Janusz Poniewierski listopad 2020

Pan Hrabia

Choć po Krakowie krążyło złośliwe powiedzenie, że prezesem tutejszego KIK-u może być tylko hrabia, ci, którzy go dobrze znali, mówią, że nie był to wcale człowiek wyniosły. Wręcz przeciwnie: otwarty na ludzi, wszystkich słuchał z autentycznym zainteresowaniem.

Artykuł z numeru

Kościół bez Jezusa?

Czytaj także

Janusz Poniewierski

Człowiek z darem widzenia

Z formalnego punktu widzenia Andrzej Potocki (ur. 1920) nie należał nigdy do redakcji „Tygodnika Powszechnego” ani „Znaku”, jednakże mocno do tego środowiska przylgnął. Pamiętam np., że na początku lat 90. XX w. regularnie uczestniczył w – odbywających się za zamkniętymi drzwiami – zebraniach redakcyjnych „TP”, a Jerzy Turowicz traktował go nie jak gościa, ale jak domownika.

Wypowiadał się tam stosunkowo rzadko, jednak zawsze rozsądnie. Spoglądając na niego, zastanawiałem się nieraz, kim byłby ten starszy, wysoki i lekko zgarbiony mężczyzna, gdyby dane mu było urodzić się jakieś 50 lat wcześniej. Ważną figurą w monarchii austro-węgierskiej, jak jego dziad i imiennik, marszałek Sejmu Krajowego i namiestnik Galicji? A może jednym z twórców II RP? Predestynowałyby go do tego zdolności organizacyjne, ewidentne talenty polityczne i pasja, z jaką rzucał się w wir pracy na rzecz dobra wspólnego.

Znałem już wtedy jego biografię. Wiedziałem, że był żołnierzem AK, a następnie – począwszy od 1946 r. – więźniem politycznym, skazanym na 8 lat więzienia za „hańbę zdrady narodowej” (chodziło o próbę wywiezienia zbiorów rodzinnych za granicę). Tzw. afera hr. Potockiego stała się ważnym elementem propagandowego ataku wymierzonego w środowiska ziemiańskie, zainspirowała m.in. twórców filmu Czarci żleb. (Kilkanaście lat później – w 1958 r., wkrótce po Październiku – Andrzej Potocki został przez sąd uniewinniony).

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

W społeczno-kulturalnym życiu Krakowa pojawił się w poł. lat 60. XX w. jako działacz istniejącego od niedawna Klubu Inteligencji Katolickiej. Pełnił w nim różne funkcje: kierownika sekcji wiedzy religijnej, członka zarządu, sekretarza, wiceprezesa, by wreszcie – w 1976 r. – zająć fotel prezesa.

Był nim przez 20 lat, aż do swej śmierci. Jego współpracownicy do dziś wspominają go jako dobrego szefa. I choć po Krakowie krążyło złośliwe powiedzenie, że prezesem tutejszego KIK-u może być tylko hrabia, ci, którzy go dobrze znali, mówią, że nie był wcale człowiekiem wyniosłym. Wręcz przeciwnie: „był otwarty na rozmowę z każdym, czy [to] profesorem, czy licealistą; wszystkich słuchał z nieudawanym zainteresowaniem” (fragment niepublikowanej pracy nt. KIK-u autorstwa Macieja Müllera).

Jako prezes cieszył się w Klubie – i nie tylko tam – ogromnym autorytetem. Jak powie jeden z jego współpracowników, „był zdecydowany, potrafił przeprowadzić swoje koncepcje” i pomysły, miał dar przekonywania. Ktoś inny doda: „Był mądry, miał klasę”. Potocki przeprowadził KIK z epoki realnego socjalizmu w czasy wolności. Co prawda, nie obyło się bez pewnych zawirowań, takich jak nieudana próba uruchomienia przez Klub działalności gospodarczej, niemniej wielu wspomina tę prezesurę jako złoty czas krakowskiego KIK-u. Oczywiście pomogła mu historia, zwłaszcza wybór Jana Pawła II i narodziny „Solidarności” – wydarzenia niosące nadzieję na zmianę i sprawiające, że ludzie się do Klubu garnęli (w 1988 r. należały doń aż 1283 osoby). Niektóre spotkania gromadziły tak wielką liczbę uczestników, że trzeba je było przenosić do pobliskiego klasztoru dominikanów.

Andrzej Potocki kierował Klubem tak, jakby był on federacją różnych niezależnych od siebie sekcji i zespołów, co przynosiło czasem rezultaty wprost niezwykłe. Pokazuje to choćby historia działającego przy KIK-u pisma mówionego „NaGłos”. Jak wspomina jego redaktor naczelny Bronisław Maj: „Przychodzą takie tłumy, że ludzie godzinę przed rozpoczęciem już tam są, zajmują miejsca, stoją po wiele godzin, nawet nie widząc występujących. Stali na klatce schodowej, w sieni, na schodach, gdzie były wystawione głośniki (…). To było coś niebywałego”.

Krakowski KIK stanowił ukochane dziecko prezesa Potockiego, najważniejsze chyba miejsce jego zaangażowania. Najważniejsze nie znaczy jednak jedyne. Warto wiedzieć, że Andrzej Potocki był tłumaczem polskich książek na język angielski; przełożył m.in. Osobę i czyn Karola Wojtyły. W roku 1980 aktywnie włączył się w zakładanie lokalnych struktur NSZZ „Solidarność”. W stanie wojennym zaangażował się w prace Archidiecezjalnego Komitetu Pomocy Internowanym i Ich Rodzinom (został nawet jego przewodniczącym). W 1988 r. wszedł w skład Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, a potem stanął na czele Komitetu Obywatelskiego w Krakowie. Współzakładał Unię Demokratyczną, wreszcie: znano go w mieście jako działacza charytatywnego.

Zmarł nagle 22 października 1995 r. – i chyba dopiero wtedy dla wielu stało się jasne, jak bardzo był niezastąpiony: jako prezes KIK-u, obywatel i społecznik, człowiek Kościoła umiejący odróżnić chrześcijaństwo od różnych jego podróbek.

Kup numer