Poświęciliśmy jej ogromnie dużo uwagi, czasu, ja osobiście nerwów i wakacji. Nie ma tam ani jednej przypadkowej strony, kropki, tasiemki czy nitki, która zszywałaby tę książkę, wszystko jest uzasadnione. Kosztowało mnie to dużo zdrowia, utratę spokoju, także finansowego, bo wbrew zasadom, żeby nie angażować w monografię naukową prywatnych pieniędzy, zrobiłam to. Nie chciałam żadnego kompromisu wobec założonej formy. Wydział Malarstwa macierzystej Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku współfinansował tę publikację, szczęśliwie wsparli mnie prezydent Gdańska, prezydent Sopotu, marszałek województwa, brakującą lukę w budżecie zapełnili mama, przyjaciele. Założyłam jednoosobowe wydawnictwo, nazywa się Doczute. To po prostu ja, która wykonałam wszystkie czynności wydawnicze i koordynujące, doprowadzające do druku, a potem dystrybucji – chałupniczo, nosząc codziennie w torbie po 15 grubych ważących 2 kg książek na pocztę.

W eseju otwierającym książkę łączysz autobiografizm, autentyczność, a nawet, pokuszę się o to sformułowanie: pewną konfesyjność w opisie procesu twórczego, poznawania świata, swoich możliwości, z olbrzymim korpusem tekstów filozoficznych, poetyckich, krytycznych, choć na słowach się nie kończy. To swego rodzaju manifest, który – jak piszesz – stoi po stronie wartości nieoczywistych. Co przez nie rozumiesz?

Dziś nieoczywistą wartością jest wrażliwość, przewrażliwienie, bycie introwertykiem. Smutek, błądzenie. Zawstydzenie, skrępowanie, kruchość, klęska. A one też rodzą owoce. Brakuje mi tych rzeczy we współczesności, w naszej potoczności, bo się ich nie akcentuje, bo nie są fotogeniczne, nie nadają się na Instagram, nie kadrują się dobrze, są nieopłacalne, nie są o sukcesie, stają się naiwne i podejrzane, napiętnowane jak moje dawne usunięcie się z tzw. rynku sztuki. Buntuję się przeciw temu, to znowu jak u Białoszewskiego: „A kto wymyślił, że gwiazdy głupsze krążą dokoła mądrzejszych, a kto wymyślił gwiazdy głupsze?”. Dbam o to, co pozornie brzydkie, odrzucone, spoza świateł, z drugiej strony sceny. Niesamowitym doświadczeniem była realizacja mojej pracy Boreasz na zaproszenie Justyny Łagowskiej w Starym Teatrze w Krakowie i później, w teatrze we Fryburgu, w którym robiłam scenografię do sztuki Eweliny Marciniak Die Bartholomäusnacht. Znalazłam sobie miejsce po drugiej stronie sceny, od środka. Ciało i budynek teatru mają podobną budowę: oczy i okna, układ nerwowy i sieć przewodów elektrycznych, ścięgna sznurowni, oddech i klimatyzację, skórę i naskórek cegły – nasadzone na szkielety. Chciałam dotknąć krawędzi ciała teatru. Potem przeciąć skórę, przedrzeć się przez błony i wejść głębiej do wątroby, płuc, układu pokarmowego, i od wewnętrznej strony gałki ocznej wyjść na twarz: scenę. Tam zbudować scenografię. Ale to nie sama scena, ale właśnie jej druga strona: zasłonięte przed widownią bebechy, stanowią ogromne pole dla wyobraźni, mocne imaginarium. Od sceny i pełnych świateł jest reżyser i są aktorzy, ja czuję, że jestem teraz bardziej od nie-miejsc.

Prócz spłaszczania struktur wymykasz się także utartym kategoriom. Na wernisażu wystawy od sufitu, od dębu, od marchwi jeden z przemawiających napotkał trudność w przedstawieniu Twojej osoby. Bo czy jesteś artystką wizualną? Sensualną?

Przede wszystkim jestem malarką. Jestem artystką wizualną, ale przecież chciałam się wymknąć i temu określeniu, robiąc wystawę Absoluty zbudowaną na niewidocznych zapachach. W moich pracach wciąż znajduje się wiele wartości malarskich, gęstości i jakości koloru, temperatur, pigmentów, kompozycji. To wciąż jest – bez względu na to, czy będę robiła rzeźbę z margaryny, jarzębiny czy posłużę się farbami – malarstwo. Jest mi niewygodnie w szufladach, mam – poza malarskim – wykształcenie muzyczne, sporo notuję, piszę. Nieskrępowana czuję się, kiedy mogę poruszać się między dyscyplinami tak jak między zmysłami, krążenie daje szerszą przestrzeń do poszukiwania „międzyjęzyka”.

Poruszyłaś wcześniej jeszcze dwie ważne kwestie – po pierwsze, bardzo podkreślasz wspólnotowość wszystkich działań. Także w opisach obiektów na Twojej wystawie prócz materiałów, które zostały użyte, zapisujesz elementy, które pochodzą z pracowni innych artystów i artystek, nawet jeśli jest to fragment potłuczonej ceramiki z warsztatu przyjaciela. Po drugie – Twoje działania są w dużej mierze jednorazowe. Nie boisz się, że przeminą, nie zostaną zapamiętane?

Na tym to ma polegać. Teraz albo nigdy. Te prace nigdzie nie zostają, nie zagracają przestrzeni, nie duszę się od ilości przedmiotów: gromadzonych nowych rysunków, obrazów, rzeźb. Już nie dźwigam, nie wożę, nie składuję w takiej skali jak niegdyś, nic z obiektów zrobionych z pokarmu się nie psuje, bo łączy się z ciałami odbiorców. To mi teraz odpowiada, równolegle też odpowiada życiu – temu, że wczorajszy dzień się nie powtórzy, okazja minęła. Czas to ważny aspekt moich prac – jesteś tu i dosłownie przyjmujesz w siebie ten obiekt, który nie zdąży się rozpaść, nie będzie nigdzie przechowywany i nie poczeka. Sztuki, mediów, dzieł, artystów jest za dużo, w efekcie potencjalnych doznań jest za wiele, mnożą się kanały docierania do odbiorcy, instytucje i formaty, w które kulturę się pakuje. Prawie każdy amator i profesjonalista znajdzie w sieci i rzeczywistości przestrzeń do prezentacji, materiału pojawia się coraz więcej i w sferze kultury jesteśmy zasypywani obrazami, obiektami, dźwiękami, performansami, słowami, produktami i usługami. Drugi aspekt jest czysto fizyczny: za dużo przedmiotów w piwnicach galerii i muzeów to nadprodukcja obrazów świata, a w innych obszarach jest nierównoważąca się z tym zimna pustka. Wydaje mi się, że to kuszące dla widza, by był aktywnym uczestnikiem w otrzymanej chwili, wziął sobie ten czas na refleksję. Ten moment się nie powtórzy, bo nie kopiuję samej siebie, poza nielicznymi wyjątkami nie wznawiam prac.

Cieszę się, że zwróciłaś uwagę na podpisy, na pochodzenie fragmentów prac. Wiem, że nie zrobiłabym nic bez ludzi, którzy ze mną pracują. Nie dla mnie, bo nie mam podwładnych, nikogo nie zatrudniam, ale właśnie ze mną – to różnica, nigdy nie pomijam czyjegoś udziału w projekcie. Kluczowe jest to, by pracować z zaangażowanym kuratorem, dobrą produkcją. Kiedy zamykaliśmy wystawę, na finisażu pytano mnie: „Jak ci pomóc?”, nie: „Czy ci pomóc?”, byłam piekielnie zmęczona, trzeba było zebrać i spakować, co zostało, przewieźć to. Są ludzie, którzy za mną staną i za tym, co robię. I czuję, że można takimi sieciami między nami próbować łatać świat. W każdym razie ja swój tak buduję, tkam, a czasem ceruję.

Tytuł wywiadu stanowi fragment wiersza Mirona Białoszewskiego O obrotach rzeczy

Anna Królikiewicz

Prof., wykładowczyni na ASP w Gdańsku, gdzie prowadzi Czwartą Pracownię Rysunku. Oddana monumentalnemu rysunkowi i instalacji, ma stałą kolumnę w magazynie „USTA” poświęconą związkom sztuk pięknych i pokarmu. Autorka wielu wystaw indywidualnych, brała udział w kilkudziesięciu wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Laureatka nagród rektorskich za osiągnięcia artystyczne i pedagogiczne, stypendystka miasta Sopotu oraz marszałka województwa. Laureatka nagrody prezydenta miasta Gdańska za 25 lat pracy twórczej oraz Muza Sopotu w dziedzinie kultury i sztuki 2019, wyróżniona odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Założycielka Wydawnictwa Doczute

Kup numer