Tomas Halik w 1975 r., archiwum domowe
Tomáš Halík kwiecień 2020

Ksiądz podziemnego Kościoła

Wspólnota kapłańska, do której należałem, działała ostrożnie, skrycie, bardzo konspiracyjnie. Nawet mojej matce, z którą mieszkałem aż do jej śmierci w roku 1986, nie mogłem powiedzieć, że jestem księdzem.

Artykuł z numeru

Duchowe  światy Olgi Tokarczuk

Duchowe  światy Olgi Tokarczuk

Fragment książki Od podziemnego Kościoła do labiryntu wolności. Autobiografia

Wtedy [w 1978 r. – przyp. red.] było dla mnie jasne, że potajemnym wyświęceniem na księdza podejmuje człowiek znaczne ryzyko. Kiedy żegnałem się ze swym konsekratorem, powiedziałem mu, że nie wiem, co mnie czeka w Czechach i czy się jeszcze zobaczymy. On odpowiedział: „Tak, człowiek musi się liczyć ze wszystkim…” – i powiedział to tak spokojnie, że to zdanie jako uspokajająca formuła brzmiało mi w uszach jeszcze długo. Tak, powtarzałem sobie, człowiek naprawdę musi liczyć się ze wszystkim.

Dzisiaj bardzo trudno człowiekowi rozróżnić swe podświadome pragnienia i przeczucia od racjonalnych myśli, ale wydaje mi się, że nigdy zbytnio nie liczyłem się z tym, że dożyję wolności Kościoła. Spodziewałem się raczej, że prędzej czy później zostanę przez policję zdemaskowany i tak czy inaczej zlikwidowany. Pragnąłem tylko, żeby nie nastąpiło to zbyt szybko; z jednej strony, nie jestem urodzonym bohaterem tęskniącym za palmą męczeństwa, a z drugiej – chciałem jeszcze trochę służyć ludziom jako ksiądz, skoro tak długo się do tego przygotowywałem. Kiedyś mój przyjaciel Jaroslav Kašparu przyniósł wiadomość, że jeden z potajemnie wyświęconych biskupów na Morawach został znaleziony martwy w kałuży krwi. Ten przypadek do dzisiaj nie został wyjaśniony; wydaje się, że biskup został zamordowany przez agentów KGB, ponieważ miał kontakty z „podziemnym Kościołem” w Rosji. Przyjaciel pytał mnie, czy nie boję się o swe życie. „Boję się – odpowiedziałem mu szczerze – ale gwiżdżę na nie”.

Jestem przekonany, że najważniejsze nie jest to, żeby się nie bać (to może oznaczać także otępienie albo niedoinformowanie), ale to, by strach nie był motorem naszego postępowania. Strach (podobnie jak ból) może być pożytecznym sygnałem zbliżającego się niebezpieczeństwa, ale nigdy nie możemy oddać mu steru naszego życia.

Wspólnota kapłańska, do której należałem, działała ostrożnie, skrycie, bardzo konspiracyjnie, i to się okazało mądre. Schodziliśmy się wszyscy trzy razy w roku, poza tym spotykaliśmy się tylko we dwóch. Najczęściej odprawiałem mszę sam w domu bardzo wcześnie rano i w soboty albo w wyjątkowych okolicznościach u przyjaciół. Swą „prymicję” w Czechach obchodziłem z mymi współbraćmi w święto Chrystusa Króla w domku niedaleko Pragi. Potem dosyć regularnie odprawiałem mszę u mych przyjaciół, małżeństwa Kovaríków, z którymi byłem jesienią na krótkiej brytyjskiej emigracji. Okna ich mieszkania wychodziły na stary cmentarz żydowski pośród starej Pragi, często więc w czasie mszy myślałem o narodzie wybranym, Izraelu, pierwszej Bożej miłości, i prosiłem o odpuszczenie za wszelkie krzywdy, które my, chrześcijanie, wyrządziliśmy Żydom, zarówno w praskim getcie, jak i gdzie indziej na świecie. Bardzo chętnie celebrowałem też mszę w lecie z przyjaciółmi pod gołym niebem, wcześnie rano w lesie albo w górach.

Obowiązywała zasada, że o swym kapłaństwie możemy powiedzieć innym – i to zawsze jedynie pod przysięgą zachowania absolutnego milczenia – tylko pod trzema warunkami: ludziom, których bardzo dobrze znamy, o których wiemy, że potrafią milczeć i dochować tajemnicy nawet w ekstremalnych warunkach, i którzy jednocześnie z jakiegoś powodu potrzebują naszej kapłańskiej posługi. Zasadniczo jednak w naszym kręgu obowiązywał zakaz informowania o tym rodziców, ponieważ ponoć w przeszłości właśnie w tych przypadkach kilkakrotnie doszło z braku ostrożności do ujawnienia, kiedy ktoś z rodziny „wygadał się” wśród krewnych. Mogło to stworzyć zagrożenie dla całej grupy, ujawnić całą sieć „ukrytego Kościoła”, prowadzącą za granicę. Taka nieostrożność mogła drogo kosztować szereg ludzi, nie tylko potajemnie wyświęconego księdza. Temu groziło kilka lat więzienia na podstawie prawa o „czynie karalnym udaremniania dozoru państwowego nad Kościołami i organizacjami religijnymi”. W tamtych czasach to były zwykle dwa lata więzienia, ale można było do tego dodać „współpracę z wrogimi ośrodkami zagranicznymi” i Bóg wie co jeszcze. Nie groziły już wprawdzie kary śmierci czy dożywocia, tak jak „szpiegom Watykanu” w latach 50.

Nawet mojej matce, z którą mieszkałem aż do jej śmierci w roku 1986, nie mogłem więc powiedzieć, że jestem księdzem. Jestem jednak przekonany, że matczyne serce samo bardzo dużo wyczuje. Mimo iż niewiele rzeczy nazywaliśmy wprost, zwłaszcza pod koniec jej życia widać było, że jakoś wie, jak się ze mną sprawy mają. Szanowała jednak moją tajemnicę, a ja się cieszyłem, że nie wie wszystkiego, ponieważ byłoby dla niej trudne żyć ze świadomością, że każdego dnia mogę znaleźć się w więzieniu. Chociaż w swoim dorosłym życiu nie przyznawała się do Kościoła, myślę, że od wiary jako takiej nigdy się sercem nie oddaliła. Kilka lat przed jej śmiercią przyszedł do nas ojciec Reinsberg, którego oboje moi rodzice szanowali i wiedzieli, jaką rolę odgrywał w moim życiu, i pojednał mamę także formalnie z Bogiem i Kościołem. Odtąd podczas jej długiego pobytu w szpitalu mogłem przynosić komunię świętą. (…)

Kościół całej ludzkości

Wielkim oparciem dla czeskiego „podziemnego Kościoła” była również Polska. Polski katolicyzm postrzegany jest w Czechach – i prawdopodobnie nie tylko w Czechach – przede wszystkim jako ludowy, tradycjonalistyczny, nacjonalistyczny, symbolizowany przez masowe pielgrzymki do Częstochowy, a później kult „polskiego papieża”. To wszak jest tylko jedno jego oblicze. Bardzo wyraźnie uświadomiłem to sobie przy okazji mojej pierwszej wizyty w Polsce na początku lat 70. Zaszedłem do kościoła Dominikanów – było to w czasie nabożeństwa maryjnego, świątynia była pełna starych kobiet, które rytmicznie kłaniały się aż do ziemi ikonie Czarnej Madonny, „Królowej Polski”. Lecz gdy przeszedłem przez zakrystię, natrafiłem na bardzo żywy klub studencki, gdzie wykształceni i bardzo otwarci młodzi dominikanie żarliwie i ze znajomością rzeczy dyskutowali ze studentami o współczesnej literaturze, nowoczesnej sztuce i o polityce. Stamtąd też wyrastały korzenie ruchu Solidarność, który potem, w latach 80. zadał śmiertelny cios hegemonii międzynarodowego komunizmu. Tam dojrzewała niezależna i demokratyczna kultura wolnej Polski. I to wszystko działo się dosłownie pod jednym dachem! Uświadomiłem sobie, że masowy i ludowy charakter polskiego Kościoła umożliwiał także istnienie tej drugiej postaci, że tworzył wał ochronny, za jakim Kościół wielkodusznie oferował swobodną przestrzeń wszystkim, którzy odrzucali konformizm w totalitarnym reżimie.

Określeń „podziemny Kościół” czy „nielegalne struktury kościelne” używała tajna policja. My nigdy nie uważaliśmy się za szczególny Kościół „obok” czy wręcz „przeciwko” temu, który w Czechach oficjalnie działał.

Wszyscy ochrzczeni są częścią Kościoła. Zawsze było dla mnie ważne twierdzenie Karla Rahnera, że Kościół jest znakiem jedności całej ludzkości i że już poprzez samo człowieczeństwo, a zwłaszcza przez pragnienie sensu, prawdy i dobra, w pewien sposób należą do niego i ci, którzy nie są jego formalnymi członkami. Wiedzieliśmy, że Kościół pod rządami komunistów nie może publicznie wykonywać wiele z tego, co naturalnie i nieodłącznie należy do jego życia. Chcieliśmy nie dopuścić do tego, żeby życie Kościoła zostało zredukowane do „niepełnosprawnej” postaci, którą dopuszczał ateistyczny reżim i do której wielu świeckich i księży zaczynało się przyzwyczajać – do działalności ograniczonej do liturgii i restaurowania budowli kościelnych. W szeregach oficjalnie działających księży starannie rozróżnialiśmy pomiędzy wieloma ofiarnie pracującymi proboszczami, których nie tylko szanowaliśmy, ale w ramach możliwości współpracowaliśmy z nimi, a funkcjonariuszami kolaboranckiej organizacji kapłańskiej „Pacem in terris”, którzy przed kamerami ściskali się z komunistycznymi dygnitarzami; za tych mogliśmy się tylko modlić. Zarówno „oficjalny”, jak i „nieoficjalny” Kościół przedstawiał jednak wielowarstwową i wielobarwną mozaikę. Nigdy nie postrzegaliśmy czeskiego Kościoła w tamtych czasach w czarno-białych kolorach, nie uważaliśmy siebie – księży w „podziemiu” – za lepszych niż ci, którzy służyli na probostwach i często musieli iść na kompromis z reżimem. Jak się później potwierdziło, bohaterowie i zdrajcy, ale przede wszystkim ludzie słabi i błądzący byli po obu stronach.

Nasz krąg starał się nie marnować niepotrzebnie sił, nie robiliśmy więc z zasady tego, do czego ludzie mogli mieć dostęp w kościele, żebyśmy ich głupio nie sprowadzali „do podziemia” i żeby Kościół się przez to nie rozdwajał. Nastawiliśmy się na to, co oficjalnie było zabronione: na egzercycje, kółka studyjne, próby jakiegoś „skategoryzowanego duszpasterstwa”. Dotyczyło to zwłaszcza bliskiej nam dziedziny, która była przez komunistów szczególnie zakazywana – pracy ze studentami i młodą inteligencją. I na tym polu świadomie współpracowaliśmy z niektórymi „oficjalnie” działającymi księżmi. (…)

Uświęcanie świata

Wkrótce po święceniach zlecono mi, żebym z Petrem Pit’hą, również potajemnie wyświęconym księdzem z naszego kręgu, przepracował podstawowe dokumenty naszej wspólnoty, łącznie z kluczowymi tekstami o duchowości naszej służby. Potem zostałem przez naszą społeczność wybrany, a przez przełożonych zatwierdzony jako „ojciec duchowy” księży tego kręgu.

Nasza wspólnota kładła wielki nacisk na to, że życia księży w środowisku świeckim i związku pomiędzy kapłaństwem i zawodem cywilnym nie traktujemy tylko jako sytuacji awaryjnej, tymczasowej, wymuszonej przez układy polityczne, ale jako bardzo potrzebną także w przyszłości formę działalności Kościoła. I to również wtedy, gdyby Kościół cieszył się kiedyś pełną swobodą. Nawet wówczas, jeśli tego dożyjemy, mówiliśmy sobie, z pewnością nie rozproszymy się na parafie, chociaż nie będziemy już musieli naszego kapłaństwa utrzymywać w tajemnicy.

Tym się bardzo różniliśmy od podziemnych grup, rozumiejących tę formę kapłaństwa jako „zadatek na gorszą przyszłość”, w której spodziewały się dramatycznych prześladowań Kościoła w stylu niegdysiejszego ludobójstwa katolików w Meksyku, Albanii czy Rumunii. Nasza wizja rozwoju politycznego nie była tak pesymistyczna jak w kręgach skupionych wokół biskupów Davídka i Blahy; wierzyliśmy w stopniową poprawę możliwości. Nie marzyliśmy jednak o żadnym przyszłym „chrześcijańskim społeczeństwie”, liczyliśmy się z tym, że i po możliwej erozji reżimu totalitarnego tutejsze społeczeństwo będzie znacznie zeświecczone i że właśnie w tych świeckich warunkach potrzebni będą księża, którzy mają z życiem świeckim duże doświadczenie.

Sensu naszego kapłaństwa nie widzieliśmy w nerwowo gorliwym staraniu, by odprawić jak najwięcej mszy, ochrzcić jak najwięcej ludzi i wyświęcić jak najwięcej kapłanów – i w ogóle nie zamierzaliśmy naprawiać rwącej się sieci parafialnego duszpasterstwa. Staraliśmy się zrozumieć, co nam Bóg mówi przez to, że dopuszcza taki stan Kościoła. Czy wzywa nas tylko do zwielokrotnienia duszpasterskiej aktywności, czy raczej do rzetelnego przemedytowania „znaków czasu” i przewartościowania wielu rzeczy, na których Kościół w niedawnej przeszłości przesadnie się skupiał? Klasyczną sieć terytorialnej administracji parafialnej uważaliśmy za przestarzałą. Naszą zasadą było: „jakość ma pierwszeństwo przed ilością”, idziemy raczej w głąb niż wszerz, myślenie nie jest luksusem, lecz pracą, która się opłaci. Nowego wina nie będziemy mogli lać do starych bukłaków, musimy myśleć i próbować nowych dróg, nowych form.

Josef Zvěřina w podobnym duchu napisał tekst Trzecia droga, w którym starał się obronić ten typ kapłaństwa w połączeniu z zawodem cywilnym jako legalną formę, zaklasyfikowaną obok księdza w administracji parafialnej i księdza-zakonnika w klasztorze. Staraliśmy się przemyśleć teologię i duchowość dla tej drogi kapłaństwa. Głównie przed święceniami zadawałem naszym księżom ćwiczenia duchowe, a w nich kładłem nacisk na to, że kapłaństwo jest nie tylko rolą społeczną, którą można charakteryzować zwykłymi znakami zewnętrznymi, ale jest życiowym posłannictwem i sposobem bycia. Wychodząc z tego „ontologicznego sedna” kapłaństwa, należy koniecznie przemyśleć bardzo twórczo i odważnie nowe formy, styl życia, modlitwy i pracy. Właśnie ksiądz, który nie ma parafii, kościoła, koloratki i pieczątki, musi się wciąż na nowo pytać, na czym polega istota kapłaństwa, musi szukać jej coraz głębiej. I dziś moja niechęć do chodzenia w koloratce i wypełniania tradycyjnego wizerunku wielebnego dostojnego pana nie jest usiłowaniem łatwego dostosowania się do świata i przypodobania się niewierzącym, lecz stawiania na nowo sobie i innym pytania, co naprawdę oznacza kapłaństwo. Nie traktowaliśmy sami siebie jako part-time priests, którzy się cieszą, gdy skończy im się czas pracy i będą się mogli na chwilę poświęcić swej „prawdziwej” pracy duszpasterskiej, odprawić gdzieś mszę, uczyć religii.

Ponieważ rozumieliśmy nasze cywilne profesje jako nieoddzielną część naszego kapłańskiego powołania – uświęcania świata, nie szukaliśmy pracy w charakterze niewykwalifikowanej siły roboczej w zawodach, które byłyby stosunkowo mało absorbujące czasowo i nie zmuszały do myślenia, ale – o ile to było możliwe wtedy, gdy jeszcze wymykaliśmy się ciągłemu zainteresowaniu służby bezpieczeństwa – wybieraliśmy zawody wymagające i odpowiedzialne, umożliwiające długofalowe pracownicze partnerstwo z myślącymi, wykształconymi ludźmi. Niektórym z nas, skrupulatnie dbającym o zasady utajnienia, udało się przeżyć nawet w środowisku akademickim. Swego zawodowego otoczenia nie traktowaliśmy jedynie jako „okazji do pełnienia misji” w celu osiągnięcia jak największej liczby konwersji. Chodziło nam rzeczywiście o dialog, solidarność, o możliwość poznania sposobu myślenia ludzi dalekich od Kościoła. Staraliśmy się ich szanować i szukać tego, co mamy wspólnego. (…)

Przesłuchania

Chociaż po stłumieniu Praskiej Wiosny nie wrócił już stalinowski terror, żyliśmy ciągle w państwie policyjnym. Jeszcze w późnych latach 80. postępowało szykanowanie Kościoła i prześladowania podziemnych aktywności. Od czasu do czasu tajna policja przypomniała o swoim istnieniu, choćby nagłą wizytą w mieszkaniu i bezsensowną kontrolą dokumentów. Były to sygnały próby zastraszania: uważajcie, wiemy o was! Kiedy indziej – przeciwnie – tajna policja długo nie interweniowała, starannie maskowała śledzenie i przygotowywała interwencję aż do chwili, gdy będzie mieć dokumentację pozwalającą na aresztowanie i proces sądowy.

Czasem dowiadywałem się, że pytają o mnie innych na przesłuchaniach, poczynając od pierwszego uwięzienia filozofa Ladislava Hejdánka. Było to jeszcze na długo przed moim wyświęceniem. Później zainteresowanie policji ciągle się nasilało, a gdy tylko gdzieś podczas przesłuchania padło moje nazwisko, musiałem zgodnie z ustaloną taktyką na jakiś czas zerwać kontakty z pozostałymi osobami z naszego kręgu i bardzo uważać, żeby nie stworzyć zagrożenia dla całej grupy. Po nocach przenosiłem samizdaty do bezpiecznej kryjówki i paliłem notatki.

Kiedyś zaskoczyli nas dramatycznie w kotłowni, gdzie pracował jako palacz mój przyjaciel Martin Palouš (po rewolucji nasz ambasador w Stanach Zjednoczonych, a później przy ONZ w Nowym Jorku). Miewaliśmy tam seminarium filozoficzne, a tego dnia odprawialiśmy tam również mszę. Był to dzień świętego Andrzeja w listopadzie 1977 r. i uczestniczyłem w nabożeństwie już jako diakon. Przy sprzątaniu stolika po mszy kolega Zdenek Neubauer wesoło zauważył, że – jak się dzisiaj twierdzi – doby pierwszych chrześcijan nie powinniśmy sobie wyobrażać tak, iż oni faktycznie żyli w katakumbach, więc jak się będzie pisać o „podziemnym Kościele” w Czechosłowacji, historycy będą dodawać, że ci ludzie oczywiście nie przebywali w żadnych piwnicznych pomieszczeniach.

W tym momencie ktoś załomotał do drzwi i rozległo się dwuznaczne zdanie: „Kontrola bezpieczeństwa w kotłowni!”. Okazało się, że kontrolować będzie faktycznie służba bezpieczeństwa. Chodziło o grupę tajnych agentów, która przeprowadziła nalot. Po czasie uświadomiłem sobie, że człowiek w takiej chwili obdarzony jest zdolnością błyskawicznego reagowania. Wszystkie rzeczy, które przypominały mszę, a także samizdaty z kręgu Karty 77 natychmiast schowaliśmy. Potem zawieźli nas do centrali tajnej policji na ulicę Bartolomejską, gdzie nas całą noc przesłuchiwali. Powtarzaliśmy jednak tylko wcześniej uzgodnioną wersję o obchodach uroczystości, a na wszystkie inne pytania odmawialiśmy odpowiedzi, tak że nas rano wypuścili z powodu braku dowodów (na szczęście nie przeprowadzili w kotłowni dokładnej rewizji).

Kilka razy sam byłem potem doprowadzony na przesłuchanie. W większości nie dotyczyło ono jednak bezpośrednio podziemnej działalności duszpasterskiej (mam powód, żeby myśleć, że policja chyba nigdy nie odkryła mojego kapłaństwa, chociaż miała oczywiście podejrzenia), lecz moich kontaktów z kulturalnym undergroundem, politycznymi dysydentami i siecią katolickiego samizdatu. Podczas przesłuchań policjanci ostro mnie straszyli, a po chwili znowu obiecywali możliwość natychmiastowej pracy na uniwersytecie i wyjazdów za granicę, gdybym zgodził się na współpracę. Klasycznym modelem podczas przesłuchań była kombinacja „złego” i „dobrego” śledczego; zły krzyczał i groził, po czym na godzinę wychodził, zostawiając przesłuchiwanego sam na sam z „dobrym”, rozumiejącym i obiecującym; początkowo wielu ludzi właśnie w tym momencie godziło się na współpracę.

Każde przesłuchanie było bardzo pożytecznym treningiem poznania samego siebie. Ich pytania funkcjonowały jak rentgen, starający się odkryć słabe punkty – znaleźć to, czego człowiek nad wyraz pragnie albo czego się boi.

Dzięki Bogu, na wszystkie pogróżki i propozycje odpowiadałem zawsze jasno nie i okazało się to lepszym rozwiązaniem niż podejmowane przez niektórych próby taktycznych gier z policją. Kiedy po roku 1989 otwarto archiwa tajnej policji, doczytałem się w ich notatkach, że w czasie przesłuchań zachowywałem się „wyniośle, odmawiałem współpracy i okazywałem swą intelektualną przewagę”. W notatce funkcjonariusza służby bezpieczeństwa z 1988 r. przeczytałem, że razem z ojcem Mádrem uważali nas za „czołowych eksponentów nielegalnych struktur Kościoła katolickiego”. Opisują mnie tam jako bardzo niebezpiecznego wroga (przyznam się, że mi ta przesada schlebiała) i dodają: „jego aktywności w obecnym czasie nie potrafimy stłumić” – zresztą to właśnie oni chyba wtedy lepiej od nas wiedzieli, że sam reżim „już długo nie pociągnie”.

Kiedyś śledczy powiedzieli mi, że wprawdzie – pomimo wszelkich starań – nie udało im się znaleźć w moim życiu niczego, czym mogliby mnie szantażować, ale już pracują nad sfałszowanymi materiałami, za pomocą których mogą mnie moralnie skompromitować. (W rzeczywistości jednak ze sfałszowanymi materiałami i różnymi „alternatywnymi biografiami”, które miały zaszkodzić memu dobremu imieniu, spotkałem się dopiero u progu następnego stulecia, zwłaszcza w mediach społecznościowych i w prasie bulwarowej; możliwe, że pod batutą rosyjskich ośrodków dezinformacyjnych produkowali je ci sami ludzie, pracujący kiedyś na usługach komunistycznej tajnej policji, albo ich pojętni uczniowie). Stosowali wobec mnie różne metody psychicznego nacisku, ale nigdy nie byłem bity ani narażony na żadną formę przemocy fizycznej – w przeciwieństwie np. do Václava Malégo, późniejszego biskupa wyświęcającego w Pradze. Może się mylę, ale czasami miałem nawet wrażenie, że niektórzy bardziej inteligentni śledczy osobiście mnie szanują. W tych latach chodziło głównie o moje relacje z dysydentami z obszaru kultury, kółek filozoficznych i samizdatu, zwłaszcza z Václavem Havlem i jego bratem Ivanem. Na koniec tych przesłuchań powiedzieli mi kiedyś: „Nie myślcie, że nie wiemy o waszej znaczącej pozycji w zakonie jezuitów”. Z uśmiechem odpowiedziałem im, że podziwiam policję, która wie o mnie takie rzeczy, których ja sam o sobie nie wiem. Sądziłem bowiem, że wiele na mój temat nie wiedzą, że w wielu wypadkach jedynie blefują.

Psychologicznym i duchowym problemem był nasz osobisty stosunek do przesłuchujących nas oficerów. Brzmi to jak z pobożnego poradnika, ale często – za radą księży, którzy spędzili wiele lat w więzieniu – modliłem się za mych śledczych. Kiedyś podczas przesłuchania wyobraziłem sobie scenę, że w sytuacji przewrotu państwowego właśnie ten funkcjonariusz bezpieki przybiega do mnie, żebym go chronił przed rozwścieczonym tłumem, i pytałem sam siebie, czy moja miłość nieprzyjaciół jest na tyle szczera, żebym to zrobił, np. ryzykując własnym życiem. Powiedziałem sobie wtedy, że tak.

Ta scenka miała komiczny ciąg dalszy po roku 1989. Kiedyś, gdy stałem na skrzyżowaniu, zatrzymał się przede mną luksusowy samochód. Ktoś opuścił szybę i wyjrzał z niego mężczyzna, który wesoło mnie pozdrowił. W pierwszej chwili nie poznałem go, dopiero kiedy powiedział: „ciągle pana śledzę, panie doktorze”, poznałem mego śledczego, dziś ponoć przedstawiciela handlowego jakiejś zachodniej firmy. Widząc mój zdziwiony wyraz twarzy, dodał, że śledzi mnie w telewizji, jak rzekomo pięknie mówię, i obiecuje sobie, że z pewnością kiedyś przyjdzie do kościoła, by posłuchać mojego kazania. Odjechał uśmiechnięty, a ja pieszo i w deszczu, musiałem pytać samego siebie, czy ten pan jest taki chory, że stracił pamięć i sumienie, czy tak arogancki, czy błąd leży w nim czy w zbyt „aksamitnej” postaci naszej rewolucji i czy to wszystko mi się nie przywidziało. Nawet nie byłem zły, raczej się za niego (albo za kogo i za co?) wstydziłem aż do łez; był to jeden z niewielu momentów w życiu, gdy miałem ochotę się upić.

Za każdym uzależnieniem stoi pragnienie

Naciski ze strony bezpieki sprawiły później, że w roku 1984 straciłem pracę w Instytucie Ministerstwa Przemysłu. Dyrektor powiedział mi całkiem otwarcie, że policja go naciska i że nie będzie mógł mnie zatrzymać; w takiej sytuacji sam wolałem złożyć wypowiedzenie. W tym czasie zwolniło się miejsce na klinice leczenia uzależnień w szpitalu uniwersyteckim – mieszczącym się w budynku przy kościele Świętego Apolinarego – kilka kroków od porodówki, w której przyszedłem na świat. Bezpieka widocznie oceniła, że w pracy z alkoholikami i narkomanami nie będę mógł szkodzić reżimowi, więc przetrwałem tam aż do roku 1989. Podjąłem pracę jako psychoterapeuta i uzupełniłem pod tym kątem swoje kwalifikacje, uzyskując atestację w klinice psychologii. W ten sposób zaczął się nowy, dla mnie bardzo pouczający, rozdział mego życia. I znowu się potwierdziło, że ci, którzy mi chcieli zaszkodzić, działali na moją korzyść.

Zestaw pacjentów był niezwykle różnorodny, od typowo knajpianych wagabundów i młodziutkich narkomanów, poprzez przepracowanych lekarzy i wielu artystów, aż po załamanych działaczy partyjnych i byłych oficerów służb wywiadowczych, którzy stali się ofiarami swojej pracy. Spotkałem tam zarówno naprawdę „zdeklasowane żywioły”, notorycznych kryminalistów i oszustki, jak i ludzi niezmiernie wrażliwych, którzy wpadli w alkoholizm w obiektywnie trudnych chwilach życia. Byli tam nie tylko psychopaci i ludzie z rozpadem osobowości, ale też osoby, które wykonywały ważną pracę i których otoczenie nie dostrzegło jeszcze ich skłonności do uzależniających narkotyków. Praca „U Apolinarego” była trudna i ciekawa, przez mój gabinet przeszło kilkaset ludzi naznaczonych uzależnieniem od alkoholu czy narkotyków. Miałem możliwość z każdym z mych pacjentów praktycznie kilka miesięcy od rana do późnego popołudnia żyć i pracować; podstawę leczenia stanowiły wspólnota terapeutyczna i metody terapii grupowej.

Pod wieloma względami przyniosło mi to nowe doświadczenia. Po raz pierwszy przekroczyłem świat intelektualistów i musiałem nauczyć się porozumiewać często z bardzo prostymi ludźmi, co wcale nie było dla mnie łatwe. Nigdy nie pogardzałem ludźmi niemającymi wykształcenia czy wyższej pozycji społecznej, ale dzięki środowisku, w którym wyrosłem i pracowałem, nie miałem z nimi kontaktów, musiałem więc zasadniczo poszerzyć „horyzonty społeczne”, przyjąć w pełni i z szacunkiem do wiadomości istnienie świata innej części społeczeństwa, z jego problemami i wartościami; to tak jakby uczyć się obcego języka albo nowego zawodu. Dochodziło czasem do komicznych nieporozumień: zaglądałem nieraz do pacjentów również w Wigilię, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że w czasie świąt Bożego Narodzenia często ogarnia ich smutek; potem przeczytałem w dzienniczkach, które obowiązkowo prowadzili: „Nawet w Wigilię nie podaruje sobie, żeby nas nie skontrolować, czy ktoś nie przemycił do kliniki alkoholu”.

Gdy na początku obszedłem całą placówkę – poczynając od nocnej zmiany na izbie wytrzeźwień – przypomniały mi się słowa Dostojewskiego ze Zbrodni i kary: „Pokłoń się. Na wszystkie cztery strony się pokłoń wielkiemu ludzkiemu cierpieniu”.

Uświadomiłem sobie, że tam jestem na właściwym miejscu: ksiądz ma służyć biednym. A właśnie ci pacjenci sprawiali na mnie wrażenie najbiedniejszych z biednych naszych czasów. Alkoholicy i narkomani tracą stopniowo wszystko: zdrowie, pieniądze, rodzinę, karierę, dobre imię, honor i szacunek do siebie. Gdybym nie przeszedł przez to wieloletnie doświadczenie, moje kapłaństwo mogłoby zostać taką trochę „salonową sprawą” i z pewnością brakowałoby mu jednego istotnego wymiaru.

Ci ludzie potrzebują przede wszystkim ludzkiego traktowania, ale takiego, które nie byłoby sentymentalnym roztkliwianiem się. Miłość i ludzką solidarność trzeba okazać także w egzekwowaniu przestrzegania regulaminu i należy mieć też odwagę, by wejść w konflikt, znieść z ich strony wszelkie możliwe projekcje i „obrazy nieprzyjaciela”. Trzeba za każdym razem przeżyć na nowo cały ten dramat relacji między terapeutą i pacjentem, łącznie z tym, co psychoanalitycy nazywają transferem negatywnym. Psychoterapia jest twardą i bardzo ciężką pracą, wymagającą ogromnej cierpliwości i odporności na rozczarowania – zwłaszcza w psychoterapii uzależnionych, ponieważ kłamanie i recydywy są powszechnymi objawami tej choroby, jednak człowiek nawet wtedy nie może pacjenta po ludzku „skreślić”.

W zrozumieniu przyczyn uzależnienia pomógł mi tytuł książki pewnego psychoterapeuty, ucznia założyciela logoterapii Viktora Frankla: Za każdym uzależnieniem stoi pragnienie. Trzeba odkryć to pragnienie, a potem szukać lepszej drogi do jego realizacji niż zdradliwy „skrót” drogą narkotyków. Do społecznych przyczyn uzależnienia należy też zawężony repertuar sposobów świętowania w świeckiej społeczności. Człowiek potrzebuje świąt i świętowania, ale w społeczeństwie, gdzie sacrum zajmuje tak mało miejsca, święto i kultura świętowania znikają – chyba nie tylko w Czechach zdanie „idziemy to uczcić” staje się synonimem stwierdzenia „idziemy się upić”.

Zależność od narkotyku – tak jak każde inne uzależnienie – ma swój „wymiar religijny”, chodzi bowiem o bałwochwalstwo, zniewalające przywiązanie do bożka. I dlatego trzeba uzależnionemu człowiekowi pomóc znaleźć drogę do wewnętrznej wolności. Do uzależnienia nie można stosować tylko jednego modelu – ani tylko medycznego, ani tylko społecznego czy tylko moralistycznego – alkoholik nie jest „nikim innym jak grzesznikiem”, ani „nikim innym niż biedak”, ani nie jest „nikim innym jak ofiarą stosunków społecznych”. Uzależnienie miewa wszystkie te aspekty i wiele innych. Uświadomiłem sobie tam również głęboką analogię między grzechem i chorobą oraz związek pomiędzy indywidualnym grzechem i „grzechem struktur”, socjalnym, ponadindywidualnym aspektem zła. Uzależnionego nie można jedynie potępiać moralnie i upominać, ale nie można też pozbawić go wszelkiej odpowiedzialności powiedzeniem, że to „tylko” choroba. Jeżeli wykluczamy, choćby nawet w dobrym terapeutycznym zamiarze, jakąkolwiek obecność realnej winy – eliminujemy przez to zarazem element odpowiedzialności, a tym samym kwestionujemy wolność człowieka, widzimy go tylko jako wybryk uwarunkowań biologicznych i społecznych.

Wiele nad tymi złamanymi losami rozmyślałem i wiele też pracowałem. Nie starałem się nawracać na wiarę, uważam takie nadużywanie mocy terapeuty nad pacjentem nie tylko za naruszenie zawodowej etyki lekarskiej, ale także za coś, co może przynieść odwrotny skutek z punktu widzenia duszpasterskiego. Teolog Bonhoeffer słusznie krytykował swoich kolegów, którzy muszą najpierw zapędzić człowieka do narożnika dwoma uderzeniami (jesteś grzeszny! umrzesz!) i dopiero wtedy jest on przygotowany do ich działania. Nie ufam zbytnio w nawrócenie w więzieniu i w szpitalu, w strachu i nędzy. Myślę, że człowiek musi być najpierw wyprowadzony ze strachu do wolności; Bóg zasługuje na swobodne „tak”.

Pomimo to uświadamiałem sobie, że terapia uzależnień (i psychoterapia w ogóle), jeśli idzie w głąb, dotyka też duchowego wymiaru człowieka. Bóg ma swoją historię z każdym człowiekiem, sam pracuje w sercu każdego człowieka, również najbardziej zatwardziałego ateisty. Niekiedy czułem, jak Bóg pracuje w losach mych pacjentów. Wiem, że niektórzy z nich – i wcale nie sądzę, że za moją „zasługą” – dojrzeli później do chrztu czy ożywienia życia religijnego. W życiu innych znów Bóg ukazał swą moc anonimowo, np. przez to, że znowu znaleźli chęć do pracy i miłości.

„Motywy religijne” w ciekawy sposób pojawiały się też u ateistów, np. w ich snach i rysunkach. Przekonałem się, że ten wymiar należy do człowieka, że człowiek jest „nieuleczalnie religijny”, chociaż współczesny człowiek często religię wypiera i unika jej, podobnie jak wiktoriańscy pacjenci doktora Freuda tłumili swą seksualność i agresję. Kto dziś jeszcze tłumi swoją seksualność i agresywność? – pytałem mych przyjaciół psychoanalityków. Klasyczna teoria Freuda jest dziś anachronizmem i noszeniem sów do Aten; być może sam Freud pracowałby dzisiaj raczej nad usunięciem barier na drodze ku tłumionej i wypieranej religijności i ku duchowym wartościom w ogóle.

Regularny czwartkowy wieczorny program kulturalny w klubie pacjentów stał się okazją do wysłania sygnału, że ludzie mogą pytać mnie i o te sprawy. Szczególną tradycją stały się moje programy przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy, gdy uczestnikom – pacjentom i ich rodzinom, ale też obecnym lekarzom i pielęgniarkom – poprzez muzykę i opowiadanie o zwyczajach i tradycjach przybliżałem historie ewangelijne. Jeden pacjent kiedyś wstał i wobec wszystkich zapytał się, czy jestem wierzący; postawienie przed całą wspólnotą pacjentów, kolegów i sióstr terapeucie takiego pytania w tym czasie było uważane za jawną prowokację o niebezpiecznym politycznym zasięgu, i wszyscy czekali w napięciu, jak się pan doktor z tego wywinie. „Tak” – odpowiedziałem. Od tej pory zyskałem u pacjentów i personelu – i to również u niewierzącej większości – niezwykły szacunek. Człowiek powinien być przygotowany na odpowiedź, agitować jednak nie powinien.

W klinice pracowałem w malutkim, ciasnym pomieszczeniu i doskonale pamiętam rozmowy z pacjentami, które się w nim odbywały. Czasem zostawałem tam na noc i kilkakrotnie przy wschodzie słońca, po nocnym dyżurze na izbie wytrzeźwień, w samotności za zamkniętymi drzwiami odprawiałem mszę. Przeżywałem tam to, o czym czytałem u Teilharda de Chardina w Mszy nad światem, gdzie Teilhard mówi o tym, jak wkłada do kielicha wszystkie ludzkie pragnienia i cierpienia i uświadamia sobie kosmiczny wymiar liturgii. Ja też mogłem kłaść na patenie losy ludzi, z którymi się tam spotykałem.

Tłumaczył Jacek Illg

 

Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Znak. Śródtytuły pochodzą od redakcji

Kup numer