70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kościele, zacznij słuchać!

Obecny kryzys Kościoła przypomina Reformację. Nie oszukujmy się: to prawdziwa zapaść i sytuacja zagrożenia życia (w której konieczne wydaje się zwołanie consilium), a nie chwilowe tylko pogorszenie samopoczucia.

Jeszcze kilkanaście lat temu, na początku XXI stulecia, byłem dość sceptyczny wobec głosów wzywających Kościół katolicki do zwołania nowego soboru powszechnego. Wydawało mi się bowiem, że w Vaticanum II wciąż kryje się ogromny (i nierozpoznany do końca) potencjał. I że – mimo iż od ostatniego soboru upłynęło wiele lat – nadal może on stać się zarzewiem odnowy Kościoła.

Dziś coraz bliższa jest mi opinia ks. Tomáša Halíka, który twierdzi, że obecny kryzys Kościoła przypomina Reformację. A do tej pory nie wymyślono przecież w Kościele lepszej niż sobór odpowiedzi na tak głęboką zapaść. Bo kryzys porównywany z Reformacją to – nie oszukujmy się – prawdziwa zapaść i zagrożenie życia, a nie (chwilowe tylko) pogorszenie samopoczucia.

Mówiącemu o „nowej Reformacji” czeskiemu teologowi nie chodzi, jak sądzę, „jedynie” o zgorszenie ogromem zła, jakie nagle zobaczyliśmy już nie tylko w ludziach Kościoła, ale i w jego strukturach (tak że uzasadnione w moim przekonaniu stało się mówienie o „grzechach Kościoła”). Chodzi o coś więcej. „Przestępstwa seksualne, których skalę poznajemy – powiada Halík – są tylko jednym z aspektów zawodności określonego typu Kościoła” (podkreśl. moje – J.P.). W tej sytuacji konieczna wydaje się już nie tylko całościowa reforma kościelnych struktur, ale również zmiana podejścia do wielu klasycznych zagadnień eklezjologii. Konieczny jest głęboki namysł nad „dziś” Kościoła – refleksja, jaka w podobnych momentach dziejowych toczyła się właśnie na soborach.

Wśród wielu zagadnień, jakie należałoby podjąć, jedno wydaje mi się absolutnie zasadnicze: Kościół musi zerwać z klerykalizmem i mentalnością urzędników korporacji – i na nowo sięgnąć do korzeni, do Ewangelii. Musi nauczyć się rozpoznawać głos Chrystusa, który często rozlega się z miejsc zupełnie innych niż kościelna ambona.

Raz jeszcze oddajmy głos ks. Halíkowi: „Kościół może wiarygodnie pełnić swoją rolę nauczającą jedynie wtedy, gdy sam będzie w stanie słuchać i uczyć się”.

Dobrze to rozumie – tzn. słucha, uczy się i próbuje tę postawę wcielać w codzienne życie Kościoła – papież Franciszek. Warto w tym kontekście przeczytać i gruntownie przemyśleć jego list do ludu Bożego, opublikowany 20 sierpnia br., a poświęcony skandalowi pedofilii, której sprawcami okazali się ludzie Kościoła.

Zaczynają to rozumieć – tj. słuchać i uczyć się – niektórzy biskupi (tacy jak biskup opolski Andrzej Czaja, autor ogłoszonego niedawno przejmującego listu pasterskiego do wiernych). W ostatnim czasie duże wrażenie zrobiła na mnie dramatycznie brzmiąca wypowiedź abp. Grzegorza Rysia, podsumowująca jedno z posiedzeń toczącego się właśnie synodu biskupów poświęconego młodzieży: „Trzeba najpierw słuchać, a potem mówić. (…) [Pytanie tylko,] czy młodzi zechcą z nami rozmawiać. Czy nie stworzyliśmy takiego Kościoła, który oni postrzegają jako »niedialogiczny«? (…) Jeden z ojców synodalnych postawił dramatyczną tezę, że być może Kościół jest ostatnim miejscem, do którego młodzi przychodzą po ratunek. Znajdują się w rozmaitych trudnych sytuacjach i potrzebują pomocy, ale wtedy przyjdzie im do głowy każde inne miejsce, tylko nie Kościół. (…) Moglibyśmy z nimi dzielić się naszym nauczaniem na temat [życia seksualnego], ale zgorszyliśmy ich w tym miejscu swoimi grzechami. Tam, gdzie oni mieli prawo spodziewać się od nas prowadzenia, otrzymali doświadczenie zgorszenia nie słowem, ale czynem. Niestety, my o tym prawie nie mówimy. A jeśli mówimy, to za mało o ofiarach, które wymagają pomocy – niekiedy przez całe życie. W tej bardzo delikatnej dziedzinie, w której Pan Jezus zawierzył nam bardzo piękne przesłanie, w tej chwili nie jesteśmy w stanie Go przepowiadać, bośmy sami – jakby powiedział Norwid –»ubezsilnili« Chrystusowe orędzie swoim postępowaniem”.

Nie jestem naiwny i zdaję sobie sprawę, że zwołanie soboru powszechnego może okazać się dziś niemożliwe ze względów logistycznych. (Nawiasem mówiąc, taki sam argument wysuwano, kiedy Jan XXIII po raz pierwszy wspomniał o Vaticanum II). Dobrze wiem jednak, że II Sobór Watykański był owocem procesów, które rozpoczęły się dużo wcześniej.

Dziś także i my możemy – i chyba powinniśmy – analogiczne procesy inicjować, nie oglądając się na ich końcowy (i de facto niezależny od nas) rezultat. „Nie pozwólmy, by nam skradziono nadzieję” – mówi papież Franciszek, dodając, że „czas jest ważniejszy niż przestrzeń”. I choć to w przestrzeni (którą staramy się kontrolować) realizują się konkretne projekty, to właśnie czas (będący ostatecznie w gestii Boga) „kieruje nas ku przyszłości i pobudza do tego, by iść z nadzieją”.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter