70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Ton van Vliet/Hollandse Hoogte/East News

Teologia pogodna Edwarda Schillebeeckxa

Pozornie Kongregacja Nauki Wiary wymagała niewiele. Tak naprawdę chodziło jednak o zakwestionowanie ogromnej pracy, której Schillebeeckx od lat się poświęcał.

Podczas pewnego nieformalnego spotkania teologów opowiadano o grupie katolików w Kazachstanie, która, po tym jak umarł opiekujący się nimi kapłan, przez wiele lat, w pełnej izolacji spowodowanej wygnaniem, musiała na własną rękę organizować życie liturgiczne. Spotykała się więc w niedziele i święta na modlitwie, wspólnym czytaniu Pisma i niektórych tekstów mszalnych niezarezerwowanych dla kapłana, a na zaimprowizowanym ołtarzu symbolicznie składała kapłańskie szaty, będące wyrazem tęsknoty za możliwością celebrowania prawdziwej mszy św. W reakcji na tę relację jeden z obecnych podczas spotkania teologów, dominikanin pochodzący z Flandrii, zwrócił uwagę, że chociaż bezsprzecznie godna podziwu jest wiara wspólnoty i jej przywiązanie do tradycji, to jednak opisywana grupa katolików mogła w tej sytuacji wybrać kogoś spośród siebie, aby osoba ta odprawiała mszę św., konsekrowała i rozdawała komunię. Wywiązała się oczywiście burzliwa dyskusja, a argumentacja wspierająca kontrowersyjną tezę pochodziła w dużej mierze z prac innego flamandzkiego dominikanina, Edwarda Schillebeeckxa, nazywanego często jednym z największych teologów XX w.

Ta właśnie kwestia, a więc możliwość powołania przez wspólnotę znajdującą się w wyjątkowej sytuacji „nadzwyczajnego szafarza” Eucharystii, stała się głównym punktem spornym w korespondencji z początku lat 80. pomiędzy Kongregacją Nauki Wiary, na czele której stał kard. Joseph Ratzinger, a profesorem uniwersytetu w Nijmegen Edwardem Schillebeeckxem OP. Schillebeeckxa wzywano najpierw do doprecyzowania i modyfikowania tez, później wprost żądano przyjęcia nauczania Kościoła, który wyklucza wszelką nadzwyczajną drogę przekazywania władzy sprawowania Eucharystii, stwierdzając autorytatywnie, że jest to możliwe jedynie na mocy sukcesji apostolskiej. Schillebeeckx odpowiadał na listy, a także publikował kolejne książki, w których starał się nie używać drażniących Kongregację terminów. Kongregacja musiała jednak w końcu „z przykrością stwierdzić, że autor kontynuuje rozumienie i przedstawianie apostolskości Kościoła w taki sposób, że sukcesja apostolska za pośrednictwem święceń sakramentalnych stanowi dla niego »nieistotny« fakt w sprawowaniu posługi, a zatem i w przyznaniu władzy konsekracji Eucharystii – a to jest sprzeczne z nauczaniem Kościoła”[1].

„Dialog” jako narzędzie dyscyplinowania

Pozornie KNW wymagała niewiele: ot, przeformułowanie konkretnej tezy, modyfikacja argumentacji, dodanie wyraźnej deklaracji przyjmującej stanowisko Kościoła wyrażone w takim czy innym dokumencie. Tak naprawdę chodziło jednak o zakwestionowanie ogromnej pracy, której Schillebeeckx od lat się poświęcał, studiując tradycję teologiczną i wydając własne prace. Pierwsza ważniejsza publikacja na temat sakramentów to dobrze znana także w Polsce książka Chrystus. Sakrament spotkania z Bogiem (wyd. holenderskie 1959 r.; polskie 1966 r.) Dla wielu polskich kapłanów (przynajmniej dominikanów) książka ta była pierwszym podręcznikiem do sakramentologii. Co więcej, tezy w niej zawarte wyraźnie pobrzmiewają w dokumencie soborowym Lumen gentium, gdzie na samym początku Kościół nazwany jest „niejako sakramentem”. Schillebeeckx był na Soborze obecny jako ekspert, oficjalny doradca kard. Bernarda Alfrinka, biskupa Utrechtu i prymasa Holandii. Teologiczne poszukiwania Schillebeeckxa otwierały się w latach 70. na nowe perspektywy dialogu ze współczesną kulturą. Towarzyszyła im ogromna praca egzegetyczna i historyczna. Charakterystyczne dla jego teologii było dążenie do możliwie pełnego ujęcia danego zagadnienia.

Zadziwia, że wydając w 1974 r. jedną ze swoich najważniejszych książek, Jezus het verhaal van een levende (Jezus: historia Żyjącego), wzywa czytelników, aby nie czytali jej wybiórczo – tylko lektura całości w odpowiedniej kolejności pozwala podążać za jej wewnętrzną dynamiką i pozwala zrozumieć w pełni drogę, którą podąża autor. A jest tutaj mowa o książce liczącej ponad 600 stron, pełnej bardzo skomplikowanych wywodów! Wszystko to nie przeszkadzało w odniesieniu sukcesu wydawniczego: przez 6 miesięcy od premiery sprzedano w Holandii 12 tys. egzemplarzy… W przypadku tej książki także doszło do korespondencji z KNW. „Zapytanie” w jej sprawie wysłano z Watykanu w roku 1976, ale i to nie była pierwsza wymiana opinii między Kongregacją a Schillebeeckxem (tego typu kontakty miały już miejsce pod koniec lat 60.), a dossier w sprawie Schillebeeckxa kompletowano w Watykanie od 1966 r.[2].

Okazuje się, że Schillebeeckx, pomimo pozycji profesora i uznanego teologa, w zasadzie przez całe zawodowe życie musiał się tłumaczyć.

Nie sposób jednak było powtarzać całości argumentacji zawartych w książkach, które on sam określał często jedynie jako próby pewnych współczesnych interpretacji klasycznych problemów teologicznych. Nie pisał ich dla rozwiązania subtelnych akademicko-teologicznych problemów, a więc starał się unikać fachowego języka teologicznego. W dyskusji z Kongregacją to jednak właśnie język był często sprawą kluczową. Kongregacja domagała się przetłumaczenia głównych punktów wywodu na żargon scholastyki, który Schillebeeckx co prawda świetnie znał, ale ze względu na wyznaczone cele uznawał za ograniczający. Zależało mu na perspektywie współczesnej, gdyż uważał, że tylko przez nowoczesność można w pełni pojąć wiarę w jej wcześniejszych sformułowaniach. Dochodziła jeszcze kwestia języka samej korespondencji, którym był francuski. Tak więc o niderlandzkiej terminologii, w której nie brakowało neologizmów lub tworzonych ad hoc zbitek słownych, dyskutowano w języku francuskim, ale nie na podstawie francuskich tłumaczeń dzieł Schillebeeckxa. Pierwszymi krytykami Schillebeeckxa, tymi, którzy „donosili” Kurii Rzymskiej, musieli być czytelnicy niderlandzkich oryginałów, być może ludzie z jego najbliższego otoczenia.

Wielokrotne odpowiadanie na zapytania czy zarzuty Kongregacji musiało być dla Schillebeeckxa czymś bardzo męczącym także na płaszczyźnie psychologicznej, gdy, nie znając swoich oskarżycieli, z trudem mógł uniknąć poczucia bycia osaczonym. Na szczęście Schillebeeckx mógł się czuć stosunkowo pewnie w Kościele holenderskim i na uniwersytecie w Nijmegen, gdzie po przenosinach z Leuven pracował. Poza tym nigdy nie zerwał dialogu z Kurią, chętnie poddawał się „umotywowanej krytyce”[3] wszystkich czytelników swoich dzieł, chociaż z pewnością krytyka z pozycji autorytetu i przy założeniu nieomylności jednej ze stron była czymś wyjątkowo trudnym do przyjęcia. Schillebeeckx w jednym z artykułów pisał: „Aktywność poznawcza człowieka jest aktywnością osobistą, związaną z wszelkiego rodzaju uwarunkowaniami wynikającymi z danej sytuacji. Z tego powodu ludzie nigdy nie osiągną absolutnej jedności poglądów”[4]. Przy takim założeniu i przy przyświecającym mu ideale pracy teologicznej jako szukaniu nowych dróg i nowego języka trudno było spodziewać się pełnej uległości w dyskusji nad konkretnymi problemami, nawet jeśli stroną była tu KNW. Charakterystyczne dla myśli Schillebeeckxa są duża liczba zastrzeżeń, branie pod uwagę różnych punktów widzenia, ostrożne formułowanie nawet tez odważnych, bez naukowej pychy i sprawiania wrażenia kogoś, kto wie więcej i lepiej. Chrystologia mająca mieć jakiekolwiek znaczenia dla chrześcijańskiego życia, a więc włączająca w refleksję także aktualne doświadczenia wiary, jest możliwa jedynie jako „prolegomena”, nawet jeśli oznacza to napisanie bardzo obszernych tomów[5]. Okazuje się jednak np., że Jezus omawiany w jakimś miejscu książki jako „prorok eschatologiczny” staje się problemem dla KNW, która widzi w takim postrzeganiu Jezusa redukcję Jego bosko-ludzkiej Osoby. Tak, z perspektywy późniejszego rozwoju dogmatów i samej terminologii chrystologicznej, z pewnością nie jest to model wystarczający, ale także przez Schillebeeckxa jest on uzupełniany różnymi innymi interpretacjami. Samo jednak rozgraniczanie na pierwsze doświadczanie Chrystusa jako człowieka nauczającego konkretnych treści w precyzyjnie określonych warunkach historycznych i kulturowych oraz na uniwersalizujące przesłanie odczytywane i interpretowane przez popaschalną wspólnotę uczniów wydaje się zbyt odważne w oczach podejrzliwych czytelników. Dodatkowo wszystko to Schillebeeckx pragnął rozważać na szerszym tle doświadczenia innych religii, aby przesłanie o Chrystusie i już chrześcijańskie Jego doświadczenie uczynić bardziej zrozumiałym w skomplikowanym i mocno niejednorodnym świecie współczesnym.

Punkty sporne jako pozorne ramy „dysputy”

Imponujący jest przegląd różnorodnych kryteriów stosowanych przez Schillebeeckxa dla uporania się z materiałem historycznym i egzegetycznym. Wśród kwestionowanych aspektów teologicznej pracy Schillebeeckxa była stosowana przez niego metodologia. Zarzucano mu m.in. preferowanie niektórych prądów w egzegezie, w szczególności zbyt duże poleganie na wynikach badań protestanckich. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że egzegeza protestancka wiodła w tym okresie zdecydowany prym i była z naukowego punktu widzenia o wiele solidniejszym punktem podparcia dla pracy teologicznej. Nie znaczy to, że Schillebeeckx przyjmował ją bezkrytycznie[6]. Zarzut ten można zatem podsumować zdaniem: metoda jest zła wtedy, kiedy dochodzi do nieprawidłowych wniosków, a o ich prawidłowości decyduje wyłącznie nauczycielski urząd Kościoła. Trzeba więc przyznać, że nie jest to zarzut merytoryczny, lecz jedynie kolejne, nieco zawoalowane, wezwanie do posłuszeństwa.

Trudno nie odnieść wrażenia, że w gruncie rzeczy w dyskusji pomiędzy Kongregacją a Schillebeeckxem przeszkodą jest odmienne postrzeganie roli teologa. Czy ma on być jedynie stróżem i komentatorem tradycyjnego nauczania czy też kimś szukającym nowych formuł i sposobów mówienia o Bogu?

Czyżby teolog mógł powiedzieć coś nowego jedynie pod warunkiem wykazania, że nie jest to niczym nowym?

Jednym z zarzutów czynionych Schillebeeckxowi było zbyt mocne podkreślanie człowieczeństwa Chrystusa. To zresztą bardzo rozpowszechnione oskarżenie wobec prawie każdej posoborowej teologii podnoszone ze strony tradycjonalistycznych kręgów w Kościele i na jego obrzeżach. Człowiek miałby być dla współczesnych teologów ważniejszy niż Bóg. Sam Schillebeeckx stwierdzał, że jego teologia opowiada „o człowieku i o Bogu wszystkich ludzi”. Czyżby więc rzeczywiście to człowiek był na pierwszym miejscu? Nie jest to właściwy sposób sformułowania pytania. Z chrześcijańskiego punktu widzenia, z perspektywy wcielenia, ludzka optyka jest tą, która pozwala – jako jedyna pewna – dostrzec wielkość Boga i bezmiar Jego miłości do ludzi. Tak zwana oddolna teologia nie jest więc żadnym nowinkarstwem. To, co może wydawać się nowe u Schillebeeckxa, to skala włączenia różnych ludzkich perspektyw w poszukiwania teologiczne. Jest to jednak zrozumiałe ze względu na rozwój wszelkich innych nauk o człowieku oraz metod badania Biblii i historii.

Kontrowersja jako sposób uprawiania teologii

Powróćmy do pierwszej zasygnalizowanej tutaj kontrowersji, czyli problemu rozumienia kościelnego urzędu, nie tyle może cytując samego Schillebeeckxa, ile starając się wniknąć w najgłębsze podstawy wniosków przez niego prezentowanych. Otwarcie możliwości, aby w wyjątkowych okolicznościach chrześcijańska gmina czy parafia sama desygnowała kogoś do sprawowania sakramentów, tylko pozornie stawia na pierwszym miejscu ludzką wspólnotę. Pierwszy pozostaje sam Bóg i Jego wola zbawcza wyrażająca się w sakramentach. Badania historycznie pozwalają dostrzec, że rozwój nauki o sukcesji apostolskiej był uwarunkowany wieloma czysto ludzkimi czynnikami. Nie ma powodu, aby ograniczać boską wolę zbawczą ze względu na ludzką, historycznie uwarunkowaną, chociaż akurat aktualnie obowiązującą, interpretację sposobu przekazywania kościelnego urzędu. Zamykanie możliwości przystępowania do sakramentu ze względu na przygodny rozwój doktryny Kościoła dotyczącej organizacji jego struktur uznać można wprost za sabotaż Bożego dzieła zbawienia, gdyż sakramenty to przecież wyznawanie, karmienie i utrzymywanie przy życiu chrześcijańskiej nadziei[7]. Wielu teologów uznawało i uznaje, że zasady sukcesji apostolskiej nie można absolutyzować – nie jest to uzasadnione ani historycznie, ani teologicznie. Niektórzy nie wahają się twierdzić, że „sama sukcesja urzędu jest niczym bez sukcesji całego Kościoła w wierze pierwszych uczniów i apostołów”[8]. Musi więc chodzić nie tylko o widzialną sukcesję, lecz także o duchowe dziedzictwo. Tak więc wszelkie uświęcone tradycją konstrukcje powinny stawać się elastyczne w zetknięciu z ludzką rzeczywistością[9].

Schillebeeckx chciał odpowiadać na potrzeby Kościoła, a brak dostępu do sakramentów był i ciągle jest jednym z palących problemów wielu katolickich wspólnot. To jednak nie te pragmatyczne powody były fundamentem wniosków zakwestionowanych przez KNW. U podstaw tych tez znajduje się czysto teologiczna intuicja o Bogu w pełni i absolutnie wolnym. Nie jest On uzależniony od historii, w oczywisty sposób przerasta wszelkie uwarunkowania społeczne i polityczne. Z naszej perspektywy Jego wolność odbieramy jako ciągle nowe opowiadanie się za człowiekiem, które przekracza nie tylko tworzone przez ludzi struktury i prawo, lecz także ludzką wyobraźnię. Teologia jest jedynie podążaniem za tym coraz nowszym objawianiem się Bożej miłości lub – może precyzyjniej – jest towarzyszeniem, interpretowaniem i nadawaniem kształtu tym intuicjom, które dojrzewają w kolejnych pokoleniach chrześcijan, a które są wynikiem kontemplacji nowości Bożego działania. Zawsze jednak w mocy pozostaje przeświadczenie, że wielkość i wszechpotęgę Boga możemy rozważać tylko w naszych skromnych, ograniczonych kategoriach. Teologia Schillebeeckxa, przy całej swojej onieśmielającej wielości naukowych zastrzeżeń, jest pełna dystansu akcentującego względność ludzkich jednostronnych rozstrzygnięć i ma w sobie pewnego rodzaju poczucie humoru wobec ludzkich prób zawłaszczania Boga i obiektywizowania tego, co z konieczności subiektywne, oraz wobec braku umiejętności rozgraniczania płaszczyzny obiektywnej i subiektywnej na poziomie doświadczenia wiary.

Jest to teologia pogodna i optymistyczna nawet wtedy, gdy zajmuje się najtrudniejszymi aspektami ludzkiej egzystencji, cierpieniem i śmiercią.

Dialog” jako próba sił

Tę optymistyczną teologię Schillebeeckxa w dyskusjach z KNW cechowała przede wszystkim wielka cierpliwość. Nie mogło być zresztą inaczej w przypadku myśli, która z pełnym przekonaniem otwierała się na przyszłość i doskonale niuansowała historyczno-czasowe uwarunkowania Kościoła. Przy wszystkich niedogodnościach i być może nawet cierpieniu, jakich przysparzała korespondencja z Kongregacją, Schillebeeckx, jako prawdziwy teolog, mógł uczynić z tych kontrowersji wokół jego tez dodatkowe źródło inspiracji i siły. Miał przy tym świadomość, że Kościół zawsze działa w kontekście danego systemu, że jest z nim instytucjonalnie powiązany i że najczęściej Kościół – co niewątpliwie nadaje mu rys tragiczny – „aby móc nieść powierzone mu przesłanie, musi o tym przesłaniu zamilknąć”[10].

Schillebeeckx z zaangażowaniem, ale też z dystansem, wchodził w dyskusję z Magisterium. Nie mógł jednak zakwestionować swojej teologicznej drogi, o ile rzeczywiście pojmował ją jako osobistą, oryginalną i niepowtarzalną ścieżkę wiary i rozumienia. Nie chodziło więc tylko o wykonaną tytaniczną pracę, lecz także o przebytą drogę doświadczania Bożego działania. Kongregacja ostatecznie poprzestała na stwierdzaniu rozbieżności, zasygnalizowaniu tez, które pozostają w sprzeczności z oficjalnym nauczaniem. Cóż zresztą innego mógł uczynić Watykan? Nie zawsze łatwo jest dyscyplinować teologa. Można pozbawić go możliwości nauczania (Schillebeeckx i tak w roku 1983 przeszedł na emeryturę) i zakazać publikowania (ilość publikacji i tłumaczeń i tak była ogromna), odbierając w ten sposób środki do życia (jako autor teologicznych bestsellerów i profesor emeryt, a ponadto członek zakonu, nie musiał niepokoić się o sprawy materialne). Można jeszcze w iście orwellowskim stylu mniej lub bardziej skutecznie wymazywać jego wcześniejsze dokonania, zasługi, osiągnięcia, co jednak przy takim dorobku i oddziaływaniu było w zasadzie niemożliwe. Z pewnością jednak krytyka KNW przyczyniła się do zablokowania tłumaczeń książek Schillebeeckxa w niektórych krajach, jak miało to np. miejsce w Polsce, gdzie jego teologia do dzisiaj jest znana słabo lub nawet coraz słabiej – w końcu dla wielu to nieodwołalnie teologia „podejrzana”.

Wspólnota jako utopia

Schillebeeckx nie pozwolił sobie na to, aby oddalić się od Kościoła. Wspólnota wierzących to przecież naturalne środowisko dla każdego teologa, punkt wyjścia i cel całej jego intelektualnej pracy. Sama idea wspólnoty zawiera już jednak w sobie wiele sprzeczności, wzrasta ku przyszłości w napięciu pomiędzy utopiami tradycjonalistycznymi a modernistycznymi. Przeszłość to w tym kontekście albo „złoty wiek”, albo czas ciemności i zacofania. Eschatologia będąca stałym „warsztatem” teologa przekracza to napięcie, otwiera się na zupełnie nową, Bożą rzeczywistość. Być może dlatego, niejako z konieczności, teologowi musi być w pewnym stopniu trudno porozumieć się ze wspólnotą. To „eschatologiczne wychylenie” zawsze oznacza niezrozumienie i trudności w odnajdywaniu się we wspólnocie wierzących, która świadomie bądź – co zdarza się częściej – nieświadomie realizuje swoje utopijne plany, nie stroniąc np. od przedziwnych powiązań z polityką. Wspólnota widzi nierzadko w teologu rewolucjonistę, chociażby ten – jak Schillebeeckx – sam siebie tak nie postrzegał. W każdej grupie religijnej ważna jest pamięć, a więc w jakiś sposób zorientowanie na przeszłość, a teolog antycypuje i wybiega w przyszłość, podąża swoją indywidualną drogą, przygotowując grunt pod spotkanie z „Tym, który przychodzi”. Wspólnota dba o swoją tożsamość i o mechanizmy, które tę tożsamość wzmacniają; teolog stawia nowe akcenty w tych punktach, które będą ważne w przyszłości. Jest to więc związek trudny. Trudności te znajdują przedłużenie wszędzie tam, gdzie refleksja teologiczna wzbija się na poziom autentycznego wysiłku wiary i intelektu. Nie powinno to ani dziwić, ani gorszyć, lecz należy raczej cieszyć się z tego, że Kościół jest w stanie wydawać z siebie prawdziwych teologów. Dlatego też Schillebeeckx jest w pełni teologiem katolickim, a także w pełni teologiem dominikańskim, chociaż nie oznacza to bynajmniej, że często zakładał zakonny habit lub rzeczywiście mieszkał w konkretnym klasztorze. Zmarł 23 grudnia w 2009 r. w Nijmegen, w wieku 95 lat, do końca zachowując zadziwiającą jasność umysłu i życzliwą gotowość do osobistego spotkania i rozmowy. Również w ostatnich latach swojego życia – o czym mogłem się przekonać – sprawiał wrażenie, że wiele rzeczy chciałby dopisać i podjąć raz jeszcze, być może całkiem na nowo…[11]

[1] Kongregacja Nauki Wiary, Informacja o książce o. Edwarda Schillebeeckx’a, O.P., Pleidooi voor mensen in de kerk, 15 września 1986 r. (książka ta została opublikowana w roku 1985).

[2] Por. T. Schoof OP, The Schillebeeckx Case. Official exchange of letter and documents in the investigation of Fr. Edward Schillebeeckx, O.P. by the Sacred Congregation for the Doctrine of the Faith, 1976–1980, Paulist Press 1980, s. 15

[3] Por. wstęp do Jezus het verhaal van een levende (korzystam z wyd. niemieckiego: Jesus. Die Geschichte von einem Lebenden, Freiburg-Basel-Wien, 1975)

[4] E. Schillebeeckx, Teologiczne podstawy tolerancji, tłum. M. Tarnowska, „Znak” 1993, nr 457, s. 10.

[5] Właśnie „prolegomeną” Schillebeeckx nazywa we wstępie drugi tom swojej chrystologii pt. Gerechtigheid en liefde. Genade en bevrijding, Bloemendaal 1977.

[6]  Por. rozbudowana polemika z Rudolfem Bultmannem: E. Schillebeeckx, O katolickie zastosowanie hermeneutyki, tłum. H. Bortnowska, „Znak” 1968, nr 169–170, s. 978–1010.

[7] Por. E. Schillebeeckx, Tajemnica nieprawości i tajemnica zmiłowania (Pytania wyrastające z ludzkiego cierpienia), tłum. H. Bortnowska, „Znak” 1977, nr 272-273, s. 302.

[8] K. Rahner, H. Vorgrimler, Mały Słownik Teologiczny, Warszawa 1987, hasło: „Succesio apostolica”, s. 438.

[9]  Por. P. Napiwodzki, Czy sukcesja to sukces?, „W drodze” 2010, nr 443, s. 85–93.

[10] E. Schillebeeckx, Christus und die Christen, Freiburg-Basel-Wien 1977, s. 771.

[11] Por. świadectwo Haliny Bortnowskiej osobistego spotkania z Schillebeeckxem w końcu lat 60.: „Bardzo to zresztą uderzające, że gdy rozmawiałam z Schillebeeckxem na temat wyboru jego prac, które powinny ukazać się po polsku, przy każdej proponowanej pozycji oświadczał on z wielkim zatroskaniem »no tak, ale trzeba by to napisać całkiem na nowo…«”. H. Bortnowska, Edward Schillebeeckx, teolog spotkania, „Znak” 1968, nr 169–170, s. 962.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter