fot. Weronika Ławniczak, dzięki uprzejmości MN
z Martą Niedźwiecką rozmawia Urszula Pieczek luty 2021

Różnorodność zamiast hierarchii

Patriarchat boi się różnorodności i polifonii wątków, a przede wszystkim kwestionowania utartych schematów i status quo. Ograbił kobiety z siły, sprawczości i ekspresji, a mężczyznom odebrał możliwość wchodzenia w relacje.

Artykuł z numeru

Zniszczyć patriarchat w sobie

Czytaj także

z Evą Illouz rozmawia Mateusz Burzyk

Feminizm nie tylko dla kobiet

Będziemy rozmawiać o brzydkim słowie na „p”, czyli o patriarchacie.

Pozwól, że na początku naszej rozmowy zacytuję fragment ze Świadomej kobiecości analityczki jungowskiej Marion Woodman: „Siła sprowadzająca się do kontrolowania innych nie jest tym samym, czym siła płynąca z osobowej obecności. Patriarchalna siła jest oparta na kontroli, nie ceni sobie innych ludzi, jest zainteresowana jedynie władzą”. Woodman uchwyciła esencję patriarchatu jako koncepcji kulturowej, której podstawowym narzędziem jest dzielenie.

Ale nie tylko.

Patriarchat charakteryzuje także władza, kontrola, przemoc (w tym instytucjonalna) i ich przeróżne realizacje. Patriarchat ma sprawdzone sposoby, by zarządzać ludźmi bez poszanowania dla nich i uznania ich podmiotowości. Ze względu na to, że „czynnik ludzki” jest mało ważny – liczy się pryncypium, które często przyjmuje formę sztywnego dogmatu lub ortodoksji i sprawia, że nie próbuje się kogokolwiek zrozumieć czy też się dogadać. Ten sposób organizacji rzeczywistości, zarówno zewnętrznej, jak i wewnętrznej, jest niechętny różnorodności, polifonii wątków, ponieważ one niosą zagrożenie utratą kontroli, odstępstwem, herezją. Taki mechanizm implikuje dążenie do totalitarnych systemów myślowych i pojęciowych.

Co przez to rozumiesz?

Kiedy mówimy, że coś się dogmatyzuje, nawet np. w języku nauki, to znaczy, że obszar, który podlegał dyskusji, obserwacji, wglądom, sztywnieje i zaczyna być narzędziem struktury opresyjnej, uniemożliwiającej ruch. Dlatego jedną z cech patriarchatu jest umiłowanie hierarchii jako medium dla autorytetu. Autorytetu, który nie wynika z siły charakteru, wiedzy i doświadczeń, dokonań, które odnoszą się do najważniejszych wartości humanizmu, tylko z miejsca w hierarchii właśnie. Zatem osoba, która przeżyła wiele trudności, wiele zrozumiała, dokonała czynów, którymi można się chlubić, a nie posiada prestiżowej pozycji, będzie marginalizowana przez osoby stojące wyżej, jej głos będzie deprecjonowany, mimo że odzwierciedla mądrość.

Chcesz powiedzieć, że niesłuchanie jest narzędziem władzy?

Tak, niezwykle subtelnym. Zaczynając od indywidualnego aspektu, kończąc na kulturowym. Jeżeli jesteśmy w relacji, np. w stałym związku, z kimś, kto nie słucha lub unieważnia nasz głos, to ta osoba stosuje na nas mechanizm władzy. Treści, które płyną od nas, przestają mieć znaczenie, nie służą kształtowaniu rzeczywistości rodzinnej na równych prawach. W terapii mówi się w takim przypadku o języku władzy lub o pozycji władzy. To sytuacja, gdy ktoś np. utrzymuje dom i jednocześnie uzurpuje sobie prawo do decydowania o wszystkim. Słowa pozostałych członków rodziny, niezależnie, jak adekwatne i ważne, zostają wyciszone.

Kiedy patrzymy na tło kulturowe i mówimy, że patriarchat nie lubi różnorodności i odmiennych narracji, bo mu to przeszkadza w sprawowaniu władzy, to trzeba przypomnieć, że nie lubi też wykluczonych, biednych, gorszych, tych, którzy mają kłopot. W jednostkach przyjmujących zasadę władzy objawy słabości budzą niechęć i odrzucenie, a najczęściej prowadzą do zastosowania różnych form opresyjnego traktowania. W polityce też tak to działa, czego skrajnym dowodem są totalitaryzmy – słabość trzeba wyrugować, bo inaczej może rozsadzić ten monolit, rozmyć jasność jedynego słusznego osądu. Gdyby głos mniejszości, głos wykluczonych wybrzmiał, to trzeba by coś z tym głosem zrobić – wysłuchać go, przyjąć jakieś regulacje, a wtedy mogłyby się wydarzyć straszne rzeczy. Skuteczniej więc, z punktu widzenia władzy, jest pozostać głuchym.

To, co mówisz, zbliża nas do rozmowy o Kościele katolickim jako przykładzie instytucji hierarchicznej i patriarchalnej.

Nie należę do wspólnoty Kościoła katolickiego, ale uważam, że kultura judeochrześcijańska jest dobrem wspólnym zarówno wierzących, jak i niewierzących. Z tego miejsca daję sobie prawo do przyglądania się temu, co z zasadą chrześcijaństwa zrobiły hierarchia i władza. I to jest szokujące, bo znaleźliśmy się na antypodach nauki Jezusa. Nauki, którą nawet jako agnostyczka uznaję za przełomową w historii naszej cywilizacji.

W psychologii istnieje pojęcie enantiodromii – skłonności do przechodzenia określonej jakości w jej przeciwieństwo. Nie zauważyliśmy, kiedy z rewolucyjnej myśli, nadającej całym epokom inny wymiar, zmieniliśmy ją w jej dramatyczne przeciwieństwo. Chrześcijaństwo to de facto religia wykluczonych, kontestująca zamordystyczny porządek ówczesnego świata. Podstawą wczesnochrześcijańskich gmin wyznaniowych była wspólnotowość, a dzisiejszemu katolicyzmowi bliżej do Imperium Rzymskiego lub rozpasania Babilonu. Uwierz mi, mój laicyzm nie studzi tego przeżycia.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Czy masz jakieś przypuszczenia, dlaczego tak się stało?

Na szczęście na to pytanie próbowały odpowiedzieć dużo potężniejsze umysły. W moich refleksjach idę śladem psychologii głębi, która mówi o odrzuceniu tzw. zasady żeńskiej na wczesnym etapie kształtowania się dogmatów religijnych. Innymi słowy, z symboliki, rytuałów, języka, którymi próbowano opisać transcendencję, wykluczono sprawczą żeńskość. System oparto na męskiej zasadzie, która, niczym nieregulowana, nierównoważona, z czasem uległa degeneracji.

Skutek braku harmonii między jakościami będzie wpływał na jednostki, organizacje, kościoły, rodzinę i styl uprawiania biznesu. Zamiast współczucia narasta surowość, która teoretycznie ma chronić zasady, z pola widzenia znikają delikatność, słabości, aspekty opiekuńcze i odżywcze. Świat zaczyna być opisywany jednostronnie, bez dostrzegania znaczenia połączenia ze światem cykliczności życia.

Skądkolwiek usuniemy żeńskość, to męskość nadnaturalnie urośnie w siłę, w przywilej, aż stanie się bezwzględna i oparta na przemocy.

Odnoszę wrażenie, że Kościół katolicki w Polsce opiera się na wierze w hierarchię, a nie na wydarzeniach z roku liturgicznego. Czy widzisz jakieś potencjalne rozwiązania tej sytuacji?

Rozumiem sens przeżywania roku liturgicznego jako nieustanną konieczność odnoszenia wiary do jego poszczególnych etapów. Odpowiadania na pytania: czy można być osobą wierzącą w zmartwychwstanie Chrystusa, a jednocześnie niezastanawiającą się nad stanem świata i własną odpowiedzialnością wobec kolejnych pokoleń? Czy można wierzyć w objawienie Bożego Miłosierdzia i mówić głośno, że jakiś człowiek na świecie jest niegodny życia z powodu swojej religii, orientacji lub koloru skóry?

Odpowiedzią na te bolączki nie jest chrześcijański politeizm, czyli zmiany, które odrzucałyby podstawy tej religii, ale przyjęcie żeńskości jako głosu kobiet w Kościele. Dokładnie tak samo jak to musi się wydarzyć w systemach politycznych.

Kobiety w Polsce protestują na ulicach właśnie po to, by ich głos był słyszany. To samo mogą zrobić katoliczki – zamanifestować absolutną konieczność bycia przyjętymi na równych prawach do tej wspólnoty, którą tworzą. Taka propozycja nie ratuje świata przed zagładą, ale daje mu szansę na równowagę i treści do tej pory nieobecne. Nic się nie wydarzy bez aktywności, zdecydowania zaangażowanych, bo władza dobrowolnie nie pozbędzie się swoich przywilejów. Kościół katolicki od lat pokazuje, że nie chodzi mu ani o Ewangelię, ani o miłość bliźniego, ani o tajemnice wiary.

Zanim przejdziemy do patriarchatu w kulturze i systemach politycznych, chcę Cię zapytać o wspomniane już zasady żeńską i męską. Nie utożsamiasz ich z kobiecością i męskością.

Celowo nie mówię o męskości i kobiecości w znaczeniu biologicznym ani o określeniach związanych z płcią kulturową, odnoszę się do zasad wewnętrznych. Kobiety mają dostęp do żeńskiej i męskiej zasady, mężczyźni podobnie. Z tymi zasadami wiążą się pewne jakości, inne od tych, do których przyzwyczaiła nas kultura. Najłatwiej połączyć męskie z rozumem, racjonalizmem, ambicją i aktywnością, kobietom zaś przyporządkować serce, emocje, macierzyństwo i pasywność. Jednak nie wszystkie kobiety chcą rodzić dzieci, niektóre spełniają się zawodowo, niektóre ratują ginące gatunki, inne wstępują do zakonów. To nie odbiera im możliwości kontaktu z żeńską zasadą.

W Polsce odkręcanie zaburzenia podziału na męskie i żeńskie jest bardzo trudne. Dorastamy w kulturze naznaczonej patriarchatem, co mocno wpływa na nasze widzenie ról, które może odgrywać kobieta. Wiele z nas dorastało w domach, w których cała sprawczość była po męskiej stronie. To mężczyzna rządził, nawet jeśli był alkoholikiem, tyranem, stosował przemoc. Dla takich kobiet dojrzewanie może wiązać się z tzw. identyfikacją z męską zasadą władzy, chcą utożsamiać się z cechami, które ojcu gwarantowały siłę, bo nie chcą być bezbronne i zależne w dorosłym życiu. To niszczący proces, bo kobiety odrzucają wszystko, co w nich żeńskie: instynktowność, czucie, i wtłaczają się w zasadę, która nawet nie jest męskością, lecz jest jej karykaturą. Dojrzewanie psychiczne, uświadamianie sobie mechanizmów, które sterują naszym życiem bez naszego udziału, to jest m.in. leczenie się z patriarchatu.

Dlatego często powtarza się, że kobiety są najlepszymi sojuszniczkami patriarchatu.

Bardzo często dostaję wiadomości, w których kobiety piszą, że nie mają problemu z innymi kobietami, ale nie chcą z nimi pracować, bo te są beznadziejne; że kumplują się tylko z mężczyznami, i jednocześnie twierdzą, że one są ze swoją żeńskością pogodzone. No, nie. Nic nie jest w porządku z kobiecością, która uważa, że żeńskość jest gorsza, że trzeba się z niej tłumaczyć, należy siebie dowartościowywać jej kosztem – inne kobiety są głupie, ale ja taka nie jestem – rywalizować z kobietami albo wkradać się w łaski mężczyzn.

Łatwo jest być sojusznikiem tego, kto ma władzę, trudniej jest zadbać o to, co pozostaje nieuznane i umniejszane. Wychowanie w pogardzie żeńskości, braku zaufania do ciała, w głębokim stłumieniu seksualności, instynktów, emocji powoduje, że niektóre kobiety potrafią tylko pójść na służbę do silniejszej strony. Bo tam znajdą wszystko, czego im trzeba. Stąd też mogą wywodzić się kobiece fantazje o zależności – skoro do mężczyzny należą siła i władza, to ja obstawię sobie takie stanowisko na życie, że będąc żoną, uzyskam dostęp do dóbr, stabilizacji, bezpieczeństwa dzięki mężczyźnie i nie będę musiała sama sięgać po niezależność.

W Polsce świetnie się też trzyma kulturowy podział ról kobiecych – w psychologii to się nazywa opozycja Madonny i dziwki. Jak mówiłam, patriarchat pięknie nami zarządza poprzez dzielenie, jak już podzieli, to się ludzie sami będą pilnować, żeby nie trafić do tej złej grupy. Po jednej stronie mamy Maryję Dziewicę, symbol czystości tak nieskalanej, że nawet ciąża jej nie zagroziła. W rodzimej adaptacji ta postać jest obdarzona takimi cechami jak skłonność do poświęceń, absolutna negacja własnych potrzeb, przymus znoszenia najgorszych sytuacji życiowych w imię większego dobra. Po drugiej stronie mamy dziwkę, czyli antytezę Madonny. Problem polega na tym, że żeby być kobietą w kontekście psychicznym, ale też społecznym, muszę mieć połączenie ze swoim ciałem, instynktami. Co więcej, każdy ma jakieś wady, jakąś ciemną stronę siebie. Polska kobieta, gdy tylko próbuje zacząć decydować o sobie, określać swoją autonomię, przesuwa się nieuchronnie na osi w stronę dziwki. A kiedy zaczyna się emancypować, to już w ogóle zatrzaskują się za nią bramy piekieł.

Wiemy już, że patriarchat to nie jest miejsce dla kobiet, a co na to mężczyźni żyjący w tym systemie?

Uczciwie jest powiedzieć, że także mężczyźni są ofiarami patriarchatu, i to na wielu polach.

Pod pojęciem żeńskości kryje się chmura wielu jakości, ale jedną z najważniejszych cech żeńskości jest relacyjność, która nie jest równoznaczna z instynktem macierzyńskim czy potrzebą zakładania rodziny. Żeńska relacyjność to zdolność do aktywnego i obecnego wchodzenia w relację z tym, co na zewnątrz. To może być sztuka, idea, dziecko, bóg. Żeńska część energii psychicznej naturalnie dąży do poszukiwania na zewnątrz czegoś, z czym można wejść w kontakt. Lubię wyobrażać sobie ją jako cząsteczkę ozonu, która ma jedno wiązanie otwarte i podróżując po świecie, łapie inne cząsteczki. A patriarchat zabrał mężczyznom możliwość wchodzenia w relacje. Mężczyźni mają osiągać, zarabiać, umacniać prestiż. Tu nie ma miejsca na żadne więzi ani z tym, co na zewnątrz, ani z sobą samym. Tutaj chodzi o skuteczność, rozumianą jako realizowanie celów. Mężczyźni przez wychowanie w patriarchacie zostali popchnięci w stronę abstraktów i pozbawieni relacyjnego aspektu własnej psychiki. Jeśli tylko pojawia się w nich jakaś emocjonalność albo relacyjna dążność, to są nazywani „pantoflarzami” lub „ciotami”.

A jakie są skutki budowania świata na pragnieniu zysku i skuteczności bez wchodzenia w relacje z innymi, to widzimy wokół. W umownym skrócie symbolizuje ten stan rzeczy wielka korporacja, która pojawia się w jakimś kraju i wycina połowę lasu deszczowego, niszcząc i naturę, i kulturę, bo to się opłaca. I koniec.

Pozbawienie aspektu relacyjnego, oduczanie czucia, brutalizacja, negatywne skrypty męskości, nadreprezentacja przemocy w wychowaniu chłopców owocują nie tylko nerwicami, zaburzeniami seksualnymi, ale i tragediami osobistymi. Tak się odtwarza wypaczony wzorzec męskości. Po setkach lat takich powtórzeń możemy najwyżej otrzymać pół ludzi, pół maszyny albo kolejny totalitaryzm.

Cieszy mnie, że kobiety zaczynają masowo rozumieć, iż żyją w opresyjnym świecie, ale także że mężczyźni to zauważają. Mieli być wielkimi zwycięzcami tego rozdania, a okazują się tak samo pokiereszowani jak kobiety.

Dlaczego tkwimy w układzie, który w zasadzie ograbia nas wszystkich?

Zmiany na poziomie kolektywnym zachodzą bardzo powoli. Gdy jesteśmy wychowywani w kulturze operującej pewnymi symbolami, wzorcami, skryptami, to transformacja tego dziedzictwa nawet na poziomie jednostki wymaga wielkiego wysiłku. Nie wszyscy mają odwagę rzucić wyzwanie status quo. Dodatkowo cementowaniu zasad służą tradycja i zwyczaj. Bardzo dobrze, gdy przenoszą odżywiające treści, które wzmacniają wspólnoty, a nie gdy pozostają wyłącznie źródłem toksyn.

Jako młodzi ludzie też jesteśmy zniechęcani do kontestowania i zadawania własnych pytań, a to jest bardzo potrzebne. Dojrzewając, powinniśmy weryfikować to, co dostaliśmy od rodziców, także zbuntować się wobec presji kultury. Co jest właściwe dla kobiet? Co dla mężczyzn? Jak wyglądają związki? Czym jest miłość? Jak chcę osiągać moje cele w życiu i co dla mnie znaczy sukces? Czego chcę się wystrzegać? Co wnoszę do świata? Co chcę brać z tej kultury, w której mnie wychowano? Jaka jest moja recepta na dobre życie? I od tych buntów młody człowiek powinien przejść do własnych odkryć. Tak tworzy się system wartości, który potem jest busolą ułatwiającą nawigowanie w życiu, a który wynika z syntezy tych wszystkich niezgód i pogodzeń, których człowiek w życiu doświadczył.

Dobrym przykładem ubijania w zarodku dyskusji, która posłużyłaby wszystkim, jest nieszczęsny spór o gender. Nie ma żadnej ideologii, to jest gałąź nauki o człowieku. W ramach tej nauki pytamy o płeć kulturową, czyli właśnie o to, o czym my tutaj rozprawiamy. Od takich refleksji wiara nie słabnie ani nie kruszeją mury Jerozolimy, za to ludzie mogą zrozumieć więcej ze świata. Ale prawdą jest, że może ona być zarzewiem wolnomyślicielstwa, bo jeśli już raz powiemy, że jednak płeć biologiczna to nie to samo co rola człowieka w społeczeństwie, może się okazać, że zamiast patriarchalnego porządku będziemy mieli ferment, którego już nikt nie powstrzyma.

Kwestionowanie status quo jest nam potrzebne do dojrzewania.

Dojrzała osobowość nie obejdzie się bez refleksji i pytań, to jest nasze wyjście z raju i zjedzenie owocu z drzewa poznania. Niestety, im bardziej kultura jest nasycona ideologią, tym trudniej o postawy, które wspierają myślenie. Chociaż po 2020 r. świat stał się jeszcze bardziej skomplikowany, nadal dla wielu osób sztywny porządek jest odpowiedzią na pragnienie poczucia bezpieczeństwa.

A jak zrównoważyć męską i żeńską zasadę w systemie społecznym i politycznym?

Niezależnie od tego, czy mówimy o patriarchalnym porządku religijnym czy o świeckim, jedynym wyjściem z sytuacji jest ruch oddolny. Reformy i zmiany, które pojawiają się lokalnie, tworzenie wspólnot, łączenie się ludzi zorientowanych na realizację zadań społecznych albo wokół jakiejś idei. Bardzo obiecująca wydaje się koncepcja demokracji uczestniczącej. W takim modelu współpraca władzy wykonawczej z grupami obywateli, organizacjami, ekspertami jest realizowana na różnych poziomach i w różnym czasie w zależności od rozwiązywanego problemu. Powinnyśmy coraz mocniej myśleć o tym, jak stać się aktywnym uczestnikiem działań politycznych, nieustannie będąc w dialogu z władzą i nieustannie patrząc jej na ręce. To także mechanizm regulujący, bo władza, szczególnie ta na wysokich szczeblach, stała się niemożliwa do rozliczenia. Ale rok 2020 przyniósł bardzo ciekawą zmianę w świecie polityki – najwyższy dobrostan w obliczu pandemii i najskuteczniejszą reorganizację krajów w nowej rzeczywistości raportują kraje zarządzane przez kobiety.

Dlaczego?

Kraje kierowane przez kobiety mają większą szansę być zarządzanymi z uwzględnieniem jakości dotychczas w polityce nieobecnych. W obliczu kryzysu, z którym nikt nie potrafił sobie poradzić standardowymi metodami, to właśnie takie jakości jak transparentna komunikacja, troska o najsłabszych, jasno egzekwowane zasady, adekwatna opieka okazały się elementami budującymi w obywatelach poczucie bezpieczeństwa i motywację do znoszenia obostrzeń.

W żeńską zasadę wpisane jest poszukiwanie porozumienia i kontaktu ze wspólnotą, w imieniu której się występuje. Sanna Marin, premierka Finlandii, robiła konferencje prasowe dla dzieci, żeby nawet najmłodsi członkowie społeczeństwa wiedzieli, o co chodzi w tym wszystkim i dlaczego nie mogą widywać się z dziadkami. Jacinda Ardern, premierka Nowej Zelandii, ikona światowej polityki nowego formatu, potrafiła powiedzieć, że za wcześnie zniosła regulacje, za co przeprasza. Polityk, który wchodzi na konferencję prasową i zaczyna od przeprosin? Taki, który stosuje się do zasad, ustalonych przez swój rząd? Spróbujmy sobie to wyobrazić na własnym podwórku.

Czy my, jako ludzie, mamy w ogóle tyle cierpliwości, wytrwałości, żeby się bawić w szukanie nowych, czasochłonnych rozwiązań? Nie istnieje prostszy sposób na unicestwienie, zniszczenie patriarchatu?

Patriarchatu nie możemy zniszczyć, możemy go tylko przetransformować. Jeżeli pójdziemy na patriarchat z bronią, to nawet jeśli go pokonamy, obejmiemy jego pozycję i zaczną nami władać jego jakości. To problem wszystkich rewolucji, które stały się antytezą tego, w imię czego zostały rozpoczęte.

I owszem, to sprawia nam olbrzymią trudność poznawczą i emocjonalną: wyobrazić sobie, jak działać, skoro nie można działać jak dawniej. Jednak jeśli chcemy coś zrobić, to po prostu nie mamy wyjścia. Musimy wymyślać metody – nieidealne, modyfikowane w trakcie, ale takie, które nie zepchną nas na ciemną stronę mocy.

Co to znaczy korzystać z jasnej strony mocy w zmaganiach z patriarchatem, tym na zewnątrz i tym wewnątrz? Rozpoznawać w sobie to wszystko, o czym mówiłyśmy. Jak traktujemy sami siebie – opiekuńczo czy zarządzamy i nadużywamy? Jak pozwalamy innym traktować nas – z szacunkiem czy bez? Jak wychowujemy dzieci – ze starego klucza czy chcemy się czegoś nauczyć? Patriarchat to kultura nadużycia. Łatwo go rozpoznać wewnątrz po braku uznania dla delikatności, słabości, życia. Wiele osób będzie sobie musiało odpowiedzieć, jakie zyski mają z pozostawania po ciemnej stronie mocy. Będą osoby, którym pomoże modlitwa, innym pomoże medytacja. Za każdym razem jednak gdy podejmujemy działania, możemy się zastanowić, czy chcemy funkcjonować na podstawie zasady władzy. W moim odczuciu zasada życia jest o wiele lepsza.

Kup numer