fot. NAC
Mindaugas Kvietkauskas listopad 2018

Nożyczki Estery

Będę ją nazywać biblijnym imieniem Estera. Teraz już mogę. Tym słowem niedawno wezwał ją do wieczności rabin w modlitwie, którą odmówił, zanim trzy pierwsze garści ziemi spadły na jej wymizerowane ciało, oderwane od świata żywych.

Artykuł z numeru

Polskie Mistrzynie

Polskie Mistrzynie

Za życia było inaczej: najczęściej była Firą, czasami Firoczką. Z uśmiechem myślę o tym, jak w codziennej gwarze jidysz, skąpanej w morzu wielkich języków słowiańskich, nie do poznania zmieniło się jej imię – królowej Persji, oznaczające Gwiazdę Zaranną. A jednak teraz, wkroczywszy w doskonalszy czas i wymiar, Fira na powrót stała się córą Izraela Esterą, Gwiazdą Zaranną, Ester bat Israel.

Była abiturientką kowieńskiego gimnazjum żydowskiego, rocznik 1941, latoroślą sławnego i szanowanego w świecie rodu Litwaków. Tamtego roku, 21 czerwca, zdała ostatni egzamin maturalny; i jak na złość była to historia. Gdy wróciła do siebie, ojciec wręczył jej klucze do domu – jako prezent i znak pełnoletniości: aby odtąd mogła wracać, kiedy tylko chce, choćby i po dziesiątej.

Wieczorem, już z własnymi kluczami, Estera poszła na tradycyjne miejsce spotkań gimnazjalistów – na skwer Muzeum Wojskowego. Czekali tam na nią przyjaciel (nie zdradziła mi jego imienia) i młodzież z żydowskiego Gimnazjum imienia Szolema Alejchema i litewskiego III Gimnazjum.

Wspólnych znajomych połączyły dwie wesołe Żydówki uczące się w litewskim gimnazjum: Chaja i Lida. Ich nauczycielką literatury była sama Salome .ja Ne .ris, a jedną z ważniejszych koleżanek z klasy późniejsza aktorka Lilijana Binkyte ., córka Kazysa Binkisa, którą według Estery przyjaciele przezywali Lialka i która wówczas była szaleńczo zakochana w młodym poecie Eduardasie Mieželaitisie. Tamtego wieczoru Estera pierwszy raz mogła spędzić czas z przyjaciółmi do późna – była jak na skrzydłach. Niestety, radosne nastroje mąciła informacja o losie Lidy: nie podeszła do egzaminu, bo tydzień wcześniej została wraz z rodzicami zesłana na Sybir. Drzwi do domu przy Nadbrzeżnej Estera otworzyła własnymi kluczami dopiero o trzeciej w nocy. Położyła się, jednak nie zdążyła zasnąć.

Zaledwie po godzinie, około czwartej nad ranem, dom nagle zatrząsł się. Estera opowiadała mi o tym nieraz: „Wyskoczyłam z łóżka, rzuciłam się do salonu, którego okna wychodziły na Niemen. Nad Aleksotą zobaczyłam fontanny ognia i ziemi. Dłoń ojca na ramieniu: dziecko, to nie jest pożar, to wojna. On od razu zrozumiał”. O świcie podczas letniego przesilenia w jednej sekundzie rozpłynęły się wczorajsze myśli i marzenia. To samoloty nazistowskie. Telefon wciąż działał i po jakimś czasie zaczęło się chaotyczne wydzwanianie: jedni krewni radzili, by uciekać, inni – zamknąć się w domu i nie wypuszczać dzieci, przyjaciele – jeszcze raz spotkać się w mieście, żeby naradzić się, co robić. Matka Estery, akuszerka, jakby nigdy nic sumiennie szykowała się do dyżuru w żydowskim szpitalu w Kownie – miała tam przyjmować na świat rodzące się tego dnia dzieci. Siostra Gita jak na złość rozchorowała się na anginę z wysoką gorączką; ledwo żywa leżała w łóżku i ani jej w głowie była jakakolwiek ucieczka. Pod wieczór Estera usłyszała od przyjaciół o ewakuacji organizowanej przy ul. Kiejstuta, w siedzibie komitetu Komsomołu; należało się tam stawić o dziesiątej. Ojciec zadecydował: „Idź, dziecko, może tobie się uda, tylko niczego nie powiemy matce, będzie się martwiła, lepiej, żeby się dowiedziała po wszystkim”. Ostatnia rozmowa Estery z matką dyżurującą w szpitalu: „Jestem w domu, wszystko w porządku”. Siostra też nie zrozumiała, że Estera, która na chwilę przysiadła na jej łóżku, żegna się na zawsze: gorączkowała tak mocno, że niemal majaczyła. Ojciec przygotowywał rzeczy na drogę, próbując wybrać to, co najpotrzebniejsze. W ostatniej chwili zdecydował się spakować Esterze małe nożyczki.

Na ul. Kiejstuta gotowi na ucieczkę z miasta podzielili się na dziesięcioosobowe grupki i pieszo wyszli z Kowna. „Panowie” jadący samochodami w stronę granicy z Łotwą ich nie zabierali. Podwozili ich za to wycofujący się ciężarówkami rosyjscy żołnierze. Kiedy nadlatywały hitlerowskie samoloty, chowali się przed karabinami maszynowymi i bombami, wyskakując z naczepy w rowy. Pod Jeziorosami zobaczyli rozpoczynający się właśnie pogrom Żydów: „Ominęliśmy miasto, ale wokół zdążyliśmy się napatrzeć na takie rzeczy, o jakich nie chcę nawet mówić”. Wreszcie Estera dotarła do Dyneburga, gdzie było już bardzo wielu uchodźców z Kowna. W mieście stały czerwone autobusy z międzywojennej stolicy Litwy, którymi tu dotarli uciekinierzy, wciąż ze starymi napisami: „Ratusz – Poniemuń”. Z powodu natłoku ludzi Esterze nie udało się wsiąść do pociągu wojskowego idącego do Zilupe przy granicy łotewsko-rosyjskiej (przepuszczała matki z dziećmi, nie chciała ratować się za wszelką cenę). I tak znów, trzecią noc z kolei, musiała wędrować pieszo w grupie młodzieży, choć niemal nie spała i miała opuchnięte nogi. „Kiedy doszliśmy do Zilupe, zobaczyliśmy, że ten pociąg wojskowy, który wyjechał z Dyneburga, płonie. Obok stały cysterny z paliwem, w które trafili Niemcy; nastąpił wybuch i pociąg zapalił się. Wokół walały się trupy, błąkały się zagubione dzieci i poszukujące je, niemal oszalałe z rozpaczy matki. Ta noc była dla mnie najstraszniejsza ze wszystkiego, czego doświadczyłam w drodze do Rosji. To wtedy zobaczyłam, jak wygląda prawdziwa wojna”. W tym samym pociągu jechała Salomeja Neris, która właśnie tamtej nocy w piekielnym zamieszaniu zgubiła swojego czteroletniego synka; odnalazła go dopiero po kilku dniach. Jak pisała w wierszu Zilupe: „I dokąd zajdziesz, gdzie się zatrzymasz? / Wzrok zapadnięty, twarz pociemniała. / Gdzież mój maleńki kochany płaczek? / – tylko każdego będziesz pytała”.

Nie wiem, dlaczego Estera pewnego razu wyznała mi coś, czego raczej nie przystoi mówić komuś, kto nie należy do najbliższych osób. Podróżni ze spalonego pociągu i inni uchodźcy stłoczyli się w lesie między Zilupe a Siebieżem (położonym już po rosyjskiej stronie), bo pogranicznicy dostali rozkaz, by nie przepuszczać nikogo przez granicę. Tu jednak czekało na nich kolejne okropieństwo: nagle w lesie pojawili się rosyjscy kawalerzyści i siekąc nagimi szablami, zaczęli gnać wszystkich uciekinierów z powrotem. Wielu z nich z tego piekła zawróciło, sądząc, że w nazistowskim getcie będzie im lepiej. Estera dopadła gęstego zagajnika i przeleżała tam noc. Nad ranem usłyszała, że ktoś mówi po niemiecku – zdaje się, że był to patrol nazistów kontrolujących strefę pograniczną. Niezauważona, z jeszcze kilkoma szczęśliwcami, zagajnikiem przedostała się przez granicę i dotarła do Siebieża.

Kiedyś, opowiadając mi o tym wszystkim, z jakiegoś powodu dodała: „Wciąż śnię o tym wszystkim, co się działo dzień przed tamtymi wydarzeniami, tamtej nocy i w ciągu kilku następnych dni. Staram się zaplanować te dni tak, żebym była jak najbardziej zajęta. A jednak. A jednak w tę noc – znów jestem na granicy koło Siebieża. Psychiatrom jak dotąd nie udało się mi pomóc”. Być może właśnie takie nawroty nazywa się zespołem stresu pourazowego. Mogę tylko zgadywać, jak może czuć się ponadsiedemdziesięcioletni człowiek, do którego wciąż wracają obrazy, powodując cierpienie.

Ktoś z uchodźców, kto zdołał wrócić z Siebieża do kowieńskiego getta, powiedział rodzicom Estery, że widział jej ciało. Ojciec wpadł w depresję, nie przestawał płakać i powtarzać: to moja wina, że jej ciało gdzieś się poniewiera. Przepadła nadzieja, że choć jedna osoba z rodziny przeżyje. Rodzina Estery została wymordowana już w październiku 1941 roku w czasie „wielkiej akcji” w IX Forcie w Kownie. Siostra Gita w czasie sortowania osadzonych w getcie została skierowana do grupy wybrańców, którzy mieli żyć. Przebiegła jednak do grupy śmierci, żeby być razem z rodzicami. Estera: „Do dzisiaj czuję się winna wobec swoich rodziców”.

Zatłoczonymi pociągami przedzierała się przez mrowie ludzi na dworcach, ukrywała się przed kontrolami z dwiema Żydówkami, Alą i Lizą z kowieńskiego gimnazjum „Aušra” (w trójkę ledwie uzbierały na jeden bilet), i tak dotarła do Ałma-Aty. Początkowo za same racje żywnościowe uczyła niemieckiego w szkole w kazachskim kołchozie: „Rzecz jasna, praca była okropna. Musiałam uczyć w kołchozie języka, którego podczas wojny z Niemcami nikt nie chciał nawet słyszeć”. Musiała pracować także w polu – grabić siano wraz z zesłańcami, Ukraińcami. Gdy ucierpiała od udaru słonecznego i spadła ze stogu siana, trafiła do szpitala, a lekarka, zapisując wiek, dała jej o trzy lata mniej, niż Estera miała w rzeczywistości – tak była wychudzona. Próbowała jakoś wyrwać się do stolicy, Ałma-Aty, żeby wstąpić do tam do szkoły wyższej – instytutu, to się jednak nie udało, gdyż nie zdała egzaminu z marksizmu; po prostu nie mogła zrozumieć tego, co pisano w podręcznikach: „Te teksty były napisane jakimś dziwnym rosyjskim, dla mnie niezrozumiałym – ja przecież uczyłam się rosyjskiego od ojca, to był taki język, jakim mówiono w Petersburgu początku wieku”. Wówczas nakazano jej jechać w góry, na budowę nowej elektrowni wodnej, stawianej na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Praca tam była jak na katordze – trzeba było przenosić w rękach duże skalne bryły. Kobiety nosiły je we cztery, od czasu do czasu zmieniając ręce. Wkrótce Estera, dziewczyna o drobnej budowie, nie wytrzymała: kamień wyślizgnął jej się z rąk i upadł niosącym na stopy. Za ten występek dziewczyna została oskarżona o antyradziecką dywersję – w bursie czekali już na nią agenci bezpieczeństwa. Ostrzeżona przez komendantkę, tego dnia nie wróciła z pracy: nocą, przez góry – w dodatku z nogą zranioną kamieniem – przeszła trzydzieści kilometrów do miejskiej przychodni, po zaświadczenie o złym stanie zdrowia (wypisał je stareńki lekarz z przedwojennego Petersburga, sam ryzykując zainteresowaniem ze strony bezpieki). Tak Esterę zwolniono z pracy fizycznej i dzięki temu mogła zamieszkać w Ałma-Acie.

Trafiła do środowiska litewskich uchodźców, które zaopiekowało się nią jako sierotą z Kowna. Doznała tam wiele ciepła: „W tym czasie samo zaproszenie: »Chodź, zjesz z nami zupę« to była wielka rzecz”. Zbliżyła się zwłaszcza z Mariją Cvirkiene ., córką profesora Merkelisa Rac ˇkauskasa, artystką, żoną Petrasa Cvirki, który wówczas pracował już w Moskwie. Razem zaczęły robić na drutach swetry – zarabiały na życie, sprzedając je, zwłaszcza pewnej pułkownikowej, która lubiła się stroić i zaopatrywała je we włóczkę. Mariji zostały jedne zupełnie znoszone buty, kupione jeszcze w Nicei, podczas podróży poślubnej z Petrasem. Nowych butów trzeba było szukać na czarnym rynku w Ałma-Acie, gdzie najważniejsze było to, by odróżnić buty z tektury od prawdziwych. Chodziły długo po miejskim targu, niczego nie znajdując, aż usłyszały, że ktoś szepnął im po litewsku: „Ja wam złych butów nie sprzedam”. To był C ˇepas, szewc z Kowna, z ul. Kiejstuta, który trafił do Kazachstanu; faktycznie, sprzedał im prawdziwe, skórzane buty. Wiosną chodziły za miasto zbierać młode pokrzywy, ponieważ Marija cierpiała na szkorbut, a nie było innego źródła witamin. Z końcem wojny to właśnie dzięki Cvirkom Estera dostała pozwolenie na wyjazd do Moskwy, skąd w październiku 1944 roku przyjechała do Wilna.

Kowna unikała: nie miała już nadziei spotkać kogokolwiek z najbliższych. Dopiero po kilku miesiącach, namówiona przez przyjaciółkę, z którą uciekała do Rosji, wyruszyła na poszukiwanie śladów po swoich bliskich. Mieszkanie dziadków przy ul. Orzeszkowej było zupełnie puste, z powybijanymi szybami – wybiegła stamtąd z płaczem. W mieszkaniu rodziców przy Nadbrzeżnej zastała inną rodzinę – byli to bardzo porządni ludzie, którzy bez strachu wpuścili ją do środka. Obeszła pokoje – z rzeczy należących do jej rodziny nic nie zostało! Przy domu spotkała starą dozorczynię, zapytała ją o swoich bliskich i usłyszała: rodzice, pędzeni do getta, zabrali ze sobą niewiele, byli przybici i załamani. A następnego dnia przyszła ich służąca Rozalija, która wcześniej sprzątała mieszkanie, i wraz z bratankiem wywiozła wszystko, co zostało, wszystkie meble, pościel… Estera dostała wskazówki, w jakiej wsi szukać Rozaliji. „Nie pojechałam, nie szukałam. Zrozumiałam, że już nie dam rady mieszkać w Kownie. Tam każde miejsce budziło wspomnienia o bliskich. Czułam się tam jak na cmentarzu”. Z niegdysiejszego domu po wojnie został jej tylko jeden przedmiot: nie wiadomo po co spakowane jej przez ojca małe nożyczki.

Zapoznałem się i najczęściej rozmawiałem z Esterą w dziwnym miejscu – w celi dawnego klasztoru Karmelitów, przy kościele św. Jerzego w Wilnie. Przez ostatnich dwadzieścia lat było to jej miejsce pracy. Być może ta odosobniona przestrzeń na swój sposób odpowiadała jej życiu – człowieka samotnego, tragicznie oderwanego od najbliższych. Ale jednocześnie – co zrozumiałem później – był to tylko skromny przedsionek do jej królestwa. To pomieszczenie – mroczny pokój, do którego przez kilka lat chodziłem po żałośnie skrzypiących stuletnich deskach korytarza, żeby spotkać się tam z Esterą – miało nazwę „Oddział literatury żydowskiej”. Estera była jego kierowniczką. A dokładniej: starszym bibliografem – porządkowała, katalogowała, badała żydowskie książki, które po wojnie zostały tu zwiezione z różnych zdewastowanych bibliotek (także z biblioteki w wileńskim getcie oraz ze słynnego Instytutu YIVO) i umieszczone w sowieckiej instytucji o ograniczonym dostępie, nazwanej Pałacem Książki, którą ulokowano we wnętrzach kościoła i klasztoru. Estera zaczęła tam pracować w czasach Sąjūdisu, gdy już można było swobodnie porządkować i udostępniać czytelnikom byłe judaistyczne zbiory specjalne – ogromną, cudem ocalałą kolekcję. W czasach stalinowskich dzięki bibliografowi Antanasowi Ulpisowi jej część została po prostu ukryta w nawach kościoła św. Jerzego, aby nie trafiła na przemiał do zakładu papierniczego. Esterę, chociaż nigdy wcześniej nie pracowała jako bibliograf, poproszono o zajęcie się katalogowaniem książek, które nadal piętrzyły się tam w stosach. Powodem była jej świetna znajomość jidysz i literatury pisanej w tym języku oraz to, że ukończyła prestiżowe międzywojenne gimnazjum.

Tak oto Estera, która utraciła wszystkich swoich bliskich i swój dom, która w czasach sowieckich wykonywała pospolite prace administracyjne i która – niestety – nie założyła szczęśliwej rodziny – nagle stała się strażnikiem imponującego, choć przygnębiającego skarbu. Królową ksiąg wymordowanego plemienia.

Już podczas pierwszej wizyty zrozumiałem, że mój bezpośredni cel – zbieranie materiałów do doktoratu o wielojęzycznej literaturze Wilna – podczas naszych spotkań będzie sprawą drugoplanową. Kiedy przeszedłem pierwsze próby – musiała wszak przekonać się, że rzeczywiście znam język jidysz i że naprawdę pojmuję, co znaczą nazwiska Rejzena, Kulbaka czy Suckewera, z ust bibliografki słowo po słowie powoli zaczęło płynąć to, co – jak wkrótce zrozumiałem – było żywą, mówioną historią inteligenckiej elity Litwaków. W celi Estery z dreszczem emocji tłumaczyłem przynoszone przez nią z magazynu rzadkie druki, często z pieczątkami biblioteki wileńskiego getta, podeptane czyimiś butami z protektorem (na kartach znajdowałem jeszcze przyklejone drobinki błota), z notatkami na marginesach, zapisanymi ręką czytelników, którzy później znaleźli miejsce wiecznego spoczynku w Ponarach. W tym czasie bibliografka robiła herbatę i jeśli uchwyciła jakiś wątek rozmowy, zaczynała opowiadać.

O swoich dziadkach, rodzicach, dziewięciu wujach i ciotkach mieszkających w Kownie, Wilnie, Petersburgu, Paryżu, o ich tragicznych losach, charakterach i przywarach… O gnieździe rodzinnym – dużym mieszkaniu dziadków przy ul. Orzeszkowej w Kownie, z książkami w siedmiu językach, o zapachu Café Haag i z dochodzącym zza okna śpiewem Michaiła Aleksandrowicza, kantora synagogi chóralnej… O kulcie sztuki i muzyki – zwłaszcza opery, który krzewił jej ojciec, absolwent uniwersytetu w Petersburgu i znany działacz społeczny: o tym, jak przed każdym przedstawieniem operowym dokładnie objaśniał jej tematy i arie, jak w Teatrze Państwowym, siedząc na jego kolanach, oglądała operę Fromentala Halévy‘ego Żydówka, jak biegła al. Wolności za Fiodorem Szalapinem i Kiprasem Petrauskasem, nie mogąc oderwać wzroku od tych dwóch niezwykle przystojnych mężczyzn… Gdy Estera zaczynała opowiadać, słuchałem z zapartym tchem – czułem się tak, jakbym, równocześnie otwierając książki, wkraczał w świat, którego już nie ma, a do którego one niegdyś należały. „Głos jak z innego świata”, „przedmiot jak z innego świata” – to były ulubione zwroty Estery. Może intuicja podpowiadała jej, że odczuwam głód tego innego świata, i dlatego wpuszczała mnie weń coraz dalej.

Jednak, jak przystoi królowej, zarazem była sprytnym taktykiem. Jeśli wyczuła, że coś mnie szczególnie interesuje albo że potrzebuję jakiejś rzadkiej książki, nieujętej jeszcze w katalogu, umyślnie zmieniała temat, „nie słysząc” próśb i aluzji, robiła się „oschła”, żeby „niechcący” przypomnieć sobie o moich prośbach po kilku dniach, gdy już otrzymała wystarczająco dużo oznak zainteresowania jej osobą i komplementów. Zupełnie jak biblijna żydowska piękność Estera, która dopóty wodziła za nos perskiego króla Ahaswera, dopóki nie osiągnęła tego, że król stał się jej całkowicie uległy. Dawałem się schwytać w sidła kaprysów królowej Pałacu Książek, ale nie żałowałem tego. Zawsze, gdy już przetrwałem ten kurtuazyjny trening, te perypetie naprzemiennego ochładzania i ocieplania stosunków, bez których zdaje się nie mogła się obejść jej królewska godność, ostatecznie zostawałem hojnie obdarowany – drukami, których jeszcze nie było w katalogu, osobistymi historiami, których jeszcze nie słyszałem.

Tak właśnie Estera wciąż „zapominała” o moich upartych prośbach, bym mógł zobaczyć skarbiec jej królestwa – główny magazyn książek w zamkniętym kościele św. Jerzego. Jak wspomniałem, po wojnie zwieziono tam wartościowe zbiory przeróżnych rozgrabionych litewskich bibliotek, dworów, seminariów, jesziw i synagog. Kilka miesięcy cierpliwie przypominałem jej o tym, aż wreszcie doczekałem się reakcji – a było nią dziecinne, niewinne zdziwienie: „To pan jeszcze nigdy nie był w kościele św. Jerzego? Naprawdę nie miał pan okazji? Chodźmy, pokażę panu”. I tak trafiłem do świata rzeczywistości magicznej. Stały tam wielopiętrowe regały z rzadkimi starymi księgami – sięgające aż po barokowe sklepienie, gdzie czytelnika, który wspiął się na górę po wąskiej drabinie, otaczają niesłyszalne dźwięki anielskich trąb i dym z niewidocznych płomieni; gdzie w niszy wśród starych żydowskich gazet kona karmelitański święty z sercem rozpłatanym mieczem; gdzie w labiryncie ksiąg ledwie widać czerwoną gardziel smoka św. Jerzego i gdzie faluje błękitny płaszcz Matki Boskiej Śnieżnej; gdzie na poręczy konfesjonału, wyświeconej łokciami katolików, leży otwarty babiloński Talmud. Tak naprawdę wydawało mi się, że trafiłem do opisanej przez Jorge Luisa Borgesa fantastycznej biblioteki Babel z Esterą jako jej wszechwiedzącą przełożoną. Borges, swoją drogą, wspomina, że w tej niekończącej się bibliotece można znaleźć książki we wszystkich możliwych językach – nie tylko w jidysz, ale i w dialekcie samojedzko-litewskim języka guarani, o fleksji klasycznego języka arabskiego; nie zdziwiłbym się, gdybym się dowiedział, że w składnicy książek Estery można się było natknąć i na niego. Może gdybym się bardziej przypodobał bibliografce, to znalazłaby i samojedzko-litewski? Labirynty królestwa książek znała tak jak ludzkie losy – coś o nich powiedziała, ale i coś przemilczała. Przekonawszy się, że sporządzone przez Esterę oficjalne katalogi judaików są jeszcze dalece niepełne, pewnego razu ośmieliłem się wypróbować jedną z zalecanych przez Borgesa metod wyszukiwania rzadkich druków – wziąłem z półki pierwszą lepszą książkę. Trafił mi się Zohar, najważniejszy traktat kabalistyczny, wydany w 1800 roku w ukraińskiej Sławucie, o okładce zupełnie przeżartej przez korniki.

Kiedy byłem już coraz bardziej doświadczonym i coraz hojniej obdarowywanym gościem królowej w jej Pałacu Książek, gdy może nawet zdołałem się znaleźć w gronie jej ulubieńców, zacząłem pojmować, czemu służą niektóre z tych taktycznych manewrów. Estera bardzo chciała przekazać historię swojego życia, rodziny oraz wyniki badań w skarbcu książek – czyli dodać jeszcze jeden wolumin do niekończących się zbiorów biblioteki Babel. I całkowicie na to zasługiwała. Ona sama jednak najwięcej napisała w swoim ojczystym, wymierającym języku jidysz, ja natomiast mogłem jej teksty przetłumaczyć, a także – zapisać jej opowieści. Tak więc, kończąc rozprawę doktorską, równocześnie zacząłem przygotowywać Księgę Estery – przychodziłem do jej celi z dyktafonem i z plikiem przetłumaczonych na litewski tekstów o historii książki żydowskiej jej autorstwa. Książka Estery faktycznie ukazała się w 2009 roku; nadaliśmy jej iście królewski tytuł: Prie judaikos lobio/ Baym oytzer fun yidish (Skarbczyk judaistyczny). Zaprawdę, ta publikacja była godna biblioteki Borgesa: pisana w językach jidysz i litewskim, z wtrętami niemieckimi i fleksją właściwą dla osobistej historii z połowy XX wieku. Jak przystoi elitarnej autorce, książka została wydana w małym nakładzie, pozostała białym krukiem, znanym tylko wybrańcom.

Po rozmowach z Esterą oczywiście zostawałem sam z pytaniami, których nie miałem śmiałości zadać. Rozumiałem, że pewne tematy są dla niej bolesne, że istnieje swoiste tabu – i szanowałem te granice. Jednak niektóre pytania, których nie zadałem, zrodziły się z poczucia dotkliwej, głęboko wrytej w świadomość historycznej krzywdy. Dlaczego jeszcze w 1940 roku, w czasie okupacji, wstąpiła do Komsomołu, co ją tam zaprowadziło, skoro bezustannie podkreślała, jak bardzo był jej obcy system sowiecki? Dlaczego tak ciepło wyrażała się nie tylko o Cvirce czy innych litewskich komunistach, ale i – czego już zupełnie nie byłem w stanie zrozumieć – Genrikasie Zimanasie, powojennym ideologu – bulterierze litewskiej partii komunistycznej, którego wspominała przede wszystkim jako swojego utalentowanego nauczyciela biologii w gimnazjum żydowskim? Z drugiej strony, Estera również nigdy nie zadała mi pewnych pytań, które musiały zrodzić się w jej głowie: co robili moi dziadkowie w Poniewieżu albo ich krewni w Kownie, gdy tysiące Żydów – a wśród nich rodzinę Estery – pędzono do gett i na miejsca kaźni? Dlaczego nigdy nie wyjaśniliśmy sobie tego, nie rozsupłaliśmy tych splątanych nici? Może chcieliśmy uniknąć kryzysu w naszych stosunkach? Może poróżnilibyśmy się, a może – przeciwnie – zmylibyśmy z siebie pewien brud? A jednak nie mogę się wyzbyć poczucia, że tak naprawdę rozwiązaliśmy te nigdy niewypowiedziane kwestie, tyle że na inny sposób, skuteczniejszy niż słowa. Że odpowiedzią na nie był wzajemny szacunek, także wobec różnic tożsamościowych i doświadczenia, a zwłaszcza – szacunek dla cudem ocalonych książek, które razem czytaliśmy. Być może w podtrzymaniu naszego dialogu pomógł zwłaszcza rys arystokratyzmu, który Estera wyniosła z domu rodzinnego i którym zgodziła się ze mną dzielić, jakby pokazując w ten sposób, że arystokratyzm nie przynależy ani do konkretnego narodu, ani do klasy, ani do ideologii, ani do okresu historycznego – że on raczej bierze się z pięknej postawy człowieka. Wszak biblijna Estera, która dla swojego wyjątkowego piękna została królową Persji, również była tylko żydowską sierotą, która utraciła dom rodzinny.

Wreszcie – zwyczajna wiadomość na telefonie komórkowym: „Informuję, że dziś zmarła Estera. Trumna z ciałem zmarłej zostanie wystawiona…”. Milknę i naraz – mimowolna myśl: przecież to będzie mój pierwszy żydowski pogrzeb. I to właśnie jej, królowej ksiąg. Niestety, moja książkowa wiedza o różnicach obyczajowych okazała się niewystarczająca: mam wziąć kwiaty czy nie? Jak wyrazić współczucie? W zwyczajnej sali domu pogrzebowego każdy jeszcze zachowuje się po swojemu: sędziwi mężczyźni w kipach czytają żydowskie modlitwy, sąsiadki żegnają się przed trumną i szepczą: „Zdrowaś Mario”. Próbuję odkryć, gdzie wśród żałobników są bliscy Estery, aż wreszcie dosiada się do mnie inna znana potomkini rodu Litwaków i z bólem w głosie mówi: „Czy był pan kiedyś na takim pogrzebie, gdzie nie ma ani jednego bliskiego krewnego? Widzi pan, to są właśnie naoczne skutki Holokaustu”. A jednak ludzi gromadzi się sporo. Esterę odprowadza na miejsce spoczynku mieszana żydowsko-litewska społeczność, której członkowie najwyraźniej mają o czym ze sobą rozmawiać: po godzinie w sali panuje gwar, jakby nikt nie zważał na okoliczności. Wchodzi rabin, który będzie sprawował obrządek. Wchodzi także pracownica domu pogrzebowego, zdaje się, że po to, by przeczytać żałośnie kiczowate linijki tekstu przeznaczonego dla żałobników Litwinów. Są ludzie z wieńcami, są tacy, którzy – zgodnie z żydowskim zwyczajem – zdecydowali się położyć na grobie tylko kamyki; wszyscy razem idziemy na spokojny cmentarz żydowski, który w czasach sowieckich został odsunięty od miasta, na peryferie. Gdy trumna jest już niesiona cmentarną aleją, wśród żałobników znów słychać gwar ożywionej rozmowy: to jedni drugich o coś pytają. Idę na końcu orszaku żałobnego, więc pytanie trafia do mnie nie od razu: „W panu ostatnia nadzieja. Może pan wie, jak miał na imię ojciec Estery. Rabin powinien go wymienić w modlitwie, ale nikt z nas nie pamięta imienia”. – „Ale ja też nie pamiętam…” Jakby ktoś wszystkich nas pozbawił pamięci. Nagle odzywa się idąca koło mnie litewska historyczka, badaczka życia kowieńskich Żydów w okresie międzywojennym: „Ja chyba wiem. Jej ojciec miał na imię Tewje”. Pamięć litewskiej historyczki młodego pokolenia przywraca dla żydowskiej modlitwy imię ojca Estery, rozstrzelanego w IX Forcie. I wtedy gwar ludzkich głosów cichnie. W końcu w tym naszym mieszanym żydowsko-litewskim pochodzie może zapanować ład. Tak oto, wspólnymi siłami, w żałobnym kondukcie zdołano na powrót złączyć przerwaną rodową nić.

Wreszcie zatrzymujemy się w alei zasłużonych. Koniec jest cichy jak w niemym filmie. A jednak mnie w środku wciąż dręczą pewne sprawy. A to stąd, że trochę wcześniej podszedł do mnie daleki krewny Estery, odpowiedzialny za organizację pogrzebu: „Prosilibyśmy, żeby pan wygłosił parę słów na pożegnanie”. Ale co ja miałbym powiedzieć i dlaczego ja? Skąd mam mieć takie prawo? Jakie słowa mogłyby opisać to wszystko, co tu się dzieje? Powinienem się skupić na mowie żałobnej na swoim pierwszym żydowskim pogrzebie, ale – stojąc przy grobie królowej ksiąg – czuję tylko, jak cicho, niczym w niemym filmie, nożyce historii przecinają nici przeszłości i teraźniejszości.

Dlaczego to właśnie nożyczki były ostatnim przedmiotem, jaki dał Esterze ojciec, żegnając się z nią na zawsze? I dlaczego ona tych nożyczek tak bardzo pilnowała, tak woziła je wszędzie ze sobą, niczym znak tożsamości, niczym talizman? Tułając się w czasie wojny po Kazachstanie, wracając do powojennego Wilna, podróżując do Niemiec na konferencje judaistyczne – już po odzyskaniu przez Litwę niepodległości? Gdy ochrona na lotnisku nakazywała wyjąć nożyczki z podręcznego bagażu, domagała się, by były przechowywane w sejfie przeznaczonym na szczególnie wartościowe przedmioty – bo są bezcenne. Co te nożyczki tak naprawdę jej przypominały? Może nie okrutną wyrwę w dziejach rodziny, lecz coś zupełnie innego? Może otrzymane od ojca na znak dorosłości klucze do utraconego domu? A może chirurgiczne nożyczki, którymi jej matka akuszerka przecinała pępowinę noworodkom w kowieńskim szpitalu żydowskim, jeszcze w pierwszych dniach okupacji hitlerowskiej, wprowadzając je w ten sposób na drogę życia? Dlaczego taki wieloznaczny i dziwny znak dynastyczny miała ta królowa? Ale może taki właśnie znak odpowiada nie biblijnej, ale XX-wiecznej litewskiej Esterze

Czas, żebym zabrał głos. Przedstawicielki wspólnoty żydowskiej zakończyły już swoje pożegnalne wystąpienia. Nagle przypominam sobie, że imię królowej ksiąg oznacza Gwiazdę Zaranną, i wtedy jakby samo z siebie w głowie układa się zdanie w jej ojczystym języku – w jidysz .ןורכּז רעזנוא ןיא ןבײַלב טעוו טכיל ןײַד ,אַריפֿ ערעײַט „Droga Estero, Twoje światło pozostanie w naszej pamięci”.

Wypowiadam je, po czym rabin intonuje ostatni psalm.

Na świecie jest wiele nożyc, które przecinają nić żywej pamięci, tradycji, pokrewieństwa, które

oddzielają od siebie narody. A jednak – niekiedy – odnajdują się takie niewielkie nożyczki,

które, nawet gdy przepadną stare klucze, mogą otworzyć drzwi do zapomnianych skarbców świata, którego już nie ma, i mogą utorować drogę nowemu istnieniu. I nigdy nie będzie takich nożyc, jakie zdołałyby przeciąć pasma rozprzestrzeniającego się światła.

Żegnaj, Estero.

2016

Tłumaczyła Beata Kalęba

Kup numer