70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polak, chrześcijanin, Europejczyk

Dla prof. Kłoczowskiego pierwszorzędnym zadaniem historyka było zrozumienie innych. To dlatego zamiast kolejnego podręcznika historii Kościoła rzymskokatolickiego wolał pisać ekumeniczne Dzieje chrześcijaństwa polskiego . I upominał się o to, by w studiach poświęconych przeszłości Polski uwzględniać punkt widzenia mniejszości etnicznych i religijnych.

Ilekroć stykałem się z twórczością Jerzego Kłoczowskiego, nie potrafiłem nigdy jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie: kim – jako historyk właśnie – był ten wybitny uczony, nasz Autor, profesor KUL-u? Mediewistą czy badaczem wieków późniejszych? Historykiem Kościoła (albo szerzej: chrześcijaństwa), kultury polskiej czy raczej dziejów kontynentu (zwłaszcza Europy Środkowo-Wschodniej, a dokładniej: tej jej części, którą moglibyśmy nazwać słowiańską)? Jedna rzecz była pewna: Profesor nie miał w sobie nic z osób, które – jak mawiał o nich Tuwim – „widzą wszystko oddzielnie”. Przeciwnie. W tomie esejów Chrześcijaństwo i historia deklarował się jako zwolennik takiego uprawiania historii, które uwzględnia jak najszerszy jej kontekst i różne punkty widzenia. Pisząc np. o dziejach chrześcijaństwa, postrzegał je „w szerszych ramach historii społeczeństwa, historii kultury (…)”. I stanowczo przeciwstawiał się „traktowaniu historii Kościołów jako historii wyjętej z ram dziejów ogólnych, ciasno konfesyjnej, co zubożało niezmiernie i te dzieje ogólnie, i, rzecz jasna, dzieje chrześcijan (…), bynajmniej nie izolowane przecież od dziejów ludzi w ogólności”

Pierwszorzędnym zadaniem historyka było dlań „zrozumienie innych” (podkreśl. moje – J.P.). „To bardzo ważna postawa, która zmienia sposób widzenia: i samych siebie, i swojego narodu, i swojego Kościoła” – mówił. To dlatego, jak sądzę, zamiast kolejnego podręcznika historii Kościoła rzymskokatolickiego wolał pisać ekumeniczne Dzieje chrześcijaństwa polskiego. I upominał się o to, by w studiach poświęconych przeszłości Polski uwzględniać także punkt widzenia mniejszości etnicznych i religijnych (np. żydowskiej).

Jednak prof. Kłoczowski to nie tylko wielki badacz historii, ale i ważny jej uczestnik, co swego czasu dostrzegły władze RP, nadając mu Order Orła Białego „w uznaniu znamienitych zasług dla Rzeczypospolitej”. Warto pamiętać, że w czasie wojny był żołnierzem AK, powstańcem warszawskim (stracił wtedy prawą rękę). W 1956 r. należał do grona założycieli warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. W latach 80. działał w Solidarności (także w jej strukturach podziemnych); w 1989 r. stanął na czele Komitetu Obywatelskiego Lubelszczyzny, a w wolnej już Polsce zasiadał w Trybunale Stanu i Senacie. Przez dwie kadencje reprezentował Polskę w Radzie Wykonawczej UNESCO; był również – przez 21 lat! – przewodniczącym Polskiego Komitetu ds. UNESCO. Kierował m.in. krajowym Komitetem Pojednania i Dialogu oraz Komitetem Dialogu między Cywilizacjami.

W końcowej fazie życia, kiedy przed Polską pojawiła się realna perspektywa przystąpienia do Unii Europejskiej, jego pasją stała się idea integracji naszego kontynentu. Sporo na ten temat pisał (m.in. książki: Nasza tysiącletnia Europa oraz Europa. Chrześcijańskie korzenie), edukował, przekonywał sceptyków. Był członkiem założycielem Polskiej Rady Ruchu Europejskiego, a także twórcą i pierwszym dyrektorem związanego z MSZ-em Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej. Jak mało kto w Polsce pojął – i próbował wcielać w życie – polityczne koncepcje Jerzego Giedroycia (wspieranie suwerenności Ukrainy, Litwy i Białorusi, dbałość o dobrosąsiedzkie stosunki z tymi państwami). Jego aktywność na tym polu doceniła zwłaszcza niepodległa Ukraina: w 2001 r. we Lwowie (w obecności Jana Pawła II) Jerzy Kłoczowski odebrał Nagrodę Pojednania Polsko-Ukraińskiego.

Poruszające są słowa, jakimi – na wieść o jego śmierci – żegnał go greckokatolicki bp Borys Gudziak, rektor Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie: „Należał do tych osób (…), które najlepiej rozumiały przesłanie ewangelii miłości do wszystkich narodów i wszystkich ludzi. (…) przyczynił się do pokoju dla wielu milionów ludzi”. I dalej: „W czasie prowokacyjnych deklaracji (…) i politycznych projektów, których celem jest konfrontowanie narodów w imię lepszych i gorszych dzieci Boga, będzie nam bardzo brakowało [jego] głosu nadziei”.

Brak tego głosu (przynajmniej tu, w Polsce) zaczynamy odczuwać już dzisiaj… Czytajmy zatem Kłoczowskiego. I – mimo jego odejścia – próbujmy z nim współmyśleć i współdziałać.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter