70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ziarno księdza Natanka

Sprawa ks. Natanka odsłania kilka zasadniczych problemów, z jakimi boryka się dziś Kościół w Polsce. Natanek jest jak papierek lakmusowy: dzięki niemu rzeczy zakryte stają się jawne.

Księdza Piotra Natanka bardzo łatwo jest ustawić w roli chłopca do bicia. Wystarczy zacytować fragment jego kazania albo jeszcze lepiej ściągnąć go sobie z Internetu na komórkę – i zabawa gotowa. Wiadomo: oszołom. Albo poważniej: przypadek dla psychiatry.

I pewnie coś w tym jest, a profesjonalny psychiatra mógłby tu rzeczywiście pomóc. Sprawa ks. Natanka wydaje mi się jednak na tyle ważna, że zasługuje na coś więcej aniżeli tylko prezentowane ostatnio w mediach i na tzw. salonach szyderstwo, uśmiech politowania czy wzruszenie ramion. Odsłania ona, moim zdaniem, kilka zasadniczych problemów, z jakimi boryka się dziś Kościół w Polsce. Natanek jest jak papierek lakmusowy: dzięki niemu rzeczy zakryte stają się jawne.

Problem pierwszy nazwałbym niedostatkiem myślenia religijnego. Nasz Kościół w swej pracy duszpasterskiej stawia na pobożność, nie zawracając sobie – i wiernym – zbytnio głowy trudnymi kwestiami teologicznymi, a nawet uznając je chyba za lekko podejrzane. W takiej zaś atmosferze, w której ważniejsze od myślenia są na przykład prywatne − siłą rzeczy subiektywne − objawienia i wizje, mogą pojawiać się zjawiska podobne do ruchu ks. Natanka (sto lat temu na podobnej zasadzie narodził się mariawityzm, zwłaszcza w jego wersji felicjanowskiej. Chciałoby się rzec: jaka kultura myślenia teologicznego, taka herezja). Nie przypadkiem wspominam tu o objawieniach prywatnych, bo, jak słyszę, jest w otoczeniu księdza Piotra wizjonerka, która ma – a przynajmniej twierdzi, że ma – bezpośredni kontakt z Jezusem. Po cóż zatem Natankowi teologia, skoro może słuchać głosu samego Boga? Odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta, ale żeby jej udzielić, trzeba używać rozumu, a nie tylko ulegać emocjom. Po pierwsze: objawienie prywatne musi zostać wszechstronnie zbadane (także przez specjalistów od psychiatrii) i pod każdym względem zweryfikowane, po drugie zaś: konieczna jest jego interpretacja. Nawiasem mówiąc, widzę jakiś paradoks w tym, że choć odeszliśmy od fundamentalistycznej (dosłownej) lektury słowa Bożego zapisanego w Biblii, to wciąż nie potrafimy używać zasad hermeneutyki w odniesieniu do słów Jezusa przekazanych nam przez św. Faustynę czy na przykład Rozalię Celakównę. Najwyższy czas się tym zająć, jednak może nie tylko w czasopismach naukowych, ale w seminariach, a jeszcze bardziej na katechezie.

Bez dobrej teologii – to znaczy sztuki stawiania istotnych pytań i poszukiwania odpowiedzi, a nie tylko pamięciowego opanowania dogmatyki – nie da się zrozumieć II Soboru Watykańskiego ani pontyfikatów kilku ostatnich papieży (w tym międzyreligijnego spotkania w Asyżu). Oraz – to rzecz dla Kościoła absolutnie kluczowa – roli Tradycji, pojmowanej nie jako niezmienny („martwy”) depozyt, ale płynący („żywy”) strumień. Bo – jak za Vaticanum Secundum pisał Jan Paweł II w liście apostolskim Ecclesia Dei, będącym odpowiedzią na nieposłuszeństwo abpa Lefebvre’a – Tradycja „wywodząc się od Apostołów, czyni w Kościele postępy pod opieką Ducha Świętego”. Obawiam się, że ks. Natanek i jego zwolennicy – także ci ukryci, którzy nigdy nie posuną się do otwartego wypowiedzenia swemu biskupowi posłuszeństwa, myślą jednak podobnie jak „prorok” z Grzechyni – tego nie pojmują (choć sam Natanek, o paradoksie!, jest profesorem historii Kościoła). I tak, patrząc na Kościół współczesny, zakładają „ciemne okulary” i zaczynają dostrzegać w nim zdradę, zerwanie ciągłości i zgniły kompromis z „duchem tego świata”. I stają się ślepi na działanie Ducha Świętego, który – także tu i teraz, a nie tylko w przeszłości – stopniowo prowadzi wierzących ku „całej prawdzie” (por. J 16, 13).

Niedostatek myślenia religijnego sprzyja udzielaniu prostych, by nie powiedzieć: prostackich, odpowiedzi tam, gdzie potrzebny jest głęboki namysł. Ludzie pokroju ks. Natanka nie zastanawiają się zatem specjalnie, gdy pada pytanie o zło świata. Oni wiedzą: to robota Złego. I mają pewnie rację, jeśli chodzi o przyczynę ostateczną – nie mają jej jednak, kiedy okazują brak zainteresowania przyczynami dużo bliższymi i nieraz zależnymi od nas. Bo przecież gdy pojawia się konflikt w rodzinie, gdy rodzi się nałóg lub ktoś nam znany zaczyna myśleć o samobójstwie albo wpada w depresję, nie trzeba od razu uciekać się do pomocy egzorcysty. Czasem wystarcza mediacja, terapia, odrobina miłości i życzliwości, konkretna pomoc, wytrwała modlitwa… Z kolei doszukiwanie się działania Złego w Kościele nie w zjawisku pedofilii duchownych, co akurat wydaje mi się słuszne, ale w innych niż akceptowane przez nas formy pobożności (takie jak np. udzielanie Komunii św. na rękę i przyjmowanie jej na stojąco, funkcjonowanie świeckich szafarzy i ministrantek, usytuowanie tabernakulum nie w centrum świątyni, ale w kaplicy bocznej etc.) uważam za zatrzaśnięcie się na cudzą wrażliwość religijną – i przejaw myślenia ideologicznego.

Ideologię dostrzegam również w przywiązaniu ks. Natanka i jego sympatyków do pomysłu intronizacji Chrystusa , tj. uroczystego ogłoszenia Go królem Polski. Ten problem określiłbym z kolei mianem religijno-politycznego. Zwolennicy intronizacji bowiem z reguły nie znają w pełni i opacznie rozumieją orędzie przekazane krakowskiej wizjonerce Rozalii Celakównie, manipulując nim i wyciągając zeń zaledwie jeden, interesujący ich fragment – przy pomijaniu elementów pozostałych. A przecież – mówi znawca pism Celakówny ks. prof. Władysław Kubik, jezuita – owa mistyczka „rozumiała intronizację nie w sensie politycznym. (…) Ona żyła rzeczywistością królowania Chrystusa wśród nas i wzywała, żeby tę rzeczywistość Jego królowania uznać, żeby ją przyjąć poprzez życie w łasce uświęcającej”. Rozalii chodziło o to, co wewnętrzne, a nie o zewnętrzny akt polityczny – to po pierwsze. Po drugie natomiast, podnoszenie dziś idei intronizacji Chrystusa oznacza (znowu!) niezrozumienie myśli Soboru i wynikającego z niej na przykład profetycznego gestu papieża Pawła VI, który zdjął z głowy tiarę, symbol doczesnego panowania Kościoła (co zaakceptowali wszyscy jego następcy). Wraz z Soborem, komentował prof. Stefan Swieżawski, skończyła się w Kościele epoka konstantyńska: Vaticanum Secundum wyzwoliło Kościół z tego związku z doczesną władzą, zrywając z modelem teokratycznym”. A przecież, gdybyśmy intronizowali Chrystusa na sposób polityczny, jak chce Natanek, zaledwie jeden krok dzieliłby nas od ustanawiania tu i teraz Jego widzialnych regentów. I o to w gruncie rzeczy może chodzić: o władzę. To marzenie niektórych ludzi Kościoła (albo też – o wiele częściej – osób instrumentalnie ów Kościół traktujących) sprzeczne jest nie tylko z soborową zasadą autonomii państwa i Kościoła, lecz przede wszystkim z Ewangelią Jezusa Chrystusa, który mówił, że Jego królestwo „nie jest z tego świata”, panowanie polega na służeniu, a jedyną koroną Króla Wszechświata była ta upleciona z cierni.

Inna rzecz, iż ludzie nie zawsze to rozumieją, a hierarchia kościelna im tego nie wyjaśnia. Powtarza jedynie, że trzeba być przeciwnym intronizacji – nie dość jasno jednak tłumaczy dlaczego. I tak w wiernych może zrodzić się wspierane przez ks. Natanka podejrzenie, że niektórzy hierarchowie katoliccy występują przeciwko samemu Jezusowi, bo na przykład… zaprzedali się masonerii.

Problem trzeci ma charakter prawno-dyscyplinarny , ale mówiąc o nim, warto uwzględnić również perspektywę psychologiczną. Ks. Piotr Natanek okazał nieposłuszeństwo władzy kościelnej, zlekceważył jej napomnienia – i w pełni zasłużył na kościelną karę, jaką go obłożono. Co gorsza, zaczął się potem zachowywać tak, jakby chciał sprowokować kard. Dziwisza do nałożenia nań kar kolejnych, jeszcze cięższych. Przy czym wciąż nie okazuje skruchy, lecz porównuje się z wielkimi świętymi (jak np. ojciec Pio), którzy w przeszłości również popadali w konflikt z hierarchią, a po latach okazywało się, że mieli rację. Jednak nie dajmy się zwariować. Sytuacja Natanka jest diametralnie inna – i staje on dziś nie w szeregu osób przez Kościół kanonizowanych, ale tych, które od niego odeszły. Pisał o tym celnie na łamach „Rzeczpospolitej” Tomasz Terlikowski: „Istotną różnicą między Marcinem Lutrem a świętym Franciszkiem czy Marią Franciszką Kozłowską (założycielką mariawitów) a świętą Faustyną Kowalską było podejście do posłuszeństwa wobec Kościoła. Ci pierwsi uznawali, że ich odczytanie woli Bożej jest ważniejsze niż decyzja Kościoła, ci drudzy pokornie czekali, aż Kościół uzna prawdy, do jakich doszli. I dlatego efektem działania tych pierwszych jest schizma i podział, a tych drugich – głęboka odnowa Kościoła”. I dalej: kiedy rzymski katolik większe znaczenie przywiązuje do własnego zdania aniżeli do obiektywnej (a przynajmniej zobiektywizowanej) oceny Kościoła, „ostatecznie wygrywa jego własne ego, a nie wola Boża”. Kto myśli inaczej, stawia się poza Kościołem rzymskokatolickim. I nie pomoże tu kazuistyka wykazująca, ze Natanek sprzeciwia się wprawdzie biskupowi Krakowa, ale przecież nie biskupowi Rzymu. W tych akurat sprawach niewierność własnemu ordynariuszowi jest niewiernością okazaną Stolicy Apostolskiej.

To wszystko nie oznacza jednak, że hierarchia kościelna pozostaje w tej sytuacji bez winy. Wydaje mi się, że na tzw. sprawę Natanka zareagowano w Kościele zbyt późno. Od studentów dawnej PAT wiem, że ks. prof. Natanek już dawno głosił na swoich wykładach tezy kontrowersyjne z punktu widzenia katolickiej ortodoksji – i prawie nikt na to nie reagował. Specjalną komisję teologiczną utworzono dopiero w roku 2009. W dodatku jej raportu nigdy nie upubliczniono i w żaden sposób nie przygotowano wiernych do właściwego zrozumienia aktów prawnych, jakie potem nastąpiły. Opowiadano mi również o Natankowych kazaniach i rekolekcjach, głoszonych od lat co najmniej dziesięciu przy pełnej akceptacji zapraszających kaznodzieję proboszczów. Powiem tak: Natanek nie wziął się znikąd. Tutaj – w Kościele krakowskim – ukształtowały się i rozwinęły jego poglądy, których notabene nigdy nie ukrywał. Tu także, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, coraz bardziej się radykalizował. Trzeba zapytać, czy tej radykalizacji nie można było wcześniej zdiagnozować i jej zaradzić.

Obawiam się ponadto, iż w jego sprawie nie zrobiono wszystkiego – że za słabo mu towarzyszono, za mało z nim dialogowano, nie poszukiwano wspólnie kompromisu, wierząc zbytnio w siłę urzędowego napomnienia. Przypomina mi się w tym miejscu ewangeliczna opowieść o Dobrym Pasterzu, który dla ratowania zagubionej owcy naraził się na niebezpieczeństwo, zaryzykował nawet życie. W tym wypadku owcą okazał się ks. Piotr Natanek… Chciałbym wierzyć, że osoby sprawujące we wspólnocie kościelnej odpowiedzialność zachowały się wobec niego jak prawdziwi pasterze. Może tak rzeczywiście było, ale dlaczego my, wierni Kościoła krakowskiego, nic o tym nie wiemy? Dlaczego wreszcie nie sięgnięto tutaj po narzędzie z punktu widzenia wierzących absolutnie najistotniejsze: nasz post i naszą modlitwę. Tego żałuję chyba najbardziej.

Tu pojawia się problem kolejny, a jego materią jest pobożność. Piotr Natanek to ksiądz niewątpliwie pobożny, gorliwy; wierzy w to, co mówi, i żyje zgodnie ze swą wiarą. To człowiek gorący, nie letni. I to ludzi do niego przyciąga. Widziałem w Internecie nagranie odprawianej przezeń mszy świętej. Trwała blisko trzy godziny i sprawowana była z niezwykłym wprost namaszczeniem. W pamięci utkwił mi zwłaszcza moment adoracji ewangeliarza – rzecz w naszych kościołach raczej niespotykana.

Na marginesie sprawy Natanka ciekawą opinię sformułował niedawno ks. Józef Augustyn: „Gdyby więcej księży angażowało się w pracę kapłańską tak gorliwie, jak on, wiele naszych parafii wyglądałoby inaczej”. Też tak myślę. Kto wie, może pielgrzymki do Grzechyni nie byłyby tak liczne, gdyby nasi duszpasterze stali się odrobinę pobożniejsi? Gdyby więcej uwagi poświęcali pięknu liturgii, która – jak ktoś kiedyś powiedział – jest prawdziwym lekarstwem na kryzys Kościoła. Tylko kto ma ich tego nauczyć?

Wielką trudnością w życiu prezbiterów (księży diecezjalnych, nie zakonnych) jest samotność, brak oparcia we wspólnocie. Wiem, oparciem dla księdza powinna być parafia, diecezja. To jednak tylko teoria. W praktyce ksiądz zostaje na co dzień przeraźliwie sam. I czasem wpada w jakąś pułapkę. To właśnie, moim zdaniem, przydarzyło się ks. Natankowi: uwierzył, że jest „jedynym sprawiedliwym w Sodomie” (pardon, w Kościele). W rezultacie zaczął się od Kościoła dystansować, stwarzając sobie i zapatrzonym weń ludziom coś w zamian: sektę.

Nawiasem mówiąc, niepokoi mnie fakt, że ksiądz może budować sobie na boku prywatne centrum duszpasterskie, pustelnię (która, jeśli trzymać się ściśle znaczenia słów, nie jest żadną pustelnią) i quasi-klasztor, a kiedy dochodzi do konfliktu z biskupem – nie oddaje go Kościołowi, tylko się w nim zamyka jak w oblężonej twierdzy. Oto do czego prowadzić może swoista „prywatyzacja” życia polskiego księdza. Lekarstwem na tę bolączkę mogłoby być nieco inne niż dotąd funkcjonowanie Kościoła: jako prawdziwej rodziny, a nie centralnego urzędu i jego lokalnych ekspozytur. Ale jak się za to zabrać? To potrafią jedynie święci.

Powyżej przedstawiłem niektóre tylko problemy, jakie nasuwają się w związku ze sprawą ks. Piotra Natanka. Trzeba je jak najszybciej przemyśleć i rozwiązać. Obawiam się bowiem, że Natankowe ziarno tkwi w glebie Kościoła o wiele głębiej, niż sięga wyobraźnia przeciętnego polskiego biskupa.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter