Ks. Wacław Hryniewicz. Fot. Iwona Burdzanowska / Agencja Gazeta
Janusz Poniewierski lipiec 2020

Wacław Hryniewicz (1936-2020). Ksiądz, który wierzył w Jezusa

Wacław Hryniewicz był teologiem prawdziwym. Snucie refleksji o Bogu i o Kościele stanowiło jego pasję, całkowicie wolną od przymusu wspinania się po szczeblach kariery kościelnej bądź uniwersyteckie.

Artykuł z numeru

Duchowość 2.0

Duchowość 2.0

Próbę odpowiedzi na pytanie, kim był dla mnie ks. Wacław Hryniewicz, sformułowałem po raz pierwszy blisko ćwierć wieku temu. Napisałem wtedy do niego list, którego fragment odnalazłem teraz dość nieoczekiwanie, gdy z niekłamanym wzruszeniem przeglądałem Nadzieję w dialogu (zapis jego korespondencji z czytelnikami): „Czuję się jakoś Księdza uczniem”.

Nie byłem uczniem prof. Hryniewicza w znaczeniu, jakie nadaje temu słowu świat akademicki. A jednak się nim czułem – i nadal czuję! – bo mnie inspirował, budził, zmuszał do myślenia. I do odwagi, a także do wzięcia odpowiedzialności za to, w co wierzę, co o Kościele mówię i piszę. I w tym właśnie sensie był dla mnie mistrzem.

Po raz pierwszy spotkałem go na początku lat 80. w Lublinie, gdy nasz wspólny przyjaciel – oblat ks. Andrzej Madej – zaprowadził mnie i moją przyszłą żonę na seminarium prowadzone przez ks. Hryniewicza. Do dziś pamiętam żar, z jakim Profesor mówił wówczas o Duchu Świętym – i o Jego mocy zdolnej naprawić świat i Kościół. A potem było spotkanie ekumeniczne w Kodniu z jego udziałem. I jeszcze przeczytana z zapartym tchem książka (Nadzieja zbawienia dla wszystkich) kupiona w Częstochowie, pod Jasną Górą, w czasie jakiegoś odpustu.

Blisko współpracowaliśmy, gdy redagowałem „Tygodnik Powszechny”, miesięcznik „Znak” oraz wywiad rzekę Nad przepaściami wiary, przeprowadzony z Hryniewiczem przez Elżbietę Adamiak i Józefa Majewskiego. Ostatnim, widzialnym owocem tej współpracy była rozmowa, którą nagraliśmy (wraz z Dominiką Kozłowską) na przełomie roku 2013/2014. Siedzieliśmy w Instytucie Ekumenicznym KUL-u, piliśmy zaparzoną przezeń herbatę, a Ksiądz Wacław mówił nam, że „nie mógłby być szczęśliwy, gdyby osoba, z którą bodaj raz pił kiedyś herbatę, miałaby być zatracona na zawsze”. Wtedy pojąłem, na czym polega odpowiedzialność za tych, z którymi nawiązaliśmy relację. Jak mawiał Mały Książę: „Stajesz się odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”.

W trakcie jego pogrzebu z ust jednego ze współbraci padły słowa, które zrobiły na mnie duże wrażenie. Cytuję z pamięci: „Od razu nawiązywał z drugim mądrą rozmowę, wolną od małostkowości i uszczypliwości, jaka często towarzyszy rozmowom osób duchownych”.

I ja wielokrotnie tego doświadczyłem.

Wacław Hryniewicz był teologiem prawdziwym, to znaczy myślicielem zawsze (a nie tylko na wykładach i w swoich książkach) gotowym do „uzasadnienia nadziei, która w nas jest”. Snucie refleksji o Bogu i o Kościele było jego pasją, całkowicie wolną od przymusu wspinania się po szczeblach kariery kościelnej bądź uniwersyteckiej.

Elżbieta Adamiak pisze o „bezkompromisowości Hryniewicza, radości z dyskutowania, posuniętej do ignorowania możliwych konsekwencji wypowiadanych słów”, co miało oczywiście swoją cenę i prowadziło do „pewnej osobności w środowisku teologicznym w Polsce”. Spośród współczesnych polskich teologów katolickich to na niego najczęściej donoszono do władz kościelnych (również watykańskich). To jego oskarżano o herezję i zdradę „jednego, świętego i katolickiego” Kościoła. To jego wreszcie niektóre środowiska kościelne konsekwentnie pomijały, organizując konferencje naukowe na tematy, które były mu bliskie (np. miłosierdzie Boże czy ekumenizm).

Podziwiałem jego wierność: zarówno głoszonym poglądom, jak i ludziom, także tym nic nieznaczącym, a nawet… stworzonkom, w których dostrzegał dzieło Boga.

Widziałem listy, jakie pisano do niego z więzienia – zawsze na nie odpowiadał, próbował pomóc, dodać otuchy, przekazać słowo nadziei.

Rozmawiałem z niewierzącymi, dla których ważne były jego wykłady i książki. Słyszałem o penitentach, do których jechał (a nie miał samochodu) czasem i 300 km, bo byli gotowi pojednać się z Bogiem jedynie z jego pomocą. Wiem o radości, jaką sprawiały mu spacery po lesie – i o tym, że czasem świadomie z nich rezygnował. Nie, nie chodziło mu o wygodę. Raczej o to, żeby nie przeszkadzać „tym wszystkim stworzeniom Bożym, które po deszczu mają zwyczaj wychodzić na przechadzki” (z listu A. Madeja OMI).

Dziś widzę to jeszcze wyraźniej niż kiedyś: ks. Wacław Hryniewicz był uczniem Tego, który „nie łamie trzciny nadłamanej ani nie gasi knotka o nikłym płomyku”. Dobrze, że pozostawił nam swoje książki – antidotum na grożące nam chore chrześcijaństwo.

Kup numer